Reklama

W pułapce konsumpcjonizmu

2018-08-01 10:29

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 31/2018, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Polacy wpadli w wir konsumpcji – uważają badacze tego zjawiska

Podczas niedawnego Kongresu „100 lat polskiej gospodarki” – który symbolicznie odbył się w gmachu Giełdy Papierów Wartościowych, dawnej siedzibie Komitetu Centralnego PZPR – zastanawiano się nad możliwością rozwijania polskiej gospodarki aż do poziomu 4.0, czyli do gospodarki wykorzystującej najnowocześniejsze innowacyjne technologie cyfrowe, informatyczne, robotyzacyjne.

Premier Mateusz Morawiecki, gdy przedstawiał podczas kongresu stuletnią historię polskiej gospodarki, przypomniał, że aby zbudować Gdynię, budżet II RP w połowie był poświęcony na inwestycje, w dużym stopniu właśnie na tę konkretnie inwestycję. – To jest tak, jakby dziś nasze drogie społeczeństwo – mówił premier – pozwoliło nam poświęcać 200-300 mld zł rocznie na inwestycje. Na pewno wtedy Polska za 5-7 lat wyglądałaby inaczej... Ale nie ma takiego prostego przełożenia mechanizmów II Rzeczypospolitej na naszą rzeczywistość. To jest niemożliwe z różnych względów. Społeczeństwo jest dużo bardziej nastawione na konsumpcję, tak też zostało ukształtowane w latach 90. ubiegłego wieku i dwutysięcznych. Niestety, brakowało w dużym stopniu pewnych celów aspiracyjnych, które jednocześnie mogłyby być akceptowalne dla społeczeństwa...

Tyrania konsumpcji

To wypomniane przez premiera nastawienie polskiego społeczeństwa na konsumpcję jest wciąż głównym motorem wzrostu gospodarki, ale – dziś wreszcie zdajemy sobie z tego sprawę – wzrostu ograniczonego, na pewno niezapewniającego rozwoju do poziomu 4.0. Wydaje się, że osiągnięcie tego najwyższego pułapu będzie trudne, bo od czasu II RP z biegiem kolejnych wydarzeń i dziesięcioleci zabijany był w Polakach nawyk oszczędzania i inwestowania w przyszłość. A co najgorsze, po odzyskaniu wolności w 1989 r. nie wytyczono przed polskim społeczeństwem odpowiednich, dobrych dla rzeczywistego rozwoju polskiej gospodarki, „celów aspiracyjnych”. Przeciwnie – czyniono wszystko, co dobre dla innych, bardziej zapobiegliwych gospodarek. Polskim politykom zabrakło tej roztropnej zapobiegliwości w interesie własnego kraju. To taka nasza swojska „patologia wolności”.

I tak, po części na własne życzenie, staliśmy się konsumenckim rajem. Przede wszystkim dla zagranicznego biznesu, który na naszej niepohamowanej konsumpcji dóbr importowanych od trzydziestu lat zarabia krocie, ale także dla nas samych. Po latach zgrzebnego komunizmu wygłodniali – czasem nawet dosłownie – Polacy byli przeszczęśliwi, że mogą wreszcie kupować wszystko bez ograniczeń. Byli gotowi wydać ostatnie grosze, zadłużyć się, by tylko zaspokoić wszystkie materialne potrzeby, niekoniecznie te najbardziej niezbędne, a o jakimkolwiek oszczędzaniu nie było mowy. Zjawisko to narastało z biegiem lat III RP, umiejętnie podsycane i kreowane przez tych, którzy doszli do wniosku, że „tym głupim Polakom” wszystko można wcisnąć, że kupią nawet to, czego gdzie indziej ludzie nie chcą kupować (doszło już nawet do tego, że znane marki specjalnie na polski rynek produkują towary gorszej jakości).

Reklama

GUS podaje, że realna wartość konsumpcji nieustannie się zwiększa. W ostatnim czasie głównie za sprawą programu „Rodzina 500+”, który pozwolił na większe wydatki w celu zaspokojenia podstawowych potrzeb sporej rzeszy tych, którzy do tego czasu żyli na marginesie dobrodziejstw konsumpcjonizmu.

Stale wzrasta również import dóbr konsumpcyjnych, co w warunkach gospodarki mocno uzależnionej od innych jest oczywiste i co cieszy zagranicznych dostawców. Ale ekonomiści wciąż mają nadzieję na wzrost polskich inwestycji, choć doceniają walory gospodarcze wzmożonej prywatnej konsumpcji. Chodzi teraz przede wszystkim o to, aby nie była to konsumpcja próżna, aby była bardziej związana z inwestowaniem w przyszłość. Pytanie: Jak sprawić, aby przeciętny polski konsument, zwłaszcza ten wydający pieniądze z programu „Rodzina 500+”, mocniej poczuł odpowiedzialność za tę przyszłość – swoją, swoich dzieci, kraju – aby nie wydawał pieniędzy w sposób zbyt beztroski?

Wyzwolenie gospodarki spod tyranii konsumpcji, jak o tym marzy premier Morawiecki, nie będzie łatwe.

Zastaw się, a postaw się

Trudno się dziwić – tłumaczą badacze tego zjawiska z pogranicza psychologii, socjologii, etyki i biznesu – że Polacy z taką łatwością wpadli w wir konsumpcji. Niektórzy uważają, że z natury jesteśmy narodem konsumpcyjnym, kochamy konsumpcję, a bogactwo i wartości konsumpcyjne uznaliśmy za wartości podstawowe i dlatego konsumpcjonizm Polaków nie będzie stopniowo odchodził w niepamięć wraz z zaspokojeniem nawet najbardziej wygórowanych potrzeb. A to wszystko bierze się nie tylko z przeogromnych zapóźnień gospodarczych, ale też z nawyku gromadzenia zapasów dóbr w czasach biedy, z zaszłości historycznych.

Krytycy nadmiernej konsumpcji chętnie sięgają do dawnych wzorców, do staropolskiego „zastaw się, a postaw się”. Trudno nie zauważyć, że Polacy nie potrafią rozsądnie gospodarować swoimi prywatnymi zasobami, że mają wyraźną tendencję do życia ponad stan, choćby na kredyt. Ta przypadłość jest, niestety, bardzo skutecznie wzmacniana przez kooperującą z wielkim biznesem branżę reklamową oraz przez media lansujące potężną „konsumpcję rozrywkową”.

Faktem jest, że suma kredytów bankowych zaciąganych przez Polaków stale rośnie – w lutym 2018 r. było to aż 528 mld zł. Z najnowszych danych NBP na temat finansów gospodarstw domowych wynika, że wartość obecnie spłacanych kredytów jest aż o 10 proc. (o 46 mld zł) wyższa niż przed rokiem. Coraz mniej pieniędzy (tylko 270 mld zł) znajduje się natomiast na lokatach obywateli. A zatem wartość zobowiązań jest niemal dwa razy wyższa niż suma odłożonych oszczędności.

W dekadzie 2005-15 wzrost wydatków Polaków na konsumpcję był najwyższy w Unii Europejskiej; w 2015 r. statystyczny Polak kupował o prawie 32 proc. więcej dóbr i usług niż 10 lat wcześniej. Polska była jedynym krajem w Unii, który nie odnotował ani jednego kwartału ze spadkiem konsumpcji. Druga w kolejności Rumunia odnotowała wzrost o 7 proc. niższy, zaś trzecia Słowacja – o 9 proc. W ostatnich latach wydatki Polaków na konsumpcję nadal wzrastają – o ok. 2 proc. rocznie.

W świecie wydumanych potrzeb

Polski konsumpcjonizm przejął z dobrodziejstwem inwentarza – i ze swojskim wzmocnieniem – wszystkie wady tego znanego od dawna zjawiska, które zaczęło się od Ameryki i tamże rozwinęło się do rozmiarów hiperkonsumpcjonizmu.

Zmora konsumpcjonizmu zaczęła dawać o sobie znać już jakieś 200 lat temu, zaś samego pojęcia użyto po raz pierwszy na łamach amerykańskiej prasy w 1925 r. Wtedy pojawiły się już bardzo poważne obawy, że wszelkie ludzkie wartości zostaną podporządkowane jakiemuś wyimaginowanemu, ale coraz bardziej urzeczywistnianemu „standardowi życia”. Zaczęła się propaganda „właściwego stylu życia”, polegającego na niepohamowanym zaspokajaniu wszelkich, niekoniecznie niezbędnych, potrzeb. Siły biznesu zadbały o to, aby dążenie do luksusu stało się niemal powinnością każdego człowieka, który musi być – jak to dziś mówimy – trendy.

Dzisiejsze postawy konsumpcyjne Polaków – twierdzą badacze – są zróżnicowane, ale wciąż dominuje wśród nich kult posiadania, który prowadzi do narastania społeczno-kulturowego zjawiska konsumpcjonizmu, podczas gdy w niektórych krajach podejmuje się już działania zmierzające do ograniczenia tego rodzaju zachowań społecznych.

Chodzi głównie o zwrócenie uwagi na skutki uboczne konsumpcjonizmu, które najprostszą drogą prowadzą do degradacji środowiska naturalnego człowieka i samego człowieka. Nie są to jednak ani proste, ani łatwe do przeprowadzenia działania; opór materii i rozlicznych interesów jest zbyt wielki.

Konsumpcjonizm to dziś coś więcej niż zwykłe pojęcie z dziedziny ekonomii – to sposób życia świadczący o mocno zdegradowanej tożsamości współczesnej jednostki. To przede wszystkim najpopularniejsza chyba w XXI wieku – i to nie tylko w krajach bogatych – postawa niewspółmiernego do potrzeb przywiązania do dóbr materialnych i pseudoduchowych, do coraz to bardziej niepotrzebnych, wydumanych usług, do nieokiełznanej rozrywki, rzadko mającej cokolwiek wspólnego z kulturą.

Nadmierna konsumpcja i ideologia konsumpcjonizmu postrzegane są – już nie wyłącznie przez lewicowych analityków – jako sprzeczne ze zrównoważonym rozwojem, w sensie zarówno ekologicznym (nadmierna eksploatacja zasobów środowiska naturalnego i gigantyczna produkcja odpadów, śmieci), ekonomiczno-gospodarczym (nadmierna, zniewalająca władza rynku), jak i społeczno-kulturowym (zmniejszanie poziomu zaangażowania obywateli, kreowanie fałszywych potrzeb konsumentów, umacnianie bezmyślnej kultury konsumpcyjnej).

„Mieć” czy jednak „być”?

To bodaj najtrudniejsze pytanie współczesności często powtarzał Jan Paweł II. Dziś rzadko zadawane, choć chyba wszyscy zaczynają się już na swój sposób martwić widocznymi konsekwencjami rozbuchanego konsumpcjonizmu.

Jan Paweł II z właściwą sobie przenikliwością diagnozował cywilizacyjne zagrożenie ze strony konsumpcjonizmu i ostrzegał nas przed nim już wtedy, kiedy w Polsce jeszcze nawet nam się nie śniło o konsumpcyjnym rozpasaniu: „«Posiadanie» rzeczy i dóbr samo przez się nie doskonali podmiotu ludzkiego, jeśli nie przyczynia się do dojrzewania i wzbogacenia jego «być», czyli do urzeczywistnienia powołania ludzkiego jako takiego” (encyklika „Sollicitudo rei socialis” z 1987 r., nr 29).

W 1991 r., na samym początku polskich przemian gospodarczych, w „Centesimus annus” Papież Polak pisał o „ślepym poddaniu się czystej konsumpcji”, o niebezpiecznym braku odporności na „wszechobecną reklamę i nieustanne kuszące propozycje nabycia nowych produktów”, o tym, że „im więcej się posiada, tym więcej się pożąda, podczas gdy najgłębsze pragnienia zostają zagłuszone”. „Dlatego – pisze Ojciec Święty w tej encyklice – pilnie potrzebna jest tu wielka praca na polu wychowania i kultury, obejmująca przygotowanie konsumentów do odpowiedzialnego korzystania z prawa wyboru, kształtowanie głębokiego poczucia odpowiedzialności u producentów i przede wszystkim u specjalistów w dziedzinie społecznego przekazu; konieczna jest także interwencja władz publicznych” (nr 36).

Tylko tyle i aż tyle potrzeba, by „nieskonsumowane” do cna społeczeństwo chciało jeszcze i potrafiło w przyszłości skorzystać z dobrodziejstw gospodarki 4.0, uprzednio do niej aspirując przez roztropne konsumowanie dóbr – aby polska konsumpcja nie kojarzyła się jedynie z niezdrowym grillowaniem i z kosztownymi fajerwerkami przy każdej okazji, lecz z mądrą troską o przyszłość.

Tagi:
gospodarka konsumpcjonizm

Reklama

Papież w Środę Popielcową: "Musimy uwolnić się od macek konsumizmu, od serca zamkniętego na potrzeby ubogich

2019-03-06 17:32

st, kg (KAI) / Watykan

Musimy uwolnić się od macek konsumizmu i sideł samolubstwa, od pragnienia posiadania coraz więcej, od stałego niezadowolenia, od serca zamkniętego na potrzeby ubogich - powiedział Franciszek w kazaniu podczas nabożeństwa pokutnego w Środę Popielcową 6 marca. Zgodnie z wieloletnim zwyczajem obrzędy tego dnia rozpoczęły się w kościele św. Anzelma na Awentynie, skąd następnie wszyscy z papieżem na czele przeszli w procesji pokutnej do bazyliki św. Sabiny, gdzie Ojciec Święty odprawił Mszę św., połączonej z posypaniem głów popiołem.

Grzegorz Gałązka

Nawiązując do pierwszego czytania Mszalnego, zaczerpniętego z Księgi Joela, Ojciec Święty zauważył, że Wielki Post rozpoczyna się rozdzierającym uszy dźwiękiem: rogu, który zapowiada post. Ten mocny dźwięk chce spowolnić nasze wiecznie zabiegane życie, choć często nie wiemy, dokąd pędzimy, każe się zatrzymać, przejść do tego, co istotne, do postu od tego, co zbędne i rozprasza - powiedział kaznodzieja. Zwrócił uwagę, że dźwiękowi tej pobudki dla duszy towarzyszy krótkie i stanowcze orędzie, jakie Pan przekazuje przez usta proroka: „Nawróćcie się do mnie” (w. 12).

Wezwanie do powrotu oznacza, że poszliśmy gdzie indziej - podkreślił mówca. Przypomniał, że Wielki Post to czas na ponowne odnalezienie kursu życia, gdyż tak jak w każdej podróży tu także ważne jest, by nie stracić z oczu celu. Gdy natomiast interesuje nas tylko otaczający nas krajobraz lub zatrzymywanie się na posiłek, to daleko nie zajdziemy - zaznaczył Franciszek. Dodał, że każdy powinien sam siebie zapytać o kierunek drogi, o problemy, z jakimi ma do czynienie i jak je rozwiązać. Nie majątek i pomyślność mają być celem naszej wędrówki przez życie, ale jest nim Pan i to On ma wyznaczać nasz kurs - podkreślił papież.

Wskazał, że otrzymujemy dziś znak, by odnaleźć ten kurs: popiół na głowę. On każe nam pomyśleć nie o rzeczach przemijających, przelotnych, ale Wielki Post jest czasem ponownego odkrycia, że zostaliśmy stworzeni dla ognia, który zawsze płonie, nie dla popiołów, które natychmiast gasną; dla Boga, nie dla świata; dla wieczności Nieba, a nie dla oszustwa ziemi; dla wolności dzieci, a nie dla zniewolenia rzeczami.

Na tej drodze powracania do tego, co ważne, Ewangelia dzisiejsza proponuje trzy etapy, które Pan każe nam przejść bez obłudy i udawania: jałmużny, modlitwy, postu. Prowadzą nas one do trzech rzeczywistości, które nie zanikają. Modlitwa łączy nas ponownie z Bogiem; miłosierdzie z bliźnim; post z samymi sobą - wyjaśnił Ojciec Święty. Dodał, że rzeczywistością, które nie kończy się nicością i w którą trzeba inwestować, są Bóg, bracia i moje życie.

Wielki Post zachęca nas do spojrzenia: najpierw ku temu, co w Górze, przez modlitwę, która wyzwala z życia horyzontalnego i płaskiego życia, w którym zapominamy o Bogu. Następnie ku drugiemu człowiekowi, przez miłosierdzie, które uwalnia od próżności posiadania, od myślenia, że wszystko układa się dobrze, jeśli mi pasuje. I wreszcie okres ten zachęca nas do zajrzenia we własne wnętrze przez post, który uwalnia nas od przywiązania do rzeczy, od doczesności, która znieczula serce. "Modlitwa, miłosierdzie i post: oto trzy inwestycje na rzecz skarbu, który trwa" - podsumował tę myśl papież.

Przypomniał następnie słowa Jezusa: „Gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje” (Mt 6, 21). Nasze serce zawsze zmierza w pewnym kierunku niczym kompas szukający ukierunkowania, musi się czegoś trzymać. Ale jeśli przywiązujemy się tylko do rzeczy doczesnych, wcześniej czy później stajemy się ich niewolnikami i służymy rzeczom, którymi mamy się posługiwać. Jeśli żyjemy tylko dla pieniędzy, kariery, rozrywki, to staną się one bożkami, które będą nas wykorzystywać, syrenami, które nas oczarowują, a potem odsyłają bez celu. Natomiast, jeśli serce przywiązuje się do tego, co nie przemija, odnajdujemy siebie i stajemy się wolni. "Wielki Post jest czasem łaski, aby uwolnić serce od próżności, czasem uzdrowienia od uzależnień, które nas uwodzą, utkwienia spojrzenia w tym, co trwa" - podkreślił kaznodzieja.

Zaznaczył, że w okresie Wielkiego Postu mamy spoglądać przede wszystkim na krzyż, bo wiszący na nim Jezus na krzyżu jest kompasem życia, kierującym nas do Nieba. Ubóstwo drzewa, milczenie Pana, Jego ogołocenie ze względu na miłość ukazują nam konieczność prostszego życia, wolnego od zbytniego zabiegania o rzeczy. Jezus z krzyża uczy nas mocnej odwagi wyrzeczenia. Musimy uwolnić się od macek konsumizmu i sideł samolubstwa, od pragnienia posiadania coraz więcej, od stałego niezadowolenia, od serca zamkniętego na potrzeby ubogich - wezwał papież.

"Jezus, który na drzewie krzyża płonie miłością, wzywa nas do życia płonącego Nim, które nie zatraca się w popiołach świata; życia płonącego miłością i które nie gaśnie w przeciętności" - mówił dalej. I dodał, że trudno jest tak żyć, jak On pragnie, ale tylko takie życie prowadzi do celu. On w grobie nie rozpadł się w popiół, ale chwalebnie zmartwychwstał. Również my, którzy jesteśmy prochem, jeśli powrócimy do Niego i wjedziemy na drogę miłości, osiągniemy życie w radości - zakończył swe rozważania Ojciec Święty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dusze czyśćcowe zawsze pomogą

2019-10-22 12:59

Wysłuchała: Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 43/2019, str. 14-15

Od wielu lat praktykuję modlitwę za dusze czyśćcowe i jestem przekonana o jej niezwykłej skuteczności – mówi s. Agnieszka, franciszkanka

stock.adobe.com

Jak to się zaczęło? Byłam młodą zakonnicą, rozpoczęłam naukę w szkole pielęgniarskiej. Mieszkałam w klasztorze. Pewnej nocy poczułam, że ktoś wszedł do pokoju, ale nikogo nie widziałam. Na pytanie, kim jest, nie otrzymałam od przybysza żadnej odpowiedzi. Wówczas poczułam paraliżujący strach. Gdy zjawa zniknęła, zerwałam się z łóżka, padłam na kolana i zaczęłam się żarliwie modlić. Prosiłam Boga, by nigdy więcej nikt z tamtego świata do mnie nie przychodził, bo zwyczajnie po ludzku się boję. W zamian obiecałam stałą modlitwę za dusze czyśćcowe. Podobnej sytuacji doświadczyłam kilka lat później. Szłam na Mszę św. za zmarłe siostry z naszego zgromadzenia i w pewnej chwili dostrzegłam postać ubraną w stary strój zakonny (sprzed reformy strojów), jak zmierza do kaplicy. Pomyślałam, że przyszła prosić o modlitwę i trzeba jej tę modlitwę dać.

Zaczęłam praktykować modlitwę za dusze czyśćcowe. Z czasem przekonywałam się coraz bardziej o jej skuteczności. Kiedyś usłyszałam, że nie ma takiej prośby, zanoszonej za przyczyną dusz w czyśćcu cierpiących, która nie byłaby wysłuchana przez Pana Boga, jeśli jest zgodna z Jego wolą. Obiecałam, że w każdy poniedziałek będę ofiarowywać Mszę św., Komunię św., Różaniec, brewiarz, nawet jakieś doznane cierpienia i przykrości w intencji cierpiących w czyśćcu. I praktykuję to do dzisiaj. Dusze czyśćcowe to pamiętają. Gdybym zapomniała o tej intencji i modlitwę ofiarowała za kogoś innego, one się przypominają. Zaczynam odczuwać, że coś jest nie tak, spoglądam na kalendarz: poniedziałek, zapomniałaś o czymś – zdaje się, że chcą mi przypomnieć.

Dostrzegam też znaki pomocy ze strony dusz czyśćcowych, bo one nam pomagają, wypraszając łaski u Boga. Sobie nie mogą już nic wyprosić, ich czas zdobywania zasług dla siebie się zakończył, ale mogą pomóc nam, żyjącym jeszcze na ziemi. Nigdy nie oczekiwałam jakichś szczególnych czy wyjątkowych doznań, przekonałam się jednak, że ich wstawiennictwo ma niezwykłą moc. Kiedy idę do pracy, nieraz na nocną zmianę, przechodzę koło cmentarza, i wtedy rozmawiam z duszami czyśćcowymi. Proszę: – Pomóżcie mi, aby ten dyżur był spokojny, ja też wam pomogę modlitwą. I te dyżury są spokojne.

Modlitwa za umierających

W szpitalu codziennie ocieram się o cierpienie i śmierć. Zachęcam pacjentów, aby wzięli do ręki różaniec i się modlili. – W szpitalu nie ma bezrobocia – mówię żartobliwie. – My was obsługujemy, ale wy też musicie coś robić. Co godzinę za jakąś duszę czyśćcową ofiarować modlitwę, ból, niewygodę szpitalnego łóżka. Jak wy im pomożecie, to one też wam kiedyś pomogą. Wielu pacjentów podejmuje tę modlitwę, nawet z wielką radością.

Pracuję w szpitalu, więc mam kontakt z ludźmi umierającymi. Często jestem przy konających. Wiele świeckich pielęgniarek się boi – a ja nie. Trzymam pacjenta za rękę i się modlę. Odmawiam Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Proszę aniołów i dusze czyśćcowe, by pomogły konającemu przejść na tamten świat. Odczuwam ich obecność. To są dusze, którym umierający wyświadczał dobro, pomoc. One teraz mu się odwdzięczają i pomagają przejść na drugą stronę.

Kiedyś miałam taki przypadek. Pacjentka, która była w całkiem dobrej formie i nic nie wskazywało na to, że będzie umierać, zawołała nagle: Siostro, proszę szybko przyjść, pomóc mi się przebrać, zrobić fryzurę, bo oni już czekają. Pielęgniarki były zdziwione: kto czeka? Nie było nikogo, tylko trzy pacjentki w sali. Po przebraniu i uczesaniu chora zmarła z uśmiechem na twarzy. Ciarki nas przeszły. Ktoś po nią przyszedł, ona widziała te osoby. Ja wierzę, że to były dusze zmarłych. Święty Ojciec Pio w swojej książce wspominał, że gdy umieramy, przychodzą po nas dusze naszych bliskich zmarłych oraz te dusze czyśćcowe, za które się modliliśmy. Przychodzą, by pomóc nam przejść na tamtą stronę.

Woda święcona odstrasza złe duchy

Zawsze mam przy sobie wodę święconą. Postarałam się, aby była ona także na oddziale, na którym pracuję. Święcę chorych. Kiedy wkładamy rękę do kropielnicy, warto zrzucić kilka kropel, mówiąc na głos: „Za dusze czyśćcowe”. Przy konających woda święcona jest niezbędna.

Na stażu zawodowym na chirurgii miałam konającego pacjenta. Miał raka przełyku, nie mógł mówić, tylko pokazywał wzrokiem, czego chce. To było w święta Bożego Narodzenia. Cały czas zerkał na swoją szafkę przy łóżku i na mnie. Nie wiedziałam, jak mu pomóc. W końcu otworzyłam szufladkę, a tam w słoiczku była woda święcona. Pokropiłam go i za chwilę ten pacjent zmarł. Był to dla mnie znak, że przy konającym jest zły duch, który walczy o jego duszę.

Często się modlę za umierających. Nie jest istotne, czy znamy tego umierającego czy jest to dla nas ktoś z drugiego końca świata. Śmierć dla człowieka, nawet wierzącego, jest momentem szczególnym w życiu. Codziennie umiera wiele osób, które przez całe swoje życie nigdy nie myślały o Panu Bogu albo które z Nim walczyły. Ale właśnie w momencie śmierci dokonuje się decydujący wybór człowieka co do wieczności.

Możemy im pomóc

Gdy praktykujemy modlitwę za umierających, w szczególności za zatwardziałych grzeszników, musimy jednak okazać wiele czujności, szatan bowiem szuka zemsty. Rzeczywiście zachowuje się jak „lew ryczący (por. 1 P 5, 8)”, bo w tym decydującym momencie, z powodu nawrócenia grzesznika, traci łup, nad którym pracował przez całe lata.

Ludzie często odczuwają, że przychodzą do nich zmarli członkowie rodziny. Może to jest sugestia pod wpływem przeżyć związanych z odejściem, pogrzebem. Ale jeśli się tak zdarzy, to należy się za tę osobę modlić, zapytać, czego pragnie. Nie wolno jednak przywoływać dusz z czyśćca: „Przychodzą po prostu, kiedy Pan Bóg im pozwoli postarać się o szybsze wybawienie” – wyjaśniała Maria Simma, która miała dar kontaktu z duszami czyśćcowymi. Ale trzeba być bardzo ostrożnym, bo to może być zły duch. Wielu ludzi angażuje się w wywoływanie duchów, w spirytyzm, a to jest bardzo niebezpieczne, wchodzi się na grząski grunt. Nie można oczekiwać, że dusza przyjdzie, będzie pukać lub dawać jakieś inne znaki.

Święty Ojciec Pio, który miał dar rozmawiania z duszami czyśćcowymi, mówił, że ktokolwiek do niego przyszedł z tamtego świata, prosił, wręcz żebrał o modlitwę, o Eucharystię. Duszom czyśćcowym możemy pomóc przez modlitwę, dobre uczynki, odwiedzenie grobu, odpusty, ofiarowanie Eucharystii i Komunii św. Nie zapominajmy o nich, a sami się przekonamy, że dzięki ich wstawiennictwu możemy dokonać wręcz cudów. Nie oczekujmy spektakularnych wizji czy ingerencji w nasze życie, lecz dostrzegajmy ich pomoc w życiu codziennym; uczmy się miłości do nich, a one też będą nas obdarzać szczególną miłością. Między nami a nimi jest przepaść momentu śmierci, ale zawsze można ją pokonać przez pomost miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Australia: Sąd Najwyższy rozpatrzy apelację kard. Pella

2019-11-13 09:56

st (KAI) / Canberra

Sąd Najwyższy Australii zgodził się na rozpatrzenie apelacji prawników kard. Georga Pella, który został skazany 2018 r. na 6 lat więzienia za molestowanie seksualne dwóch nastoletnich chórzystów w 1996 r., kiedy był arcybiskupem Melbourne. Zgodnie z wyrokiem, dopiero po odbyciu 3 lat i 8 miesięcy kary będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie. 78-letni kardynał przebywa w więzieniu od 176 dni, gdzie - jak informuje CNA - jest pozbawiony prawa odprawiania codziennej Mszy św.

Kaspars Grinvalds/fotolia.com

Jak uzasadniali prawnicy, wyrok skazujący został wydany pomimo „uzasadnionych wątpliwości”, przemawiających na korzyść oskarżonego. Chodziło m.in. o fakt, że jedna z ofiar przed śmiercią przyznała, że nie była molestowana przez kard. Pella, a także o to, że materiałem dowodowym w sprawie przeciwko purpuratowi były jedynie zeznania drugiej z ofiar, którym zaprzeczały relacje 20 świadków powołanych przez obronę.

W oświadczeniu wydanym przez przewodniczącego episkopatu Australii, abp Mark Coleridge stwierdził, że „wszyscy Australijczycy mają prawo odwołać się od wyroku do Sądu Najwyższego. Kard. George Pell skorzystał z tego prawa, a Sąd Najwyższy stwierdził, że wydany w jego sprawie wyrok skazujący uzasadnia jego rozpatrzenie. Przedłuży to długi i trudny proces, ale możemy jedynie mieć nadzieję, że apelacja zostanie rozpatrzona tak szybko, jak to możliwe, i że wyrok Sądu Najwyższego przyniesie wszystkim jasność i rozstrzygnięcie”.

Jak oświadczył rzecznik Sądu Najwyższego odwołanie kard. Pella może zostać rozpatrzone najwcześniej w marcu 2020 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem