Reklama

Dyrygent w sutannie

2017-06-08 11:29


Edycja lubelska 24/2017, str. 6-7

Archiwum chóru
„Pueri Cantores Lublinenses”

Z ks. Attilą Honti, dyrygentem i dyrektorem Archidiecezjalnego Chóru Chłopięco-Męskiego „Pueri Cantores Lublinenses”, rozmawia Urszula Buglewicz

URSZULA BUGLEWICZ: – Jak zrodziła się idea powstania chóru?

KS. ATTILA HONTI: – Archidiecezjalny Chór Chłopięco-Męski „Pueri Cantores Lublinenses” powstał 2 lata temu, jednak zamysł powołania takiej formacji narodził się o wiele wcześniej. Abp Stanisław Budzik znał działalność tego typu chórów z Tarnowa, gdzie powstała Polska Federacja Pueri Cantores, a ja jeszcze przed święceniami kapłańskimi podzieliłem się z nim moim marzeniem o powołaniu takiego chóru u nas. Przygotowując się do nowej posługi, jeździłem do Tarnowa, by podpatrzeć, jak działa chór z 35-letnim stażem, uczestniczyłem też w obradach federacji w Poznaniu. Z czasem doszło do realizacji pomysłu; 2 lata temu, 23 maja 2015 r., w wigilię Zesłania Ducha Świętego, abp Stanisław Budzik podpisał dekret powołujący chór w naszej archidiecezji. Pomysł spodobał się ks. prał. Józefowi Dziduchowi, proboszczowi parafii pw. Matki Bożej Różańcowej w Lublinie, który przyjął chór pod dach kościoła przy ul. Bursztynowej. Podstawowym zadaniem chóru jest wykonywanie śpiewów podczas uroczystych liturgii w archidiecezji.

– Jakie były początki?

– Przy sanktuarium Matki Bożej Latyczowskiej, gdzie najpierw byłem wikariuszem, znalazła się spora grupa pasjonatów śpiewu; wśród nich np. ministranci i ich ojcowie. Pierwsze próby rozpoczynaliśmy w grupie kilkunastu osób. Było naprawdę trudno, bo większość z nich zaczynała swoją przygodę z chórem dosłownie od zera, bez żadnego przygotowania muzycznego. Z czasem, dzięki naborowi prowadzonemu w lubelskich szkołach, chór rozrósł się do kilkudziesięciu osób. Dziś jest nas ok. 70 osób, do tego dochodzą jeszcze członkowie wspierający. 2 lata temu, gdy powstawała nowa formacja, wielu wątpiło w powodzenie tej inicjatywy. Na szczęście stało się inaczej i co roku, podczas rekrutacji prowadzonej we wrześniu, dochodzą do nas nowi chórzyści.

– Dlaczego wybór padł na chór chłopięco-męski?

– Zasadniczo są dwa powody. Po pierwsze, w naszej archidiecezji jest już sporo chórów mieszanych. Po drugie, chór nawiązuje do wielowiekowej tradycji kościelnej śpiewu chórów chłopięcych w kościołach katedralnych i bazylikach. Jednak w prowadzeniu pomagają mi panie: Natalia Skipor (zajęcia) oraz Małgorzata Skwarzyńska i Jolanta Munch, które są naszymi akompaniatorkami.

– Jak wygląda codzienna praca?

– Zebranie i utrzymanie grupy wymaga wiele pracy, bo próby odbywają się systematycznie. Po pozytywnym przejściu przesłuchań, chłopcy z dobrym słuchem muzycznym i czystym głosem najpierw trafiają do grupy kandydackiej. Uczą się pracy z oddechem, czytania nut, emisji głosu... Bardzo ważne jest uspokojenie ich głosów, które często są przemęczone krzykiem. Poznają też teksty, które w zdecydowanej większości są po łacinie. Zawsze otrzymują tłumaczenie, by wiedzieli, o czym śpiewają. W długiej i żmudnej pracy ważna jest motywacja, dlatego staram się, by nowi chłopcy mogli dość szybko zaśpiewać z chórem chociaż jeden utwór. Pierwszy publiczny występ daje im wielką radość; pokazuje, że naprawdę warto się trudzić. W kolejnych etapach następuje przymiarka oraz wręczenie stroju, który jest wielką nagrodą za ciężką pracę. Oprócz cotygodniowych zajęć, na które najmłodszych chłopców dowożą rodzice (i to nie tylko z Lublina, lecz także z Motycza, Nałęczowa, Bełżyc, Świdnika czy Zemborzyc), organizujemy obowiązkowe warsztaty muzyczne oraz fakultatywne wycieczki i obozy. W ich programie – oprócz śpiewu – znajdują się zajęcia sportowe i rekreacyjne. Byliśmy m.in. w Kazimierzu Dolnym, Janowie Lubelskiem i Piwnicznej, a w nadchodzące wakacje wybieramy się aż do Budapesztu.

– Skąd pochodzą środki finansowe na taką działalność?

– Coraz więcej parafii zaprasza nas z koncertami. Mamy też grono stałych przyjaciół, do których należą m.in. lubelskie seminarium i parafia archikatedralna, w których jesteśmy częstymi gośćmi. Poza tym sam szukam możliwości koncertowania i muszę podkreślić, że nigdy nie spotkałem się z odmową. Księża w archidiecezji przyjmują nas bardzo życzliwie, zawsze otrzymujemy jakąś ofiarę. Jest to ważne, bo w chórze znajdują się chłopcy z różnych rodzin, wielodzietnych i ubogich, które potrzebują finansowego wsparcia. Zawsze mogę też liczyć na Księdza Arcybiskupa, który nigdy nie odmówił pomocy. Innym sposobem pozyskiwania środków jest sprzedaż płyt. Na rynku dostępna jest nasza płyta pt. „Misericordias Domini in aeternum cantabo” (Miłosierdzie Pańskie będę wysławiał na wieki), która nawiązuje do Roku Miłosierdzia, kiedy chór stawiał pierwsze kroki, a w połowie czerwca ukaże się nasza pierwsza profesjonalnie nagrana płyta.

– Wasz repertuar to muzyka poważna. Czy kilku– i kilkunastoletni chłopcy nie nużą się takim rodzajem śpiewu?

– Chórzyści słuchają różnej muzyki, a pasjonaci muzyki poważnej faktycznie stanowią niewielki procent. Potrzeba więc mojej pracy z nimi i przekonania ich, że muzykę poważną można pokochać. Ich nastawienie do muzyki zmienia się, gdy widzą, jak zmienia się ich głos, jak pięknie brzmią różne utwory. W ostatnim czasie prawie zawsze wykonujemy „Alleluja” Haendla. Już po pierwszych akordach na twarzach chłopców widać wielką radość, a po wykonaniu utworu, który zazwyczaj kończy nasz występ, zaczynają się rozmowy z słuchaczami. To, że podchodzą do nas różne osoby i dziękują za śpiew, jest dla nich wielką nagrodą i dowodem na to, że taka muzyka jest potrzebna i piękna. Najbardziej wzruszyła mnie kobieta, która podeszła do nas i ze łzami w oczach powiedziała jedno słowo: dziękuję. To był dotyk Pana Boga, który wszyscy zobaczyli i zrozumieli. Co jest dla nas ważne, my nie koncertujemy – my modlimy się śpiewem.

– Skąd czerpie Ksiądz siłę do takiej pracy?

– Biorę przykład ze świętych, zwłaszcza św. Filipa Neri i św. Jana Bosko, którzy poświęcili życie na pracę z dziećmi i młodzieżą: kochali ich i wymagali od nich. Ze współczesnych osób przykładem i wsparciem są dla mnie papież Benedykt XVI i jego brat ks. prał. Georg Ratzinger. W ich domu zawsze była muzyka, śpiewali w chórze w Ratyzbonie, o czym do dziś pięknie wspominają. Ja sam, jako nastolatek, należałem co chóru archikatedralnego, a później śpiewałem w chórze seminaryjnym. W pracy pomaga mi wykształcenie muzyczne; najpierw skończyłem szkołę muzyczną, później muzykologię na KUL-u, a obecnie studiuję dyrygenturę chóralną na Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Muzyka jest moją pasją, którą chcę podzielić się i przekazać innym. Ale przede wszystkim jestem księdzem, który swoje kapłaństwo przeżywa nie w duszpasterstwie parafialnym, ale jako dyrygent w sutannie. Dla chórzystów i ich rodzin jestem duszpasterzem, wychowawcą i przyjacielem. Jestem szczęśliwy, że przy okazji czarnych nutek mogę mówić im o Panu Jezusie, dla którego śpiewają.

Przed wakacjami chór można usłyszeć 11 czerwca w kościele pw. Matki Bożej Różańcowej (godz. 10.30 Msza św., festyn i promocja nowej płyty) oraz 18 czerwca w kościele ewangelicko-augsburskim pw. Trójcy Świętej w Lublinie (nabożeństwo o godz. 10).

Więcej informacji na stronie www.pcl.kuria.lublin.pl

Tagi:
chór dyrygent

Reklama

Pomysł na wychowanie

2019-07-10 09:42

Agata Grzybek
Edycja małopolska 28/2019, str. VI

W listopadzie br. obchodzić będą pięć lat działalności. Prezentem z tej okazji będzie nagrana przez nich płyta, podsumowująca lata pracy. Mowa o Pueri Cantores Sancti Joseph, pierwszym w Krakowie chórze chłopięcym

Daniel Czajkowski
Chór Pueri Cantores Sancti Joseph

Chór powstał w 2014 r. i działa przy parafii św. Józefa Oblubieńca NMP na os. Kalinowym. Do grupy mogą dołączyć chłopcy od drugiej klasy szkoły podstawowej. Idea jest taka, żeby byli w nim do osiemnastego roku życia. Chórowi Pueri Cantores przyświeca także bardzo istotny cel: „być środowiskiem kształtowania stylu życia dzieci w oparciu o ewangeliczne wartości”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jak zdobyć szkaplerz?

2015-07-07 11:52

Agnieszka Konik-Korn
Niedziela Ogólnopolska 28/2015, str. 30

Piotr Marcińczak

Z tym pytaniem zwróciłam się do przeora klasztoru Karmelitów Bosych w Czernej, gdzie mieści się sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej.

– Najłatwiej zdobyć szkaplerz, wstępując do zakonu – uśmiecha się o. Leszek Stańczewski OCD. – Wówczas dostaje się go „za darmo”, jako część stroju karmelity czy karmelitanki. Ale każdy, kto nie ma powołania do życia zakonnego, może otrzymać szkaplerz „w wersji light” – dwa kawałki brązowego płótna połączone tasiemką, które musi nałożyć kapłan – tłumaczy zakonnik. Sam szkaplerz można nabyć gdziekolwiek, choćby w księgarni w Czernej. Tu, w sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej, każdego roku w pierwszą sobotę po wspomnieniu Matki Bożej z Góry Karmel (16 lipca) odbywa się ogólnopolskie spotkanie Rodziny Szkaplerznej.

Znak zbawienia

Historia szkaplerza sięga XII i XIII wieku i łączy się z górą Karmel w Palestynie, gdzie pustelnicy – bracia Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel żyli według reguły nadanej im przez patriarchę Jerozolimy – Alberta. Po upadku Królestwa Jerozolimskiego część z nich uciekła do Europy, aby schronić się przed muzułmanami. W Europie jednak bracia, chcąc żyć według swojej reguły, spotkali się z niechęcią kleru i innych zakonów. Napotkali tak wielki opór, że groziło im rozwiązanie. Wówczas generał zakonu – Szymon Stock modlił się gorąco do Matki Bożej, prosząc o ratunek. I właśnie w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r. objawiła mu się Maryja, która podając mu szkaplerz, powiedziała: „Umiłowany synu! Przyjmij szkaplerz twojego zakonu. Przywilej dla ciebie i karmelitów. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania. Kto w nim umrze, nie dozna ognia piekielnego”.

– Szymon Stock przyjął szkaplerz jako dar i polecił, by odtąd nosili go wszyscy karmelici – wyjaśnia o. Stańczewski. – Ten szkaplerz nie jest dla nas tylko zwykłą szatą zakonną – traktujemy go jako dar Matki Bożej. Codziennie, gdy zakładamy i zdejmujemy szkaplerz, całujemy go. Inne zakony również noszą szkaplerze, ale nasz, karmelitański, ma szczególne znaczenie. To jakby szata Matki Bożej, z którą Maryja utożsamia się jak ze swoim wizerunkiem i wiąże z tym znakiem szczególne obietnice i zobowiązania.

Jak św. Jan

Szkaplerz to pewien znak, zobowiązanie do modlitwy i do apostolstwa. – To przede wszystkim zobowiązanie do tego, by wziąć Matkę Bożą do siebie, tak jak to uczynił św. Jan Apostoł pod krzyżem – wyjaśnia o. Leszek. – Przyjęcie szkaplerza jest wzięciem Maryi do swojego serca, do życia w codzienności, aby była w nim zawsze obecna jako Matka i Siostra. Szkaplerz to nie amulet, który automatycznie nas od czegoś uwalnia, ale to przypomnienie, byśmy pamiętali, że zmierzamy do nieba.

Ci, którzy przyjmują szkaplerz, zobowiązują się do codziennej maryjnej modlitwy. – „Pod Twoją obronę” – to najbardziej zalecana modlitwa dla tych, którzy noszą szkaplerz – mówi Ojciec Przeor. – To jest taki punkt wyjścia do regularnej rozmowy z Bogiem, do której zachęca św. Paweł, mówiąc: „Módlcie się nieustannie”.

Oprócz tego zaleca się, aby noszący szkaplerz raz w tygodniu odprawili jakiś akt pobożności maryjnej, np. odmówili Różaniec lub Litanię do Matki Bożej. A raz w roku, w miarę możliwości, można wziąć udział w nowennie odprawianej w większości klasztorów karmelitańskich przed 16 lipca.

Chroni i ocala

Z przyjęciem szkaplerza wiążą się szczególne obietnice. Maryja obiecuje, że kto pobożnie nosi szkaplerz, nie zazna ognia piekielnego, a w pierwszą sobotę po swojej śmierci zostanie wybawiony z czyśćca. Matka Boża zapewnia także o swojej pomocy i opiece w życiu doczesnym.

O tej pomocy przekonało się wielu czcicieli Matki Bożej. O. Stańczewski opowiada historię polskiego żołnierza, który w czasie II wojny światowej zgubił szkaplerz. Gdy po bitwie żołnierze zajęli niemieckie okopy, ów człowiek poszedł szukać zguby. Szkaplerza szukał też jego towarzysz – znalazł go i zabrał, aby odnieść koledze. Okazało się, że w tym czasie w okopach wybuchła bomba zegarowa. Zginęli wszyscy z wyjątkiem tych dwóch, którzy opuścili okopy w poszukiwaniu szkaplerza. Inna historia wiąże się z pożarem w Truskolasach, w archidiecezji częstochowskiej, gdzie znajduje się dom Sióstr Karmelitanek Bosych. Jak pisze w książce: „Dar mojej Matki” o. Jan Ewangelista Krawczyk OCD: „Siostra Genowefa rzuciła duży Szkaplerz święty ze swojego habitu w półtorametrową przestrzeń dzielącą płonący dom od domu, który miał się zaraz zapalić, mówiąc: «Maryjo, ratuj!». Ogień powoli wygasł i dalej się już nie przeniósł, ku zdumieniu ludzi”.

Co robić, by nosić szkaplerz? – dopytuję. – Przyjąć go z ręki kapłana, nosić zawsze i wszędzie i naśladować Maryję – wyjaśnia o. Leszek i dodaje: – Potrzeba również pokuty, pokory, walki o czystość i ufnej modlitwy, do czego zobowiązujemy się, przyjmując szkaplerz, a więc Matkę Bożą, do swojego życia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy: oburzenie skazaniem na śmierć głodową Vincenta Lamberta

2019-07-17 18:03

lk / Warszawa (KAI)

Przygnębienie i oburzenie decyzją lekarzy, którzy zaniechali odżywiania i nawadniania, skazując na śmierć głodową Vincenta Lamberta, pacjenta Kliniki Uniwersyteckiej w Reims we Francji, wyraziło Katolickie Stowarzyszenie Lekarzy Polskich. Mężczyzna zmarł dziewięć dni po odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie.

Poniżej tekst stanowiska przesłanego KAI:

Stanowisko Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich wobec zaniechania żywienia chorego Vincenta Lamberta

1. Jesteśmy oburzeni i przygnębieni decyzją lekarzy, którzy od dnia 3.07.2019 r. zaniechali odżywiania i nawadniania, skazując na śmierć głodową Vincenta Lamberta - pacjenta Kliniki Uniwersyteckiej w Reims we Francji.

2. Działania zespołu medycznego w ostatnich 9 dniach życia Vincenta są sprzeczne z prawami człowieka i zasadami etyki lekarskiej, są formą eutanazji i aktem okrucieństwa wobec pacjenta i jego rodziców. Niszczy to wizerunek lekarza i podważa zaufanie do naszego zawodu.

3. Nie jest uporczywą terapią żywienie przez sondę i pojenie wodą pacjenta z zachowanym samodzielnym oddechem oraz minimalną świadomością.

4. Żaden wyrok sądowy ani opinia specjalistów nie usprawiedliwiają działań zmierzających do zakończenia życia chorego, pozbawienia go jedzenia, picia i pomocy najbliższych oraz odbierania mu możliwości leczenia i rehabilitowania w innym ośrodku medycznym.

5. Mamy nadzieję, że historia choroby i śmierci głodowej Vincenta Lamberta oraz walka jego rodziców i tysięcy ludzi na całym świecie o jego ocalenie przyczynią się do ochrony życia i godności innych ciężko chorych pacjentów.

W imieniu Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich:

dr n.med. ELŻBIETA KORTYCZKO, prezes KSLP, specjalista pediatrii i neonatologii,

prof. BOGDAN CHAZAN, wiceprezes KSLP i prezes Oddz. Mazowieckiego, specjalista ginekologii i położnictwa,

lek. ANNA GRĘZIAK, Honorowy Prezes KSLP, anestezjolog, członek Zespołu przy Rzeczniku Praw Pacjenta ds. opracowania standardów postępowania w terapiach medycznych stosowanych w okresie kończącego się życia,

lek. GRAŻYNA RYBAK, delegat Oddz. Mazowieckiego KSLP, specjalista pediatrii,

lek. MARZENNA KOSZAŃSKA, wiceprezes Oddz. Mazowieckiego KSLP, specjalista pediatrii

----

42-letni Vincent Lambert, który po wypadku w 2008 r. był sparaliżowany, żył przez 11 lat w stanie minimalnej świadomości. Na wniosek żony i lekarzy, wbrew prośbom rodziców, którzy chcieli go przenieść do ośrodka opieki, francuski wymiar sprawiedliwości wydał zgodę na jego uśmiercenie. Zmarł 11 lipca, dziewięć dni po tym, jak został odłączony od sztucznego nawodnienia i odżywiania. Dwa dni później odbył się jego pogrzeb.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem