Reklama

Doktor Ola

2018-09-12 10:40

Ewa Oset
Niedziela Ogólnopolska 37/2018, str. 28-29

Leczyła ciała i dusze maluczkich. Samotnych matek, osób uzależnionych, bezdomnych, kryminalistów, samotnych. Uważała, że skoro los poskąpił im miłości, ona musi im ją dać, nawet za cenę własnego życia. W tym roku minęło 25 lat od śmierci dr Aleksandry Gabrysiak z Elbląga. Zginęła z rąk swojego podopiecznego...

Czas mija, zaciera ślady łez i koi ból. Pamięć o doktor Aleksandrze Gabrysiak trwa. Niektórzy uważają, że zginęła śmiercią męczeńską. Są tacy, którzy są przekonani, że Bóg nadal daje jej łaskę niesienia pomocy innym, i modlą się o jej beatyfikację. Kim była ta niezwykła lekarka?

Cierpienie wpisane w życie

Jest rok 1942. W rodzinie państwa Gabrysiaków z Radzymina przychodzi na świat Ola, najstarsza z trojga rodzeństwa. W tym trudnym czasie wojennej rzeczywistości ujawnia się nieuleczalna wtedy choroba dziewczynki – krzywica witamino-D-oporna, która prowadzi do złamań kości. Odtąd kula, która pomaga Oli w poruszaniu się, staje się nieodłączną towarzyszką jej życia. Po wojnie rodzina przenosi się do Gdańska. Ola wkrótce, jako sześcioletnie dziecko, przechodzi pierwszą z kilku poważnych operacji w Klinice Ortopedycznej w Poznaniu. Leczy lalki i wtedy postanawia, że zostanie lekarzem. Wie, że dziecięcego marzenia nie będzie łatwo jej spełnić, ale jest przekonana, że z Bożą pomocą podoła. Nie od razu dostaje się na medycynę. Przez rok pracuje jako salowa w szpitalu na oddziale dziecięcym, aby zdobyć dodatkowe punkty na uczelnię. Wieczorem pomaga jej w porządkach brat. Ola jest dla dzieci dobrym duchem – rozmawia z nimi, pociesza je, czuwa po operacjach, przynosi im drobiazgi, przypomina o modlitwie i uczy znaku krzyża. Po przebrnięciu przez dziesięciomiesięczny staż notuje w swoim pamiętniku: „Dziękuję Ci za wszystko, o Boże, dzięki. Kocham Cię... zawsze pragnę żyć dla Ciebie i Twoich stworzeń”.

Zaufanie to klucz do miłości

W 1968 r. Aleksandra kończy studia na Wydziale Lekarskim Akademii Medycznej w Gdańsku. Mówi: „To, że zostałam lekarzem, to nie moja, lecz Boża zasługa”. Chce, żeby ten dzień był jej weselem. Na palec zakłada pierścionek od ojca z wężem Eskulapa. To nie są tylko jej zaślubiny z medycyną, chce poświęcić się Bogu przez służbę chorym i cierpiącym. Jej pasją jest biochemia kliniczna. Już na studiach pracuje w Kole Naukowym przy Zakładzie Biochemii Klinicznej, a w 1970 r. zostaje w Tczewie kierownikiem laboratorium. W 1974 r. adoptuje Marysię i doświadcza trudnej miłości rodzicielskiej. Rok później przenosi się do Elbląga. Tam służy chorym, uzależnionym od nałogów, samotnym matkom, więźniom i potrzebującym. Pacjenci mówią do niej: „Doktor Ola”, bo nie stwarza dystansu. Pracuje w Telefonie Zaufania – ratuje życie nienarodzonym, godzi zwaśnione małżeństwa, odwodzi zrozpaczonych od samobójstwa, pokazuje sens życia. Przychodzi z pomocą zwalnianym z więzienia, odwiedza osadzonych, często pomaga im materialnie. Jej telefon jest dostępny dla wszystkich o każdej porze dnia, a drzwi są otwarte. Rodzina i znajomi ostrzegają, że to nieroztropne.

Reklama

Ona tłumaczy: „Gdy ktoś puka do moich drzwi, nigdy nie zaglądam przez judasza. Moje drzwi są otwarte, wołam: proszę, otwarte – przecież idzie do mnie człowiek”. W 1985 r. podejmuje pracę w Poradni Trzeźwości w Elblągu. Zdobywa serca współpracowników i pacjentów, których szuka także w pijackich melinach, na dworcach, ulicach, przyjmuje we własnym mieszkaniu. Jest inicjatorką Domu Samotnej Matki. Dziewczyny, które są jej podopiecznymi, mówią do niej: „mamo”. Pomaga też w procesie adopcji dzieci, zwraca uwagę, czy w domach rodziców adopcyjnych jest obecny krzyż. Tworzy także hospicjum. Służy wszystkim, co ma: wiedzą, czasem, pomocą materialną.

Droga na Golgotę

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych maluczkich, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40) – słowa te ukierunkowują jej życie. W każdym widzi Chrystusa, czasami Chrystusa pokaleczonego. Nigdy w stosunku do swoich podopiecznych nie używa określeń: pijak, alkoholik, narkoman. Dla niej to chłopcy, pacjenci, dziewczyny. Uważa, że na zło trzeba reagować dobrocią i sercem, bo zło rodzi tylko zło, a każda przemoc wyzwala jeszcze większą przemoc. Wielu dzięki jej zaangażowaniu, ciepłu odmienia swoje życie. Zdarzają się jednak i tacy, którzy jej dobroć i wiarę w człowieka wykorzystują. Wtedy cierpi nie tylko fizycznie – z powodu swojej choroby, która od dziecka utrudnia jej poruszanie się – ale i duchowo. Mimo tego w pamiętniku notuje: „Serce moje nie zna nienawiści, serce moje nie potrafi czuć niechęci nawet do tych, którzy mnie bardzo zranili...”. Kiedy ból szczególnie jej doskwiera, mówi: „Widocznie moje maleńkie cierpienie jest potrzebne, żeby ktoś inny nie cierpiał, żeby się odnowił, nawrócił, nie zabił nienarodzonego dziecka. A ja jestem szczęśliwa, że Bóg mnie do tego wybiera w swojej wielkiej mądrości”. Siłę, radość, spokój, cierpliwość czerpie z modlitwy i Eucharystii. Codziennie jest na Mszy św., przyjmuje Komunię św., często adoruje Pana Jezusa. Wiara Doktor Oli odzwierciedla się w jej sposobie bycia. Tak bardzo kocha ludzi, że nie myśli o swoim bezpieczeństwie. Wręcz chce się upodobnić do Chrystusa, czemu daje wyraz w swoich notatkach: „O Chryste, który ukochałeś nas aż do Krzyża, proszę, abyś nie oszczędził mi tej łaski na dalsze życie, pragnę iść z Tobą na Golgotę”. Zapisuje też słowa, w których przeczuwa swoją tragiczną śmierć: „Jeśli naprawdę odda się swoje życie Panu Bogu, to On bierze to na serio i żąda od nas rzeczy niezwykłych, żąda także ofiary z życia”.

W pamięci i sercach

Aleksandra Gabrysiak zostaje zamordowana 6 lutego 1993 r. we własnym mieszkaniu, wraz ze swoją 19-letnią córką Marią. Zabójcą jest jeden z jej podopiecznych, wypuszczony na przepustkę z więzienia. Pogrzeb Doktor Oli i jej córki jest wielkim wydarzeniem religijnym w Elblągu. Po ich śmierci w prasie ukazuje się wiele artykułów. Pisane są wspomnienia o Doktor Oli, wiersze na jej cześć, malowane są obrazy, organizowane są wieczory upamiętniające jej osobę. Funduje się tablice w miejscach, gdzie mieszkała i pracowała. W rok po jej śmierci powstaje o niej film, zrealizowany przez Aleksandrę Ciechanowicz-Saratę. Według reżyserki, to dokument o lekarce, która „żyła Dekalogiem na co dzień w sposób bezkompromisowy”. W 1997 r. zostaje wydana książka „Doktor Ola. Lekarz duszy i ciała”, będąca świadectwem jej życia. Zawiera wspomnienia ludzi, którzy z nią pracowali, przyjaźnili się, wśród których żyła, ale też świadectwa pacjentów, którym odmieniła życie. W publikacji tej znajdują się także fragmenty listów pisanych przez nią i do niej, w tym listy małej Oli z kliniki. Cennym źródłem informacji o jej życiu duchowym są fragmenty pisanego przez nią pamiętnika. Książka jest ubogacona fotografiami z jej życia. To dzieło uwieczniające postać lekarki, która bez reszty poświęciła się służbie bliźniemu, jest zasługą prof. dr Grażyny Świąteckiej, przyjaciółki Aleksandry Gabrysiak. Życie Doktor Oli – jak zaznacza w dedykacji książki autorka – to świadectwo wiary, nadziei i miłości aż do przelania krwi.

Tekst powstał na podstawie książki: „Doktor Ola. Lekarz duszy i ciała”, zbiór i opracowanie Grażyna Świątecka, wyd. II, Gdańsk 2003.

Tagi:
ludzie

Abby Johnson odpowiada lewicowym mediom: to Planned Parenthood wypowiedziało mi wojnę!

2019-11-05 12:13

Redakcja

Bohaterka filmu „Nieplanowane” stała się obiektem ataków lewicowych mediów w Polsce. Stawiają jej one zarzut o karierowiczostwo i chęć zyskania popularności. – To Planned Parenthood zaczęło tę wojnę, nie ja – odpowiada Abby.

Archiwum prywatne Abby Johnson
Abby Johnson

W ostatnich dniach lewicowe media w Polsce ostro zaatakowały Abby Johnson, byłą menedżer kliniki aborcyjnej Planned Parenthood, która przeszła głęboką przemianę i teraz staje w obronie nienarodzonego życia. To na podstawie jej poruszającej historii, opisanej w książce „Nieplanowane” powstał film, który kilka dni temu wszedł do polskich kin.

Takie portale jak wyborcza.pl czy tokfm.pl stawiają Abby zarzut karierowiczostwa. Powołują się przy tym na oskarżenia amerykańskich mediów lewicowych, które od lat atakuję Johnson. Abby wypowiedziała bowiem wojnę najpotężniejszej organizacji aborcyjnej na świecie.

Według lewicowych mediów w Polsce, Abby odeszła z Planned Parenthood ponieważ miała problemy finansowe a zaatakowanie tej organizacji miało jej przysporzyć popularności i pieniędzy. Innym zarzutem, stawianym Johnson, jest to, że jej rezygnacja nie była efektem przemiany, lecz wiązała się z zarzutami, jakie stawiali jej przełożeni. Dotyczyły one podobno niewłaściwego wypełniania obowiązków. Zgodnie z tą narracją, Abby odeszła z pracy, by uprzedzić zwolnienie.

Tylko u nas Abby zdecydowanie odnosi do tych zarzutów. – Czy chciałam pieniędzy i popularności? To nie są argumenty merytoryczne. Ale odpowiem na nie: każdy, kto zobaczy film i sięgnie po moją książkę dowie się, że to nie ja zaatakowałam Planned Parenthood. Nie byłoby ani książki, ani filmu gdyby nie pozew i ataki ze strony tej organizacji. To ich komunikaty i groźba zamknięcia mi ust sądowym zakazem, skłoniły mnie do tego, by głośno powiedzieć, co dzieje się za drzwiami klinik aborcyjnych. To Planned Parethood wypowiedziało tę wojnę, nie ja – wyjaśnia Abby.

Zarzuty o złe wypełnianie obowiązków zawodowych? – To jest po prostu nieprawda. Dzisiaj myślę o tym z żalem, ale byłam skutecznym i dobrym pracownikiem. To cechy pożądane w normalnej pracy, niestety ja byłam kimś takim jako dyrektor kliniki aborcyjnej. Awansowałam tam, na kilka miesięcy przed rezygnacją otrzymałam nawet tytuł pracownika roku. Żałuję tego, co robiłam, ale musicie wiedzieć, że decyzja o odejściu z kliniki aborcyjnej była moją świadomą decyzją. To ja zakwestionowałam politykę organizacji polegającą na realizacji celu zwiększania ilości aborcji. Dla nich zaczęło się liczyć tylko to, bo z tego były największe zyski – mówi Johnson.

Film „Nieplanowane” wszedł na ekrany kin 1 listopada. Niemal równocześnie z filmem ukazała się książka pod tym samym tytułem, w której Abby opowiada swoją historie. Johnson jako menedżer kliniki aborcyjnej podpisała 22 tys. zgód na aborcję, dokonała też aborcji na dwójce własnych dzieci. Po kilku latach pracy w klinice zobaczyła sam zabieg aborcyjny na własne oczy. Wtedy zdecydowała się porzucić świetnie płatną pracę i związała się z obrońcami życia.

Od wielu lat Abby odsłania kulisy i mechanizmy działania przemysłu aborcyjnego. Niedawno nawróciła się także na katolicyzm, dostrzegając w Kościele konsekwentnego obrońcę życia i godności człowieka.


Przeczytaj także: Szatan posługuje się kłamstwem

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Od specjalsów do terytorialsów

2019-11-05 12:48

Z płk. Tomaszem Białasem rozmawiała Margita Kotas
Niedziela Ogólnopolska 45/2019, str. 16-18

O służbie ojczyźnie w żołnierskim mundurze z płk. Tomaszem Białasem – dowódcą 13. Śląskiej Brygady Wojsk Obrony Terytorialnej – rozmawia Margita Kotas

media.terytorialsi.wp.mil.pl

MARGITA KOTAS: – Wojska Obrony Terytorialnej cieszą się coraz większą popularnością, przynajmniej wyraźnie widać to na Śląsku. Można nawet mówić o pewnej modzie na wojsko. Czy wstępujący w ich szeregi kierują się pobudkami patriotycznymi, czy może jest to raczej chęć przeżycia przygody...?

PŁK TOMASZ BIAŁAS: – Służba żołnierza zawodowego, którym jestem, to sposób na życie, na 100 proc. – decyzja, by od początku kariery aż do jej zakończenia związać się z wojskiem. Ten sposób na życie – w moim przypadku, jak też w przypadku wielu innych żołnierzy zawodowych – podyktowany jest przede wszystkim patriotyzmem, ale też, nie ukrywam, chęcią doświadczenia męskiej przygody. Co do żołnierzy terytorialnej służby wojskowej, którzy często mają już na koncie karierę w życiu cywilnym – myślę, że w pierwszej kolejności podejmują decyzję właśnie z pobudek patriotycznych. Dlaczego jestem o tym przekonany? W szeregach brygady mamy bowiem żołnierzy, którzy wykonują zawody na co dzień niosące ze sobą sporą dawkę adrenaliny, np. ratowników medycznych. W tym przypadku pierwszą pobudką jest patriotyzm, chęć służenia ojczyźnie, a dodatkowo – chęć osobistego rozwoju.

– Czy więcej ochotników stanowią ludzie młodzi czy raczej dojrzali, z ugruntowanymi wartościami i postawami?

– Z prowadzonych przez nas statystyk wynika, że najwięcej żołnierzy mamy między 25. a 35. rokiem życia. Są jednak także ochotnicy grubo po czterdziestce czy też uczniowie klas maturalnych, czyli osoby bardzo młode.

– Ile czasu potrzeba, by wyszkolić żołnierza WOT?

– Zgodnie z programem szkolenia WOT – 3 lata. Dopiero po tym okresie ochotnik staje się w pełni wyszkolonym żołnierzem. Nie jest to więc okres krótki. Nie jest prawdą, jak mówią niektórzy, że okres szkolenia trwa 16 dni. 16 dni trwa pierwsze szkolenie, podczas którego ochotnik może podjąć decyzję, czy jest to droga dla niego.

– Jak wiele osób rezygnuje, nie daje rady?

– Retencję, czyli odpływ żołnierzy z brygady, mamy na poziomie ogólnym 10-12 proc. Różne są powody odchodzenia ze służby. Większość z nich stanowi przecenienie swoich możliwości psychofizycznych. Wielu żołnierzy, gdy składają wniosek o rezygnację, dopisuje uwagę, że jeśli tylko poprawią swoją kondycję fizyczną, postarają się wrócić do służby. Częstym powodem rezygnacji jest również trudność pogodzenia służby z pracą zawodową. I tu mój gorący apel do pracodawców, by swoim pracownikom, którzy są żołnierzami, umożliwili służbę. My także w nich inwestujemy. Wiele umiejętności, które nabywają w czasie służby terytorialnej, mogą wykorzystać w swojej pracy zawodowej.

– Przeciwnicy Wojsk Obrony Terytorialnej wysuwają zarzuty, że wydawane na nie środki można by przeznaczyć na zawodową armię...

– To niedorzeczne. Koszt utrzymania żołnierza wojsk terytorialnych jest sześciokrotnie niższy niż żołnierza zawodowego. Poza tym żołnierz WOT nie wchodzi w wojskowy system emerytalny, a to jest bardzo duży składnik budżetu wojskowego. Również sama struktura naszych oddziałów i nasze wyposażenie nie generują wysokich kosztów. Są dużo mniejsze niż w wojskach operacyjnych, jednostkach zawodowych, i to jest normalne, bo technika wojskowa musi kosztować. W przypadku naszych oddziałów mamy do czynienia z lekką piechotą, owszem – nasze wyposażenie może w pierwszym momencie wydawać się drogie, ponieważ kupujemy je nowe, ale po to, by służyło przez kolejnych 20-30 lat.

– Pojawiają się również negatywne opinie dotyczące kadry szkoleniowej i samego szkolenia w WOT. Gdy się sugeruje, że przypomina to zabawę chłopców w lesie, podważa się nierzadko zasadność istnienia tej formacji...

– Każdego oponenta zapraszam na szkolenie. Trudno w inny sposób wytłumaczyć, że przyjęty przez nas model szkoleniowy jest właściwy. Nie bez kozery większość programów szkoleniowych tworzyli żołnierze wywodzący się z jednostek specjalnych, w których wsparcie militarne, czyli szkolenie, prowadzi się nowymi czy specyficznymi metodami, po to, by jak najszybciej osiągnąć jego efekt. To jedno z zadań wojsk specjalnych. Mobilne zespoły szkoleniowe, teamy, które szkolą instruktorów, dowodców plutonów, dowódców drużyn w batalionach czy na kompaniach WOT, też wywodzą się z wojsk specjalnych. A wszystko po to, by przez nich niejako nadzorować utrzymanie odpowiedniej jakości.

– Pan Pułkownik nie jest wyjątkiem w tej regule. Trafił Pan do terytorialsów od specjalsów z Lublińca...

– Do 1. Pułku Specjalnego w Lublińcu trafiłem podczas pierwszego przydziału w 1997 r. Obecnie jest to jednostka wojskowa komandosów. Tę służbę, z dwuletnią przerwą na zdobywanie doświadczenia w też nowo formowanym dowództwie wojsk specjalnych, pełniłem do 2017 r., kiedy to podjąłem się wyzwania, by budować jednostki w ramach WOT. Mam za sobą również doświadczenie misyjne. Kilkakrotnie byłem w Afganistanie. Przeszedłem drogę od dowódcy sekcji, czyli tego najmniejszego elementu, do dowódcy zespołu, a tak naprawdę – szefa szkolenia jednostki. Ot, cała moja kariera.

– Bardzo skromnie mówi Pan Pułkownik o sobie, ale jest Pan pierwszym żołnierzem polskich wojsk specjalnych uhonorowanym w 2011 r. w Kabulu w imieniu prezydenta Stanów Zjednoczonych medalem za chwalebną służbę – Meritorious Service Medal.

– Zawsze będę to powtarzał: ja tylko dowodziłem, to moi podwładni – i ich praca – stali się powodem, dla którego otrzymałem to odznaczenie.

– Jestem kompletnym laikiem w tej dziedzinie, mogę jedynie się domyślać, jak trudno jest trzymać kogoś na celowniku. Jak do tak trudnego zadania przygotowywani są ochotnicy WOT? Oby nigdy nie doszło w Polsce do sytuacji realnego zagrożenia, ale i takiego scenariusza nie można przecież wykluczyć.

– Najlepszym rozwiązaniem jest zbudować takie siły zbrojne, które zapobiegną konfliktowi. Tu jest też rola Wojsk Obrony Terytorialnej, by pokazać, że ten potencjał w społeczeństwie jest bardzo duży. O pewnych umiejętnościach wojskowych, proszę mi wybaczyć, nie rozmawiamy natomiast z osobami, które nie przystępują do szkolenia. Powiem tyle: wszystko jest kwestią treningu i my ten trening mamy zaprogramowany w sposób odpowiedni i nadzorowany.

– Wojska Obrony Terytorialnej mają również swoje zadania w czasie pokoju.

– Nasze podstawowe hasło: „Zawsze gotowi, zawsze blisko”, wynika z tego, że nie przygotowujemy się jedynie na ewentualność zagrożenia wojennego, ale w sposób bardzo realny przygotowujemy się do zagrożeń związanych z klęskami żywiołowymi. Nie chodzi o to, by wchodzić w kompetencje innych służb, ale by wesprzeć czy uzupełnić naszymi działaniami ich pracę. Brygada śląska jako pierwsza brygada w ramach wojsk terytorialnych buduje zdolność grup poszukiwawczo-ratowniczych z wykorzystaniem psów. Nie robimy tego po to, by wchodzić w paradę straży pożarnej czy policji; przygotowujemy psy do działań wojennych, ale nie przeszkadza to w rozszerzeniu ich szkolenia, tak aby nabyły umiejętności niezbędnych do udziału w akcjach poszukiwawczo-ratowniczych w terenach: leśnym i zurbanizowanym.

– Atutem terytorialsów jest fakt, że mają działać na własnym, dobrze znanym terenie.

– Brygady są formowane pod kątem województw. Każda brygada zajmuje jedno województwo, jedynym wyjątkiem jest województwo mazowieckie, w którym – ze względu na jego specyfikę – są dwie brygady. W ramach województw budowane są poszczególne bataliony, składające się z ok. 50 żołnierzy zawodowych i ponad 700 terytorialsów. W województwie śląskim planowane są 3 bataliony lekkiej piechoty: w Gliwicach, Cieszynie oraz Częstochowie.

– Tradycją, do której odwołują się Wojska Obrony Terytorialnej, jest Armia Krajowa...

– Tradycje są w wojsku bardzo ważne. Umożliwiają żołnierzom gromadzenie się wokół pewnych ideałów. My jako Wojska Obrony Terytorialnej chcemy, by identyfikowano nas z żołnierzami Armii Krajowej, gdyż w bardzo podobny sposób odczuwamy naszą potrzebę służby ojczyźnie. Mamy nadzieję, że nie będziemy musieli powtarzać ich doświadczeń życia pod okupacją, dlatego szkolimy siebie i naszych żołnierzy, ale ich przykład daje nam siłę. My, na Śląsku, obok tego, że dziedziczymy tradycję Armii Krajowej, identyfikujemy się także z naszymi poprzednikami z powstań śląskich. To oni zdecydowali, że Śląsk jest teraz polski. Patronem brygady jest ppłk dypl. Tadeusz Puszczyński ps. Wawelberg, bohater trzeciego powstania śląskiego, dowódca słynnej akcji „Mosty”.

* * *

Płk Tomasz Białas
Absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu, dowódca zespołu bojowego, szef pionu szkolenia Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu, a także uczestnik misji poza granicami kraju, podczas których m.in. szkolił Irakijczyków i Afgańczyków do walki z terrorystami. Budował policję antyterrorystyczną w Ghazni. Instruktor spadochronowy.
W 2011 r. w Kabulu odznaczony Meritorious Service Medal. Laureat Buzdygana 2012 za osiągnięcie bezprecedensowych w historii misji ISAF efektów operacyjnych. Odznaczony Orderem Krzyża Wojskowego klasy II za umiejętne i skuteczne dowodzenie jednostką bojową, wybitne czyny połączone z wyjątkową ofiarnością i odwagą w czasie działań bojowych przeciwko aktom terroryzmu w kraju lub podczas użycia Sił Zbrojnych RP poza granicami państwa w czasie pokoju.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Ryś do Wspólnot Neokatechumenalnych: bądź sługą niekoniecznym, by Jezus mógł działać!

2019-11-13 10:22

Ks. Paweł Kłys

- My jako Kościół też możemy mieć taką pokusę, by podkreślać siebie, zadbać o siebie, My Kościół jesteśmy sługą niekoniecznym! Kościół nie jest ważny – ważny jest Jezus i ważny człowiek i świat do którego Kościół jest posłany! Kościół jest narzędziem. Nie jest celem dla siebie, nie jest celem samym w sobie! – mówił abp Grzegorz Ryś do Wspólnot Neokatechumenalnych.

Ks. Paweł Kłys

W parafii pw. św. Alberta Chmielowskiego na łódzkim osiedlu Widzew odbyła się niecodzienna uroczystość. Podczas Eucharystii wspólnota łódzkiego Seminarium Redemptoris Mater w obecności pasterza Archidiecezji Łódzkiej przedstawiła się łódzkim Wspólnotom Drogi Neokatechumenalnej.

Wszystkich zebranych w świątyni przywitał proboszcz parafii – ks. kan. Przemysław Góra, który podkreślił, że dzisiejsza uroczystość wpisuje się w historię tej wspólnoty parafialnej, jak i całej Archidiecezji.

Następnie zostały przedstawione Wspólnoty Drogi Neokatechumenalnej regionu łódzkiego, do którego należą wierni trzech diecezji: Archidiecezji Łódzkiej, Diecezji Włocławskiej oraz Diecezji Kaliskiej.

Po prezentacji wspólnot zaprezentowała się też wspólnota łódzkiego Seminarium Redemptoris Mater do której należy sześciu kleryków: trzech z Polski - Tomasz (32 lata), Hieronim (26 lat), Michał (19 lat), dwóch z Włoch - Piotr (27 lat) i Andrea (20 lat) i jeden z Hiszpanii Karlos (22 lata). Nad formacją czuwa rektor – ks. Michał Jaworski oraz ojciec duchowny – ks. Janusz Świeca.

W homilii łódzki pasterz zwrócił uwagę zebranych na to, że - Jezus mówi– przy odrobinie waszej wiary działyby się rzeczy niemożliwe. A co w tym przeszkadza? To, że nie chcecie być sługami niekoniecznymi! To jest przeszkoda, aby Bóg przez was mógł robić rzeczy niewyobrażalne, niesłychane, niemożliwe! – tłumaczył arcybiskup. -Tych sześciu się przygotowuje do kapłaństwa, nas tu jest już kilku, którzy są księżmi – co my możemy sami z siebie wam dać? Ja nie umiem wskrzeszać. Nie umiem oczyszczać trędowatych. Sam nie jestem w stanie nikomu odpuścić grzechów. Sam nie wiedziałbym - sam ze siebie - jakie znaleźć słowo, by porozmawiać z kimś, komu umarł ojciec, matka albo dziecko. Macie jakieś własne słowa na takie sytuacje? Macie coś do powiedzenia od siebie? Mogłyby się - przy odrobinie naszej wiary - dziać w ludziach rzeczy niemożliwe tylko, że my musimy zniknąć! – podkreślił kaznodzieja.

- Im będziesz mniej miejsca zajmował, tym będzie więcej przestrzeni dla Boga, a On będzie działał. Będą się działy rzeczy niesamowite, bo ty się robisz mały. Ty mówisz – ja jestem nieważny. Ja jestem sługa niekonieczny! Wtedy otwierasz przestrzeń Bogu do działania, to znaczy, otwierasz innych na przestrzeń z Jezusem, z Jego miłością, z Jego mocą, z Jego mądrością, z Jego obecnością! A jeśli za każdym razem będziemy słudzy konieczni, to człowiek, któremu teoretycznie mówimy o Jezusie, nawet nie ma szans Go zobaczyć, bo wszędzie jestem ja!- zauważył hierarcha.

Odnosząc się do medialnych odniesień o kryzysie Kościoła, łódzki pasterz powiedział: dziś mówi się kryzys, kryzys, kryzys w Kościele. Wiecie skąd się bierze kryzys? Bierze się z tego, że nas jest za dużo! Jest za dużo gadania o Kościele – a za mało o Jezusie! Jest za dużo o Kościele – a za mało o ludziach. Jest kryzys bezowocności, a mogłyby się dziać rzeczy niemożliwe, tylko trzeba być takim małym. – zakończył łódzki pasterz.

Międzynarodowe Archidiecezjalne Seminarium Misyjne Redemptoris Mater pod patronatem Najświętszej Maryi Panny Redemptoris Mater, Patrona Archidiecezji Łódzkiej św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny, czterech Ewangelistów i świętego Anterosa papieża, męczennika zostało powołane do istnienia dekretem arcybiskupa łódzkiego Grzegorza Rysia w święto św. Mateusza ewangelisty tj. 21 września br. Na urząd rektora tegoż seminarium powołany ks. Michał Jaworski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem