Reklama

Wigilijne powroty

2018-12-18 10:59

Katarzyna Woynarowska
Niedziela Ogólnopolska 51/2018, str. 24-25

skeeze/PIXABAY.COM

Świąteczne powroty to trochę Boże Narodzenie w pigułce – najpierw jest tęsknota za kimś, potem oczekiwanie, tracenie i odzyskiwanie nadziei i wreszcie rozsadzająca serce radość

Zapewne także podczas tych świąt zdarzą się takie historie. Ktoś ukochany, najdroższy, za kim się tęskniło, na kogo się czekało, choć nadzieja na spotkanie wydawała się niewielka, wraca nagle do domu. Zjawia się ze zmarzniętymi policzkami, z mrozem we włosach, i nagle pojmujemy, że święta to czas naprawdę niezwykły, darowany...

Jerzyk ma swoją własną opowieść wigilijną. Zdarzyło się to bowiem wtedy, gdy – jak mawia Jerzyk – „dokumentnie” zawiało drogi w całej północnej Europie. Burza śnieżna nie odpuszczała od ponad doby. Jerzyk rozumiał, że szans na dostanie się do domu nie miał już żadnych, ale walczył o każdy kilometr. Gdy ciężarówkę rzuciło w poprzek drogi, błyskawicznie ocenił, że życie jest ważniejsze. Udało mu się zjechać powolutku na najbliższy parking, gdzieś w tle majaczyły światła niemieckiej stacji benzynowej. Doczłapał do niej, walcząc z podmuchami zawiei, i zastał w środku zaspaną obsługę i tylko jednego klienta – smutnego Niemca, uwięzionego jak on w śnieżnym potrzasku w środku sparaliżowanej śniegiem Europy. Wysłał do swoich dziewczyn (żona plus trzy córki) sms-a z prośbą, żeby same usiadły do wieczerzy.

Zawieja wyglądała na taką, co szybko nie mija. Za oknami wyło i rzucało śniegiem niemal całą noc. Niemiec okazał się sympatyczny i z gatunku tych, co lubią słuchać, ot taki jowialny grubasek z piwnym brzuszkiem. Jednak gdy wstał dzień i niebo zalśniło klarownym błękitem, Hans, bo tak miał na imię, powiedział zdecydowanym tonem do Jerzyka: – Zbieraj się! Podrzucę cię do domu. – Niby jak? – odparł Jerzyk. – A tak – uśmiechnął się Hans i pokazał palcem niebo. Okazało się, że starszy pan to lokalny krezus i zapalony pilot z własną cessną. „La piu Bella” stała na pobliskim lotnisku zawsze z pełnym bakiem. Wylądowali pod Wrocławiem. Jerzyk spacerkiem poszedł do domu. Odtąd w jego rodzinie mawia się, że jak Bóg błogosławi, to nawet na niemieckim odludziu spotkasz gościa z własnym samolotem.

Reklama

Czasem, gdy nikt już nie wierzy

Waldka nie było tutaj jakieś 65 dni. Dwa miesiące wcześniej jego auto wbiło się w nasyp kolejowy. Nie znaleziono świadków zdarzenia, a mózg Waldka nie chciał się obudzić, więc nie ustalono, co zaszło. Lekarze powtarzali wymijająco, że rokowania są umiarkowanie optymistyczne, bo coś trzeba było przecież powiedzieć. Ludzie z tego wychodzą, ale...

Jadzia przychodziła do szpitala codziennie, czasem zabierała dzieci, żeby popatrzyły na tatę. Raz mała Marysia została złapana na szczypaniu ręki ojca. Narobiła mu potężnych siniaków – bo jak potem z płaczem tłumaczyła, chciała tylko, żeby tatko się obudził.

Na oddziale trudnych przypadków rodziny pacjentów wpuszcza się rzadko i na krótko, Jadzia jednak ubłagała ordynatora, by pozwolił jej urządzić dla ludzi z nocnego świątecznego dyżuru poczęstunek wigilijny. Skąd mogła przypuszczać, że lepi pierogi na Wigilię życia, nie tylko swojego zresztą...

Ten szpital to nie było ładne miejsce. Koniec lat 90. XX wieku w powiatowym mieście – korytarze i sale szpitalne w nieśmiertelnym mdłym beżu i zdezelowane jarzeniówki, których zimne światło odbierało resztę wdzięku rachitycznym sztucznym choinkom.

W noc Bożego Narodzenia praca jest jak kara, wiadomo. Skazańców było troje – dwie pielęgniarki i młody lekarz, stażysta. Do zmroku zajmowali się przemycaniem do łóżek nieprzytomnych pacjentów rodzin, które chciały choć przełamać się z nieszczęsnymi opłatkiem.

A potem zrobiło się cicho. Za oknami zimny wiatr targał gałęziami drzew. Deszcz tłukł w szyby.

Jadzia wtarabaniła się na piętro, niosąc w obu rękach ciężkie reklamówki, przodem szły dzieci. I to one pierwsze usłyszały alarmujące sygnały. Pisk maszyn wwiercał się w mózg, wypełniał całą chłodną przestrzeń. Jedno przeciągłe, drażniące „piiiiii” górowało nad innymi. Ktoś wołał, ktoś w białym fartuchu biegł tak szybko, że zgubił chodak. Męski głos nakazywał, by natychmiast dzwonić do ordynatora. Po latach Jadzia powie, że zapamiętała z tamtej chwili tylko synka wołającego na głos: – Tylko nie tata! Jezusku, tylko nie tata...

Jeszcze starczyło im sił, by pod ścianą postawić torby z wigilijną wieczerzą. A potem biegli już bez opamiętania przed siebie. Pielęgniarka zagrodziła im drogę. – Nie teraz! – krzyknęła. A jednak zajrzeli...

Waldek opierał się na jednym łokciu, jakby chciał się podciągnąć wyżej na poduszce. Popatrzył na nich, oniemiałych stojących w drzwiach i uśmiechnął się od ucha do ucha, tak jak tylko on potrafi. – Proszę się nie ruszać, proszę nic nie robić – mówił drżącym głosem młody lekarz. – Że też właśnie mnie musiał się dziś przydarzyć cud. Nikt mi przecież nie uwierzy...

Odzyskana przeszłość

Zuzanna prowadzi mnie do ściany obwieszonej fotografiami w jednakowych brązowych ramkach. – Widzisz – mówi cicho, wskazując jedną – tak wyglądał mój dom. Obiecałam mu, że kiedyś do niego wrócę. Może to głupie przyrzekać coś chałupie, ale tylko ona tam została. Ona jedna. I ja.

Zuzanna jest stara. Ma dorosłe wnuki i niską emeryturę. Dekadę temu, gdy jeszcze bez trudu szła pieszo latem na Jasną Górę, pewnej nocy przyśnił jej się rodzinny dom w małej kresowej wioseczce, jakieś 50 km na wschód od Lwowa. Zapragnęła powrotu. Opanowała ją przemożna potrzeba stanięcia na starej ziemi, zaciągnięcia się głęboko powietrzem i dotknięcia miejsca rodzinnego, tak bliskiego jak już żadne inne potem. Rodzina nie chciała o tym słyszeć. Tylko najmłodszemu z wnuków na moment zalśniły oczy. Tak więc na dzień przed Wigilią babcia Zuzia spakowała plecak, wsunęła stopy w trapery i nakazała wnukowi jechać na wschód. – Z babci to niezłe ziółko – śmiał się Grześ, gdy gnali zamarzniętą drogą.

Za Lwowem wjechali w krajobraz zbudowany z mgły i śniegu. Na szczycie kolejnej górki Zuza kazała zatrzymać samochód. Wyszła i spojrzała w dół. Z kominów sterczących ponad zasypane dachy unosiły się ku górze szare wstążki dymu. Zuzanna próbowała znaleźć swój dom. Pamiętała, że stał na skraju wsi, za rzędem drzew posadzonych przez ojca, gdy wrócił szczęśliwie z wojny, którą potem ludzie nazwali pierwszą światową. Przy drodze powinna być też kapliczka z Matką Bożą Częstochowską, pod którą chodziło się wieczorami na „Zdrowaśkę”, a przed którą czapkę ściągał z głowy nawet głupek Wasyl.

Z tej wysokości nie było widać ani domu, ani kapliczki, więc zjechali powoli w dół.

Przed kościołem zobaczyli grupę ludzi okutanych w chusty i czapy z nausznikami. Grześ zatrzymał samochód i wysiedli. Pyzata, zaczerwieniona mrozem kobieta pokazała ich palcem. Reszta odwróciła szmaciane głowy i zamilkła zdumiona.

– A skąd wy przyjechawszy? – zagadnął ktoś śpiewnie.

– Z daleka – wytłumaczył Grześ.

Grupka poruszyła się raptownie. – Znaczy się z Polski! – krzyknął radośnie jakiś mężczyzna, ubrany tak grubo, że z trudem ruszał rękami. Grupka gałgankowych ludzi zakotłowała się raptownie, więc Zuza zaczęła wyjaśniać, że przyjechała, by pożegnać się z rodzinnym domem. Stoi na końcu wsi, wyjaśniła. – To ty od Sucheckich jesteś? – padło pytanie. Pokiwała głową, nim oboje przybysze utonęli w objęciach obcych ludzi.

Ruszyli wąską ścieżką, wydeptaną w białym, skrzypiącym śniegu. Mijali domy, które Zuzannie nie przywodziły na pamięć żadnych wspomnień. Pochód zatrzymał się w szczerym polu, ograniczonym z jednej strony potężnymi drzewami, wybielonymi mrozem aż po koniuszki delikatnych gałązek.

Dom stał pochylony z jednej strony ku ziemi, z krzywymi oknami i zmurszałym daszkiem. Malutki i kruchy jak staruszka. Zuzanna podeszła bliżej, sadząc niepewnie kroki w śniegu miękkim i ustępującym pod jej stopami. Zobaczyła na progu kobietę i młodego chłopaka.

– To pani Zofia, wdowa, i jej syn – usłyszała za plecami głos. – Porządni ludzie. Mieszkają tu od lat...

– Mogę? – zapytała cicho. Kobieta wzięła ją za rękę, popatrzyła z lękiem w oczy.

Z pieca buchało ciepło na niewielki pokój i maleńką kuchnię. Kwadraciki okien zabielone mrozem przepuszczały niewiele światła, mlecznego w barwie, swojskiego w zapachu.

Na stole były biały obrus i stary porcelanowy serwis ze startym wzorkiem niezapominajek. U sufitu młody chłopak mocował kilka świerkowych gałęzi, obsypanych sreberkiem lamety i papierowymi łańcuchami. Pachniało makiem, miodem i dawnymi świętami.

– Jaki on malutki, ten twój domek – dziwił się Grześ. – Opowiadałaś o pałacu, a tu wiejska chatynka pod strzechą.

Im bardziej mrok zadomawiał się na horyzoncie, tym więcej ludzi przybywało do chałupki. Schodzili się zobaczyć zagubionych wigilijnych wędrowców, którzy w zimowy czas niemal z nieba spadli do ich wsi. Niczym korowód krążyli wokół stołu z wyciągniętym przed siebie opłatkiem i ukradkiem ocieraną łzą. Przytulali ich obcy i jakby już nieobcy ludzie, bo połączeni tą nocą świętą, wspólną ojczyzną i wspólnym oczekiwaniem na narodzenie Pana.

Wspomnienia i tęsknoty

Czas biegł niespiesznie i po staroświecku, odmierzany biciem zegara z kukułką i gwarzeniem. Zuzanna opowiadała o dzieciństwie i świętach w Polsce. Przywoływała wspomnienia w nadziei, że ktoś z obecnych stanie się jej towarzyszem podróży w dawny świat zaścianków, dworków, wiejskich chat z trzechsetletnią tradycją. Z czasem odnaleźli wspólne drogi, kawałek przeszłości nie całkiem martwej i niczyjej, bo ciągle zaludnionej ich wspomnieniami i tęsknotami. A potem, gdy przedarli się już przez zaspy i weszli do maleńkiego kościółka, Zuza z niedowierzaniem słuchała, jak wnuk śpiewa na całe gardło kolędy. Oczy mu przy tym tak błyszczały jak onegdaj u dziadka Leona. Zuza pomyślała: – Wróciłam.

Tagi:
reportaż

Reklama

Chwila w raju

2019-02-13 07:43

Maciej Kaczor
Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 18-19

Tłum wiernych zgromadzonych w kaplicy lotniska Okęcie powoli kierował się ku pozostawionym przed wejściem w nieładzie walizkom i plecakom. Pielgrzymi po zakończonej Eucharystii udawali się do stanowisk linii lotniczych, aby odprawić bagaż i rozpocząć długą podróż. Był poranek 14 stycznia. Za mniej więcej 24 godziny dotrą do celu – diecezji Chitré, aby uczestniczyć w Dniach w Diecezjach, poprzedzających główne wydarzenia Światowych Dni Młodzieży w Panamie

Archiwum Magdaleny Wolińskiej-Riedi
Parze Polaków, którzy wzięli ślub w Monagrillo, jako prezent podarowano sesję zdjęciową w tradycyjnych panamskich strojach. Sam wianek panny młodej ma wartość 14 tys. dolarów, a kapelusz pana młodego – 500 dolarów

Panama nazywana jest przez swoich mieszkańców „Mostem Ameryk” i „Sercem wszechświata”. To pierwsze określenie odnosi się do niewielkiego przesmyku, który zajmuje ten kraj, a który jest łącznikiem między ogromnymi połaciami terenu Ameryk Północnej i Południowej. Drugie zaś wynika z historii naszej planety, bo jak z pełnym przekonaniem donoszą Panamczycy, to wtedy, gdy z wody wynurzył się ich kraj, zmieniły się prądy morskie, a tym samym klimat całej Ziemi.

Różnice pogodowe natomiast między Polską a Panamą były równie zaskakujące dla Polaków i dla Panamczyków. – Naprawdę u was teraz jest śnieg? Jak on wygląda? Jest miękki, twardy?  – pytali z niedowierzaniem. Jednym z marzeń ludzi mieszkających w kraju o tropikalnym klimacie, w którym średnia temperatura to +25°C, jest na własnej skórze poczuć biały puch.

Polska ziemia w Ameryce

Chłód w kraju naszych gospodarzy nie utrzymałby się długo, bo ich serca momentalnie stopiłyby każdy lód. W relacjach pielgrzymów przybyłych do Chitré powtarzają się zachwyty nad gościnnością miejscowej ludności. – Uderza wielka otwartość Panamczyków. Od powitania, przez otwarcie swoich domów, serwowane posiłki (w takich ilościach, że na pewno wróciłam z Panamy z małym nadbagażem), uśmiech i ciekawość poznania nas, Polaków, i naszych tradycji – opowiada Kasia, która na ŚDM udała się ze wspólnotą karmelitańską. – Jest to naród dumny ze swojej kultury, pełen wiary. Rodzina, która przyjęła mnie w Chitré, mieszka skromnie, ale gościnność jej członków może niejednokrotnie zawstydzić naszą polską. Od samego początku traktowali mnie jak swoją córkę – dodaje.

Dni w Diecezjach to okazja do poznania życia codziennego i tradycji lokalnej ludności. Obok tego, że śpiewaliśmy pieśni uwielbienia po hiszpańsku, mieliśmy okazję obejrzeć całą paletę panamskich tradycyjnych tańców – od najbardziej reprezentatywnego el punto, przez la espinę, mającą na celu przyciągnięcie uwagi kobiety, po baile diabolico, czyli ukazanie walki dobra ze złem, tańczone na Boże Ciało. Oprócz tego słuchaliśmy improwizacji w stylu torente, w którym śpiewak na bieżąco wymyśla tekst do podkładu gitarowego. W naszym przypadku wychwalał piękno ŚDM w Panamie.

Polacy nie pozostali dłużni w promowaniu własnej kultury. – Ja poprowadziłam poloneza w domu gospodarzy, pokazałam też filmy z krakowiakiem oraz tańcem góralskim. Największe wrażenie zrobiły jednak energiczne pieśni lednickie – wspomina Kasia z grupy karmelitańskiej. Panamczyków zaskoczyły także nasze zwyczaje związane z wiarą: – Zdziwiło mnie, że nie jecie mięsa w piątki. My czynimy tak tylko w Wielkim Poście – przyznaje Oris, gospodyni przyjmująca pielgrzymów. Dużo radości sprawiała też nauka podstaw języka polskiego, niezwykle wymagającego dla Panamczyków. – Gdy mówicie między sobą, nie mamy pojęcia, o co chodzi! Słychać tylko jakieś „sz” i „cz” – śmieje się Dario de Gracia, mąż Oris. Dużym sukcesem było nauczenie gospodarzy słowa „smaczne”, odnoszącego się do przygotowanych dla nas dań. Mała Keyrin, u której w domu także mieszkali pielgrzymi, od tej chwili używa tego zwrotu przy rodzinnych posiłkach. – Byłam bardzo szczęśliwa, że przyjechał do nas papież Franciszek i nas błogosławił. Ze Światowych Dni Młodzieży zapamiętam przepiękny hymn – dodaje 6-latka, która z zainteresowaniem słuchała także polskiej wersji tej pieśni.

Wspomnienia z Chitré to przede wszystkim lawina dobra, którą zostali zasypani Polacy. – To najlepiej spędzony czas w moim życiu. Mnóstwo nowych przyjaciół, wspólnych zabaw, śpiewów – mówi Tomasz, inżynier mechaniki, który pielgrzymował z grupą z archidiecezji warszawskiej. – Poznaliśmy wspaniałą osobę, Anę, która codziennie spędzała z nami czas, chciała cieszyć się tym świętem. To dla mnie typowa przedstawicielka panamskiej społeczności: wesołe oczy, hart ducha i wspaniałe serce, które okazywała nam każdego dnia. Gdy wyjeżdżaliśmy z Chitré, niektórzy płakali – tak byliśmy zżyci.

Jednym z najbardziej wzruszających momentów była adoracja Najświętszego Sakramentu w kościele w Monagrillo. Chór śpiewający w dwóch językach i prawdziwa obecność Jezusa, którą nagradzano oklaskami, potęgowały przeżycia. Na wielu twarzach łzy wzruszenia pojawiły się także po pięknym geście ze strony polskich pielgrzymów, którzy przeprowadzili zrzutkę dla wolontariuszy z Chitré, bo nie stać ich było na wyjazd na główne obchody. – Niech pieniądze nigdy nie będą problemem dla spotkania z Bogiem!  – nawoływali polscy księża. Proboszcz tamtejszej parafii, żegnając nas, z mocą podkreślał, że ziemia Monagrillo to teraz także nasza ziemia.

Rzeczywistość nie istnieje

W stolicy kraju można było doświadczyć Kościoła globalnego, którego każdy z nas jest częścią. – Kościół naprawdę jest powszechny. Chciałbym, by młodzi w Polsce wystrzegali się jakichkolwiek uprzedzeń w stosunku do innych nacji. Każdy człowiek to niesamowita historia i jako ludzie jesteśmy sobie bardzo bliscy – przekonuje Maciej, 24-letni student z Warszawy. – Nie bójcie się wyjść do świata i zanieść Jezusa tam, gdzie żyjecie. Po ŚDM jestem przekonany, że drzemie w nas ogromna siła. Trzeba tylko przestać się bać i żyć Ewangelią na 100 procent – dodaje.

Na ulicach Panama City nieustannie słyszeliśmy klaksony samochodów. Nie oznaczało to jednak, że zaburzaliśmy ruch uliczny – po prostu w taki sposób panamscy kierowcy wyrażali radość z widoku spacerujących z flagami pielgrzymów z całego świata. W Panamie można było odkryć inną radość od tej, którą znamy z naszych stron. – Na własne oczy mogłem zaobserwować, jak pięknie uwielbia się Boga w Ameryce Łacińskiej. Masa energii, śpiew i tańce do białego rana przy dźwiękach gitary czy bębnów to tutaj codzienność. Do tego dochodzą niewiarygodna otwartość i życzliwość ludzi gotowych dzielić się swoimi doświadczeniami związanymi z wiarą i wysłuchać, co w tej kwestii do powiedzenia mamy my. W takich okolicznościach zdecydowanie łatwiej się otworzyć i pozwolić Duchowi Świętemu wlać radość, by potem przekazywać ją innym ludziom – tłumaczy Jan, student prawa z Warszawy.

Święto młodych to okazja do zawarcia nie tylko nowych znajomości. My spotkaliśmy się z Justinem z RPA, którego poznaliśmy na ŚDM w Krakowie. Od jego znajomych usłyszeliśmy doniesienia, jakoby następne po Lizbonie dni młodych miały się odbyć w Durbanie w RPA, gdzie organizuje się na razie Mini-ŚDM dla Afryki. Bo każdy chciałby gościć ten festiwal miłości u siebie. Panamczycy z żalem żegnali się ze swoją rolą. – Dziękuję za bycie od teraz częścią Panamy i za przybycie do naszego malutkiego kraju na spotkanie z Ojcem Świętym – mówi wzruszony David, wolontariusz. Nathalie, także wolontariuszka, dodaje: – Wy, pielgrzymi, daliście mi mnóstwo miłości i radości, pogłębiłam swoją wiarę. To, co pozostanie po ŚDM, to pewność, że Chrystus jest w moim sercu, i że poznałam wiele osób, o których zawsze będę pamiętała.

Podczas tego święta rzeczywistość została jakby zachwiana. Nie ma barier, granic, języków. Jeden z dziennikarzy opowiadał, że spotkał chłopaka, który nie rozumiał hiszpańskiego, a mimo to twierdził: – Wystarczy, że spojrzę w twarz Papieża i już odczytuję ten spokój, który chce przekazać!

Zgodnie potwierdzają to inni. – Nie liczył się czas ani trud. Cieszyliśmy się tym wszystkim, jakbyśmy byli przez chwilę w raju – przekonuje Tomasz. I dodaje dla niezdecydowanych na kolejne edycje ŚDM: – Jeśli ktoś szuka Boga lub podważa Jego istnienie, to musi przeżyć COŚ TAKIEGO. Nie da się przejść obojętnie przez Światowe Dni Młodzieży!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Siła modlitwy

2019-10-01 13:55

Beata Pieczykura
Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 10-11

Ma moc większą od bomby atomowej. Jest najpotężniejszą bronią znaną ludziom wszystkich czasów, także w XXI wieku. To nie slogan – mówią ci, którzy doświadczyli siły modlitwy różańcowej. Dzięki niej niektórzy wciąż żyją

stock.adobe.com

Chwycili za różaniec, a sam Bóg uczynił cud we właściwym czasie. Zaufali, są pewni, że On wie, co robi. Wojownicy Maryi opowiadają o cudownej ingerencji Boga w swoim życiu.

Ocalony i nawrócony

Wielkiej siły modlitwy różańcowej, która ratuje od samobójstwa i kompletnie zmienia życie, doświadczył Marcin. Przez 15 lat pił i zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Któregoś dnia, w 1. rocznicę śmierci swojej ukochanej babci, postanowił pójść trzeźwy na jej grób. Pamiętał, że babcia przez całe życie odmawiała Różaniec, głównie w jego intencji, więc zabrał ze sobą ten sznurek paciorków.

– W drodze na cmentarz próbowałem odmawiać Różaniec, choć właściwie nie wiedziałem jak, bo zapomniałem po I Komunii św. – opowiada Marcin. – Miałem omamy, jakbym widział diabła, który namawiał mnie, żebym się powiesił. W tym amoku zwątpiłem we wszystko i poszedłem na pole. Wiedziałem, że tam jest takie miejsce, gdzie są schowane sznury. Szukałem gorączkowo powroza, ale nie mogłem go znaleźć. To mi uświadomiło, że ta modlitwa ma wielką moc. Jestem pewny, że dzięki Różańcowi nie odebrałem sobie życia. Oszołomiony wróciłem na cmentarz i modliłem się, jak umiałem. Wtedy postanowiłem świadomie i dobrowolnie iść na terapię odwykową. Najpierw przez 3 miesiące byłem na oddziale detoksykacyjnym, a potem na oddziale odwykowym. Tam, po 15 latach, przystąpiłem do spowiedzi generalnej. Spowiednik powiedział mi, jak odmawiać Różaniec. Po powrocie do normalnego życia było mi ciężko, ale najważniejsze było to, aby „nie popłynąć”. Moją siłą i pomocą stał się Różaniec. Tak pozostało do dziś. Otrzymałem tyle łask – nie piję już 10 lat, a od 2 lat odmawiam Nowennę Pompejańską, jedną za drugą, zwłaszcza za kapłanów. Wierzę, że we współczesnym świecie najskuteczniejszą bronią jest Różaniec.

54 dni do szczęścia

Niełatwe życie odebrało jej radość i pokój serca, wszystko przestało mieć sens. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Zaczęło jej szwankować zdrowie, pojawiły się konflikty w niedawno zawartym małżeństwie. Nie miała czasu dla przyjaciół, więc powoli ich traciła. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji, a z całego serca pragnęła zmiany. – Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że Różaniec ma moc zmienić to wszystko – wspomina Magdalena. – Pomyślałam sobie: czemu nie, i postanowiłam spróbować. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się odmawiać Nowennę Pompejańską – każdego dnia przez 54 dni nie rozstawałam się z różańcem. Walczyłam ze sobą, z czasem, ze zniechęceniem. Wytrwałam. Dziś wiem jedno – niezależnie od tego, co by się działo, Bóg zawsze wyciągnie rękę, bo nie odmawia Matce Jezusa. Jestem szczęśliwa, wszystko powoli wraca do normy. Różaniec totalnie odmienił moje życie.

Potężniejszy od kul

Zenon różaniec otrzymał w dniu I Komunii św. i nie rozstaje się z nim do dziś. Od wielu lat modli się na nim codziennie. O trudnych dniach i modlitwie wbrew nadziei tak dziś mówi:

– Pamiętam, jak wiosną 1945 r. pijany radziecki żołnierz chciał rozstrzelać mojego ojca Jana. Mama klęczała na podwórku, na śniegu, przy ul. Paderewskiego w Grudziądzu, płakała i głośno odmawiała Różaniec, a my, dzieci, razem z nią. Baliśmy się. Po chwili przyszedł pułkownik, przełożony żołnierza, który trzymał ojca pod bronią, i zażądał dokumentów. Wtedy okazało się, że ojciec nie jest Niemcem. Pułkownik oddał ojcu dokumenty i powiedział mu, że jest niewinny. Potem znowu rosyjscy żołnierze zabrali ojca na przesłuchanie i uwięzili w piwnicach jednego z domów w Owczarkach k. Grudziądza. Długo nie wracał. Mama i ja poszliśmy tam. Cudownym trafem ojca właśnie zwolnili. Po wyzwoleniu Grudziądza całą rodziną wróciliśmy do domu – był zniszczony, ale stał. Jestem pewny, że codzienna modlitwa różańcowa naszej wieloosobowej rodziny ocaliła ojca od czerwonego zniewolenia i śmierci. Dlatego pytam młodych: Czy odmówiłeś Różaniec choć jeden raz? Może teraz weźmiesz go do ręki i będziesz się na nim modlić... To piękna przygoda spotkać Boga w tajemnicach rozważanych we wspólnocie Kościoła lub osobiście w domu, szpitalu, drodze, gdziekolwiek jesteście...

* * *

Powiedzieli o Różańcu

„Czepił się chłop Różańca jak tonący liny. Ale czegóż dzisiaj uchwycić się można, kiedy wszystko tak szybko się zmienia, przemija? Czegóż uchwycić się można w tym świecie, gdzie tempo przemian i zmian oszałamia, onieśmiela, ogłupia? Różańca babci, matki, swojego Różańca. Tego samego Różańca, co wczoraj, dziś i jutro. Najprostszego, jak prosta jest miłość. Uchwycić jego rytm, wejść w ten rytm, żyć tym rytmem – to uratować i ocalić siebie” – o. Jan Góra OP

„Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca” – s. Łucja z Fatimy

„Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych” – kard. Stefan Wyszyński

„Jesteśmy szczęściarzami. Bo mamy Różaniec. Bo się możemy uczepić tajemnic, które dokonały największych rewolucji w dziejach świata. Bo się możemy dać wciągnąć w te tajemnice. Zresztą, czy nie są to też nasze tajemnice? Pełne radości i bólu, światła i chwały. Może dlatego modlitwa różańcem staje się wciąż, tak jak niegdyś, początkiem wielu rewolucji, w naszym życiu i życiu całej ludzkości” – ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

„Różaniec to nie wypracowanie teologiczne. Odmawiany w chorobie, w trudnej podróży, w oczekiwaniu na wyniki badań, przed drzwiami egzaminatora – jest najmądrzejszą modlitwą” – anonim z internetu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kończą się obchody Dnia Papieskiego

2019-10-22 20:24

O. Stanisław Tomoń BPJG/es

Dziś, 22 października, w liturgiczne wspomnienie św. Jana Pawła II na Jasnej Górze kończą się Obchody Dnia Papieskiego. Tegoroczne obchody, zainaugurowane 13 października katechezą z Janem Pawłem II, stanowiły przypomnienie znaczenia pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Polski, której jubileusz 40-lecia obecnie przeżywamy. Zorganizowane zostały w ramach projektu edukacyjnego ‘Nadzieja. Zwycięstwo’, wspartego przez ogólnopolski program ‘Niepodległa’.

Biuro Prasowe Jasnej Góry

W ramach kilkudniowych obchodów w Sali Papieskiej otwarta została wystawy amatorskich zdjęć „Co nam zostało z tamtych dni - Jan Paweł II na Ziemi Częstochowskiej w 1979 roku”. Odbyło się także spotkanie przedszkolaków i uczniów „O nadziei w Dniu Papieskim”.

W czasie przeżywanych dni wspomnień papieża Polaka nie zabrakło również muzycznego akcentu. W niedzielę, 20 października, w Sali Papieskiej zabrzmiał koncert z elementami refleksji św. Jana Pawła II „Tradycja i polskość w pieśniach Stanisława Moniuszki”. Pieśni ze „Śpiewnika domowego” wykonali studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Krakowie pod kierunkiem dr hab. Katarzyny Suskiej-Zagórskiej, wybitnej śpiewaczki operowej. Święty Jan Paweł II pisał o Stanisławie Moniuszce w książce „Pamięć i tożsamość”.

„Dzieło Moniuszki było naturalnym wyborem, gdyż oddaje charakter naszego narodu i przywołuje patriotyczne uczucia. Ważne jest również to, że z racji 200. rocznicy urodzin kompozytora obchodzimy Rok Stanisława Moniuszki” – powiedziała w rozmowie dla Radia Jasna Góra Katarzyna Suska-Zagórska.

W wydarzeniu udział wzięli m.in. Lidia Burzyńska, poseł na Sejm RP; Alicja Janowska, dyrektor częstochowskiej delegatury Kuratorium Oświaty w Katowicach i o. Mariusz Tabulski, dyrektor Jasnogórskiego Instytutu Maryjnego. Koncert poprowadziła Izabela Tyras z Radia Jasna Góra.

* * *

W liturgiczne wspomnienie św. Jana Pawła II, 22 października, tradycyjnie na Mszę św. do jasnogórskiego sanktuarium przybyła społeczność Szkoły Podstawowej Sióstr Zmartwychwstanek w Częstochowie. Uczniowie, siostry i nauczyciele odwiedzają co roku Jasną Górę, by zapalić znicze i złożyć wiązanki kwiatów pod pomnikiem papieża Polaka. Eucharystii w jasnogórskiej bazylice przewodniczył i homilię wygłosił o. Nikodem Kilnar, krajowy duszpasterz muzyków kościelnych.

„Kto to jest święty?” – pytał uczniów w czasie homilii o. Kilnar. A oni odpowiadali: ‘to jest ktoś bardzo dobry’, ‘to jest osoba, która została wybrana przez Boga do rozpowszechniania Jego słowa’, ‘to osoba, która zrobiła coś dobrego dla ludzi’, ‘to jest taka osoba, która mało grzeszy’, ‘taka, która kocha’, ‘osoba, która zrobiła jakiś cud’, ‘albo ta osoba mogła oddać życie za wiarę w Boga’.

„Kościół wynosi na ołtarze świętych po to, żeby byli dla nas drogowskazami – wyjaśniał o. Kilnar - Świętość również jest możliwa w naszym życiu. Święci żyli wśród nas, również pielgrzymowali na Jasną Górę. Papież Jan Paweł II jako student przybywał na Jasną Górę, są jego wpisy w Bibliotece Jasnogórskiej jako studenta. Niech św. Jan Paweł II umacnia nas, abyśmy mogli pełnić Bożą wolę, tak jak On pełnił ją w sowim życiu, w każdym miejscu i czasie”.

W dzień modlitw ze św. Janem Pawłem II w Kaplicy Matki Bożej wystawiony został obraz świętego papieża Polaka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem