Reklama

Blask dobra

2017-10-11 11:11

Rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 42/2017, str. 27-29

Krzysztof Tadej
Genowefa Chrapek – mama bp. Jana Chrapka

KRZYSZTO TADEJ: – Tragedia wydarzyła się 18 października 2001 r. W tym dniu zginął Pani syn, bp Jan Chrapek.

GENOWEFA CHRAPEK: – Dowiedziałam się wieczorem. Przyjechał brat synowej i powiedział, że Janek miał wypadek samochodowy, nie żyje... Tego nie da się zapomnieć ani o tym opowiedzieć. O niewyobrażalnym bólu. Gdy matka usłyszy, że jej dziecko nie żyje, to co może być gorszego? Ale co mogłam zrobić? Zgodziłam się z wolą Bożą.

– Pan stawiał sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego odszedł człowiek, który czynił tak wiele dobra?

MAREK CHRAPEK: – Pojawiało się pytanie: Dlaczego tak się stało? Brat miał zaledwie 53 lata. Był w pełni życia. I tyle miał jeszcze do zrobienia. Był biskupem radomskim przez 2 lata, ale ciągle miał mnóstwo pomysłów. Opowiadał, że chce założyć kolejne jadłodajnie dla biednych, domy samotnej matki, otworzyć drukarnię, kupić mammobus do wykrywania nowotworów u kobiet. Chciał zorganizować zajęcia artystyczne dla ubogich dzieci.

– Wiele osób wspomina bp. Jana Chrapka, podkreśla, że był wyjątkowy. Czy tę wyjątkowość zaobserwowała Pani, gdy był dzieckiem?

G. Ch.: – Janek urodził się w 7. miesiącu ciąży. W niedzielę nad ranem. Był bardzo mały, taki mizerny. Zaraz go ochrzciliśmy. Na początku nie dawał znaków życia, ale jakoś pomału przeżył.

M. Ch.: – W tym czasie był to wielki wyczyn tego malutkiego organizmu. Nie było przecież inkubatorów. Urodził się tutaj, na wsi, w Skolankowskiej Woli, która kiedyś nosiła nazwę Józefin.

G. Ch.: – Jako dziecko bardzo dobrze się uczył. Lubił czytać książki. Od maleńkiego był bardzo grzeczny. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do naszego domu ksiądz po kolędzie. Janek nie chodził jeszcze do szkoły. Ksiądz spytał go, czy potrafi się przeżegnać i odmówić pacierz. Syn stanął i pięknie wszystko powiedział. Ksiądz zostawił katechizm. Mówił, żebym przysłała Janka na naukę religii i że on go przygotuje do przyjęcia Pierwszej Komunii św. „Przecież jest jeszcze za młody, ma zaledwie 7 lat” – powiedziałam. Ale ksiądz odpowiedział, że trzeba wpierw myśleć o Panu Bogu, a nie o świecie, i że taki wiek nie przeszkadza. Minęło trochę czasu i ksiądz przepytał go z tego katechizmu, bardzo szczegółowo. Janek odpowiedział na wszystkie pytania. Ksiądz był zadziwiony. Tylko wyszeptał: „Idź jeszcze, mały Chrapeczku, do kościoła i pomódl się”. Potem Janek został ministrantem. Stale chodził do kościoła na Msze św. Od początku był bardzo pobożny, zresztą tak jak wszystkie moje dzieci. Nigdy nie miałam z nimi problemów. Marysia i Zosia są siostrami zakonnymi w zakonie michalitek. Kazik, niestety, zmarł 2 lata temu. Najmłodszy Marek jest dzisiaj moim opiekunem. Bardzo dobrym.

– Bp Chrapek nieraz podkreślał w wywiadach, że pochodzi z bardzo pobożnego domu.

G. Ch.: – Oczywiście, wszyscy chodziliśmy na niedzielne Msze św. W zimie czytaliśmy dużo książek, w tym wiele życiorysów świętych. A każdego dnia wieczorem klękaliśmy i razem odmawialiśmy modlitwy.

– Nikt się nie buntował?

G. Ch.: – Wie Pan, tak jak dzieci. Żartują, że trudniej było wstawać rano w sobotę na Godzinki.

– Jak się wtedy żyło?

G. Ch.: – Po II wojnie światowej było bardzo ciężko. Kiedy pobraliśmy się z mężem, nie mieliśmy dosłownie nic. Tylko zdrowie i te ręce. Sami postawiliśmy dom. A potem mieszkaliśmy w kuchni przez 2 czy 3 lata, bo nie mieliśmy pieniędzy na wykończenie pozostałych pomieszczeń. Gospodarstwo miało prawie 7 hektarów. Mąż poważnie zachorował. Trzeba było pracować w polu, dzieci wychowywać, gospodarzyć. Nie było maszyn, tylko konie. Nie mogliśmy nikogo nająć do pracy, bo nie było z czego zapłacić. Janek był najstarszym dzieckiem. I musiał pomagać. W żniwa jeździł w pole, snopki zwoził. Wszystko robił. Nie miał lekkiego dzieciństwa. Było bardzo biednie.

– Jak dowiedziała się Pani, że syn chce zostać księdzem?

G. Ch.: – W naszym kościele odbywały się misje. W niedzielę moi chłopcy poszli rano na Mszę św., a ja później na Sumę. W kościele misjonarz powiedział, że uczeń z siódmej klasy złożył prośbę do Matki Najświętszej, że chce zostać misjonarzem. Wróciłam do domu i to opowiedziałam. A Janek z nieśmiałością przyznał się: „Mamusiu, to moja prośba”. Rozpłakałam się. „Pójdziesz do seminarium, a ja zostanę sama?” – pytałam. To były dla mnie trudne, dramatyczne chwile. Bardzo chciałam, żeby najstarszy syn został i zajmował się gospodarstwem. On wtedy z płaczem powiedział: „Mamusiu, ja będę przyjeżdżał na wakacje i wszystko zrobię”.

– Dlaczego wybrał zakon michalitów?

G. Ch.: – Kiedy Janek mówił, że chce zostać pustelnikiem lub misjonarzem, to napisałam o tym do męża, który był w sanatorium w Iwoniczu-Zdroju. Odpisał, że jeśli chce zostać księdzem, to niech tak będzie. Mąż mi napisał, że jeśli poradzi sobie z chorobą i będzie dalej żył, to jakoś sobie damy radę, a jeśli umrze, to, niestety, będę musiała przetrwać w biedzie. Napisał również, że niedaleko Iwonicza znajduje się dom macierzysty Zgromadzenia św. Michała Archanioła i żeby Janek zobaczył ten zakon. I tak się stało. Syn pojechał po raz pierwszy do Miejsca Piastowego w wieku zaledwie 14 lat. Na karteczce zapisał sobie nazwę miejscowości, gdzie musi się przesiąść na inny autobus, i pojechał. Bałam się, przeżywałam, bo przecież nigdy tak daleko nie wyjeżdżał. Ale co mogłam zrobić? Dzieci były bardzo małe, trzeba było zająć się gospodarstwem, a nie miał mnie kto zastąpić. Wszystko się jednak udało. Wrócił zachwycony.

– Pogodziła się Pani wtedy, że syn zostanie księdzem?

G. Ch.: – Tak, i byłam bardzo zadowolona. Zrozumiałam, że całe swoje życie chce poświęcić Panu Bogu. Czy może być coś piękniejszego? Później 2 razy odwiedziłam go w Miejscu Piastowym. Raz, gdy przysłano zaproszenie, że zakonnicy wystawią misteria Męki Pańskiej. Drugi – gdy była wywiadówka. Wszyscy mówili, że Janek bardzo dobrze się uczy i są z niego zadowoleni. Ucieszyłam się tym.

– 3 maja 1975 r. Jan Chrapek otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Ignacego Tokarczuka. Potem skończył studia specjalistyczne na KUL-u, w następnych latach uzyskał tytuł doktora. Został mianowany prefektem w krakowskim seminarium księży michalitów.

M. Ch.: – Jak został księdzem, to od razu mocno zaangażował się w ruch oazowy. Księża michalici już przed nim się tym zajmowali, a on rozszerzył tę działalność. Do dzisiaj spotykam ludzi, którzy mówią, że byli na oazach organizowanych przez brata. A trzeba pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Ksiądz nie mógł sobie dowolnie wyjeżdżać z młodzieżą. Władze chciały to kontrolować, sprawdzać, kto uczestniczy w oazach. Część młodzieży bała się jechać. Brat, żeby jej nie narażać, chodził po cmentarzu i spisywał imiona i nazwiska. Potem rejestrował wyjazd z tymi danymi. Tak było na oazach w Krośnie, Jasieniu czy Dukli. Młodzi uczyli się nieznanych nazwisk, bo mogli być w każdym momencie skontrolowani. Dzięki temu ich prawdziwe pozostawały nieznane i nie można było wyciągnąć wobec nich konsekwencji, że wyjechali. Władze komunistyczne ciągle prześladowały brata. Wzywali go na milicję, kilka razy przesłuchiwali. Śledzili. Pilnowali, kto wchodzi do kościoła...

– Kolejny ważny etap życia ks. Jana Chrapka zaczął się w 1981 r. Został wtedy rektorem słynnego Papieskiego Sanktuarium Maryjnego w Castel Sant’ Elia k. Rzymu. To wyjątkowe miejsce, w którym już w IV wieku osiedlali się pustelnicy.

M. Ch.: – Kiedy michalici dostali nową placówkę pod Rzymem, duża jej część była w ruinie. Brat opowiadał, że narkomani i pijacy urządzali tam sobie schadzki. Odnowienie i uporządkowanie wszystkiego wymagało dużo pracy. Pojechałem do tego miasteczka w 2006 r. Burmistrz pamiętał mojego brata. Podkreślił, że był zszokowany, bo w tak krótkim czasie zakonnikom udało się odbudować to miejsce pod względem nie tylko materialnym, ale przede wszystkim duchowym. Ludzie zaczęli przychodzić do sanktuarium i stało się ono ponownie miejscem kultu.

– Później o. Jan Chrapek został generałem zakonu michalitów, biskupem pomocniczym diecezji drohiczyńskiej, następnie toruńskiej i w 1999 r. biskupem ordynariuszem diecezji radomskiej.

G. Ch.: – Byłam bardzo szczęśliwa, gdy został biskupem. Choć wiedziałam, że będzie miał jeszcze mniej czasu. Był ciągle zajęty, zawsze coś robił. Niektórzy pytali, skąd ma tyle sił. Myślę, że od Pana Boga. Sam z siebie przecież tego wszystkiego by nie zrobił.

M. Ch.: – Dla mnie był idolem. Różnica wieku między nami była bardzo duża, bo byłem młodszy o 17 lat. Był dla mnie kimś, kto wyrwał się z tej wsi, jak kiedyś mówiłem – „z tej dziury”. Teraz zmieniłem zdanie o mojej rodzinnej miejscowości, ale wtedy tak myślałem. Byłem dumny, że udało mu się skończyć studia, poznać 5 języków; bywał we Włoszech, Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Widziałem też, jak wielkim szacunkiem cieszy się wśród ludzi. Ale miałem też pretensje.

– Pretensje?

M. Ch.: – Mówiłem, że za mało czasu poświęca rodzinie, że jak przyjeżdża, to powinien dłużej pobyć w domu, odpocząć. Teraz myślę inaczej. Wiem, że jak podejmuje się jakąś misję, trzeba się do końca poświęcić i całkowicie zaangażować. On tak właśnie robił. Pamiętam też ważne słowa, które wypowiedział do niego tatuś, gdy brat został generałem zakonu. To było tylko jedno zdanie: „Im, dziecko, wyżej wychodzisz, tym niżej głowę noś”. Proste stwierdzenie, ale ile w nim mądrości.

G. Ch.: – Przyjeżdżał rzeczywiście na krótko. Był 3-4 godziny, ale co to jest? Nigdy nie miał czasu. Ostatni raz był we wrześniu 2001 r. Pytałam: „Czy przyjedziesz na Wszystkich Świętych?”. „Przyjadę, mamusiu” – odpowiedział. Ale już nigdy nie przyjechał...
Kiedy z nim rozmawiałam, nigdy nie powiedział o nikim złe słowa. Nigdy. Według mnie, każdy powinien taki być. Potrafił dostrzec dobro w ludziach. Pomagał potrzebującym. Mówiłam mu, że dla mnie wszyscy są dobrzy. Może jeden znajdzie się zły na tysiąc. Ale to wyjątek.
M. Ch.: – Kiedyś przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać o sprawach bieżących. W pewnym momencie mówię: „Wiesz, niektórzy uważają, że naciągają cię różni ludzie; że jesteś za bardzo otwarty, naiwny. Proszą cię o pomoc finansową i o inne wsparcie, a wielu to zwykli naciągacze”. Pamiętam jego odpowiedź: „Wolę, żeby mnie dziewięciu na dziesięciu naciągnęło, ale żebym nie pominął tego jednego, który naprawdę potrzebuje pomocy”. Mówił też, jak wiele jest osób potrzebujących. Nie chodzi tylko o rzeczy materialne, ale również o wysłuchanie i bycie z kimś w trudnych momentach. To, uważał, jest nieraz o wiele ważniejsze niż sprawy materialne. On potrafił słuchać ludzi. Jak się z kimś spotykał, to czas przeznaczał wyłącznie dla konkretnego człowieka. I cały był z nim. Bardzo często nie mieścił się w ramach czasowych. Rozmawiał z kimś, a potem ktoś jeszcze przychodził i chciał być wysłuchany. Jego otoczenie przypominało mu, że musi już jechać, że nie zdąży na uroczystości, spotkanie, a on dalej słuchał ludzi.
– Kiedy przyjeżdżał do domu, opowiadał o osobach, które poznał – np. o Matce Teresie czy Janie Pawle II, którego obserwował w czasie papieskich pielgrzymek? M. Ch.: – Raczej przekazywał krótkie informacje. Gdzie był, kogo spotkał. Ale raz rzeczywiście opowiadał o Ojcu Świętym. To było po pielgrzymce, podczas której Papież się przewrócił i skaleczył w czoło. Brat mówił, że pomimo zmęczenia Jan Paweł II po całym dniu poszedł do kaplicy i modlił się w nocy. Najpierw widział Papieża, jak siedział, a potem – jak 2 godziny modlił się na klęczniku. Tej nocy Ojciec Święty spał zaledwie 3 godziny. To zrobiło na moim bracie niesamowite wrażenie.

– Czy mówił o trudnościach, o kłopotach, które go spotykały?

G. Ch.: – Kiedy ogłosili, że będzie biskupem radomskim, to jakoś bał się tego Radomia. Nie wiem dlaczego.

M. Ch.: – Chciał poznać Radom. Często wychodził z kimś i odwiedzał różne dzielnice. A czasami było tam naprawdę niebezpiecznie. Kiedy objął biskupstwo w Radomiu, to miasto nie było bogate. Padł przemysł, było ogromne bezrobocie. To była młoda diecezja z ogromnymi wyzwaniami. Na początku miał ciężko. Ale ludzie szybko zobaczyli, jak bardzo angażuje się w różne inicjatywy, jak próbuje pomóc biednym.

– O Radomiu mówił: „To moje piękne miasto”.

M. Ch.: – Szybko zjednał sobie ludzi, bo zobaczyli, że to, co robi, jest szczere, że bardzo chce zmienić diecezję na lepsze. Zauważyli to nie tylko mieszkańcy Radomia. Kiedy pracowałem w Warszawie, opowiadali mi artyści, że na pierwszy koncert „Verba Sacra” w Radomiu nikt nie chciał przyjechać. Ale już na następne z niecierpliwością czekali, czy brat zadzwoni i ich zaprosi.
Umiał też dostrzec potrzebujących. Jak przyszedł do Radomia, to od razu się zastanawiał, jakie są najpilniejsze potrzeby ludzi. I szybko działał. Sądzę, że to wyniósł przede wszystkim z domu. A potem został dobrze ukształtowany przez opiekunów w zakonie.

– Co chcieliby Państwo, żeby ludzie szczególnie zapamiętali z życia bp. Jana Chrapka?

M. Ch.: – Dla mnie ważne jest to, że był normalnym, zwyczajnym człowiekiem dla każdego. Nie biskupem, nie naukowcem, ale pozostał wrażliwym duszpasterzem. Pokazał, że trzeba spalać się jak świeca, to znaczy, że tak jak świeca można dawać światło i ciepło innym. Mówił, że trzeba próbować zrozumieć drugiego człowieka. Nie pouczać, ale być z nim w trudnych chwilach.
Myślę, że pozostawił po sobie wiele dobra. Bardzo się cieszymy z każdego śladu pamięci. Są szkoły jego imienia, nagrody, tak jak np. „Viventi Caritate”, czyli nagroda dla ludzi, którzy „przeżywają swoje życie z pasją wiary”. Wiele osób o nim pamięta. To, że dzisiaj Pan do nas przyjechał, a jest uczniem mojego brata, to przecież też znak tej pamięci. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach nieraz spotykają mnie ludzie i pytają, czy jestem kuzynem bp. Chrapka. Mówią, że jestem do niego podobny. Odpowiadam, że to mój brat. I zaczynają się opowieści. Komuś powiedział coś ważnego w życiu, komuś pomógł. To znaczy, że zostawił po sobie wiele dobra.

G. Ch.: – Ja stale odczuwam jego obecność. Chciałabym, żeby ludzie zapamiętali, jaki był. A był dobry. Mówiłam zawsze, że nie można nikomu robić krzywdy i trzeba żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. I myślę, że Janek tak właśnie żył. Bo w życiu bardzo ważne jest to, żebyśmy czynili dobro. Jak coś dobrego się zrobi, to człowiek jakoś inaczej się czuje. Może wyjść o każdej porze i z każdym miło porozmawiać. Serdecznie, życzliwie. A jak się zrobi coś złego, to ma się wyrzuty sumienia i nie można z tym czekać, bo życie jest bardzo krótkie.
Nieraz wydaje mi się, że jeszcze niedawno stawałam na palcach, żeby na stole zobaczyć łyżkę. A teraz? Mam już 88 lat. Prawie nie chodzę i z każdą chwilą odczuwam, że trzeba będzie odejść z tego świata. Codziennie myślę o śmierci. Wiem, że jest już bardzo blisko. Ale odchodzę ze spokojem. Gdybym komuś coś złego zrobiła, to miałabym wyrzuty sumienia i bałabym się śmierci. A tak nie jest. Myślę, że dobrze wykorzystałam życie. Mam spokojne sumienie.

– Niektórzy mówią o bp. Janie Chrapku: „To było święte życie”.

G. Ch.: – A to niech Pan Bóg osądzi. Wielu opowiada o jego skutecznej interwencji w ich trudnych sprawach u Boga.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Tagi:
rozmowa bp Jan Chrapek

Reklama

Ślady stóp

2018-10-31 08:30

Marianna Mucha
Edycja toruńska 44/2018, str. V

W toruńskiej parafii Księży Michalitów pw. św. Michała Archanioła odsłonięto tablicę upamiętniającą śp. bp. Jana Chrapka, michalitę, biskupa pomocniczego diecezji toruńskiej w latach 1994-99

Marianna Mucha
Bp Andrzej Suski i ks. Krzysztof Winiarski z siostrami bp. Jana Chrapka przy tablicy pamiątkowej

Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały cię” – te znane słowa bp. Jana Chrapka zostały umieszczone na szczycie tablicy wmurowanej w ścianę świątyni na Rybakach. Przypomniał je także odprawiający Eucharystię biskup senior Andrzej Suski, przyjaciel bp. Jana, z którym jako ordynariusz blisko współpracował w trakcie jego 5-letniej posługi w Toruniu. Bp Andrzej we wstępie do Mszy św. zauważył, że bp Jan szedł przez życie w taki sposób, że jego ślady przetrwały w sercach wielu, którzy mieli okazję się z nim spotkać.

Ślad służby

Te słowa znalazły swoje rozwinięcie w homilii. Ksiądz Biskup, nawiązując do słów Jezusa, podkreślił, że człowiek jest wielki wtedy, gdy służy innym. Słowa te pasują także do bp. Jana Chrapka. Bp Andrzej wskazał, że w ciągu swojego życia bp Chrapek niestrudzenie służył ludziom, nie bojąc się trudnych sytuacji, z którymi nieraz do niego przychodzono. Wielokrotnie prosił bp. Andrzeja o interwencję, gdy ktoś potrzebował pomocy. Miał w sobie ducha społecznika. Jako ordynariusz diecezji radomskiej zaczął od działalności charytatywnej, którą uważał za ważną przestrzeń pracy Kościoła. Organizował pomoc zwłaszcza ludziom, którzy po okresie transformacji znaleźli się w ciężkiej sytuacji życiowej.

Ślad modlitwy

Wzruszającą historią związaną z bp. Chrapkiem podzielił się obecny proboszcz parafii michalickiej ks. Krzysztof Winiarski. Wydarzenie to miało miejsce w latach 70. XX wieku. Mieszkająca na toruńskim Podgórzu pani Magdalena trafiła do szpitala na operację woreczka żółciowego. Jej mąż miał ogromne pragnienie, by w tym czasie w intencji żony została odprawiona Msza św.

Wraz z czteroma synami pieszo przeszli przez most na Wiśle do kaplicy Ojców Michalitów (kościół na Rybakach wtedy jeszcze nie był wybudowany). Gdy zadzwonili na furtę klasztorną, otworzył im właśnie ks. Jan Chrapek. Odprawił Mszę św., a przy ołtarzu jako ministranci służyli czterej synowie pani Magdaleny. Operacja się udała. Najstarszy z czworga synów pani Magdaleny, którzy wtedy służyli do Mszy św., aktualnie pracuje w Watykanie, jest to abp Jan Romeo Pawłowski, z mianowania papieża Franciszka od 2015 r. delegat ds. nuncjatur w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. Rodzina abp. Pawłowskiego do dziś jest bardzo wdzięczna bp. Janowi, nosząc w sercu ślad jego modlitwy.

Ślad życia

Aktu odsłonięcia tablicy poświęconej bp. Chrapkowi dokonały 21 października przybyłe na uroczystość dwie jego rodzone siostry – s. Agnieszka i s. Barbara. Obie należą do zgromadzenia sióstr michalitek. Wyraziły wzruszenie i wdzięczność za upamiętnienie działań brata oraz radość z tego, że ślady stóp bp. Jana trwają – choćby w postaci już ok. 40 rozwijających się dzieł charytatywnych i edukacyjnych, które noszą jego imię.

Bp Jan Chrapek zginął tragicznie w wypadku samochodowym 17 lat temu, w 2001 r., w wieku zaledwie 53 lat. Mógłby służyć Kościołowi jeszcze przez wiele lat. Jednak dzięki drodze, jaką obrał w swoim życiu, mimo iż nie było ono długie, ślady jego stóp go przetrwały.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Sprawa” tragicznie zmarłego ks. Palimąki

2012-11-23 13:21

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 48/2012, str. 4-5

Ks. Stanisław Palimąka - pierwszy proboszcz Klimontowa, twórca tamtejszej parafii i budowniczy kościoła, należy do grona tych kapłanów, którzy ponieśli śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach. Tragiczne zdarzenie miało miejsce stosunkowo niedawno - w 1985 r., sprawę badały poważne gremia, m.in. tzw. Komisja Rokity i delegatura krakowska IPN. Postępowanie badawcze nie wniosło zbyt wiele. Faktem jest natomiast, że ks. Palimąka, przejechany ze skutkiem śmiertelnym przez własny samochód, staczający się po pochyłości do garażu, był kaznodzieją i katechetą, który nigdy się komunistom nie kłaniał, a jego kazania i wystąpienia publiczne zaowocowały specjalną teczką w aktach SB

Archiwum
Ks. Stanisław Palimąka

Był 27 lutego 1985 r. Rankiem, tuż po śniadaniu proboszcz ks. Stanisław Palimąka wsiadł w swojego niebieskiego Fiata 125, aby odwieźć katechetę (alumna Stanisława Olesińskiego) do pracy. Prowadząca mu gospodarstwo siostra - Otylia Kaczmarek, nie mogąc doczekać się powrotu brata, wyszła ok. 12.30 przed dom. Ksiądz leżał przy drzwiach garażowych, na których zatrzymał się samochód. Był martwy.

Tragiczne zdarzenie

Jak pisze ks. Daniel Wojciechowski w „Księża niezłomni. Diecezja kielecka” („Print”, Włoszczowa-Kurzelów 2011) „Według oficjalnej wersji auto staczając się do garażu z podjazdu o długości 12 m i o nachyleniu 12 stopni, najechało na ks. Palimąkę, powodując jego śmierć. Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Krakowie musiał się bardzo spieszyć z ustaleniem przyczyny zgonu kapłana, skoro już 30 marca 1985 r. umorzył dochodzenie, nie stwierdzając przestępstwa. Sekcja zwłok wykazała złamanie podstawy czaszki, stłuczenie mózgu, krwiak podpajęczynkowy, rany tłuczone twarzy po stronie prawej i złamanie prawego uda”.

Z Kroniki parafii Klimontów: „Ciało księdza spoczywało wbite w nowe, masywne drzwi garażowe Został przygnieciony przez półtoratonowego fiata. Zszokowana tym widokiem [siostra - przyp. red] najprawdopodobniej wykonała telefony na milicję, do Kurii w Kielcach i do brata Mieczysława do Kielc. Na miejscu tragedii szybko zjawił się tłum ludzi. Plac przed plebanią zapełnili nie tylko zrozpaczeni parafianie, ale także milicja, pogotowie, brat księdza i biskup kielecki. Śledztwo przejęła komenda krakowska. Oględziny wykonywali eksperci z Krakowa i Warszawy”. Sekcja została przeprowadzona w Zakładzie Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie.

Pogrzeb ks. Stanisława Palimąki odbył się 2 marca 1985 r. w Klimontowie. Liturgii pogrzebowej przewodniczył bp Stanisław Szymecki, który wygłosił homilię, kończąc ją słowami św. Pawła Apostoła: „Czuwajcie, trwajcie mocno w wierze, bądźcie mężni i umacniajcie się. Wszystkie wasze sprawy niech się dokonują w miłości” (1Kor 16, 13-14). Uczestniczyło około 290 kapłanów i tłumy wiernych nie tylko z parafii, ale i z okolicznych miejscowości.

Co na to śledztwo i Komisja?

Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do badania działań MSW, którą kierował poseł Jan Maria Rokita (zwana Komisją Rokity), dopatrzyła się wielu wątpliwości w orzeczeniach Urzędu ds. Wyznań. W raporcie napisano m.in.: „Postępowanie zostało ukierunkowane na niestwierdzenie przestępstwa już w momencie dokonywania pierwszych czynności procesowych. Dopuszczono do utraty (na skutek niezabezpieczenia) wielu istotnych dowodów (m.in. nie dokonano badań, czy na monecie blokującej dźwignię hamulca ręcznego znajdują się odciski palców). Nie przesłuchano wszystkich świadków, wykonane przez biegłych ekspertyzy są obarczone uchybieniami, nie odpowiadają na podstawowe pytania. Wreszcie nie przeprowadzono eksperymentu, który miałby określić wielkość siły uderzenia staczającego się samochodu na przeszkodę umieszczoną bezpośrednio pod drzwiami garażu”. Jaki z tego wniosek?

Ks. Daniel Wojciechowski badający tę sprawę uważa, że przyczyna „wypadku” mogła być złożona: patriotyczne, niewygodne dla aparatu władzy homilie ks. Palimąki i wiedza, jaką nabył podczas budowy kościoła i tzw. załatwiania materiałów budowlanych. Działało to, zdaniem księdza, jak katalizator. - To, że Proboszcz Klimontowa wiedział zbyt wiele, potwierdził słuchacz Radia Maryja, który zadzwonił do mnie, gdy byłem gościem „Rozmów niedokończonych”. Dzwonił z Krakowa, ze szpitala, nie chciał jednak podać danych personalnych - opowiada ks. Wojciechowski. Jako krewny zmarłego był na miejscu wypadku i dotąd ma przed oczami tamten tragiczny widok.

Na wniosek Komisji Rokity w 1991 r. sporządzono dodatkowo raport o działalności „grupy D” (do specjalnych działań dezintegracyjnych w walce z Kościołem), utajniony jednak przez MSW… Z kolei prokurator Aleksander Herzog z Prokuratury Generalnej uznał, że śledztwo było prowadzone nieprawidłowo. W „Gazecie Wyborczej” (nr 237/11 października 1990) ukazał się tekst pt. „MSW się spieszyło”, w którym tenże prokurator opiniuje: „Zbyt wcześnie, często przed wpłynięciem opinii biegłych, umarzano sprawy, nie brano pod uwagę wszystkich możliwych wersji popełnienia przestępstwa”. Obok ks. Palimąki wymienia sprawy: Piotra Bartoszcze, Grzegorza Przemyka, ks. Jerzego Popiełuszki, ks. Stanisława Zycha.

Z Kroniki parafii Klimontów: „W 2008 r. na polecenie IPN krakowska policja ds. kryminalnych przez dwa dni podejmowała czynności dotyczące miejsca i przebiegu tragicznej śmierci ks. Palimąki w Klimontowie. Istotnych zmian w tej sprawie do dzisiaj nie stwierdzono. Od czasu do czasu ukazują się jakieś artykuły w prasie małopolskiej dotyczące tej śmierci, które powielają uprzednie wersje i opinie, a jest ich tyle, ilu ludzi, a każdy uważa siebie za eksperta. Wydaje się, że tajemnicę okoliczności śmieci zabrał ks. Stanisław ze sobą. Być może, że nadejdzie taki czas, kiedy poznamy prawdę o tej śmierci”. Tak więc sprawa nadal pozostaje niewyjaśniona.

Zanim został księdzem

Kim był tragicznie zmarły ks. Palimąka i w jaki sposób sprawował kapłańską posługę? Czy styl jego pracy mógł spowodować zabójstwo, jeśli wykluczy się tezę wypadku? Choć „sprawa nadal pozostaje niewyjaśniona”, warto przyjrzeć się nie tylko okolicznościom „sprawy”, ale również tak tragicznie przerwanemu życiu ks. Stanisława Palimąki.

Urodził się 1 grudnia 1933 r. w Rębiechowie, należącym do parafii Węgleszyn, w rolniczej rodzinie. Gdyby żył, wkrótce świętowałby 79. urodziny. Rodzice - Piotr i Marianna z Dąbrowskich byli autentycznymi świadkami żywej wiary i w tym duchu wychowywali dzieci. Zawsze, pomimo odległości od kościoła, musiała być coniedzielna Msza św., a rano i wieczorem wspólny pacierz. Niewielu pozostało świadków tamtych lat; w Rębiechowie wciąż mieszka siostra śp. ks. Palimąki, w Kielcach żyje brat. - Pamiętamy o nim w wypominkach, w rocznicę tragicznej śmierci jest zawsze zamawiana Msza św. - mówi proboszcz z Węgleszyna, ks. Andrzej Żuber.

Po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym w Jędrzejowie (1954 r.) Stanisław Palimąka zdecydował się wstąpić na drogę kapłaństwa, rozpoczynając naukę i formację w WSD w Kielcach. Czas był szczególny - aresztowanie i proces bp. Czesława Kaczmarka musiały zapisać się w pamięci kleryka i odcisnąć ślad na kształcie późniejszej kapłańskiej posługi. Równie mocno utrwaliły się rozmowy w grupie szkolnych kolegów i nauczyciela historii z liceum w Jędrzejowie, gdzie potajemnie poznawano prawdę o Katyniu i innych zdarzeniach, o których milczała wówczas historia. Kleryk Palimąka zainteresowania historią Polski wyniósł także z domu rodzinnego. To był jeden aspekt jego dojrzewania, doroślenia. Poza tym koledzy kursowi z Seminarium zapamiętali go jako radosnego, pełnego optymizmu człowieka. Święcenia kapłańskie ks. Palimąka otrzymał z rąk bp. Czesława Kaczmarka 11 czerwca 1960 r. - Zawsze cechował go niesamowity humor. Był pełen energii, prędki - mówił, co myślał. Tę energię przekładał na duszpasterstwo - wspomina ks. Wojciechowski.

Odważne kazania w parafiach diecezji

Najpierw był wikariat w Łopusznie - trzy lata w rozległej terytorialnie parafii, z katechizacją dzieci w punktach dojazdowych, z głoszeniem odważnych kazań, co skutkowało nachodzeniem księdza przez ludzi w mundurach lub w cywilu i zadawaniem pytań, głównie o stosunek do PRL i jej władz. Potem był (krótko) Słaboszów k. Miechowa.

W Archiwum Diecezjalnym w Kielcach zachował się list do bp. Jana Jaroszewicza, dotyczący tamtego okresu, napisany przez 48-letniego rolnika ze Słaboszowa, który pisze m.in.: „Bardzo a bardzo pragnę podziękować za tak dobrego kaznodzieję, jakim jest ks. Palimąka, wikary parafii Słaboszów (…). Słyszę często, co ludzie mówią o jego kazaniach i co na nich działa i na mnie samego (…). Ksiądz wikary chce naprawdę dużo pracować i dużo może zrobić” (Akta personalne XP -56). W liście była także mowa o obowiązkowości księdza w doprowadzaniu dzieci na religię, szczególnie tych, które unikały katechezy.

W grudniu 1963 r. ks. Palimąka zainstalował się w Pierzchnicy. W związku z wygłoszonym przezeń kazaniem (z 11 kwietnia 1966 r.) Wojewódzki Urząd ds. Wyznań skierował do Kurii w Kielcach pismo o wszczęciu postępowania w sprawie działalności ks. Palimąki „szkodliwej dla państwa ludowego”. Wytoczony zarzut dotyczył „publicznego piętnowania historyków polskich za rzekome zniekształcanie prawdy historycznej narodu i Ojczyzny”. Ks. Palimąka nie zaprzeczał; ponadto nie chciał dopuścić świeckich władz oświatowych do wizytacji katechezy w punktach katechetycznych. SB przyglądała się coraz uważniej młodemu wikariuszowi...

W 1966 r. ks. Palimąka został mianowany wikariuszem w Białogonie k. Kielc. Po trzech latach przeniesiono go do Kazimierzy Wielkiej. Od 1972 r. jest już w Proszowicach, gdzie daje się poznać jako aktywny, zaradny i przedsiębiorczy kapłan.

Na probostwie w Klimontowie

Bp Jan Jaroszewicz w porozumieniu z ks. kan. Janem Kurczabem - proboszczem w Proszowicach zlecił ks. Stanisławowi Palimące organizację parafii i budowę kościoła w Klimontowie. - Do tego dzieła przystąpił z wiarą i entuzjazmem, mając nadzieję, że z pomocą Bożą i ludzi wykona zadanie - uważa ks. Daniel Wojciechowski. Zakupiono plac pod budowę, a 3 lipca 1977 r. została odprawiona pierwsza Msza św. na placu budowy kościoła. Sama budowa świątyni ruszyła wiosną 1978 r., a jesienią bp Jaroszewicz dokonał wmurowania kamienia węgielnego. Tempo pracy było szybkie, ksiądz dwoił się i troił, nie żałował zdrowia, które zaczynało szwankować, tym bardziej że budowa w tamtych czasach to było wyzwanie wymykające się normom, połączone z karkołomnymi zabiegami i tzw. „załatwieniami” wszystkiego, od pozwoleń po materiały.

Proboszcz był lubiany przez swoich parafian w Klimontowie i cieszył się ich szacunkiem. „Przyjaźnie nastawiony do każdego człowieka, wzbudzał zaufanie i łatwo nawiązywał kontakty. Był lubiany przez młodzież i dzieci. Te cechy jego charakteru pomagały mu przy budowie kościoła oraz tworzenia wspólnoty parafialnej. Parafianie podziwiali jego zaangażowanie w budowę i chętnie mu pomagali. Trud budowy kościoła i plebanii bez wytchnienia i wypoczynku przypłacił zawałem serca” - pisze w swej książce ks. Daniel Wojciechowski. Proboszcz dbał też o Kościół duchowy. Katechizacja, przepowiadanie Ewangelii - pozostawały na dobrym, ambitnym, zaangażowanym poziomie.

Od 1978 r. ks. Palimąka został samodzielnym duszpasterzem w Klimontowie. Równolegle z budową kościoła stawiano plebanię. Parafię pw. NMP Królowej Polski erygował bp Stanisław Szymecki 4 stycznia 1983 r. W tym samym roku bp Mieczysław Jaworski poświęcił cmentarz grzebalny. Od maja 1984 r. Proboszcz mieszkał już u siebie, na plebanii.

Życie parafialne potoczyło się wartkim, stabilnym nurtem, umacniały się więzi wspólnoty, parafia powoli krzepła. Proces w miarę spokojnego budowania wspólnoty przerwała nagła, tragiczna śmierć Księdza Proboszcza, 27 lutego 1985.

Ks. Palimąka został pochowany na cmentarzu, ale wkrótce ciało jego złożono w nowym grobie obok kościoła. Napis na nagrobku brzmi: „Oto miejsce mego odpoczynku na wieki” (Ps 131, 14). Bp Jan Gurda w 1990 r. poświęcił w kościele tablicę upamiętniającą postać tragicznie zmarłego kapłana. W czerwcu 2004 r. uporządkowano grób ks. Stanisława Palimąki wykonując nowe podesty granitowe i odkrywając mogiłę z zarośli. Teraz widnieje obok nowo wybudowanej kaplicy przedpogrzebowej. - Pamiętamy o kolejnych rocznicach śmierci, zamawiane są Msze św. 8 maja w dniu jego imienin czy we Wszystkich Świętych. Pozostaje nam obowiązek pamięci o nim - wyjaśnia proboszcz Klimontowa ks. Jan Kukowski. Postać tragicznie zmarłego Proboszcza przypominano m.in. w numerach pisma parafialnego „Klimontowska wspólnota”.

Dziękuję ks. Janowi Kukowskiemu za pomoc w zebraniu materiału do artykułu i udostępnienie zdjęcia.

W następnym numerze sylwetka Jadwigi Stano, wdowy konsekrowanej

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Krzyżyk z drewna wraku „Titanica” sprzedany za 11600 euro

2019-10-21 21:14

ts / Wiltshire (KAI)

Na aukcji w Wielkiej Brytanii sprzedano krzyż, wyrzeźbiony z drewna pochodzącego z wraku legendarnego „Titanica”. Jak poinformowały media brytyjskie, prosty, 13-centymetrowy krzyżyk, sprzedano 19 października w Wiltshire w pobliżu kurortu Bath. Nabywca zapłacił za niego 10 tys. funtów (około 50 tys. zł). Dom aukcyjny oczekiwał, że będzie to cena około 12-18 tys. funtów.

F.G.O. Stuart (1843-1923)/pl.wikipedia.org

Krzyżyk wyrzeźbiono w zakładzie Samuela Smitha. Był on członkiem załogi statku SS „Minia”, który po katastrofie zbierał na swój pokład zwłoki zmarłych pasażerów. Członkowie załogi zbierali także wyrzucone przez morze przedmioty, w tym części wraku z drzewa dębowego. Z tego drzewa Smith wyrzeźbił później krzyżyk, upamiętniający ponad 1500 ofiar zatopionego „Titanica”. Do czasu aukcji znajdował się on w posiadaniu potomków byłego marynarza.

Luksusowy parowiec „Titanic”, swego czasu największy statek świata, podczas swego pierwszego rejsu z Wielkiej Brytanii do Nowego Jorku w kwietniu 1912 r. zderzył się z górą lodową i zatonął. Przedmioty z wraku odkrytego w 1985 r. osiągają wysokie ceny na aukcjach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem