Reklama

Człowiek z Davos jest martwy

2017-05-24 09:58

Rozmawia ks. Cezary Chwilczyński
Niedziela Ogólnopolska 22/2017, str. 22-23

Sławomir Ozdyk
Ted Malloch w bibliotece jasnogórskiej

O sytuacji w Europie, zmianach w Stanach Zjednoczonych i roli Polski na arenie międzynarodowej z Tedem Mallochem – doradcą prezydenta Donalda Trumpa i kandydatem na ambasadora USA przy Unii Europejskiej – rozmawia ks. Cezary Chwilczyński

KS. CEZARY CHWILCZYŃSKI: – Jak ocenia Pan ostatnie wyniki wyborów prezydenckich we Francji w kontekście przyszłości Unii Europejskiej?

TED MALLOCH: – Nie są one zaskakujące. Co ciekawe, przedstawiciele głównych francuskich partii zostali pokonani, a na prowadzenie wysunęło się dwoje outsiderów z przeciwnych sobie nurtów: globalistycznego oraz nacjonalistycznego. Fakt, że Marine Le Pen zdobyła tyle głosów, też jest istotny. To oznacza, że populizm i nacjonalizm są dziś we Francji poglądami liczącymi się, mającymi wpływ na życie polityczne. Wielką niewiadomą jest to, czy Emmanuel Macron – postać świeża na politycznej scenie – będzie potrafił wypełnić swoje obietnice. Moim zdaniem, będzie to bardzo trudne. Ma przeciw sobie po pierwsze – związki zawodowe, po drugie – przedstawicieli establishmentu, po trzecie – wszystkich sceptycznie nastawionych do jego poglądów. Kolejną niewiadomą jest to, jak ułożą się jego relacje z zagranicznymi partnerami, zwłaszcza kiedy widzi się jego ambicje w stosunku do Unii Europejskiej. Sądzę zatem, że Macrona czeka droga pod górę.

– Co roku w europejskich i polskich mediach pojawia się informacja o konferencji w Davos jako o wielkim wydarzeniu. W jednym z wywiadów powiedział Pan, że „człowiek z Davos jest martwy”. Co dokładnie miał Pan na myśli?

– Byłem członkiem rady nadzorczej Światowego Forum Ekonomicznego, organizacji zrzeszającej ponad 3 tys. podmiotów, liderów gospodarczych i politycznych z całego świata, która przygotowuje styczniowe spotkania w szwajcarskim Davos. Można powiedzieć, że gromadzi się tam elita, aby debatować o sytuacji współczesnego świata i najbliższych kierunkach rozwoju. Raporty tam tworzone obejmują diagnozy oraz prognozy polityczne, ekonomiczne i dotyczące relacji międzynarodowych, które wyraźnie wskazują globalistyczny trend. Od 4,5 roku można zaobserwować zupełnie inny rozwój sytuacji: fakt Brexitu, zwycięstwo Donalda Trumpa w USA i powrót do łask tendencji narodowościowych w wielu europejskich krajach. Widać wyraźnie, że następuje odwrót od trendu globalistycznego. Stąd moje kontrowersyjne stwierdzenie, że „człowiek z Davos jest martwy”. Czy już nie żyje, czy jeszcze umiera – wkrótce się przekonamy, ale sądzę, że rysuje się przed nami nowy porządek świata, który będzie opierać się bardziej na państwach narodowych niż na idei wielopodmiotowych instytucji bądź, uchowaj Boże, ponadnarodowego rządu.

– Unia Europejska to przedłużenie Niemiec, tylko innymi środkami – takie opinie mogliśmy słyszeć podczas kampanii wyborczej we Francji czy w Wielkiej Brytanii. Jaki jest Pana stosunek do tych wypowiedzi?

– Panuje przekonanie, że na przestrzeni ostatnich lat Unia przekształciła się z organizacji eurocentrycznej w twór niemieckocentryczny, że Niemcy przez swoją mocną gospodarkę mają dominujący wpływ na instytucje unijne i działają na swoją korzyść. Myślę, że należy zbadać zasadność takiego przekonania, oczyścić je z irracjonalności i jeśli rzeczywiście Europa ma być bardziej wyważona, jej instytucje muszą być bardziej zorientowane na interes wszystkich krajów. Warto się przyglądać relacjom francusko-niemieckim i temu, jak będą one wpływać na instytucje europejskie. Chciałbym też powiedzieć, że Stany Zjednoczone – za rządów Donalda Trumpa – są proeuropejskie. Nie ma żadnych antyeuropejskich resentymentów w Białym Domu. Istnieje, oczywiście, pewna podejrzliwość co do pomysłu utworzenia ponadnarodowego rządu, który wchłonąłby niezależność państw europejskich. Prezydent Trump popiera głos brytyjski w sprawie opuszczenia UE; wypowiadał się w tej sprawie zarówno przed, jak i po referendum. Powiedział też, że Stany Zjednoczone nigdy nie zgodzą się na dołączenie do superpaństwa; nie oddalibyśmy naszej suwerenności.

– Niedawno prezydent Trump podpisał ustawę o wolności religijnej. W opinii przewodniczącego Episkopatu USA kard. Daniela N. DiNardo, „rozpoczyna ona łagodzenie poważnych, dotkliwych skutków ustawy zdrowotnej wprowadzonej przez administrację Baracka Obamy”. Ustawa ta obligowała wszystkie instytucje, w tym katolickie, do finansowania zabiegów aborcyjnych. Innym ważnym punktem rozporządzenia jest ograniczenie tzw. poprawki Johnsona z 1954 r., która odbierała przywilej zwolnienia z podatku Kościołom zajmującym stanowiska w sprawach politycznych. Dlaczego decyzja Trumpa jest tak bardzo krytykowana zwłaszcza przez środowiska lewicowe w USA?

– Dlaczego propagatorzy sekularyzmu nienawidzą religii? Moglibyśmy napisać tomy na ten temat. Ci z nas, którzy są religijni, muszą, moim zdaniem, nieustannie zwracać uwagę na to, jak praktykują, jak wyrażają wiarę, jak na jej podstawie podejmują decyzje. Ponieważ to nasza wiara, jesteśmy silnie przekonani o jej prawdziwości i powinniśmy mieć prawo to wyrażać. Wolność sumienia, a co za tym idzie: wolność religijna jest podstawową wolnością. Sekularyści, moim zdaniem, obawiają się takiej wolności umysłu, ponieważ wierzą, że wszystkie pytania mają już swoje odpowiedzi, że ateizm jest jedyną opcją, że ponad nami nie ma żadnych większych mocy, że człowiek istnieje autonomicznie i że nie istnieje Bóg, a w konsekwencji – brakuje miejsca na jakikolwiek byt wyższy w życiu rodzinnym, społecznym i publicznym. Jest to zatem coś, z czym musimy walczyć jako ludzie religijni, a podpisanie tego aktu wykonawczego przez prezydenta Trumpa to pierwszy ważny krok. Oczywiście, wolność religijna w Stanach Zjednoczonych nie zniknęła, ale tym podpisem została ustawiona na należnym jej miejscu w amerykańskim społeczeństwie i mam nadzieję, że inne kraje pójdą za tym przykładem.

– Jedną z pierwszych decyzji Donalda Trumpa było wstrzymanie dofinansowania organizacji proaborcyjnych. Kiedy w styczniu br. odbywał się marsz pro-life w Waszyngtonie, prezydent napisał: „Macie moje pełne poparcie”. Jak dzisiaj chronione jest życie w Stanach Zjednoczonych?

– Bez wątpienia mamy do czynienia ze zmianą. W Partii Demokratycznej jest frakcja centrowa, która w odróżnieniu od lewicowej frakcji opowiada się za życiem. Zupełnie niedawno jej przedstawiciele usłyszeli, że nie są mile widziani w Partii Demokratycznej, co według mnie, nie wróży jej dobrze na przyszłość. Myślę, że administracja Trumpa, wstrzymując finansowanie programów aborcyjnych, zrobiła to, co jasno zapowiadano w kampanii. Wspomniał Ksiądz o marszu pro-life, który odbył się niedługo po zaprzysiężeniu prezydenta Trumpa. Bardzo znaczące jest to, że za jego wiedzą i zgodą przemawiał tam wiceprezydent Mike Pens, człowiek mocnej wiary i zasad. Kellyanne Conway, prezydencka doradczyni, jedna z kluczowych osób podczas kampanii, także miała tam wystąpienie. Sądzę, że jest to przełom w kwestii podchodzenia do aborcji przez administrację USA i zobaczymy, jak sytuacja ta będzie się rozwijać. Zapewne nie od razu Sąd Najwyższy wyda decyzje zgodne z nowym trendem, ale będzie on przenikał do prawodawstwa poszczególnych stanów. A konsekwencje tego zobaczymy już niedługo. Sądzę, że to jedna z chwalebnych zmian wprowadzonych przez administrację Trumpa.

– Często ze środowisk i mediów europejskich o charakterze lewicowym dochodzą głosy, że Polska jest spychana na margines życia politycznego. Jak Polskę postrzegają środowiska amerykańskie?

– W mojej opinii – i jest to stanowisko prezydenta – znaczenie Polski na arenie międzynarodowej jest istotne i mamy nadzieję, że nie będzie ona dyskryminowana, umniejszana czy sankcjonowana za to, w co głęboko wierzą Polacy. Powiedzmy sobie otwarcie co do Polski: jest ona zarzewiem wolności w Europie. To tu zaczęła się wolność w postkomunistycznej Europie, kiedy mury systemu zaczęły upadać. Polska jest ważnym państwem Europy, z punktu widzenia zarówno polityki, ekonomii, jak i wolności religijnej, i należy się jej szacunek, na który zapracowała przez minione dekady.

Tagi:
wywiad

Silni mocą Ducha

2019-04-16 18:56

Ks. Zbigniew Suchy
Edycja przemyska 16/2019, str. VI

Tego człowieczeństwa się od nich uczę i myślę, że coraz bardziej go nabieram, dlatego to doświadczenie uważam za bardzo istotne

Archiwum ks. M. Koperskiego
Ks. Marcin Koperski na Pustyni Judzkiej

Ks. Zbigniew Suchy: – Na początek proszę o kilka słów, które przybliżą Księdza postać naszym Czytelnikom.

Ks. Marcin Koperski: – Urodziłem się w 1980 r., w Przemyślu i po skończeniu III Liceum Ogólnokształcącego wstąpiłem do seminarium. Po święceniach kapłańskich i rocznej posłudze w Sanoku zostałem skierowany na studia specjalistyczne do Rzymu, na kierunek literatury starożytnej chrześcijańskiej i klasycznej. Po zakończonych studiach i po rocznym wikariacie w Przeworsku zacząłem pełnić posługę moderatora diecezjalnego Ruchu Światło-Życie Archidiecezji Przemyskiej. Zarazem mam przyjemność wykładać łacinę w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bł. ks. Michał Sopoćko
Wierzę, że on do mnie mówi

2019-04-10 10:24

Z aktorem Maciejem Małysą rozmawia Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 15/2019, str. 20-21

Mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję – mówi „Niedzieli” Maciej Małysa aktor filmowy i teatralny – odtwórca roli bł. ks. Michała Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”

Kadr z filmu „Miłość i Miłosierdzie”
Maciej Małys, Janusz Chabior i Kamila Kamińska – odtwórcy postaci ks. Michała Sopoćki, malarza Eugeniusza Kazimirowskiego i s. Faustyny Kowalskiej

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Proszę powiedzieć, w jaki sposób został Pan zaangażowany do roli ks. Sopoćki w filmie „Miłość i Miłosierdzie”?

MACIEJ MAŁYSA: – Mojego bohatera miał zagrać inny aktor, ale z jakiegoś powodu zrezygnował. Okazało się, że trzeba dosyć szybko znaleźć odtwórcę ks. Sopoćki. To zadanie otrzymała moja koleżanka, która zastanawiała się, kogo do tej roli polecić. Przyznała, że szukała aktora, jak to nazwała, z wnętrzem. I jakoś tak się stało, że pomyślała o mnie. Późnym wieczorem napisała na messengerze, że ma dla mnie propozycję. Oddzwoniłem. Gdy przeczytałem scenariusz, stwierdziłem, że jestem zainteresowany rolą. Pojechałem na spotkanie z reżyserem. To był dzień imienin Michała – a więc i ks. Sopoćki, i reżysera Michała Kondrata. A na dodatek w tym dniu mijała 10. rocznica ogłoszenia spowiednika s. Faustyny błogosławionym...

– Znał Pan wcześniej historię jego życia?

– Na początku wiedziałem, że był spowiednikiem s. Faustyny. Zresztą odnoszę wrażenie, że większość osób wie na temat ks. Sopoćki niewiele. Znają św. Faustynę, św. Jana Pawła II, ale o bł. ks. Michale Sopoćce wiedzą mniej. Tymczasem to postać niesamowita. Dużo tracimy, nie znając jego życia, w które zostało wpisanych wiele niezwykłych, wręcz cudownych wydarzeń...

– Z Pana słów i gestów łatwo odczytać, że teraz może Pan długo i barwnie mówić o swym bohaterze. Jak się Pan przygotowywał do zagrania tej roli?

– Gdy już wiedziałem, że zagram spowiednika s. Faustyny, to kupiłem „Dziennik” ks. Michała Sopoćki. Zresztą nadal do niego wracam. Tam są takie myśli, których nie sposób przeczytać na raz. Sięgnąłem także po „Dzienniczek” św. Faustyny. Oczywiście, wcześniej o nim wiedziałem, ale znałem tylko fragmenty, zwłaszcza te zasłyszane przy różnych okazjach. W „Dzienniczku” odszukałem wszystkie zapiski odnoszące się do ks. Sopoćki. Poznałem, co pisała o nim św. Faustyna i co mówił jej na temat spowiednika Pan Jezus. Czytałem to wszystko z wypiekami na twarzy. Myślałem: – To o mnie! (śmiech). Wracałem do tych fragmentów i krok po kroku poznawałem niezwykłego człowieka. I powoli budowałem rolę. Pomogły także rozmowy z reżyserem, ale też z moim bratem, dla którego bł. ks. Sopoćko jest osobą bliską. Dziś mogę powiedzieć, że błogosławiony, którego zagrałem, w pewnym sensie stanął na mojej drodze życia i od tego czasu go poznaję.

– Jaki obraz człowieka, kapłana wyłania się z „Dziennika” ks. Sopoćki?

– To poważny kapłan – chociaż osoba pracująca przy filmie przekonywała mnie, że był człowiekiem pogodnym, radosnym. Z moich spostrzeżeń wynika, że miał dystans do siebie, że dużo od siebie wymagał. Przykładem mogą być uwagi zapisane, gdy skończył 79 lat i stwierdził: „...drżę na myśl, że mogę stanąć przed sądem Bożym z pustymi rękami...”. A przecież tyle zrobił! Proszę zobaczyć, jaka pokora. My z reguły jesteśmy surowi, ale dla innych, a sobie raczej pobłażamy. U niego było na odwrót – siebie widział w bardzo krytycznym świetle. Poza tym, aby zrealizować zamierzenie, nie ustawał w działaniu. Był niezwykle pracowity. Z notatek wynika, że bardzo mu zależało na ludziach. W tym, co robił, był bardzo uczciwy. Nigdy nie stwarzał wokół siebie jakiejś otoczki niezwykłości, jakiegoś szczególnego powołania. Wiemy np., że s. Faustyna pisała „Dzienniczek” na polecenie ks. Sopoćki. Już po jej śmierci ks. Michał przyznał, że polecił jej robić notatki, ponieważ był bardzo zajęty i nie zawsze miał czas, aby jej słuchać. Łatwiej mu było w wolnej chwili czytać to, co napisała. Ale ks. Sopoćko nigdy nie przypisał sobie szczególnej roli w powstaniu „Dzienniczka”. Warto przypomnieć, że wiedział, iż kult nie od razu zostanie wprowadzony, ale konsekwentnie realizował powierzone mu dzieło. Nie zrażał się przeciwnościami. Miał świadomość, że im jest trudniej, tym bardziej jego misja ma sens. Myślę, że mieć zaprzyjaźnionego takiego świętego – to supersprawa. Zresztą Jan Paweł II mówił, że warto się przyjaźnić ze świętymi, bo to jest przyjaźń na zawsze. Dlatego cieszę się, że się zaprzyjaźniłem z bł. Michałem Sopoćką. Wierzę, że on do mnie mówi.

– Jak?

– Dam przykład. Ks. Sopoćko pyta Faustynę o pewną sprawę i ona zapewnia go, że zapyta o to Pana Jezusa. Ale podczas Eucharystii, którą ks. Sopoćko odprawia, przychodzi odpowiedź. Jednak ks. Michał nie odbiera tego jako słów Jezusa, wraca do tematu w rozmowie z Faustyną, która stwierdza, że przecież Pan Jezus już mu na to pytanie odpowiedział... I stąd refleksja, że my jesteśmy tak blisko Pana Jezusa, przyjmujemy Go w czasie Eucharystii, a wciąż o Nim zapominamy. On jest, a my Go nie widzimy, nie uświadamiamy sobie Jego obecności.

– Uczestniczył Pan w watykańskiej premierze filmu. Jakie wrażenia?

– Była ekscytacja. W Watykanie widziałem film po raz pierwszy. To była wersja angielska z włoskimi napisami. Pokaz zorganizowano w sali kinowej Filmoteki Watykańskiej w Palazzo San Carlo za Spiżową Bramą. Myślałem, że to będzie większa sala, ale siedzący obok mnie dziennikarz wyjaśnił, iż od pewnego czasu premiery odbywają się właśnie w tym miejscu, które jest bardziej kameralne. Zauważyłem tam wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej i od razu pomyślałem, że to zapewne ślad po Janie Pawle II. A w premierze uczestniczyli m.in. dostojnicy Kurii Rzymskiej, a także wikariusz generalny Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny Joseph G. Roesch i były arcybiskup Palermo kard. Salvatore De Giorgi, który bardzo starannie przygotował wprowadzenie do filmu – widać było, że włożył w to wystąpienie wiele energii. Niesamowite było to, że watykańska premiera filmu odbyła się w przeddzień 60. rocznicy wprowadzenia przez Stolicę Apostolską zakazu szerzenia kultu Bożego Miłosierdzia według wizji s. Faustyny. Był to więc symboliczny moment, takie domknięcie tematu. W każdym razie dla nas, twórców filmu, ta premiera to wielkie szczęście i radość, że odbyła się właśnie w Watykanie. Bardzo chciałem tam być.

– A reakcje?

– Było dużo emocji. Zapamiętałem m.in. reakcję siedzącego obok mnie dziennikarza, który zaśmiał się głośno, gdy zobaczył, jak malarz reaguje na ciągłe uwagi Faustyny na temat powstającego obrazu. Dla mnie to było potwierdzenie, że film pokazuje w sposób naturalny to, co się wydarzyło, że nie ma w nim patosu, że wyeksponowano w nim ludzką naturę.

– Komu poleciłby Pan prawdziwą historię Miłości i Miłosierdzia?

– Jako pierwsze przychodzą mi do głowy osoby, które tej historii nie znają. Marzeniem by było, żeby ten film stał się przyczynkiem do nawrócenia. By Miłosierdzie „zadziałało” w taki sposób, że po obejrzeniu filmu jego poruszony odbiorca zaczyna na własną rękę szukać kolejnych informacji o Miłosierdziu i jego apostołach. Kolejną grupę mogą stanowić osoby, o których wspominaliśmy na początku rozmowy. To ludzie, którzy wiedzą, że ks. Sopoćko był spowiednikiem Faustyny. Być może po obejrzeniu filmu tacy widzowie zechcą bliżej poznać ks. Michała. Myślę, że na pewno ich ubogaci, jeśli wejdą w duchowość błogosławionego kapłana. Film ukazuje wiele wątków, wydarzeń, faktów, które warto poznać. Przykładem może być historia powstania pierwszego obrazu, jego niezwykłe losy. Ale warto pamiętać, co Pan Jezus powiedział na ten temat Faustynie: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” (Dz. 313). Myślę, że o tym trzeba pamiętać, kiedy modlimy się przed obrazem Jezusa Miłosiernego czy to w Wilnie, czy w Łagiewnikach, czy w wielu innych zakątkach świata. Upowszechnieniu tej prawdy o Bożej łasce służy ten film.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W 2018 r. zginęło na świecie ponad 4,3 tys. chrześcijan

2019-04-24 17:43

kg (KAI/ABC) / Kolombo

W ubiegłym roku na świecie zginęło co najmniej 4305 chrześcijan a ponad 1,8 tys. świątyń zostało zniszczonych lub przynajmniej zaatakowanych. Dane powyższe przedstawił w rozmowie z madryckim dziennikiem „ABC” dyrektor krajowego oddziału papieskiego stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKWP) Jaime Menéndez Ros.

Twitter

Przypomniał, że papież Franciszek wspomniał niedawno, że obecne prześladowania wyznawców Chrystusa znacznie przewyższają rozmiary ich prześladowań z pierwszych trzech wieków istnienia nowej religii w Cesarstwie Rzymskim. Tendencje te potwierdza też najnowszy raport wspomnianego stowarzyszenia, przedstawiony pod koniec ub.r., z którego wynikało m.in., że ponad 327 mln chrześcijan żyje w krajach, w których dochodzi do prześladowań lub dyskryminacji na tle religijnym.

„Chrześcijaństwo jest nadal najbardziej prześladowaną religią na świecie. Wszyscy wiemy, że zagrożenie wolności religijnej jest czymś bardzo poważnym, stanowi bowiem barometr wobec innych praw podstawowych” – oświadczył Menéndez. Zauważył, że wolność religijna jest wprawdzie bardzo ceniona, ale zarazem coraz bardziej ograniczana w niektórych częściach świata. Dodał, że 61 proc. ludności świata żyje w krajach, których obywatele nie mogą w pełni swobodnie wyrażać swej wiary. Za większością przypadków łamania wolności religijnej stoją radykalizm islamski, państwa autorytarne i skrajne nacjonalizmy.

Nawiązując do wielkanocnych krwawych zamachów na Sri Lance dyrektor hiszpańskiej sekcji PKwP zaznaczył, że zajmuje ona „szczególne” miejsce na mapie ograniczania wolności religijnej. Przypomniał, że ponad 75 proc. mieszkańców tego wyspiarskiego kraju południowoazjatyckiego wyznaje buddyzm, „cieszący się tam przywilejami konstytucyjnymi”. Zwrócił uwagę, że ludzie z zewnątrz nie wiedzą, że tamtejszy buddyzm jest bardzo agresywny, odmienny od ogólnie znanego pokojowego wizerunku tej religii. Tymczasem na wyspie ma ona bardzo radykalne nastawienie i jej wyznawcy byli odpowiedzialni za akty przemocy w ostatnich 3 latach wobec hinduistów, stanowiących 13,2 proc. ludności i muzułmanów – 8,6 proc.

Również Narodowy Chrześcijański Alians Ewangeliczny Sri Lanki potwierdza, że ekstremiści buddyjscy prowadzą „akcje zastraszania” mniejszości religijnych. Takie organizacje jak Brygada Buddyjska czy „Sinha Lei” (Krew Lwa) od dawna szerzą swą ideę jednego „narodu syngaleskiego”. Alians odnotował dotychczas 89 ataków na chrześcijan w 2016 i 36 – do maja 2017. Wyznawcom Chrystusa, stanowiącym 9,1 proc. mieszkańców wyspy, odmawia się ponadto m.in. prawa do grzebania swych zmarłych na cmentarzach publicznych, ich świątynie są niszczone i zamykane, ekstremiści buddyjscy dopuszczali się też wobec nich aktów przemocy fizycznej oraz grozili im śmiercią.

Według najnowszych doniesień, do krwawych zamachów na trzy kościoły (dwa katolickie i jeden protestancki) i cztery luksusowe hotele w kilku miastach Sri Lanki na Wielkanoc przyznało się tzw. Państwo Islamskie (IS). Jeden z wiceministrów oświadczył, że zamachy były odwetem za marcowy atak na meczety w Christchurch w Nowej Zelandii, gdzie zginęło 50 osób. Zdaniem rządu, co potwierdził Premier Ranil Wickremesinghe, IS rzeczywiście mogło mieć powiązania z zamachami. Ostrzegł też, że na wyspie wciąż są bojownicy i materiały wybuchowe.

Ruwan Gunasekara, rzecznik policji Sri Lanki, podał, że było 9 terrorystów, w tym jedna kobieta - żona jednego z nich, przy czym 8 z nich już zidentyfikowano. Z kolei minister obrony narodowej Ruwan Wijewardene przyznał, że część z nich była wcześniej zatrzymywana za udział w bójkach, ale żaden z tych incydentów nie był aż tak poważny. Dodał, że większość zamachowców pochodziła z dobrze sytuowanych rodzin, była wykształcona i stabilna finansowo, a jeden z terrorystów studiował w Wielkiej Brytanii, potem być może też w Australii, po czym wrócił na Sri Lankę i tu zamieszkał.

Zamachy, w których zginęło ponad 320 osób, a przeszło 500 odniosło rany, były największymi atakami terrorystycznymi na wyspie od zakończenia w niej w 2009 roku 30-letniej wojny domowej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem