Reklama

Trzeba nadal głośno mówić

2019-02-20 11:32

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 8/2019, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Dr Krzysztof Jabłonka Historyk i dyplomata. W latach 1997 – 2000 konsul RP w Moskwie, Charkowie i Grodnie. Autor licznych publikacji (m.in. książki „Wielkie bitwy Polaków”), prowadzi pogadanki historyczne w Radiu Wnet

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Na początku tego roku Archiwum Akt Nowych zamieściło na swej stronie internetowej „Katalog egzekucji i strat wojennych 1939-1945 według meldunków Delegatury Rządu RP na Kraj”. Dlaczego dopiero teraz?

DR KRZYSZTOF JABŁONKA: – Można powiedzieć, że lepiej późno niż wcale. Rzeczywiście, katalog ten sporządzono już w 1946 r., było to szacunkowe wyliczenie poziomu strat poniesionych w wyniku zniszczenia materialnej struktury polskich miast oraz grabieży majątku.

– W jaki sposób przeprowadzono ów szacunek strat?

– Musimy wiedzieć o tym, że w okresie międzywojennym państwo polskie było w stanie obliczyć swój majątek, uwzględniając wszystkie jego składowe, łącznie z rowerami dla policjantów. Do wyceny wojennych strat zastosowano więc sprawdzoną wcześniej metodę statystyczną, polegającą na sumowaniu wartości kwartałów domów z uwzględnieniem koniecznej odbudowy.

– Czy dotyczyło to tylko Warszawy?

– W taki sposób szacowano straty także w innych zniszczonych miastach, ale bez wątpienia to Warszawa poniosła największe straty; była bardziej zniszczona niż Hiroszima. Żartowano, że była to bardzo przemyślana „porządna niemiecka ręczna robota” – w pierwszej kolejności niszczono lub rabowano najcenniejsze obiekty. A jeżeli czegoś nie zburzono, to tylko dlatego, że coś nie poszło zgodnie z planem. Tak ocalał w Warszawie np. kościół św. Anny...

– Już w 1946 r. podsumowano więc na gorąco straty wojenne Polski – i co dalej?

– Uzyskana suma została zaproponowana pod rozwagę państwom alianckim jako odszkodowanie należne Polsce od Niemców. Jednak wtedy Polacy usłyszeli, że otrzymali wystarczające zadośćuczynienie strat w postaci ziem zachodnich. Nikt się Polską – która poniosła w tej wojnie największe straty – nie przejmował, nawet tzw. sojusznicy. Mało tego – gigantyczny rabunek przeprowadziło jeszcze państwo sowieckie, a dokładnie rzecz biorąc: prywatnie sowieccy generałowie. Alianci natomiast w swojej strefie wpływów od razu przystąpili do odbudowy zniszczeń wojennych, potraktowali zachodnie Niemcy jako ważny element całej zachodniej gospodarki.

– Tymczasem gospodarka wschodniej części Niemiec oraz Polski nie miała szans na odbudowę?

– Miała, bo przecież był amerykański plan Marshalla, który mógłby objąć również Polskę i byłby to w owym czasie naprawdę skuteczny ratunek dla zniszczonego kraju...

– Jednak nie był!

– Nie było nam dane skorzystać z tej pomocy, ponieważ sowieccy okupanci panicznie bali się jakiejkolwiek obecności Zachodu – nawet w formie darmowych pieniędzy – w swojej strefie wpływu. Wszystko, co było możliwe do uzyskania w ramach planu Marshalla, zainkasowali sami; nic nie zostało w Polsce.

– Kiedy ostatecznie wyrzucono do kosza „Katalog egzekucji i strat wojennych 1939-1945 według meldunków Delegatury Rządu RP na Kraj” i kazano zapomnieć o jakichkolwiek reparacjach?

– Nadzieje Polaków na uzyskanie reparacji wojennych od Niemców zamierały już na początku lat 50. ubiegłego wieku. Dziś warto przypomnieć, że podpisanie układu zgorzeleckiego ze świeżo powstałym NRD oznaczało zrzeczenie się jakichkolwiek pretensji i roszczeń odszkodowawczych wobec tego państwa niemieckiego, a w dodatku dokument ten nie został zarejestrowany w ONZ i nie zaistniał na arenie międzynarodowej.

– A zatem nigdy nie miał i nadal nie ma mocy prawnej?

– Dokładnie tak. Nie mają takiej mocy również żadne deklaracje urzędników państwowych niższej rangi – a były takie! – w tej sprawie. Nie ma ponadto żadnych wiążących oświadczeń najwyższych urzędników państwa polskiego o rezygnacji z reparacji wojennych. A zatem reparacje zgodnie z prawem nadal nam się należą.

– To chyba jedyny przypadek w historii Europy targanej wojnami, aby krajowi poszkodowanemu w wojnie tak bezwzględnie ich odmówiono.

– To prawda. Tradycja reparacji wojennych powstała w czasie wojen napoleońskich; Napoleon bezwzględnie stosował prostą zasadę: przegrałeś wojnę, płać! Faktem jest też, że w czasie owych wojen rabunek odbywał się wprost gigantyczny. Tę napoleońską metodę przejęły później inne kraje. Po klęsce Francji z koalicją prusko-niemiecką padło żądanie wypłacenia na rzecz Rzeszy Niemieckiej 6 mld franków w złocie, po targach wypłacono 5 mld, dzięki którym został wkrótce zbudowany potężny przemysł wojenny Niemiec, co pozwoliło im na wzniecenie I wojny światowej, po której z kolei Francuzi zażądali od Niemców reparacji za totalne zniszczenie Szampanii, połowy Lotaryngii i Flandrii, domagali się też oddania 5 mld, które Niemcy zagarnęli wraz z Lotaryngią i Alzacją.

– Polskie ziemie w czasie I wojny światowej także bardzo ucierpiały...

– Rzeczywiście, w czasie tej wielkiej wojny na ziemiach polskich odbywał się wprost gigantyczny niemiecki rabunek. Rozbrojenie Niemców w Warszawie w 1918 r. przez polskie siły zbrojne miało m.in. na celu przede wszystkim zapobieżenie wywiezieniu z Polskie tego wszystkiego, co Niemcy tu sobie nagromadzili. A to był czas, kiedy pociągi wywoziły z Polski pociągi... I wojna światowa charakteryzowała się ogromną skalą grabieży i wzajemnych reparacji, a niektóre z nich są wypłacane niemal do dziś.

– Czy nowo powstała II RP mogła uzyskać jakiekolwiek reparacje, odszkodowania wojenne?

– Mogła, ale ostatecznie wiele nie uzyskała. Odszkodowania od samej Rosji ustalono na 30 mln rubli w złocie, a to na owe czasy była całkiem spora kwota. Potem mówiono, że za te 30 srebrników sprzedaliśmy Ukrainę – co, niestety, było prawdą – a skończyło się na tym, że nie dostaliśmy nic. Bolszewicy zadbali o to, aby nie było odpowiednich przepisów wykonawczych...

– Innym krajom naszego regionu powiodło się lepiej?

– Zdecydowanie tak. Najwięcej otrzymała Estonia – kraj dwudziestokrotnie mniejszy od Polski dostał jedną trzecią tego, co obiecano Polsce. Odszkodowania otrzymała też Łotwa. W ten sposób bolszewicy przekupywali kraje od nich zależne. Polska natomiast została postawiona przed dylematem: odzyskanie zagrabionych dóbr kultury czy 30 mln rubli w złocie? Ostatecznie wybraliśmy dobra kultury, choć oddano nam tylko ich znikomą część; ostatnie arrasy łaskawie przesłano dopiero po odbudowie Zamku Królewskiego w Warszawie, czyli na początku lat 70. ubiegłego wieku.

– Mogliśmy wybrać pieniądze? Dziś pewnie tak byśmy zadecydowali...

– W rodzącej się wolnej Polsce nikt nie miał wątpliwości, że skarby kultury są bezcenne. Przecież później za żadne miliony byśmy Szczerbca z Ermitażu nie odkupili! Do tej pory wiele naszych cennych pamiątek historycznych zagrabionych potem w czasie II wojny światowej znajduje się w rosyjskich muzeach, kryje się w niemieckich domach.

– I nigdy nie będziemy mogli tego odzyskać ani liczyć na jakąkolwiek rekompensatę?

– Dziś nie możemy liczyć nawet na dobre słowo i skruchę ze strony grabieżców... Ale to przede wszystkim my sami nie możemy zapominać, że Niemcy mają wobec nas nieuregulowany gigantyczny dług, że Rosja jest nam nadal winna 30 mln rubli w złocie, bo przecież podpisywaliśmy traktat ryski z Rosją, sowiecką wprawdzie, ale nie ze Związkiem Radzieckim, którego już nie ma. A procenty rosną... Może kiedyś nadejść czas zapłaty.

– To chyba raczej nierealne, Panie Doktorze!

– Ale przynajmniej warto pamiętać, że to nie my jesteśmy komukolwiek coś dłużni, jak to nam wmawiają nasi dłużnicy, lecz że to nas potraktowano nieprzyzwoicie. To dzisiejsze wypominanie braku reparacji wojennych dla Polski jest ważne o tyle, że wypomina się nam korzystanie z funduszy europejskich. Dlatego mimo upływu lat trzeba nadal głośno mówić o należnych Polsce reparacjach wojennych.

– Wcześniej raczej milczano na ten temat. W czasach PRL-u przyjęto, że sprawa już została załatwiona, a potem wszelkie wypominanie niezrekompensowanych strat wojennych uznano za niepoprawne politycznie.

– To milczenie przerwał Lech Kaczyński, który jako prezydent Warszawy zlecił opracowanie raportu o wojennych zniszczeniach miasta. Oczywiście, niekoniecznie po to, by się od razu domagać od Niemców konkretnych kwot, ale by Polsce wreszcie przestano wypominać zapóźnienie i korzystanie ze wspaniałomyślności UE, w której karty dziś rozdają właśnie Niemcy... Był w III RP taki czas, kiedy prowadzono negocjacje w sprawie odszkodowań dla rodzin katyńskich. Sam słyszałem, jak strona rosyjska przyznawała nam rację, od razu jednak zaznaczano, że nie ma z czego ich wypłacić. Udowodniliśmy Rosji złą wolę i na tym nasze negocjacje się urwały.

– Niemcy jednak zdobyli się na gest wypłacenia symbolicznych kwot w ramach „pomocy humanitarnej szczególnie poszkodowanym ofiarom prześladowań nazistowskich”.

– Rzeczywiście tak było. Powołano nawet w tym celu specjalną Fundację Polsko-Niemieckie Pojednanie, która od połowy lat 90. przez 10 lat metodą kropelkową sączyła indywidualne odszkodowania.

– Za które – jak sugerowały wówczas media nie tylko niemieckie, ale także polskie – powinniśmy być bardzo wdzięczni...

– Przypomnijmy więc, że Polacy z tego dobrodziejstwa niemieckiego skorzystali w najmniejszym stopniu, dostali znacznie mniejszą „pomoc” niż podobne ofiary niemieckich zbrodni z innych krajów. Trzeba też zaznaczyć, że odszkodowania dotyczą osób indywidualnych, zaś reparacje są rekompensatą dla państwa, które poniosło wielkie straty gospodarcze, kulturowe, a także demograficzne. Niewypłacenie Polsce reparacji wojennych przyczyniło się do opóźnienia rozwoju kraju do tego stopnia, że teraz musimy mówić o „doganianiu Zachodu”. Dlatego gdy Niemcy jeszcze do niedawna kpili sobie z „polnische Wirtschaft”, gdy szydzili: „Jedź do Polski, twój samochód już tam jest”, powinniśmy śmiało odpowiadać: „Jedź do Niemiec, meble i kosztowności twoich dziadków są tam już od ponad 70 lat”. A naszego najcenniejszego obrazu zrabowanego z Muzeum Czartoryskich w Krakowie – „Portretu młodzieńca” Rafaela Santiego do tej pory nie możemy znaleźć, a wiemy, że prawdopodobnie do dziś przechowuje go ktoś na terenie Niemiec... Tak więc nawet w przybliżeniu wyliczona, najskromniejsza suma tego, co się Polsce należy, musi z całą powagą ciążyć nad Niemcami. Nikt nie powinien tego historycznego długu puszczać w niepamięć.

– A może czas jednak zapomnieć – jak mówią dziś niektórzy Polacy – i wspaniałomyślnie darować długi, by nikogo nie drażnić?

– W żadnym razie! Nawet jeżeli zrezygnujemy z konkretnych pieniędzy, to o niemieckim długu nie można przenigdy zapomnieć. Propagowanie przez Niemcy zrzeczenia się przez Polskę reparacji wojennych bardzo szybko prowadzi do przekonania światowej społeczności o braku niemieckiej winy, do zatarcia prawdy o niemieckich zbrodniach. Mamy liczne dowody, że już do tego doszło, np. przez wprowadzenie określenia „polskie obozy śmierci”, którym sugeruje się współwinę Polaków.

– Na żaden ekwiwalent pieniężny raczej już nie możemy liczyć? Za późno?

– W tej sprawie nie ma przedawnienia, prawo do reparacji wojennych jest niezbywalne – działa tak długo, jak długo trwa pamięć o wyrządzonej krzywdzie. Dlatego Japonia do tej pory płaci Filipinom za zrównanie z ziemią Manili – wypłaciła już 900 mln dolarów, a końca spłaty jeszcze nie widać. Japończycy płacą, ile mogą, bo traktują to jako formę ekspiacji. Niemcy wypłacili się już prawie wszystkim państwom zachodnim, nawet mały Luksemburg otrzymał niemałą sumę za samo przejście wojsk niemieckich przez jego terytorium i zniszczenie autostrady. Monako dostało odszkodowanie za chwilową okupację, choć ani jeden dom nie został tam zniszczony. Stosowną rekompensatę dostało zbombardowane przez przypadek San Marino.

– Ubezwłasnowolniona komunistyczna Polska po prostu nie mogła i nie chciała się niczego domagać, a potem, po 1989 r., po prostu jej kolejne rządy chciały być miłe dla wielkiego zachodniego sąsiada...

– Niestety, tak. Gdy śp. Lech Kaczyński doprowadził do opublikowania raportu wyceniającego zniszczenia wojenne stolicy, to trzeba przyznać, że zrobiło to na Niemcach spore wrażenie.

– Obecny rząd, jak się zdaje, nie ucieka od tego trudnego tematu...

– To prawda, coś się w tej mierze dzieje, powstał Parlamentarny Zespół ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w trakcie II Wojny Światowej. Jakie będą następne kroki – trudno powiedzieć.

Dr Krzysztof Jabłonka Historyk i dyplomata. W latach 1997 – 2000 konsul RP w Moskwie, Charkowie i Grodnie. Autor licznych publikacji (m.in. książki „Wielkie bitwy Polaków”), prowadzi pogadanki historyczne w Radiu Wnet

Reklama

Apokalipsa kresowego świata

2019-09-10 12:59

Rozmawia Sławomir Błaut
Niedziela Ogólnopolska 37/2019, str. 28-29

O sowieckiej agresji na Rzeczpospolitą we wrześniu 1939 r. i dziedzictwie utraconych Kresów z prof. Stanisławem Sławomirem Nicieją – długoletnim rektorem Uniwersytetu Opolskiego, kierownikiem Katedry Historii Kultury i Biografistyki na Wydziale Nauk Społecznych tej uczelni, autorem wielotomowego cyklu pt. „Kresowa Atlantyda” – rozmawia Sławomir Błaut

NAC
Kolumny piechoty sowieckiej wkraczające do Polski 17 września 1939 r

SŁAWOMIR BŁAUT: – 17 września 1939 r. to czarna karta w historii Polski. Jak zapamiętali ten dzień świadkowie, których Pan Profesor poznał w trakcie pisania historii Kresów?

PROF. STANISŁAW SŁAWOMIR NICIEJA: – To jeden z najtragiczniejszych momentów w naszej historii. Sowieci zagarnęli połowę terytorium II Rzeczypospolitej. Straciliśmy wielkie centra kulturowe – Lwów, Wilno, Grodno, Stanisławów, Krzemieniec, Drohobycz – że wymienię tylko te najważniejsze spośród 200 miast, które zostały odcięte od Polski i w brutalny sposób po 1945 r. zdepolonizowane.
Największym zaskoczeniem było to, że przywódcy II Rzeczypospolitej nie przewidzieli, iż Stalin porozumie się z Hitlerem i wbije Polsce walczącej z Niemcami nóż w plecy. Założeniem strategii polskiego dowództwa było bronić się przed armiami niemieckimi i – w oczekiwaniu na pomoc aliantów – wycofywać się stopniowo w kierunku granicy polsko-rumuńskiej. Gdy 17 września 1939 r. Sowieci przekroczyli granicę Polski, główne siły i polskie naczelne dowództwo były w okolicach Stanisławowa, Kołomyi i Zaleszczyk, na tzw. przedmościu rumuńskim. Tam miał być główny bastion obrony.
Wycofującemu się wojsku towarzyszyły nieprzebrane tłumy cywilnych uciekinierów z zachodniej Polski. Kiedy Sowieci niespodziewanie uderzyli, powstała panika: nie wiedziano, co robić. Głównodowodzący marszałek Edward Śmigły-Rydz podjął dość nieprzemyślaną decyzję, nakazując traktować Sowietów jako domniemanych sojuszników, i polecił unikać starcia zbrojnego z nimi. Decyzja ta miała fatalne skutki, gdyż nasze wojska zaprzestały obrony tak ważnych garnizonów, jak choćby Grodno, Łuck, Stanisławów czy Tarnopol. Ułatwiło to Sowietom szybkie zajęcie połowy terytorium Polski i wyłapanie dużej części oficerów, których później wymordowano m.in. w Katyniu, Miednoje i Bykowni.
Pyta Pan o zachowanie ludności cywilnej. To był dla niej straszliwy szok. W historię Polski wpisały się wówczas dramatycznie trzy mosty graniczne, które prowadziły do Rumunii: w Zaleszczykach, Kutach i Śniatynie. W kierunku tych mostów ciągnęły drogami od strony Lwowa, Tarnopola i Stanisławowa do granicy rumuńskiej fale uciekinierów, szukających ratunku przed wrogimi armiami. Na tych drogach rozgrywały się dantejskie sceny. Obok tłumów przerażonych ludzi jadących furmankami przemykały eleganckie limuzyny ministrów, dyplomatów, artystów, kupców. Im bliżej mostów granicznych, tym częściej na poboczach mnożyły się porzucone z braku paliwa różne pojazdy mechaniczne. Nad głowami uciekinierów szarżowali lotnicy Luftwaffe, którzy bezlitośnie bombardowali oszołomionych sytuacją nieszczęśników. A przy granicy zaczął się rozgrywać dodatkowy dramat. Ludzie nie wiedzieli, czy przejść granicę, czy cofnąć się w kierunku swoich domów. Była to prawdziwa apokalipsa.
Wśród setek relacji, które zebrałem, są opowieści wstrząsające. Zygmunt Wasilewski, który dotarł do granicy polsko-rumuńskiej, wspominał: „Okropny moment. Nie wiem, czy uda mi się kiedyś wymazać go z pamięci. Wszyscy mieliśmy łzy w oczach. Niektórzy całowali biało-czerwoną barierę graniczną, inni ziemię lub budkę strażnika. Kilku żołnierzy szlochało głośno, kilku się modliło, klęcząc. Każdy prawie zabierał coś na pamiątkę. Jeden zeskrobywał scyzorykiem trochę biało-czerwonej farby ze słupa granicznego. Drugi zawiązał w chusteczkę garść ziemi, trzeci zerwał liść z drzewa i włożył do książeczki wojskowej. Wszyscy, oglądając się wciąż, przeszliśmy granicę. Bezpośrednio po tych strasznych chwilach nastąpiło przygnębiające rozbrojenie. Byliśmy upokorzeni. Rumuńscy żandarmi kazali nam złożyć broń w przydrożnym rowie. Do końca życia będę pamiętał trzask rzucanej broni na stos”. Takich opowieści mam w swym archiwum kilkaset. Wiele z nich wykorzystałem w swoich publikacjach. Granice polsko-rumuńską i polsko-węgierską przekroczyło we wrześniu 1939 r. ok. 300 tys. Polaków.

– Stalin spowodował, że przedwojenne polskie Kresy zniknęły niczym mityczna Atlantyda. Czy pisanie książek opowiadających o losach Kresowian traktuje Pan Profesor jako misję?

– Można tak powiedzieć. Utrata tych ziem wiązała się z unicestwieniem istniejących tam ogromnych enklaw polskiej kultury, nauki i gospodarki. Zniszczono sławne polskie uczelnie w Wilnie, we Lwowie i w Krzemieńcu, rozgrabiono polskie świątynie, zamki, pałace, muzea. Postanowiłem opisać potencjał intelektualny i gospodarczy tych ziem, bo to był ogromny dorobek polskiej myśli intelektualnej. Poszczególne miejscowości, z ich historią i materialnym dorobkiem, opisuję od 10 lat w oparciu o dokumentację. W każdym tomie „Kresowej Atlantydy” są fotografie – ok. 300 – i historia 5-6 najważniejszych miejscowości w danym regionie. Dotychczas udokumentowałem ok. 70 miejscowości, które straciliśmy na Kresach. O ich historii nie wolno nam zapomnieć.

– We wstępie do X tomu „Kresowej Atlantydy” napisał Pan Profesor, że historii Polski nie można zamykać w granicach obecnego państwa polskiego.

– Tak, bo Polska jest państwem, które w swej ponadtysiącletniej historii miało pulsujące granice. Jej terytorium w różnych wiekach miało różne kształty – raz było większe, raz mniejsze. Polska nie miała ciągle tych samych granic i tych samych miast w swoich granicach. Był czas, gdy państwo polskie miało granice nad Dniestrem, Niemnem, Horyniem czy Czeremoszem. Byliśmy tam przez setki lat i zostawiliśmy trwałe ślady naszej obecności. Nie można więc pisać o dziejach Polski bez historii Lwowa, Wilna, Grodna czy Stanisławowa. Wielu wybitnych Polaków – Mickiewicz, Słowacki, Fredro, Zapolska i inni – urodziło się poza granicami dzisiejszego państwa polskiego. Pominięcie tych historii byłoby niczym innym jak amputacją połowy mózgu.

– „Cechą społeczeństw wykształconych jest chęć ucieczki od anonimowości” – kolejne stwierdzenie Pana Profesora odnosi się do zainteresowania przeszłością. Czy Polacy sięgają dziś do dziedzictwa Kresów?

– Po zniesieniu w Polsce cenzury ukazały się setki, a nawet tysiące wydawnictw – wspomnień, pamiętników, relacji – właśnie o Kresach. I tam znajdujemy dziesiątki tysięcy opowieści o indywidualnych losach ludzi, którzy doświadczyli niezwykłych przeżyć. Uczestniczę w setkach spotkań autorskich przy okazji ukazywania się moich kolejnych tomów „Kresowej Atlantydy” i widzę niesłabnące zainteresowanie tą tematyką.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przewodniczący Episkopatu spotkał się z zagranicznymi dziennikarzami

2019-09-17 17:10

BP KEP / Warszawa (KAI)

Przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki spotkał się z dziennikarzami z jedenastu europejskich krajów w Sekretariacie Konferencji Episkopatu Polski. Rozmowa dotyczyła bieżących spraw w Kościele w Polsce, min. kwestii ochrony życia poczętego, ochrony osób małoletnich, uchodźców i tzw. mniejszości seksualnych.

twitter.com/episkopatnews

Po omówienia sytuacji Kościoła katolickiego w Polsce przez Przewodniczącego KEP, dziennikarze mieli możliwość zadawania pytań. Dotyczyły one m.in. kwestii ochrony życia od poczęcia, ochrona osób małoletnich, uchodźców oraz ideologii LGBT. Abp Gądecki zaznaczył, że Kościół zawsze broni życia człowieka i upomina się o prawo do życia dla najbardziej bezbronnych, którymi są dzieci pod sercem matek.

W kwestii nadużyć wobec nieletnich przez niektórych duchownych, Przewodniczący Episkopatu podkreślił, że nie tylko na poziomie ogólnopolskim, ale także w diecezjach są odpowiednie wytyczne i narzędzia, aby temu przestępstwu zapobiegać.

Odnosząc się do pytań nt. przyjmowania uchodźców, Przewodniczący Episkopatu zaznaczył, że Kościół w Polsce jest w jedności w Kościołem powszechnym i papieżem Franciszkiem. Przypominał, że decyzja o tym ilu uchodźców może przyjąć dany kraj, zależy od jego rządu. Wspominał także, że Polska przyjęła ok. dwa miliony osób z Ukrainy, które łatwo się integrują i pracują w wielu miejscach. Na pytanie dziennikarza, na czym polega zagrożenie płynące z ideologii LGBT, Przewodniczący Episkopatu odpowiedział, że ideologia ta stoi w sprzeczności z wartościami chrześcijańskimi. Dziennikarze z zagranicy byli również zainteresowani stosunkiem przedstawicieli Kościoła w Polsce do polityki krajowej i unijnej. „Kościół nie utożsamia się z żadnym ugrupowaniem politycznym. Nie jest po stronie prawicy, lewicy ani po stronie centrum. Kościół winien stać po stronie Ewangelii” - powiedział abp Gądecki. Co do zbliżających się wyborów stwierdził, że Kościół zachęca do popierania osób, które reprezentują wartości chrześcijańskie. Przedstawiciele zagranicznych mediów przybyli z Francji, Włoch, Szwecji, Belgii, Danii, Węgier, Serbii, Irlandii, Holandii, Portugalii, Wielkiej Brytanii.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem