Reklama

Wyklęci i upokorzeni

2019-02-27 10:36

O niekończącej się niesprawiedliwości wobec żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego z Leszkiem Żebrowskim rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 9/2019, str. 36-37

Marcin Żegliński

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Jest Pan nie tylko autorem określenia „Żołnierze Wyklęci”, ale przede wszystkim tropicielem losu żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego, badaczem starającym się odkłamać ten skazany na infamię i zapomnienie wątek polskiej historii. Dlaczego, choć nie jest z wykształcenia historykiem, zajął się Pan tym do dziś dla wielu nieważnym lub niewygodnym tematem?

LESZEK ŻEBROWSKI: – Nazwa „Żołnierze Wyklęci” po raz pierwszy pojawiła się podczas rozmów w kręgu Ligi Republikańskiej, gdy w grudniu 1993 r. przygotowywaliśmy na Uniwersytecie Warszawskim wystawę poświęconą antykomunistycznemu podziemiu po 1944 r. Taki właśnie był tytuł naszej wystawy. Później prawa autorskie do tej nazwy przypisywały sobie różne osoby, m.in. Jerzy Ślaski tak zatytułował swoją książkę. Zająłem się tym tematem jeszcze w czasach komunizmu z powodów rodzinnych, gdyż jestem synem oficera AK; ojciec po wojnie siedział przez 5 lat w komunistycznych więzieniach.

– Nasłuchał się Pan opowieści...

– Mogę nawet powiedzieć, że z ludźmi, którzy przez te więzienia przeszli, którzy byli w konspiracji wojennej i powojennej, żyłem od dziecka. Chodziłem za ojcem wszędzie, nie rozumiałem, o czym rozmawiają, ale nasiąkałem atmosferą tych rozmów przyciszonym głosem, wieczorową porą, przy zasłoniętych oknach...

– ...bo długo jeszcze w PRL-u – a nawet później – walka powojennego podziemia antykomunistycznego była pomijana bojaźliwym milczeniem albo nienawistnie krytykowana.

– W moim domu, w zaufanym gronie, od kiedy pamiętam, rozmowy na ten temat były całkiem otwarte. Choć rzeczywiście, rozmawiano prawie szeptem i półsłówkami. O tym np., że jakiś agent, który doniósł na UB, miał wypadek... Wtedy nie rozumiałem, że to była akcja likwidacyjna. Później, gdy już nie byłem skazany na siedzenie grzecznie pod stołem, chciałem wiedzieć więcej o tamtych ludziach, o tamtych opowieściach. Nauczyłem się też oddzielać prawdę od fantazji, która czasem się pojawiała. W latach 80. ubiegłego wieku, dzięki kontaktom rodzinnym i środowiskowym, rozpocząłem poszukiwania osób, które dziś umownie nazywamy Żołnierzami Wyklętymi, a które były żołnierzami powstania antykomunistycznego po 1944 r. w najszerszym znaczeniu.

– To znaczy, że w poczet Żołnierzy Wyklętych można zaliczyć nie tylko kryjących się po lasach partyzantów z karabinem?

– Oczywiście! Antykomunistyczne podziemie po 1944 r. tworzyli uczestnicy konspiracji wojskowej różnych orientacji, uczestnicy konspiracji politycznej oraz ogromne zaplecze, czyli siatki konspiracyjne w terenie. Było tak jak w Polskim Państwie Podziemnym w czasie wojny; powojenne podziemie składało się z ludzi działających w różnych sferach na różnych poziomach, skupionych w wielu organizacjach konspiracyjnych w różnych rejonach Polski, także na ziemiach zabranych przez Sowietów.

– Czy można precyzyjnie określić czas trwania tej podziemnej walki Polaków o wyzwolenie spod okupacji sowieckiej?

– O ile jej początkiem jest wkroczenie Armii Czerwonej w styczniu 1944 r., to data końcowa jest wyłącznie symboliczna; ostatni żołnierz podziemia niepodległościowego zginął z bronią w ręku 21 października 1963 r. – i ta właśnie data jest symbolicznym kresem tego powstania. Działalność konspiracyjna na wielką skalę trwała do 1947 r., kiedy to komuniści ogłosili tzw. amnestię. Wielu ludzi z antykomunistycznego podziemia uwierzyło w tę „amnestię”, jednakże po ujawnieniu się zapłacili straszną cenę... Niektórym udało się jeszcze wrócić do konspiracji, bo jej struktury nadal istniały.

– Jednak już poważnie osłabione?

– Można powiedzieć, że w latach 1948-49 następuje kres powstania w jego bardziej zorganizowanej formie. Później są jeszcze jakieś resztki dawnych struktur; zanikają Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość i inne organizacje, pozostają tylko pojedyncze grupy w lesie, natomiast konspiracja narodowa – Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, Stronnictwo Narodowe i organizacje przy nim afiliowane – jeszcze przez jakiś czas trwa, i choć jej centralne struktury też zostały rozbite w latach 1946-48, to Komendy Okręgowe NZW dotrwały do przełomu lat 40. i 50., ostatnią z nich zniszczono w 1951 r. A ostatnia Komenda Powiatowa (Bielsk Podlaski) ujawniła się przed Prokuraturą Generalną dopiero w 1956 r.

– Pozostała jednak legenda o tamtych żołnierzach i mimo wysiłków komunistycznej propagandy nie udało się do końca jej zniszczyć. Chyba to właśnie dzięki tym nocnym rozmowom Polaków i „nasiąkającym” nimi dzieciom...

– Bez wątpienia. Mimo pozornego milczenia ta historia była nam przekazywana, wychowywała nas. Dlatego w latach 70. mogły powstać już pierwsze grupy różnego rodzaju form opozycyjnych, także w środowiskach Wyklętych, w których Wojciech Ziembiński zorganizował Komitet Porozumienia na Rzecz Samostanowienia Narodu, składający się z wyższych wojskowych, którzy byli oficerami w II RP, podczas II wojny światowej, i którzy uczestniczyli w pierwszym, a potem w drugim – powojennym – podziemiu. Oni nie mieli już nic do ukrycia, rozmawiali, wydawali ulotki, biuletyny, ale nie mogli szerzej dotrzeć do młodego pokolenia. Nie mogli przedstawiać swojej wersji historii ani na uczelniach, ani w szkołach, choć w owym czasie formalnie byłoby to już nawet możliwe. Nikt tam ich jednak nie zapraszał.

– Dlaczego?

– Po prostu bano się konfrontacji z prawdą, dla wielu wciąż niewygodną.

– A może swoje zrobiła komunistyczna propaganda, przedstawiająca żołnierzy powojennej konspiracji w jak najczarniejszym świetle, jako bandytów, zbirów itp. Może nie chciano pamiętać?

– Rzeczywiście, oni zostali skazani na zapomnienie, chciano wykreślić z kart historii ich niezwykłe bohaterstwo. Zostali wyklęci przez komunistów, choć wtedy tak ich nie nazywano i oni sami nigdy siebie tak nie określali. Nałożono na nich podwójną karę: nie tylko karę śmierci, więzienia, torturowania – zostali też skazani właśnie na wyklęcie, zapomnienie. Polakom wmawiano, że to bandyci, złodzieje, mordercy, przeciwnicy ustroju w najbardziej gangsterskim wydaniu; zawsze pokazywano ich od jak najgorszej strony, dowodzono, że to nie byli prawdziwi żołnierze, lecz pospolici złoczyńcy.

– Sądzi Pan, że ta czarna propaganda przyniosła oczekiwane skutki?

– Obawiam się, że w końcu tak. Po 1989 r. wydawało się, że możemy wreszcie zachować się godnie wobec tych ludzi, tak jak II RP wobec powstańców styczniowych, którzy już w 1919 r. zostali uhonorowani i nikt nie kazał im stawać przed sądem, by udowadniać swą niewinność, bo przecież zostali skazani na katorgę, zesłani na Syberię – byli polskimi bohaterami, a nie przestępcami. To było wówczas po prostu oczywiste. W III RP natomiast wymyślono specjalną ustawę o nieważności wyroków z okresu stalinowskiego – do dziś obowiązującą – aby skazani za udział w walce o wyzwolenie Polski spod sowieckiej okupacji mogli dowieść swej niewinności. Jako biegły sądowy stawałem przed tymi sądami i widziałem, co tam się działo...

– A zatem III RP nie była dla nich tą wolną Polską, o którą kiedyś tak desperacko walczyli?

– W żadnym razie. Cała propaganda i atmosfera wokół nich pozostawały tak samo ohydne jak w okresie komunistycznym. I nic nie można było z tym zrobić, więc to wyklęcie na nich pozostało i w jakiś sposób trwa do dziś.

– Nawet teraz, gdy obecny rząd, jak się zdaje, bardzo ich docenia?

– Tak, nawet teraz. Przez ostatnie 3 lata ugrupowanie rządowe co prawda wzięło na siebie propagandę polityki historycznej, rzeczywiście docenia Żołnierzy Wyklętych i o nich mówi, jednak nie w taki sposób, w jaki powinno się o tym mówić, bo tylko od święta i w formie nie bardzo lubianych akademii. A tak na co dzień postawa obecnych władz wobec Wyklętych i ich rodzin jest również dość nieciekawa.

– W jaki sposób to się wyraża?

– Nie wystarczy dać starej, schorowanej osobie – po wieloletnich przejściach w komunistycznych więzieniach, a później jeszcze w sądach III RP – jakąś blaszkę, jakiś awans wojskowy... Podam skandaliczny przypadek p. Andrzeja Kiszki ps. Dąb z podziemia niepodległościowego wojennego, z Armii Krajowej, Narodowej Organizacji Wojskowej, a później z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, który został ujęty przez bezpiekę dopiero w grudniu 1961 r. i ponad 10 lat spędził w więzieniu. Przez cały okres III RP nie doznał od państwa łaski stwierdzenia nieważności ciążącego na nim wyroku. Zmarł jako „bandyta”. Dopiero teraz, pośmiertnie, sąd łaskawie się sprawie przypatrzył i unieważnił ten wyrok.

– Jednak niektórzy z żołnierzy Wyklętych mieli w III RP trochę więcej szczęścia, np. prezydent Lech Wałęsa w 1995 r. nadał Order Orła Białego Stefanowi Korbońskiemu. Co to miało znaczyć?

– Dosłownie nic, jakiś wypadek przy pracy. Jednym dawano ordery, innym nie. Najbardziej wybitne i szlachetne postaci nie dostawały odznaczeń. Dostawały je natomiast osoby najzupełniej na nie niezasługujące, m.in. właśnie Lech Wałęsa nadał pośmiertnie Order Orła Białego płk. Janowi Rzepeckiemu, który odegrał dość haniebną rolę nie tylko w okresie powojennym, ale także podczas wojny; będąc w Komendzie Głównej AK, robił wszystko, żeby wstrzymać planowaną akcję wysyłania oddziałów AK na Wschód, do okręgu nowogródzkiego, wileńskiego (żeby chronić ludność cywilną przed bolszewikami). A po wojnie, aresztowany przez komunistów, bez tortur wydał im wszystko, co wiedział, przekazał też bezpiece fundusze państwa podziemnego. Wprawdzie dostał wyrok 8 lat więzienia, ale odsiedział tylko 2 dni, ułaskawiony przez Bieruta, następnie wstąpił do „Ludowego” Wojska i szkolił komunistów do walki ze swoimi niedawnymi podkomendnymi, a potem mówił, że przecież bezpieka to tacy normalni ludzie, że można się z nimi porozumieć... Polityka odznaczeniowa po 1989 r. to – moim zdaniem – jeden wielki skandal: niespójna, nienormalna i niemoralna.

– Wciąż taka jest?

– Niestety, tak. Nawet teraz rodzinom oficerów z podziemia niepodległościowego odmawia się należnego im uhonorowania. Znam przypadek żołnierza z okręgu radomskiego, człowieka szlachetnego i zasłużonego, z czystą kartą, który wprawdzie walczył krótko, ale został skazany na kilkanaście lat więzienia, a teraz jego rodzinie odmówiono uhonorowania odznaczeniem państwowym, gdyż – jak to się bezdusznie uzasadnia – takie „odznaczenie należy się osobom szczególnie zasłużonym”. To jest po prostu obraźliwe. Ponadto odnoszę wrażenie, że odznaczenia przyznaje się wciąż jak z pudła w Armii Czerwonej.

– Jest polityka historyczna, a nie ma polityki odznaczeniowej?

– Tak. Nie daje się wysokich odznaczeń państwowych ludziom naprawdę zasłużonym i nie odbiera się ich tym, którzy w istocie są ich niegodni. Należałoby np. zweryfikować listę odznaczonych Krzyżem Virtuti Militari, Krzyżem Walecznych. Te odznaczenia nadal mają ci, którzy zwalczali podziemie niepodległościowe, którzy je dostali za mordowanie tych, których dziś nazywamy Żołnierzami Wyklętymi.

* Druga część rozmowy – w następnym numerze „Niedzieli”.

Leszek Żebrowski
Publicysta historyczny, działacz społeczno-polityczny. Od połowy lat 80. ubiegłego wieku prowadzi badania dziejów polskiego podziemia niepodległościowego w czasie II wojny światowej i po 1945 r.
Specjalizuje się w dziejach polskich narodowych organizacji konspiracyjnych w okresie II wojny światowej (Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowej Organizacji Wojskowej) i narodowego odłamu żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego (w tym Narodowego Zjednoczenia Wojskowego). Otrzymał Nagrodę Fundacji im. Jerzego Łojka.

Tagi:
żołnierze

Reklama

Rusza konkurs na pracodawców przyjaznych żołnierzom Wojsk Obrony Terytorialnej

2019-10-24 17:54

ppłk Marek Pietrzak / Rzecznik WOT

Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej rozpoczęło drugą edycję konkursu „Pracodawca przyjazny WOT”. Tym razem nagrody będą przyznane aż w czterech kategoriach, a zgłoszenia do eliminacji mogą przesyłać nie tylko pracownicy-żołnierze WOT, ale i sami pracodawcy!

Archiwum Niedzieli

Celem konkursu jest wyłonienie i wyróżnienie pracodawców, którzy swoją postawą i warunkami pracy wspierają pracowników-żołnierzy, rozumieją istotę budowy formacji, w tym stojące przed nią cele i zadania szczególnie w aspekcie lokalnym oraz doceniają korzyści jakie wynikają z zatrudniania Terytorialsów.

Rok temu tytuł „przyjaznego WOT” został przyznany Tomaszowi Kądziołce, prezesowi Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury, wyróżnionych zostało też trzynastu laureatów szczebla wojewódzkiego.

W tym roku ogólne ramy konkursu pozostają bez zmian, zasadnicze różnice dotyczą zwiększenia do czterech ilości kategorii, w których zostaną wyłonieni zwycięzcy oraz umożliwienia zgłoszenia kandydatury osobiście przez pracodawców.

W pierwszym etapie konkursu kandydatury pracodawców wraz z opisem przyjmują brygady obrony terytorialnej, ten etap już się rozpoczął. Zgłoszenia mogą składać żołnierze-pracownicy, ale też sami pracodawcy, termin ich przesyłania upływa 22 stycznia 2020 r. Potem komisje brygadowe wybiorą laureatów, którzy wezmą udział w drugim – finałowym etapie konkursu. W maju 2020 r. odbędzie się gala finałowa, podczas której nadany zostanie tytuł „Pracodawcy przyjaznego WOT” oraz wyłonieni zostaną laureaci w poszczególnych kategoriach.

Do czterech została zwiększona ilość kategorii pracodawców, w których można zgłaszać swoich przedstawicieli. Do grupy I będą kwalifikowani pracodawcy zatrudniający do 20 pracowników, do grupy II zatrudniający powyżej 20 osób, do kategorii III będą zaliczani pracodawcy z sektora publicznego, a do kategorii IV - ze szkolnictwa.

Konkurs „Pracodawca przyjazny WOT” jest częścią większego projektu pod tą samą nazwą, w ramach którego Wojska Obrony Terytorialnej już od ponad dwóch lat podejmują działania mające na celu kształtowanie pozytywnych relacji z pracodawcami oraz wypracowanie wspólnego systemu przeciwdziałania ewentualnym problemom na linii praca - służba. W tym celu Wojska Obrony Terytorialnej biorą udział w targach pracy, udostępniają bazę informacyjną dla pracodawców i są otwarte na doskonalenie systemu i wsparcie w rozwiązywaniu problemów zgłaszanych przez pracowników i pracodawców.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: wigilijne kolędowanie z plejadą gwiazd

2019-12-12 17:16

it / Jasna Góra (KAI)

W wigilię Bożego Narodzenia odbędzie się rodzinny koncert kolęd z Jasnej Góry w wykonaniu plejady polskich gwiazd. W inicjatywie udział wezmą polscy artyści, którzy zapraszają do wspólnej modlitwy tradycyjnymi świątecznymi utworami. Widowisko religijne przygotowuje Program Pierwszy Telewizji Polskiej.

Monika Książek/Niedziela

Reżyser Bolesław Pawlica podkreśla, że to wielki zaszczyt móc w tak wyjątkowym miejscu realizować świąteczny koncert. Jego formuła jest bardzo prosta. - Chcieliśmy, aby artyści zaprosili do wspólnego śpiewania swoich najbliższych, tak, aby było to rzeczywiście rodzinne kolędowanie - wyjaśnia reżyser. Dodaje, że „każda z gwiazd zaśpiewa jedną kolędę sama, po czym zaprosi kogoś bliskiego ze swojej rodziny, żeby razem z nim kolędować. - Mam nadzieję, że ta idea państwu się spodoba i koncert będzie piękny - mówił Pawlica.

Koncert przygotowywany jest z dużym rozmachem z wykorzystaniem różnorakiego sprzętu: światła, nagłośnienia, kamer, rekwizytów. - Jeśli już dostąpiliśmy tego zaszczytu, by móc tutaj koncertować, chcielibyś my to zrobić jak najlepiej, żeby tą cudowną bazylikę pokazać jak najpiękniej, by w kamerach telewizyjnych wieczorem wyglądała tak, jak widzimy ją w ciągu dnia - powiedział reżyser.

O wielkim przeżyciu, którym jest kolędowanie na Jasnej Górze mówi też Zygmunt Kukla, dyrygent orkiestry Kukla Band. - Robiliśmy już wiele koncertów, ale nigdy tutaj. To jest wyjątkowe miejsce, odczuwamy to już na próbach, zauważyłem atmosferę w orkiestrze inną niż zwykle - powiedział dyrygent. Podkreślił, że „po raz kolejny przekonuje się o tym, że kolędy to prawdziwe arcydzieła”. - To miniaturki, które są nie tylko ładnymi melodiami, ale są wartością samą w sobie a wykonywane w takim miejscu mają wartość unikalną - zauważył.

-Kolędy śpiewane wspólnie z mamą, ojcem, bratem czy siostrą to jest coś, co na pewno stworzy wyjątkową atmosferę, dlatego mam nadzieję, że państwo będziecie nie tylko słuchać, ale i oglądać – powiedział Zygmunt Kukla.

Przypomniał, że Polska jest chyba jedynym krajem, gdzie w tak uroczysty sposób obchodzi się wigilię, śpiewając wtedy głównie kolędy. - Mamy nadzieję, że koncert nadawany w czasie gdy wiele rodzin zasiądzie do wspólnego stołu, też zachęci do kolędowania, że przypomnimy sobie wszystkie zwrotki tych jakże pięknych utworów - powiedział dyrygent.

Na scenie pojawi się prawie 40 osób. Najliczniejszą będzie 7- osobowa rodzina Justyny Steczkowskiej. Po raz pierwszy wystąpi mama barci Golców. Będzie też ojciec Sebastiana Karpiela Bułecki, zespół kolędników z Podkarpacia. W orkiestrze zasiądzie 20 osób, a chór gospelowy liczyć będzie 18 artystów. Reżyser Bolesław Pawlica pięć lat temu przygotowywał na Jasnej Górze koncert kolęd w wykonaniu zespołu Golec uOrkiestry a dwa lata temu realizował koncert na jubileusz 300-lecia koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej. - Chciałem podkreślić swój artystyczny związek z tym miejscem, które jest dla mnie naprawdę szczególne – powiedział artysta. Rodzinny koncert kolęd z Jasnej Góry w wykonaniu plejady polskich gwiazd m.in. braci Golców, Justyny Steczkowskiej, Rafała Brzozowskiego, Mateusza Ziółko, Sebastiana Karpiela Bułecki czy zespołu Pectus zostanie pokazany w dwóch częściach w programie I TVP w wigilię Bożego Narodzenia. Początek ok. 17.20.

Nagranie tego niezwykłego widowiska odbędzie się dziś wieczorem w bazylice jasnogórskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Portugalia: więźniowie pomogli w budowie gigantycznej szopki w Bradze

2019-12-13 19:19

mz (KAI/AE) / Braga

Więźniowie z zakładu karnego w Bradze w północno-zachodniej Portugalii pomogli przygotować jedną z największych w tym kraju żywych szopek w miejscowości Priscos. Na powierzchni ponad 30 tys. m kw. powstała tam scenografia z czasów narodzin Jezusa. Do 12 stycznia kilkuset statystów będzie przedstawiało sceny biblijne. Współodpowiedzialny za budowę szopki ks. João Torres powiedział, że w pracach przy budowie 90 scen uczestniczyło łącznie ponad 40 więźniów.

Ks. Jerzy Uchman

Priscos jest jednym z etapów szlaku bożonarodzeniowych żłóbków, do których odwiedzenia co roku zachęca archidiecezja Bragi. Na trasie zwiedzający mogą zobaczyć m.in. szopkę w tamtejszej katedrze, w muzeum Piusa XII, a także w kilkunastu parafiach miasta i okolicznych miejscowości.

Oryginalny projekt w Priscos ruszył po raz pierwszy jako owoc wystosowanego w 2006 r. przez portugalskich biskupów apelu, aby w okresie Adwentu i Bożego Narodzenia bardziej eksponować postać Dzieciątka Jezus.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem