Reklama

Blask dobra

2017-10-11 11:11

Rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 42/2017, str. 27-29

Krzysztof Tadej
Genowefa Chrapek – mama bp. Jana Chrapka

KRZYSZTO TADEJ: – Tragedia wydarzyła się 18 października 2001 r. W tym dniu zginął Pani syn, bp Jan Chrapek.

GENOWEFA CHRAPEK: – Dowiedziałam się wieczorem. Przyjechał brat synowej i powiedział, że Janek miał wypadek samochodowy, nie żyje... Tego nie da się zapomnieć ani o tym opowiedzieć. O niewyobrażalnym bólu. Gdy matka usłyszy, że jej dziecko nie żyje, to co może być gorszego? Ale co mogłam zrobić? Zgodziłam się z wolą Bożą.

– Pan stawiał sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego odszedł człowiek, który czynił tak wiele dobra?

MAREK CHRAPEK: – Pojawiało się pytanie: Dlaczego tak się stało? Brat miał zaledwie 53 lata. Był w pełni życia. I tyle miał jeszcze do zrobienia. Był biskupem radomskim przez 2 lata, ale ciągle miał mnóstwo pomysłów. Opowiadał, że chce założyć kolejne jadłodajnie dla biednych, domy samotnej matki, otworzyć drukarnię, kupić mammobus do wykrywania nowotworów u kobiet. Chciał zorganizować zajęcia artystyczne dla ubogich dzieci.

– Wiele osób wspomina bp. Jana Chrapka, podkreśla, że był wyjątkowy. Czy tę wyjątkowość zaobserwowała Pani, gdy był dzieckiem?

G. Ch.: – Janek urodził się w 7. miesiącu ciąży. W niedzielę nad ranem. Był bardzo mały, taki mizerny. Zaraz go ochrzciliśmy. Na początku nie dawał znaków życia, ale jakoś pomału przeżył.

M. Ch.: – W tym czasie był to wielki wyczyn tego malutkiego organizmu. Nie było przecież inkubatorów. Urodził się tutaj, na wsi, w Skolankowskiej Woli, która kiedyś nosiła nazwę Józefin.

G. Ch.: – Jako dziecko bardzo dobrze się uczył. Lubił czytać książki. Od maleńkiego był bardzo grzeczny. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do naszego domu ksiądz po kolędzie. Janek nie chodził jeszcze do szkoły. Ksiądz spytał go, czy potrafi się przeżegnać i odmówić pacierz. Syn stanął i pięknie wszystko powiedział. Ksiądz zostawił katechizm. Mówił, żebym przysłała Janka na naukę religii i że on go przygotuje do przyjęcia Pierwszej Komunii św. „Przecież jest jeszcze za młody, ma zaledwie 7 lat” – powiedziałam. Ale ksiądz odpowiedział, że trzeba wpierw myśleć o Panu Bogu, a nie o świecie, i że taki wiek nie przeszkadza. Minęło trochę czasu i ksiądz przepytał go z tego katechizmu, bardzo szczegółowo. Janek odpowiedział na wszystkie pytania. Ksiądz był zadziwiony. Tylko wyszeptał: „Idź jeszcze, mały Chrapeczku, do kościoła i pomódl się”. Potem Janek został ministrantem. Stale chodził do kościoła na Msze św. Od początku był bardzo pobożny, zresztą tak jak wszystkie moje dzieci. Nigdy nie miałam z nimi problemów. Marysia i Zosia są siostrami zakonnymi w zakonie michalitek. Kazik, niestety, zmarł 2 lata temu. Najmłodszy Marek jest dzisiaj moim opiekunem. Bardzo dobrym.

– Bp Chrapek nieraz podkreślał w wywiadach, że pochodzi z bardzo pobożnego domu.

G. Ch.: – Oczywiście, wszyscy chodziliśmy na niedzielne Msze św. W zimie czytaliśmy dużo książek, w tym wiele życiorysów świętych. A każdego dnia wieczorem klękaliśmy i razem odmawialiśmy modlitwy.

– Nikt się nie buntował?

G. Ch.: – Wie Pan, tak jak dzieci. Żartują, że trudniej było wstawać rano w sobotę na Godzinki.

– Jak się wtedy żyło?

G. Ch.: – Po II wojnie światowej było bardzo ciężko. Kiedy pobraliśmy się z mężem, nie mieliśmy dosłownie nic. Tylko zdrowie i te ręce. Sami postawiliśmy dom. A potem mieszkaliśmy w kuchni przez 2 czy 3 lata, bo nie mieliśmy pieniędzy na wykończenie pozostałych pomieszczeń. Gospodarstwo miało prawie 7 hektarów. Mąż poważnie zachorował. Trzeba było pracować w polu, dzieci wychowywać, gospodarzyć. Nie było maszyn, tylko konie. Nie mogliśmy nikogo nająć do pracy, bo nie było z czego zapłacić. Janek był najstarszym dzieckiem. I musiał pomagać. W żniwa jeździł w pole, snopki zwoził. Wszystko robił. Nie miał lekkiego dzieciństwa. Było bardzo biednie.

– Jak dowiedziała się Pani, że syn chce zostać księdzem?

G. Ch.: – W naszym kościele odbywały się misje. W niedzielę moi chłopcy poszli rano na Mszę św., a ja później na Sumę. W kościele misjonarz powiedział, że uczeń z siódmej klasy złożył prośbę do Matki Najświętszej, że chce zostać misjonarzem. Wróciłam do domu i to opowiedziałam. A Janek z nieśmiałością przyznał się: „Mamusiu, to moja prośba”. Rozpłakałam się. „Pójdziesz do seminarium, a ja zostanę sama?” – pytałam. To były dla mnie trudne, dramatyczne chwile. Bardzo chciałam, żeby najstarszy syn został i zajmował się gospodarstwem. On wtedy z płaczem powiedział: „Mamusiu, ja będę przyjeżdżał na wakacje i wszystko zrobię”.

– Dlaczego wybrał zakon michalitów?

G. Ch.: – Kiedy Janek mówił, że chce zostać pustelnikiem lub misjonarzem, to napisałam o tym do męża, który był w sanatorium w Iwoniczu-Zdroju. Odpisał, że jeśli chce zostać księdzem, to niech tak będzie. Mąż mi napisał, że jeśli poradzi sobie z chorobą i będzie dalej żył, to jakoś sobie damy radę, a jeśli umrze, to, niestety, będę musiała przetrwać w biedzie. Napisał również, że niedaleko Iwonicza znajduje się dom macierzysty Zgromadzenia św. Michała Archanioła i żeby Janek zobaczył ten zakon. I tak się stało. Syn pojechał po raz pierwszy do Miejsca Piastowego w wieku zaledwie 14 lat. Na karteczce zapisał sobie nazwę miejscowości, gdzie musi się przesiąść na inny autobus, i pojechał. Bałam się, przeżywałam, bo przecież nigdy tak daleko nie wyjeżdżał. Ale co mogłam zrobić? Dzieci były bardzo małe, trzeba było zająć się gospodarstwem, a nie miał mnie kto zastąpić. Wszystko się jednak udało. Wrócił zachwycony.

– Pogodziła się Pani wtedy, że syn zostanie księdzem?

G. Ch.: – Tak, i byłam bardzo zadowolona. Zrozumiałam, że całe swoje życie chce poświęcić Panu Bogu. Czy może być coś piękniejszego? Później 2 razy odwiedziłam go w Miejscu Piastowym. Raz, gdy przysłano zaproszenie, że zakonnicy wystawią misteria Męki Pańskiej. Drugi – gdy była wywiadówka. Wszyscy mówili, że Janek bardzo dobrze się uczy i są z niego zadowoleni. Ucieszyłam się tym.

– 3 maja 1975 r. Jan Chrapek otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Ignacego Tokarczuka. Potem skończył studia specjalistyczne na KUL-u, w następnych latach uzyskał tytuł doktora. Został mianowany prefektem w krakowskim seminarium księży michalitów.

M. Ch.: – Jak został księdzem, to od razu mocno zaangażował się w ruch oazowy. Księża michalici już przed nim się tym zajmowali, a on rozszerzył tę działalność. Do dzisiaj spotykam ludzi, którzy mówią, że byli na oazach organizowanych przez brata. A trzeba pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Ksiądz nie mógł sobie dowolnie wyjeżdżać z młodzieżą. Władze chciały to kontrolować, sprawdzać, kto uczestniczy w oazach. Część młodzieży bała się jechać. Brat, żeby jej nie narażać, chodził po cmentarzu i spisywał imiona i nazwiska. Potem rejestrował wyjazd z tymi danymi. Tak było na oazach w Krośnie, Jasieniu czy Dukli. Młodzi uczyli się nieznanych nazwisk, bo mogli być w każdym momencie skontrolowani. Dzięki temu ich prawdziwe pozostawały nieznane i nie można było wyciągnąć wobec nich konsekwencji, że wyjechali. Władze komunistyczne ciągle prześladowały brata. Wzywali go na milicję, kilka razy przesłuchiwali. Śledzili. Pilnowali, kto wchodzi do kościoła...

– Kolejny ważny etap życia ks. Jana Chrapka zaczął się w 1981 r. Został wtedy rektorem słynnego Papieskiego Sanktuarium Maryjnego w Castel Sant’ Elia k. Rzymu. To wyjątkowe miejsce, w którym już w IV wieku osiedlali się pustelnicy.

M. Ch.: – Kiedy michalici dostali nową placówkę pod Rzymem, duża jej część była w ruinie. Brat opowiadał, że narkomani i pijacy urządzali tam sobie schadzki. Odnowienie i uporządkowanie wszystkiego wymagało dużo pracy. Pojechałem do tego miasteczka w 2006 r. Burmistrz pamiętał mojego brata. Podkreślił, że był zszokowany, bo w tak krótkim czasie zakonnikom udało się odbudować to miejsce pod względem nie tylko materialnym, ale przede wszystkim duchowym. Ludzie zaczęli przychodzić do sanktuarium i stało się ono ponownie miejscem kultu.

– Później o. Jan Chrapek został generałem zakonu michalitów, biskupem pomocniczym diecezji drohiczyńskiej, następnie toruńskiej i w 1999 r. biskupem ordynariuszem diecezji radomskiej.

G. Ch.: – Byłam bardzo szczęśliwa, gdy został biskupem. Choć wiedziałam, że będzie miał jeszcze mniej czasu. Był ciągle zajęty, zawsze coś robił. Niektórzy pytali, skąd ma tyle sił. Myślę, że od Pana Boga. Sam z siebie przecież tego wszystkiego by nie zrobił.

M. Ch.: – Dla mnie był idolem. Różnica wieku między nami była bardzo duża, bo byłem młodszy o 17 lat. Był dla mnie kimś, kto wyrwał się z tej wsi, jak kiedyś mówiłem – „z tej dziury”. Teraz zmieniłem zdanie o mojej rodzinnej miejscowości, ale wtedy tak myślałem. Byłem dumny, że udało mu się skończyć studia, poznać 5 języków; bywał we Włoszech, Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Widziałem też, jak wielkim szacunkiem cieszy się wśród ludzi. Ale miałem też pretensje.

– Pretensje?

M. Ch.: – Mówiłem, że za mało czasu poświęca rodzinie, że jak przyjeżdża, to powinien dłużej pobyć w domu, odpocząć. Teraz myślę inaczej. Wiem, że jak podejmuje się jakąś misję, trzeba się do końca poświęcić i całkowicie zaangażować. On tak właśnie robił. Pamiętam też ważne słowa, które wypowiedział do niego tatuś, gdy brat został generałem zakonu. To było tylko jedno zdanie: „Im, dziecko, wyżej wychodzisz, tym niżej głowę noś”. Proste stwierdzenie, ale ile w nim mądrości.

G. Ch.: – Przyjeżdżał rzeczywiście na krótko. Był 3-4 godziny, ale co to jest? Nigdy nie miał czasu. Ostatni raz był we wrześniu 2001 r. Pytałam: „Czy przyjedziesz na Wszystkich Świętych?”. „Przyjadę, mamusiu” – odpowiedział. Ale już nigdy nie przyjechał...
Kiedy z nim rozmawiałam, nigdy nie powiedział o nikim złe słowa. Nigdy. Według mnie, każdy powinien taki być. Potrafił dostrzec dobro w ludziach. Pomagał potrzebującym. Mówiłam mu, że dla mnie wszyscy są dobrzy. Może jeden znajdzie się zły na tysiąc. Ale to wyjątek.
M. Ch.: – Kiedyś przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać o sprawach bieżących. W pewnym momencie mówię: „Wiesz, niektórzy uważają, że naciągają cię różni ludzie; że jesteś za bardzo otwarty, naiwny. Proszą cię o pomoc finansową i o inne wsparcie, a wielu to zwykli naciągacze”. Pamiętam jego odpowiedź: „Wolę, żeby mnie dziewięciu na dziesięciu naciągnęło, ale żebym nie pominął tego jednego, który naprawdę potrzebuje pomocy”. Mówił też, jak wiele jest osób potrzebujących. Nie chodzi tylko o rzeczy materialne, ale również o wysłuchanie i bycie z kimś w trudnych momentach. To, uważał, jest nieraz o wiele ważniejsze niż sprawy materialne. On potrafił słuchać ludzi. Jak się z kimś spotykał, to czas przeznaczał wyłącznie dla konkretnego człowieka. I cały był z nim. Bardzo często nie mieścił się w ramach czasowych. Rozmawiał z kimś, a potem ktoś jeszcze przychodził i chciał być wysłuchany. Jego otoczenie przypominało mu, że musi już jechać, że nie zdąży na uroczystości, spotkanie, a on dalej słuchał ludzi.
– Kiedy przyjeżdżał do domu, opowiadał o osobach, które poznał – np. o Matce Teresie czy Janie Pawle II, którego obserwował w czasie papieskich pielgrzymek? M. Ch.: – Raczej przekazywał krótkie informacje. Gdzie był, kogo spotkał. Ale raz rzeczywiście opowiadał o Ojcu Świętym. To było po pielgrzymce, podczas której Papież się przewrócił i skaleczył w czoło. Brat mówił, że pomimo zmęczenia Jan Paweł II po całym dniu poszedł do kaplicy i modlił się w nocy. Najpierw widział Papieża, jak siedział, a potem – jak 2 godziny modlił się na klęczniku. Tej nocy Ojciec Święty spał zaledwie 3 godziny. To zrobiło na moim bracie niesamowite wrażenie.

– Czy mówił o trudnościach, o kłopotach, które go spotykały?

G. Ch.: – Kiedy ogłosili, że będzie biskupem radomskim, to jakoś bał się tego Radomia. Nie wiem dlaczego.

M. Ch.: – Chciał poznać Radom. Często wychodził z kimś i odwiedzał różne dzielnice. A czasami było tam naprawdę niebezpiecznie. Kiedy objął biskupstwo w Radomiu, to miasto nie było bogate. Padł przemysł, było ogromne bezrobocie. To była młoda diecezja z ogromnymi wyzwaniami. Na początku miał ciężko. Ale ludzie szybko zobaczyli, jak bardzo angażuje się w różne inicjatywy, jak próbuje pomóc biednym.

– O Radomiu mówił: „To moje piękne miasto”.

M. Ch.: – Szybko zjednał sobie ludzi, bo zobaczyli, że to, co robi, jest szczere, że bardzo chce zmienić diecezję na lepsze. Zauważyli to nie tylko mieszkańcy Radomia. Kiedy pracowałem w Warszawie, opowiadali mi artyści, że na pierwszy koncert „Verba Sacra” w Radomiu nikt nie chciał przyjechać. Ale już na następne z niecierpliwością czekali, czy brat zadzwoni i ich zaprosi.
Umiał też dostrzec potrzebujących. Jak przyszedł do Radomia, to od razu się zastanawiał, jakie są najpilniejsze potrzeby ludzi. I szybko działał. Sądzę, że to wyniósł przede wszystkim z domu. A potem został dobrze ukształtowany przez opiekunów w zakonie.

– Co chcieliby Państwo, żeby ludzie szczególnie zapamiętali z życia bp. Jana Chrapka?

M. Ch.: – Dla mnie ważne jest to, że był normalnym, zwyczajnym człowiekiem dla każdego. Nie biskupem, nie naukowcem, ale pozostał wrażliwym duszpasterzem. Pokazał, że trzeba spalać się jak świeca, to znaczy, że tak jak świeca można dawać światło i ciepło innym. Mówił, że trzeba próbować zrozumieć drugiego człowieka. Nie pouczać, ale być z nim w trudnych chwilach.
Myślę, że pozostawił po sobie wiele dobra. Bardzo się cieszymy z każdego śladu pamięci. Są szkoły jego imienia, nagrody, tak jak np. „Viventi Caritate”, czyli nagroda dla ludzi, którzy „przeżywają swoje życie z pasją wiary”. Wiele osób o nim pamięta. To, że dzisiaj Pan do nas przyjechał, a jest uczniem mojego brata, to przecież też znak tej pamięci. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach nieraz spotykają mnie ludzie i pytają, czy jestem kuzynem bp. Chrapka. Mówią, że jestem do niego podobny. Odpowiadam, że to mój brat. I zaczynają się opowieści. Komuś powiedział coś ważnego w życiu, komuś pomógł. To znaczy, że zostawił po sobie wiele dobra.

G. Ch.: – Ja stale odczuwam jego obecność. Chciałabym, żeby ludzie zapamiętali, jaki był. A był dobry. Mówiłam zawsze, że nie można nikomu robić krzywdy i trzeba żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. I myślę, że Janek tak właśnie żył. Bo w życiu bardzo ważne jest to, żebyśmy czynili dobro. Jak coś dobrego się zrobi, to człowiek jakoś inaczej się czuje. Może wyjść o każdej porze i z każdym miło porozmawiać. Serdecznie, życzliwie. A jak się zrobi coś złego, to ma się wyrzuty sumienia i nie można z tym czekać, bo życie jest bardzo krótkie.
Nieraz wydaje mi się, że jeszcze niedawno stawałam na palcach, żeby na stole zobaczyć łyżkę. A teraz? Mam już 88 lat. Prawie nie chodzę i z każdą chwilą odczuwam, że trzeba będzie odejść z tego świata. Codziennie myślę o śmierci. Wiem, że jest już bardzo blisko. Ale odchodzę ze spokojem. Gdybym komuś coś złego zrobiła, to miałabym wyrzuty sumienia i bałabym się śmierci. A tak nie jest. Myślę, że dobrze wykorzystałam życie. Mam spokojne sumienie.

– Niektórzy mówią o bp. Janie Chrapku: „To było święte życie”.

G. Ch.: – A to niech Pan Bóg osądzi. Wielu opowiada o jego skutecznej interwencji w ich trudnych sprawach u Boga.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Tagi:
rozmowa bp Jan Chrapek

Reklama

Ślady stóp

2018-10-31 08:30

Marianna Mucha
Edycja toruńska 44/2018, str. V

W toruńskiej parafii Księży Michalitów pw. św. Michała Archanioła odsłonięto tablicę upamiętniającą śp. bp. Jana Chrapka, michalitę, biskupa pomocniczego diecezji toruńskiej w latach 1994-99

Marianna Mucha
Bp Andrzej Suski i ks. Krzysztof Winiarski z siostrami bp. Jana Chrapka przy tablicy pamiątkowej

Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały cię” – te znane słowa bp. Jana Chrapka zostały umieszczone na szczycie tablicy wmurowanej w ścianę świątyni na Rybakach. Przypomniał je także odprawiający Eucharystię biskup senior Andrzej Suski, przyjaciel bp. Jana, z którym jako ordynariusz blisko współpracował w trakcie jego 5-letniej posługi w Toruniu. Bp Andrzej we wstępie do Mszy św. zauważył, że bp Jan szedł przez życie w taki sposób, że jego ślady przetrwały w sercach wielu, którzy mieli okazję się z nim spotkać.

Ślad służby

Te słowa znalazły swoje rozwinięcie w homilii. Ksiądz Biskup, nawiązując do słów Jezusa, podkreślił, że człowiek jest wielki wtedy, gdy służy innym. Słowa te pasują także do bp. Jana Chrapka. Bp Andrzej wskazał, że w ciągu swojego życia bp Chrapek niestrudzenie służył ludziom, nie bojąc się trudnych sytuacji, z którymi nieraz do niego przychodzono. Wielokrotnie prosił bp. Andrzeja o interwencję, gdy ktoś potrzebował pomocy. Miał w sobie ducha społecznika. Jako ordynariusz diecezji radomskiej zaczął od działalności charytatywnej, którą uważał za ważną przestrzeń pracy Kościoła. Organizował pomoc zwłaszcza ludziom, którzy po okresie transformacji znaleźli się w ciężkiej sytuacji życiowej.

Ślad modlitwy

Wzruszającą historią związaną z bp. Chrapkiem podzielił się obecny proboszcz parafii michalickiej ks. Krzysztof Winiarski. Wydarzenie to miało miejsce w latach 70. XX wieku. Mieszkająca na toruńskim Podgórzu pani Magdalena trafiła do szpitala na operację woreczka żółciowego. Jej mąż miał ogromne pragnienie, by w tym czasie w intencji żony została odprawiona Msza św.

Wraz z czteroma synami pieszo przeszli przez most na Wiśle do kaplicy Ojców Michalitów (kościół na Rybakach wtedy jeszcze nie był wybudowany). Gdy zadzwonili na furtę klasztorną, otworzył im właśnie ks. Jan Chrapek. Odprawił Mszę św., a przy ołtarzu jako ministranci służyli czterej synowie pani Magdaleny. Operacja się udała. Najstarszy z czworga synów pani Magdaleny, którzy wtedy służyli do Mszy św., aktualnie pracuje w Watykanie, jest to abp Jan Romeo Pawłowski, z mianowania papieża Franciszka od 2015 r. delegat ds. nuncjatur w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. Rodzina abp. Pawłowskiego do dziś jest bardzo wdzięczna bp. Janowi, nosząc w sercu ślad jego modlitwy.

Ślad życia

Aktu odsłonięcia tablicy poświęconej bp. Chrapkowi dokonały 21 października przybyłe na uroczystość dwie jego rodzone siostry – s. Agnieszka i s. Barbara. Obie należą do zgromadzenia sióstr michalitek. Wyraziły wzruszenie i wdzięczność za upamiętnienie działań brata oraz radość z tego, że ślady stóp bp. Jana trwają – choćby w postaci już ok. 40 rozwijających się dzieł charytatywnych i edukacyjnych, które noszą jego imię.

Bp Jan Chrapek zginął tragicznie w wypadku samochodowym 17 lat temu, w 2001 r., w wieku zaledwie 53 lat. Mógłby służyć Kościołowi jeszcze przez wiele lat. Jednak dzięki drodze, jaką obrał w swoim życiu, mimo iż nie było ono długie, ślady jego stóp go przetrwały.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wielka Brytania: lekarze chcą odłączyć 5-letnie dziecko od aparatury podtrzymującej życie

2019-07-19 12:34

rk (KAI/LifeSiteNews.com) / Londyn

O losach 5-letniej dziewczynki, którą brytyjscy medycy chcą odłączyć od urządzeń podtrzymujących życie, rozstrzygnie sąd. Choć dziecko zgodził się przyjąć włoski szpital pediatryczny w Genui, londyńska placówka medyczna sprzeciwia się temu, by rodzice zorganizowali i opłacili transport córki. Komentatorzy wskazują na podobieństwo tego przypadku do wcześniejszych spraw, w których mali pacjenci brytyjskich szpitali – Charlie Gard i Alfie Evans – zostali odłączeni decyzją sądu od aparatury utrzymującej życie, choć pomoc oferowały im placówki medyczne na całym świecie.

AR

Tafida Raqeeb, córka imigrantów z Bangladeszu, straciła przytomność kilka miesięcy temu na skutek pęknięcia naczyniaka tętniczo-żylnego mózgu. Mimo operacji, pięcioletnie dziecko nie odzyskało przytomności, a lekarze Royal London Hospital zwrócili się do sądu, by ten pozwolił na odłączenie pacjentki od aparatury, która zapewnia jej życie w stanie półprzytomności. Tafida reaguje na ból, daje niekiedy oznaki życia.

Rodzice Shalina i Mohammed poprosili o pomoc włoskich pediatrów z Instytutu im. Gianniny Gaslini w Genui – szpitala o światowej renomie. Ci, po zapoznaniu się z dokumentacją i konsultacji z brytyjskimi lekarzami, zgodzili się interweniować. Rodzice mają jedynie zorganizować i opłacić transport. O losach dziecka ma ostatecznie zdecydować brytyjski wymiar sprawiedliwości.

Włoscy komentatorzy wskazują na podobieństwo tego przypadku do wcześniejszych spraw, w których mali pacjenci brytyjskich szpitali zostali odłączeni decyzją sądu od aparatury podtrzymującej życie, choć pomoc oferowały im placówki medyczne na całym świecie.

W lipcu 2017 roku w londyńskim hospicjum dla dzieci zmarł liczący niespełna rok Charlie Gard, cierpiący od urodzenia na rzadką chorobę genetyczną. Wcześniej Trybunał Europejski polecił odłączyć wszystkie aparaty zapewniające życie małego pacjenta. Szpital dziecięcy pw. Dzieciątka Jezus w Rzymie był gotów zaopiekować się chłopcem.

W ubiegłym roku na polecenie sądu i wbrew woli jego rodziców został odłączony od aparatury Alfie Evans. Nastąpiło to na 11 dni przed drugą rocznicą urodzin dziecka, cierpiącego na niedobór transaminazy GABA. Jego rodzice bezskutecznie walczyli o przetransportowanie syna do watykańskiego szpitala pediatrycznego. Pomoc w tej sprawie oferował także prezbiteriański szpital pediatryczny w Nowym Jorku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Katowice: Msza św. z okazji 100-lecia Policji Państwowej

2019-07-21 14:27

ks. sk / Katowice (KAI)

Metropolita katowicki przewodniczył Eucharystii z okazji 100-lecia Policji Państwowej w Katowicach. W homilii podkreślał, że Bóg uzdalnia człowieka do osiągnięcia zamierzonej przez Niego miary ludzkiej wielkości.

Ks. Paweł Kłys

Zwracając się do policjantów przypomniał, że ich służba ma „z natury głębokie znamiona troski o sprawiedliwość, zwłaszcza tę w wymiarze społecznym”. Zauważył, że muszą się oni zmagać z konkretnym złem, „które zapuszcza swe korzenie w człowieka, niszcząc w nim Boży obraz – piękna, prawdy i dobra”.

Metropolita katowicki zauważył, że policjanci do wypełniania swojej misji potrzebują „siły, której źródłem nie jest człowiek, ani regulaminy ale sam Bóg”. – Potrzeba Wam odwagi i wrażliwości, którą może wzbudzić tylko Ten, który sam będąc Bogiem i Człowiekiem doświadczył ludzkiego losu i zna wnętrze człowieka. Potrzeba Wam nadziei, ożywianej Bożą mocą, aby nie zwątpić, nie stracić sensu tej ważnej służby i aby samemu być odpornym na zło – stwierdził.

Przypominając początki tworzenia oddziałów policji przytoczył istotę działania tej służby polegającą na „zapewnieniu mieszkańcom wielonarodowej Rzeczypospolitej bezpieczeństwa, a w życiu publicznym właściwego porządku i społecznego ładu”.

Mówiąc o nauczaniu Kościoła i Papieży XX wieku zauważył, że Bóg niczego nie zabiera człowiekowi, który wybiera Go na swego Pana. – Przeciwnie! Bóg uzdalnia człowieka do osiągnięcia zamierzonej przez Niego miary ludzkiej wielkości, do podejmowania służby bliźniemu aż po heroiczną nieraz ofiarę z życia – mówił abp Skworc.

Arcybiskup nawiązał do roty przysięgi policjantów z 24 lipca 1919. Przypomniał, że na początku i na końcu odwołuje się ona do Boga. - On jest niejako pierwszą i ostatnią literą alfabetu policyjnej przysięgi i etosu policjanta. Tak właśnie służbę państwowej policji i policjantów postrzegali założyciele tej zasłużonej dla ojczyzny formacji – mówił abp Skworc.

Metropolita katowicki przypomniał także dramatyczną historię funkcjonariuszy policji na początku II wojny światowej. Przywołał rozstrzelanych w Kalininie (obecnie Twer) policjantów, których pochowano w Miednoje. – Jak wiemy spoczywa tam 6311 policjantów. Aż 1231 z nich służyło w Policji Województwa Śląskiego. Wielu z policjantów, którzy wpadli w ręce niemieckiego okupanta, zwłaszcza tych, którzy brali udział w akcji powstańczo-plebiscytowej na Górnym Śląsku, trafiło do obozów koncentracyjnych. Katowicki Oddział IPN szacuje, że spośród przeszło 3 tys. śląskich policjantów 80 procent nie przeżyło II wojny – powiedział.

Zwrócił także uwagę, że po 1945 wyrzucenie Boga z przysięgi milicji obywatelskiej nie przyniosło właściwego podejścia do bezpieczeństwa obywateli i porządku publicznego. - Milicja razem ze Służbą Bezpieczeństwa, jak dobrze o tym wiemy, stała się narzędziem opresji totalitarnego państwa, czego najjaskrawszym dowodem były morderstwa Polaków, którzy nie chcieli się poddać nowemu zniewoleniu swojej ojczyzny. Tragicznym potwierdzeniem tego stwierdzenia są krzyże (znak obecności Boga) – w Poznaniu, Gdańsku i Katowicach oraz inne ofiary stanu wojennego, w tym bł. ks. Jerzy Popiełuszko – mówił.

W Eucharystii wzięli udział przedstawiciele rządu, parlamentarzyści, władze samorządowe, ludzie świata nauki, służby mundurowe i harcerstwo.

Uczestnicy uroczystości udali się następnie na plac Bolesława Chrobrego, gdzie przy pomniku Józefa Piłsudskiego odbył się uroczysty apel podczas którego wręczone zostały ordery, odznaczenia oraz akty mianowania na wyższe stopnie policyjne. Całość zakończył koncert Orkiestry Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach poprzedzony defiladą oraz pokazem musztry.

Polska Policja została powołana do istnienia 24 lipca 1919 jako formacja służąca społeczeństwu i przeznaczona do ochrony bezpieczeństwa ludzi oraz do utrzymywania bezpieczeństwa publicznego i porządku publicznego. W swojej historii przechodziła liczne zmiany. Ostatnia reforma struktur miała miejsce w 1990.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem