Reklama

Aspekty

Święta wspominam bardzo radośnie

Z bp. Adamem Dyczkowskim rozmawia Kamil Krasowski

Niedziela zielonogórsko-gorzowska 52/2016, str. 6-7

[ TEMATY ]

wywiad

Archiwum Aspektów

Bp Adam Dyczkowski

KAMIL KRASOWSKI: – Jak w domu rodzinnym Księdza Biskupa obchodzone były Wigilia i święta Bożego Narodzenia? Jak Ksiądz Biskup wspomina ten szczególny czas z okresu swojego dzieciństwa w rodzinnych Kętach nieopodal Wadowic?

BP ADAM DYCZKOWSKI: – Tamten czas wspominam bardzo radośnie. Miałem bardzo radosne dzieciństwo. Ojciec uczył w ogólniaku, był cenionym pedagogiem, którym wtedy nieźle się powodziło, także w domu nie było jakichś przesadnych luksusów, ale było dostatnio. Na Boże Narodzenie szczególną atrakcję stanowiły podarunki pod choinką. Dary te były rzeczywiście bardzo obfite – dużo słodkości, jakiś ciuszek – i sprawiały bardzo wiele przyjemności na Boże Narodzenie. Wcześniej we wspomnienie św. Mikołaja zawsze pod poduszką też czekał jakiś bardzo miły prezent. Ten szczęśliwy obraz świąt przetrwał do września 1939 r., kiedy ojciec ze swoją kompanią z Kęt poszli prosto na front. Dla mnie było to bardzo bolesne rozstanie. Miałem wtedy 6 lat i jeszcze nie za bardzo zdawałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Ojciec nas uspokajał, mówił, że to kwestia kilku miesięcy i wszystko będzie w porządku. Jednak stało się inaczej. Nadeszła okupacja, a z nią bardzo ciężkie i bolesne czasy.

– Jak Ksiądz Biskup przeżywał święta w seminarium i w pierwszych latach kapłaństwa?

– W seminarium wrocławskim pod tym względem było dosyć trudno. Nie mogliśmy pojechać na święta do domu i spędzić tego szczególnego czasu w rodzinnej atmosferze z bliskimi. Jednak po świętach mieliśmy parę dni wolnego, które mogliśmy w jakiś sposób wykorzystać. Ówczesny ordynariusz archidiecezji wrocławskiej ks. Kazimierz Lagosz, który nie miał święceń biskupich, trzymał seminarium twardą ręką. Święta spędzaliśmy razem w seminarium. Po wspólnej Wigilii dokazywaliśmy, urządzaliśmy różne hece. Jednak ten smutek, że nie ze swoimi w domu, wciąż nam towarzyszył. To uczucie wzmagała praca fizyczna na majątku. Ponieważ Wrocław był jeszcze w dużej mierze zrujnowany, co kilka dni szliśmy na miasto je odgruzowywać. Cały czas towarzyszyła nam także świadomość, że władze likwidują seminaria zakonne i że wkrótce może przyjść kolei na nas. Jednak ciągle mieliśmy w głowach słowa księdza rektora, który podkreślał, że Pan Bóg jest mocniejszy. Pół roku przed końcem seminarium, w październiku 1956 r., przyszła tzw. odwilż m.in. w stosunkach władz komunistycznych z Kościołem, i stało się dla nas niemal jasne, że te studia skończymy i po święceniach pójdziemy na parafie. Rektor zaproponował mi studia w Rzymie, jednak władze były jeszcze na tyle zacięte, że odmówiono mi paszportu. Podjąłem zatem studia z filozofii przyrody na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Nasz wydział był nieliczny, to były trudne studia, właściwie tworzące się dopiero. Mieliśmy jednak bardzo fajną paczkę – świeckich i księży i bardzo sympatycznych wykładowców, także te studia na KUL bardzo wdzięcznie wspominam.

– Święta Bożego Narodzenia spędzał Ksiądz Biskup także jako duszpasterz akademicki...

– Tak. Po skończonych studiach na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim zostałem od razu powołany do duszpasterstwa akademickiego. Nie było łatwo, ponieważ jednocześnie byłem wikariuszem katedralnym i współpracowałem z młodzieżą katedralną, która liczyła ok. 700 osób. Natomiast duszpasterstwo akademickie, które udało mi się rozkręcić wspólnie z ks. Aleksandrem Zienkiewiczem, stanowiło w tym okresie ok. 30 ośrodków. Ks. Zienkiewicz prowadził grupy w samym Wrocławiu, z kolei ja jeździłem do innych ośrodków. We wszystkich tych grupach zawsze dzieliliśmy się opłatkiem, a młodzież przygotowywała odpowiedni program. Trzeba przyznać, że bardzo ładnie to robili. To były bardzo wesołe spotkania, bardzo serdeczne, tak że te więzi zawiązały się dosyć mocno i z wieloma z tamtych młodych ludzi utrzymuję kontakty do dziś. Do dzisiejszego dnia wielu do mnie pisze. Co roku na moje imieniny przyjeżdża pełny autokar, mimo że od tamtych czasów minęło już ponad 20 lat. Tamte opłatki, tamte święta Bożego Narodzenia obchodziliśmy szczególnie radośnie.

– Skończyły się czasy duszpasterstwa akademickiego. Przyszły nominacja i sakra biskupia. Jak wyglądają święta Bożego Narodzenia w życiu biskupa?

– Przede wszystkim bardzo pracowicie. Parafii w diecezji jest bardzo dużo, wszystkie zapraszają, chciałoby się wszystkim dogodzić, jednak jest to fizycznie niemożliwe. Kiedy takich opłatków jest kilka, to już wymaga sporego wysiłku. W tym czasie organizowane jest specjalne spotkanie opłatkowe dla wszystkich księży z biskupem. Sama wieczerza wigilijna odbywa się w rezydencji w gronie księży biskupów zawsze w miłej i przyjemnej atmosferze. Święta Bożego Narodzenia to z jednej strony pracowity, ale z drugiej strony bardzo radosny czas. Dawał bardzo wiele okazji do takiego bezpośredniego spotkania z ludźmi szczególnie sympatycznymi, ponieważ na taki opłatek parafialny czy diecezjalny przyjeżdżali ludzie trochę bardziej zaangażowani w Kościele. Na dwa tygodnie przed świętami przychodziła wyjeżdżająca na ferie młodzież, która koniecznie chciała złożyć życzenia. Odbywały się rekolekcje, trzeba było od rana do wieczoru spowiadać, a równocześnie przygotowywać liturgię, kazanie. Jednak szczególnie cieszył ten bliski kontakt z ludźmi świeckimi na spotkaniach opłatkowych, w czasie rekolekcji czy podczas składania życzeń. Mnie rodzice nadali imię Adam, dlatego byłem w szczególnej sytuacji, ponieważ kiedy w Kościele jest najwięcej pracy i obowiązków, to właśnie wtedy do mnie przychodzili goście. Niemniej jednak święta Bożego Narodzenia jako biskup wspominam bardzo radośnie.

– Czy pamięta Ksiądz Biskup jakąś bożonarodzeniową historię związaną z Ojcem Świętym Janem Pawłem II?

– W czasie mojego pobytu w Rzymie w okresie Bożego Narodzenia Tadziu Styczeń (ks. prof. Tadeusz Styczeń, był obecny przy śmierci Jana Pawła II – przyp. red.), który był uczniem i bliskim przyjacielem Jana Pawła II i którego Ojciec Święty bardzo lubił, spotkał Stasia Dziwisza i mówi do niego: „Słuchaj. Adam jest w Rzymie. Przyjdziemy do Ojca Świętego, pośpiewamy mu po góralsku i pokolędujemy”. Stasiu Dziwisz zaczął mówić, że w tej chwili Ojciec Święty ma bardzo dużo zajęć. Tadek się zdenerwował i mówi: „Ty byś tego Ojca Świętego najlepiej za szkło wstawił i nikogo do niego nie dopuścił” (śmiech). I na tym spotkanie się skończyło. Także na ten temat mogę tylko tyle powiedzieć.

2016-12-21 09:59

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szumowski: ponowne zamknięcie Polaków w domach raczej niemożliwe; obecnie epidemia wygasa (wywiad)

Ponowne zamknięcie Polaków w domach, ograniczenie ich aktywności zawodowej i społecznej jest raczej niemożliwe - powiedział w rozmowie z PAP minister zdrowia Łukasz Szumowski. Dodał, że w tej chwili jesteśmy na etapie wygaszania epidemii.

Minister zdrowia przyznał, że w tej chwili epidemia w wielu województwach jest "w formie szczątkowej". W niektórych diagnozuje się dziennie tylko pojedyncze zachorowania na COVID-19, a ich łączna dobowa liczba spadła poniżej 300. Nie można jednak założyć, że to już koniec. Niewykluczone, że dojdzie do wzrostu zachorowań jesienią, ale sytuacja wtedy będzie inna, bo przetarto już pewne ścieżki, wyprowadzono mechanizmy, działania, by skuteczniej przeciwdziałać jego rozprzestrzenianiu. Ponadto "nauczyliśmy się" żyć z tym wirusem, choć nadal do końca nie został on poznany.

Natomiast w kontekście wypełnienia jednego z dwóch możliwych scenariuszy, dotyczących niedzielnego głosowania na prezydenta, minister Szumowski stwierdził, że wybór prezydenta stolicy Rafała Trzaskowskiego wiąże się z niewiadomą, jeśli chodzi o politykę zdrowotną, bo jego program, to "puste obietnice". Z kolei prezydent Andrzej Duda w ciągu swojej prezydentury podejmował inicjatywy ustawodawcze w wielu kwestiach zdrowotnych.

PAP: Jesteśmy już na ostatniej prostej, jeśli chodzi o wybory. Możemy zatem "pogdybać". Realne są dwa scenariusze. Czego możemy spodziewać się w kontekście polityki zdrowotnej, gdyby doszło do reelekcji prezydenta Dudy, a czego, gdyby w pałacu prezydenckim pojawił się Rafał Trzaskowski?

Ł.Sz.: Trzeba zaznaczyć, że Rafał Trzaskowski był członkiem rządu Platformy Obywatelskiej i wówczas nie zabierał za bardzo głosu na temat nakładów na ochronę zdrowia, a przecież rząd jednak jest ciałem kolegialnym. Przez osiem lat rządów PO-PSL była tu stagnacja. Nakłady, jeżeli rosły to w bardzo ograniczonym zakresie. Dlaczego przez osiem lat ich rządów nie uchwalono takiej ustawy jak „ustawa 6 proc.”? Przypominam, że za rządów Zjednoczonej Prawicy i prezydentury Andrzeja Dudy taka ustawa powstała. Tylko do ubiegłego roku nakłady na ochronę zdrowia wzrosły o 30 mld zł. Na samą onkologię do 7,3 mld zł w 2019 roku z 4,9 mld zł z 2015 roku. Liczba refundowanych leków w leczeniu raka piersi zwiększyła się z dwóch do jedenastu. Dlaczego pan Trzaskowski będąc ministrem administracji i cyfryzacji nie zdecydował się wprowadzić informatyzacji w ochronie zdrowia: e-recepty, e-wizyty, e-skierowania? My to wszystko wprowadziliśmy.

PAP: Czy pana zdaniem jest możliwe, by nakłady na politykę zdrowotną wzrosły do 6 proc. PKB już w przyszłym roku? Ustawa przewiduje osiągnięcie tego pułapu za cztery lata. Prezydent Trzaskowski zapowiada m.in. zwiększenie wydatków na ochronę zdrowia w przeliczeniu na głowę każdego Polaka do 3676 zł wobec 2757 zł już w 2021 roku, czyli w ujęciu do PKB do 6 proc. z 5,03 proc. planowanych w 2020 roku.

Ł.SZ.: To są puste obietnice. Gdy pan Trzaskowski jako minister w rządzie PO-PSL miał realną władzę, nie zabiegał, zresztą jak cały rząd, o zwiększenie nakładów na służbę zdrowia. A teraz nagle, jako kandydat na prezydenta, tak dużo o tym mówi. To jest niepoważne. Dopiero rząd Zjednoczonej Prawicy podjął realną pracę w zakresie zwiększania finansowania służby zdrowia. Zwiększyliśmy wynagrodzenia, w tym urealniliśmy płace w zawodzie pielęgniarki czy ratownika. Te płace podstawowe wzrosły w sposób istotny, choćby od lipca wzrasta minimalne wynagrodzenie w sektorze ochrony zdrowia. Wzrosły wynagrodzenia rezydentów. To realne działania. Przez osiem lat rządów Platformy Obywatelskiej, którego członkiem był pan Trzaskowski, nie widzieliśmy tego.

PAP: Jednak przy spełnieniu scenariusza nazwijmy go "B", czyli sytuacji wygranej prezydenta Trzaskowskiego, będziecie panowie musieli ze sobą współpracować, znaleźć punkty styczności, bo chodzi przecież o zdrowie Polaków.

Ł.Sz.: Nie mam pojęcia, jakie by one były, bo program pana Trzaskowskiego jest bardzo enigmatyczny, wręcz zdawkowy. To są puste obietnice. Nie ma realnego programu. Natomiast prezydent Andrzej Duda zainicjował realne projekty, jak choćby regulację dotyczącą onkologii, czyli tzw. cancer plan, w którym są m.in. nowe szczepionki, których rząd PO-PSL nie chciał wprowadzić. My wprowadzamy szczepienie na HPV, które ratuje kobiety przed rakiem szyjki macicy. Dodatkowo z inicjatywy prezydenta Andrzeja Dudy mamy projekt ustawy o Funduszu Medycznym. To w tym roku 2 mld zł, w kolejnych 4 mld zł na konkretne działania.

PAP: Pozostawmy w tej chwili najgorętsze wydarzenia. Cofnijmy się do marca. Mijające cztery miesiące musiały być dla pana, jako ministra zdrowia, jak zły sen. Wysiłek, odpowiedzialność, nowe regulacje pisane i wprowadzane błyskawicznie, pod wpływem zmieniającej się sytuacji. Z jednej strony musiał pan dbać o to, by system dał radę, z drugiej było wiele niewiadomych. Wirus rozprzestrzeniał się. Nikt nie wiedział jak szybko i głęboko będzie atakował. Gdyby pan mógł cofnąć czas i miał tę wiedzę, co dzisiaj, jakich decyzji nie podjąłby pan? Co zmienił?

Ł.Sz.: Zawsze z perspektywy upływającego czasu można powiedzieć, że pewne rzeczy można byłoby przeprowadzić lepiej. Ale o tym wiemy zawsze po czasie. Decyzje ocenia się jednak po efektach. Jakie mamy efekty, każdy widzi. Spowolniliśmy rozprzestrzenianie się wirusa, zabezpieczyliśmy łóżka i niezbędny sprzęt. Każdy chory wymagający hospitalizacji otrzymywał miejsce w szpitalu. Każdy wymagający respiratora był do tego respiratora podłączany. W innych państwach tych możliwości zabrakło. Na pewno z tą wiedzą, którą teraz mamy, konkretniej dostroilibyśmy się do początkowej fazy epidemii. Chodzi np. o sieć szpitali jednoimiennych, transport pacjentów zakażonych koronawirusem. Zapewne zasady dotyczące triażu pacjentów można było lepiej na początku doprecyzować. Ale pamiętajmy, że to my jako pierwsi wprowadziliśmy jednoimienne szpitale zakaźne, które okazały się bardzo dobrym rozwiązaniem. W przypadku pozostałych szpitali pewnie wprowadzilibyśmy izolatki czy oddziały izolacyjne dla pacjentów oczekujących na wynik badania pod kątem obecności koronawirusa. Szybciej wprowadzilibyśmy zapewne także zakaz pracy w kilku miejscach dla personelu medycznego. Oczywiście z rekompensatą. To jednak, można by rzec niuanse, przy tym, co realnie udało się zrobić. Wystarczy punkt odniesienia. Popatrzmy na Włochy, Hiszpanię, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję. Popatrzmy na USA.

PAP: Przypuszczam, że niedługo czeka pana urlop, nabierze pan sił, ale czy jest pan gotów na drugie starcie z epidemią? Jak może ono wyglądać?

Ł.Sz.: W wielu krajach niestety obserwujemy ponowny wzrost zakażeń. Czytamy doniesienia o ponownym zamykaniu regionów i miast. W Polsce widzimy natomiast poprawę sytuacji i spadek zakażeń. Raporty wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych pokazują, że liczba zdiagnozowanych nowych przypadków ustabilizowała się na niższym poziomie niż jeszcze dwa, czy trzy tygodnie temu. W niektórych województwach są to już tylko pojedyncze przypadki. To pokazuje, że w wielu województwach epidemia jest w formie szczątkowej. Wirusa mamy znacznie, znacznie mniej. Jeśli popatrzymy na wyniki badań przesiewowych u osób jadących do sanatoriów to z 18,5 tys. przebadanych - to gigantyczna grupa - tylko 30 osób jest chorych. To jest mniej niż 1,7 promila. Zrobiliśmy też przesiew u policjantów. Przebadaliśmy 3 tys. z nich i okazało się, że nie było żadnego chorego. To pokazuje, że w przesiewie populacji, nie w wyselekcjonowanych grupach, tego wirusa jest naprawdę niewiele. Stan epidemiczny w kraju uważam, że jest niezły i to nie na podstawie wymysłów, widzimisię, hipotez, ale na podstawie wyników badań.

PAP: Czego dowiedzieliśmy się o tym wirusie, patrząc na niego już z pewnej perspektywy i biorąc pod uwagę nasze doświadczenia?

Ł.Sz.: Powstały ostatnio prace mówiące na przykład o tym, że kod genetyczny niektórych osób daje mniejszą lub większą szansę na chorowanie i powikłania. Dowiedzieliśmy się też, że dość duża grupa osób choruje bezobjawowo, ale jest też grupa osób, dla których ma on poważne konsekwencje i w tym przypadku ta choroba ma bardzo ciężki przebieg. Wiemy, że zakaźność jest dość duża i zależy od samej formy zakażenia. Na przykład tylko 1/4 zakażonych górników, którzy w większości chorowali bezobjawowo, zaraziło swoje rodziny. To pokazuje, że u osób bezobjawowych ta zakaźność jest niższa. Myślę, że jeszcze długo, wręcz przez całe lata, będziemy analizowali te dane. Nadal uczymy się tego wirusa. Otwarte jest nadal pytanie, dlaczego tak mocno pozakażani byli górnicy? Być może wpłynęły na to warunki, w których pracują, czyli w kopalniach na dole, gdzie trudno zachować dystans i mamy dużą wilgotność powietrza.

PAP: Jeśli dojdzie do eskalacji choroby w następnych miesiącach, czy czekają nas kolejne obostrzenia? Czy gospodarkę i system opieki zdrowotnej będzie stać na ewentualne zamykanie wszystkiego na kłódkę, jak miało to miejsce w marcu i kwietniu? Tym bardziej, że oswoiliśmy już tego wirusa, lęk w społeczeństwie przed nim jest mniejszy, a zatem nie będzie już tak łatwo ograniczać aktywności społecznej i zawodowej Polaków, gdyby była taka konieczność.

Ł.Sz.: Pełnego lockdownu nie da się już przeprowadzić, zarówno z punktu widzenia medycznego, jak i gospodarczego. Gdyby naprawdę było niedobrze, wtedy można myśleć np. o większej kontroli kontaktów społecznych. Ale mam nadzieję, patrząc na te liczby w naszym kraju i krajach sąsiadujących, że nie będziemy mieli aż tak dramatycznego wzrostu. Trzeba też pamiętać, że mamy wypracowane już mechanizmy, procedury, szpitale jednoimienne, gotową sieć laboratoriów, testy genetyczne, szybkie testy na czas jesienny, by diagnozować możliwe zakażenia. To wszytko jest przygotowane. Będziemy też zachęcali do szczepień przeciw grypie.

PAP: Koronawirus schodzi na drugi plan, ale znowu powracają stare bolączki: rozpoczęta tylko w mikro stopniu reforma psychiatrii dziecięcej, kwestie chorób onkologicznych i rzadkich, kolejki do specjalistów, które jeszcze bardziej się wydłużą, bo pacjentów przybyło, przemęczony personel. Pojawiła się też nowa kwestia – lęk pacjentów przed bezpośrednim kontaktem z lekarzami, placówkami. Gdzie leżą największe wyzwania? Jakie są rokowania dla systemu zdrowia krótkofalowo i długofalowo? Czy uda się ten czas nadgonić, który jest też tak istotny w leczeniu?

Ł.Sz.: Należy pamiętać, że reformę psychiatrii rozpoczęliśmy od dorosłych. I ona w opinii psychiatrów poszła całkiem dobrze. Podobną reformę robimy w psychiatrii dziecięcej. Oczywiście koronawirus trochę zatrzymał postępowanie konkursowe dotyczące tworzenia poradni psychologiczno-psychoterapeutycznych. Jednak trzeba podkreślić, że dotychczas zakontraktowaliśmy 130 placówek z 300, które założyliśmy, że powstaną. Mam nadzieję, że teraz wszystko nabierze tempa i będziemy już niedługo mieli pełną sieć poradni. To, co epidemia przesunęła w czasie, to samą opiekę psychiatryczną nad dziećmi i młodzieżą. Wielu opiekunów wystraszyło się i przyjmowanie dzieci nie odbywało się w takiej formie i stopniu, jak zakładaliśmy. Korzystając jednak z okazji, chciałbym zaapelować do wszystkich pacjentów, by wracali do badań profilaktycznych. Nie obawiali się. Tak, jak mówiłem wcześniej, wirusa jest znacznie, znacznie mniej.

PAP: Jakie reperkusje dla światowej i polskiej polityki zdrowotnej będzie miało wycofanie się USA ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Czy Pana zdaniem rzeczywiście WHO działała zbyt opieszale, jeśli chodzi o reakcję na rozprzestrzenianie się wirusa?

Ł.Sz.: Na pewno WHO prezentowała dość chwiejne komunikaty na temat epidemii. Na tej podstawie wszystkie państwa wprowadzały zaś swoje działania. WHO mówiła na początku wyraźnie, że prawdopodobieństwo przejścia wirusa do Europy jest znikome lub bardzo niskie. Potem zmieniła zdanie. Po doświadczeniach Lombardii, wszyscy się przestraszyli i zobaczyli do czego ten wirus jest zdolny. Ale on nadal nie jest dobrze poznany. Trudno mieć za złe ekspertom, że zmieniają swoje zdanie na temat epidemii, jeśli wirus jest znany od miesiąca. Wydaje się też, że na decyzji USA o wyjściu z WHO zaważył nie tylko koronawirus. Nie tylko on był przedmiotem rozbieżności. Jest szereg różnych innych spraw, z którymi administracja amerykańska się nie zgadza.

PAP: Niewątpliwie ta decyzja rzutuje na postrzeganie Światowej Organizacji Zdrowia...

Ł.Sz.: Pamiętajmy, że WHO była postrzegana w różny sposób. Przez wiele lat kwestie światopoglądowe były przemycane w różnych aktach prawnych WHO. Ostatnio wspólnie z USA pisaliśmy negatywne stanowisko do jednej z takich akcji. Z drugiej strony WHO działa bardzo sprawnie w krajach trzeciego świata. Propaguje tam wiedzę medyczną, zachowania prozdrowotne. Światowa Organizacja Zdrowia nie jest ani biała, ani czarna.(PAP)

autorka: Klaudia Torchała

tor/ mhr/

CZYTAJ DALEJ

Papież na „Anioł Pański”: bądźmy żyzną glebą dla Słowa Bożego

2020-07-12 12:35

[ TEMATY ]

papież

Franciszek

Anioł Pański

youtube.com/vaticannews

Bądźmy dla Słowa Bożego żyzną glebą, „bez cierni i kamieni, byśmy mogli wydać dobry owoc dla siebie i dla naszych braci” – zaapelował papież Franciszek w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”, jaką odmówił z wiernymi zgromadzonymi na placu św. Piotra w Watykanie.

Komentując przypowieść o siewcy, który sieje ziarno na różnych rodzajach gleby, papież wskazał, że „Słowo Boże, symbolizowane przez ziarna, nie jest słowem abstrakcyjnym, ale to sam Chrystus, Słowo Ojca”. - Zatem przyjęcie Słowa Bożego oznacza przyjęcie osoby Chrystusa – wskazał Franciszek.

Omawiając różne sposoby przyjmowania Słowa Bożego, zwrócił uwagę, że najpierw utrudnia nam je „rozproszenie będące wielkim zagrożeniem naszych czasów”. - Nękani licznymi plotkami, wieloma ideologiami, nieustannymi możliwościami rozrywki wewnątrz i na zewnątrz domu, możemy zatracić smak ciszy, skupienia, dialogu z Panem, tak bardzo, że grozi nam utrata wiary – przestrzegł papież.

Inną przeszkodą jest chwilowy entuzjazm, „który pozostaje jednak powierzchowny, nie przyswaja Słowa Bożego”. W obliczu „pierwszej trudności, cierpienia, zaburzeń życiowych ta jeszcze słaba wiara się rozpływa, podobnie jak usycha ziarno, które pada między kamienie”.

Z kolei tam, gdzie Słowo Boże pada pomiędzy „ułudy bogactwa, sukcesu, trosk światowych”, zostaje „zagłuszone i nie przynosi żadnych owoców”.

- Możemy je w końcu przyjąć jak żyzna gleba. Tutaj i tylko tutaj ziarno się zakorzenia i wydaje owoce. Ziarno, które padło na tę żyzną glebę, przedstawia tych, którzy słuchają Słowa, przyjmują je, zachowują w swoich sercach i wprowadzają je w czyn w codziennym życiu - podkreślił Franciszek.

Zachęcił po raz kolejny do noszenia przy sobie kieszonkowego wydania Ewangelii i czytania codziennie jej fragmentu.

Zwrócił uwagę, że przypowieść o siewcy przypomina nam, że „Słowo Boże jest ziarnem, które samo w sobie jest owocne i skuteczne, a Bóg rozrzuca je wszędzie szczodrze, bez względu na straty”. - Takie jest serce Boga! Każdy z nas jest glebą, na którą pada ziarno Słowa, nikt nie jest wykluczony! – przekonywał papież.

Wezwał do zadani sobie pytania, jakim każdy z nas jest rodzajem gleby. - Czy przypominam drogę, grunt skalisty, ciernisty krzew? Ale jeśli chcemy, możemy stać się żyzną glebą, troskliwie uprawianą i pielęgnowaną, aby doprowadzić ziarno Słowa do dojrzałości. Jest już ono obecne w naszych sercach, ale sprawienie, by dojrzało zależy od nas, zależy od tego, jak przyjmiemy to ziarno. Często jesteśmy rozproszeni przez zbyt wiele interesów, przez zbyt wiele przynęt i trudno nam rozeznać pośród wielu głosów i wielu słów, Słowo Pana, jedyne, czyniące nas wolnymi – powiedział Ojciec Święty.

CZYTAJ DALEJ

Święto Sandomierskiej Policji

2020-07-14 14:49

ks. Wojciech Kania

Z okazji 101. rocznicy ustanowienia Policji Państwowej, biskup Krzysztof Nitkiewicz odprawił Mszę św. w sandomierskiej bazylice katedralnej. Koncelebrowali ją kapłani z sądu biskupiego i parafii. W modlitwie uczestniczyli policjanci, policjantki i pracownicy cywilni z Komendy Powiatowej Policji w Sandomierzu na czele z komendantem insp. Ryszardem Komańskim, przedstawiciele parlamentu, władz samorządowych, wymiaru sprawiedliwości i wojska.

ks. Wojciech Kania

Bp Nitkiewicz nawiązał w homilii od odczytanej Ewangelii, w której Pan Jezus ubolewa nad brakiem nawrócenia ze strony swoich rodaków oraz chwali pogan otwartych na przyjęcie zbawienia.

- Ani pochodzenie, ani miejsce urodzenia, ani przynależność do jakiejś grupy religijnej czy społecznej, nie czyni nikogo automatycznie dobrym lub złym. Nawet porządny człowiek może któregoś dnia upaść, tak samo jak ktoś cieszący się złą sławą może się nawrócić. Nie znamy zresztą dobrze siebie, a jeszcze mniej innych. Tym bardziej więc nie należy nikogo przekreślać, a jednocześnie nie powinniśmy pokładać zbytniej ufności we własnych siłach, dążąc do celu per fas et nefas. „Gdy przeciwko wam podniosą się wszystkie pięści, to nie myślcie, że zwyciężycie, gdy im własną pokażecie. Schowajcie ją i zaufajcie Bogu” – uczy kardynał prymas Stefan Wyszyński. Jeśli uwierzymy całym sercem Chrystusowi, jeśli będziemy się Go trzymali, zdołamy przezwyciężyć różne próby i pokonać wewnętrzne słabości. Potrzeba jednocześnie wielkiej pokory, uznania, że wszystkiego nie wiem, że sam jestem za słaby i w konsekwencji potrzebuję współpracy z innymi. Wierzę, że tak się dzieje się w waszym życiu drogie Policjantki i drodzy Policjanci. Dziękując za wszystko co robicie, za miłość i poświęcenie w pełnionej służbie, pragnę razem z Wami wsłuchiwać się w głos Chrystusa i przylgnąć do Jego serca, aby nasze serca biły w podobnym rytmie – powiedział biskup.

ks. Wojciech Kania

Przed błogosławieństwem zabrał głos komendant insp. Ryszard Komański, wyrażając wdzięczność za wspólne spotkanie z okazji dorocznej policyjnej uroczystości.

Z okazji Święta Policji w Komendzie Powiatowej w Sandomierzu przyznane zostały awanse zawodowe. W gronie 53 awansowanych policjantów znalazło się: 2 awansowanych do korpusu oficerów, 21 otrzymało awans do korpusu aspirantów, 24 uzyskało awans do korpusu podoficerskiego natomiast, 6 otrzymało awans na starszego posterunkowego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję