Reklama

Patrzeć prosto w oczy

2019-03-20 09:25

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2019, str. 38-39

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – W ostatnim czasie wiele się w Polsce mówi o tzw. polityce historycznej, jednak w sprawie edukacji historycznej robi się niewiele. To smutne, że dopiero przy okazji uroczystego pogrzebu śp. Jana Olszewskiego wielu Polaków otrzymało za pośrednictwem TVP tę porcję wiedzy z najnowszej historii, która pozwoliła im inaczej spojrzeć na zachodzące w Polsce procesy polityczne. Wielu zweryfikowało swą ocenę tych rządów i tych polityków, których kiedyś nazwano nieodpowiedzialnymi „oszołomami”. Dlaczego ta pejoratywna ocena tak bardzo przylgnęła do wielu zacnych ludzi, którym szczerze zależało na niepodległości i suwerenności Ojczyzny?

DR ANDRZEJ ANUSZ: – Właśnie dlatego, że im zależało na Polsce, a Polacy tak mało o nich wiedzieli. Nie wiedzieli, że rząd Jana Olszewskiego prowadził politykę niepodległościową. Dążył do trwałego zakotwiczenia Polski w strukturach Zachodu, a w polityce wewnętrznej starał się przede wszystkim wyhamować spowodowane planem Balcerowicza pustoszenie polskiej gospodarki; zakładał, że to państwo polskie – a nie prywatny, często obcy kapitał – powinno mieć pieczę nad strategicznymi dziedzinami gospodarki. Oczywiste było, że aby tak rozumiana polityka niepodległościowa mogła osiągnąć swój cel, nieodzowne były dekomunizacja i lustracja osób wpływowych.

– I to właśnie przez tę zapowiedź dekomunizacji upadł rząd Jana Olszewskiego?

– Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Początkowo ten rząd miał poparcie niemal całego elektoratu Lecha Wałęsy z kampanii prezydenckiej 1990 r. Warto to dziś przypomnieć, że jeszcze wtedy Wałęsa występował z hasłami dekomunizacji i lustracji, deklarował prozachodnią politykę zagraniczną. Jednak wkrótce doprowadził do tzw. drugiej wojny na górze (pierwsza toczyła się wcześniej między Lechem Wałęsą a Tadeuszem Mazowieckim); zaczął tzw. wzmacnianie lewej nogi, czyli wspieranie postkomunistów. Prezydent Wałęsa odszedł więc od swojego programu wyborczego i właśnie tylko rząd Jana Olszewskiego kontynuował później ten program. Inne partie – nawet liberalny KLD Donalda Tuska – wspomagały Wałęsę we wzmacnianiu lewej nogi... Wojna na górze przynosiła fatalne skutki.

– Jednak dopiero pojawienie się tzw. listy Macierewicza i realne widmo lustracji wywołały prawdziwe trzęsienie ziemi...

– To była tylko bezpośrednia przyczyna odwołania rządu Jana Olszewskiego. Lustracja i dekomunizacja jakoby miały zachwiać posadami państwa – tak wtedy straszono Polaków. A w istocie szło o to, by zahamować proces naturalnych przemian społecznych i politycznych – zasygnalizowany przez wyborców 4 czerwca 1989 r. – który już nabierał rozpędu i już wymykał się spod kontroli okrągłostołowych decydentów. Musieli to zahamować, we własnym – często bardzo dosłownie – interesie.

– Do tego wyhamowania przemian przez odwołanie rządu Jana Olszewskiego przyczynili się jednak także niepodległościowcy...

– To prawda. KPN np. wycofała swoje poparcie z powodu przewidywanej lustracji i obecności jej przywódcy Leszka Moczulskiego na liście tajnych współpracowników SB. Podobnie zachowała się część ZChN, gdyż na liście tajnych współpracowników znalazło się nazwisko Wiesława Chrzanowskiego. Tak więc znaczna część niepodległościowych sojuszników przeszła do opozycji i mniejszościowy rząd nie mógł już wiele zdziałać.

– I miał przeciwko sobie prezydenta. Dlaczego Lech Wałęsa wycofał się z poparcia rządu? Dlaczego zgłaszał coraz bardziej szokujące pomysły polityczne?

– Wtedy nie wszyscy rozumieli, o co chodzi prezydentowi, większość społeczeństwa była zdezorientowana. Można przypuszczać, że ta desperacja Wałęsy brała się z jego niejasnej przeszłości, która właśnie mogła wyjść na światło dzienne... Niestety, zdecydował się na otwartą walkę z rządem; rzucał naprawdę groźnymi dla Polski pomysłami. Proponował np. zawarcie umowy polsko-rosyjskiej, na mocy której na terenie baz po wojskach radzieckich miały powstawać polsko-rosyjskie spółki, które byłyby niczym innym, jak bazą rosyjskiej agentury. Jan Olszewski kategorycznie się temu przeciwstawił.

– I to dosłownie w ostatniej chwili!

– Tak, bo Lech Wałęsa był już w Moskwie, już prawie siadał do stołu z Jelcynem! Na szczęście szyfrogram rządu do polskiej ambasady dotarł w porę i zapis o spółkach z polsko-rosyjskiej umowy został wycofany. Oczywiście, prezydent Wałęsa przyjął to jako swoją prestiżową porażkę i – w moim przekonaniu – to właśnie w tym momencie podjął decyzję o tym, że należy za wszelką cenę dążyć do odwołania rządu Jana Olszewskiego.

– Podobnie jak wtedy także dziś w społeczeństwie panuje przekonanie, że to jednak przede wszystkim „lista Macierewicza” zaważyła na ówczesnym zwrocie politycznym.

– To były naprawdę tylko wisienka na torcie i pretekst do ostatecznej rozgrywki z niezłomnymi „olszewikami”. 28 maja 1992 r. Sejm przyjął tzw. uchwałę lustracyjną, mimo że tzw. opozycja demokratyczna i część ugrupowań popierających Wałęsę nie wzięła udziału w głosowaniu, chcąc doprowadzić do zerwania quorum. Pamiętam, że na sali sejmowej było tylko 233 posłów, nieznaczna większość opowiedziała się za tą uchwałą. Na tzw. liście Macierewicza znalazło się ponad 60 nazwisk wysokich urzędników państwowych i posłów, ale o obrocie spraw zadecydowały trzy: Lech Wałęsa, Wiesław Chrzanowski i Leszek Moczulski. Jan Olszewski i my wszyscy z nim współpracujący już wiedzieliśmy, że rząd na pewno zostanie obalony.

– Jak Pan Doktor zapamiętał tamtą atmosferę, tamte zdarzenia?

– 4 czerwca rano zgodnie z uchwałą min. Macierewicz przekazał tę listę parlamentarzystom; zapanowały wielkie napięcie i konsternacja. W PAP pojawiło się słynne oświadczenie Lecha Wałęsy, w którym przyznał się, że w przeszłości podpisał kilka ubeckich dokumentów. W moim przekonaniu, gdyby wtedy szybko nie wycofał tego oświadczenia i przyznał się do „błędów młodości”, wszystko by mu wybaczono i historia Polski miałaby szansę pójść w innym kierunku.

– W tamtym czasie wielu Polakom wydawało się, że patrzą na jakiś sensacyjny film i nie nadążają za jego poplątaną akcją...

– A fakty są takie, że gdy tamtej nocy, 4 czerwca, policzono głosy – liczył je Donald Tusk – Wałęsa nabrał pewności, iż prościej będzie obalić rząd Jana Olszewskiego. Szybko wniósł więc wniosek poparty przez posła Jana Rokitę z UD o odwołanie rządu. Głosowanie zgodnie z porządkiem obrad miało się odbyć następnego dnia, jednak w Sejmie zapanowała jakaś dziwna gorączka, zarządzono natychmiastowe nocne głosowanie. Nie przejmowano się w ogóle nieobecnością głównego zainteresowanego...

– I wtedy to właśnie Pan Doktor zawiadomił premiera o tym, co się dzieje w Sejmie?

– Tak się złożyło. Z sekretarzem zespołu doradców premiera pojechaliśmy szybko do ówczesnego Urzędu Rady Ministrów. Był późny wieczór, premier odbywał naradę z prof. Zdzisławem Najderem – szefem zespołu doradców i z Wojciechem Włodarczykiem – szefem Urzędu Rady Ministrów. Zdziwił się: no jak to, przecież były ustalenia z marszałkiem Chrzanowskim, że głosowanie będzie jutro. Dał się jednak przekonać, że trzeba pilnie jechać do Sejmu. Pojechaliśmy, a równolegle z nami jechała z Belwederu kolumna samochodów z Lechem Wałęsą.

– Kto wygrał ten wyścig?

– Pierwszy do Sejmu wbiegł Lech Wałęsa. A premier za chwilę wygłosił swoje najważniejsze przemówienie w życiu.

– Niczego już nie dało się uratować, obronić?

– Miałem takie poczucie, że niektórzy oczekiwali, iż premier rozpocznie w Sejmie pewną polityczną „grę teczkami”, że dojdzie do jakichś negocjacji. Całe szczęście, że premier Olszewski tej gry nie podjął, bo i tak zostałoby to wykorzystane przeciwko niemu. Premier, ku zaskoczeniu swoich oponentów, zachował się bardzo prostolinijnie, do bólu uczciwie, w żaden sposób nie starał się odsuwać tego, co miało nastąpić. Nie mamił przeciwników obietnicami, że wszystko jeszcze trzeba spokojnie rozważyć. Nie targował się o przetrwanie rządu, czego się spodziewano. Gdyby postąpił zgodnie z tymi oczekiwaniami, byłoby to tragiczne nie tylko dla samej idei lustracji, ale przede wszystkim byłoby to zaprzeczeniem tego, jak rozumiał politykę i sprawowanie władzy.

– Czy tamto pamiętne przemówienie premiera Olszewskiego zrobiło wrażenie na obecnych w Sejmie?

– Obawiam się, że nie na wszystkich. Wielu zwyczajnie się cieszyło, że odchodzi, niektórzy zachowywali się jak kibice na meczu... Ja do końca życia zapamiętam, jak premier Oleszewski powiedział, że gdy wyjdzie na ulice swego miasta, to będzie mógł patrzeć ludziom prosto w oczy. To, moim zdaniem, było jego credo polityczne i najważniejszy przekaz dla wszystkich polityków.

– Dlaczego polityk takiego formatu nie mógł później znaleźć sobie godnego miejsca także wśród politycznych przyjaciół, w środowiskach niepodległościowych?

– Rzeczywiście, powinien mieć takie miejsce... I nawet próbował je znaleźć. Po tym, co się stało, było oczywiste, że nasze środowisko nie weźmie udziału w tworzeniu nowego rządu. Tylko Jarosław Kaczyński jako lider Porozumienia Centrum podjął pewne rozmowy na temat powołania rządu Hanny Suchockiej. Z tego powodu doszło do podziału w PC; do bólu konsekwentny Jan Olszewski ze związaną z nim na dobre i złe grupą posłów utworzył Ruch dla Rzeczypospolitej – ten nasz klub sejmowy liczył wtedy kilkunastu posłów i senatorów. Do końca tamtej kadencji miałem zaszczyt siedzieć na ławie sejmowej obok Jana Olszewskiego... Dużo się wtedy od niego dowiedziałem i nauczyłem. Czułem się wyróżniony tym, że podczas gdy inni targowali się o udział w nowym rządzie, to my pozostawaliśmy przy swoim – byliśmy wciąż twardą antykomunistyczną opozycją. Byliśmy niezłomni i dumni.

– A jednak mówiono, że na własne życzenie zamknęliście się w rezerwacie...

– Najsmutniejsze było to, że nikt wtedy tego naszego zamknięcia się nie rozumiał. Było dużo emocji. Po kilku tygodniach okazało się, że jednak Jarosław Kaczyński nie wszedł do koalicji popierającej nowy rząd i starał się ponownie zbliżyć do Jana Olszewskiego; przeszedł do twardej opozycji.

– Czy można powiedzieć, że Jan Olszewski pozostawał już w cieniu Jarosława Kaczyńskiego?

– Relacje między obu tymi politykami były bardzo ciekawe i zawsze pełne wzajemnego szacunku. W 1997 r. to Jan Olszewski podał rękę Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był wtedy bardzo krytyczny wobec powstającej właśnie Akcji Wyborczej Solidarność i nie chciał kandydować z jej list, chociaż cała jego partia PC kandydowała i w ramach AWS uzyskała mandaty dla kilkunastu posłów. Jarosław Kaczyński natomiast został posłem z listy Ruchu Odbudowy Polski Jana Olszewskiego. Taka bywa przewrotność historii.

– Jan Olszewski nadal krył się na drugim planie sceny politycznej. Dlaczego?

– W dużym stopniu z własnego wyboru. Zawsze służył swoją wiedzą i kompetencjami. Był doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego, współpracował z Antonim Macierewiczem jako szef Komisji Weryfikacyjnej ds. Likwidacji WSI. Choć był w cieniu, to zawsze ciężko pracował dla dobra Polski i był wielkim autorytetem, nie tylko dla przyjaciół politycznych.

Dr Andrzej Anusz
Działacz opozycji antykomunistycznej, były poseł na Sejm RP, autor kilkunastu książek z dziedziny politologii i historii najnowszej, wydawca reprintu „Pism zbiorowych Józefa Piłsudskiego”. Wiceprezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Warszawie

Tagi:
Polska Polska

Inauguracyjne posiedzenie IX kadencji Sejmu RP

2019-11-12 13:54

twitter.com/@KancelariaSejmu / KAI

Marszałek Senior Antonii Macierewicz otworzył 1. posiedzenie IX kadencji Sejmu. Posłowie uczcili chwilą ciszy pamięć zmarłego posła na Sejm VI, VII i VIII kadencji Stefana Strzałkowskiego oraz parlamentarzystów, którzy odeszli w ostatnim czasie.

twitter.com/@KancelariaSejmu

Inauguracyjne posiedzenie w południe otworzył marszałek senior Antoni Macierewicz, witając wszystkich parlamentarzystów oraz m.in. członków rządu, byłych prezydentów, korpus dyplomatyczny i przedstawicieli Konferencji Episkopatu Polski, a także przedstawicieli wszystkich Kościołów i związków wyznaniowych funkcjonujących w Polsce, po czym głos zabrał prezydent Andrzej Duda.

Prezydent podkreślił, nawiązując z jednej strony do ostatnich wyborów parlamentarnych, a z drugiej do obchodzonej wczoraj 101. rocznicy odzyskania niepodległości, że w najistotniejszych dla Polski sprawach najważniejsza jest jedność. Tłumaczył, że Polska jest jedna i wspólna, a on sam jest przekonany, iż "w wielu ważnych sprawach da się znaleźć porozumienie i wspólne zdanie".

Przypomniał, że Rzeczpospolitą zawsze tworzyli obywatele różnych religii, wyznań i kultur, ale mimo tych różnic znajdowali porozumienie w sprawach dla Ojczyzny kluczowych. - Nasza wielka tradycja opiera się na korzeniach chrześcijańskich, ale jest to tradycja wielkiego szacunku wobec wszystkich innych, którzy mają odmienne poglądy religijne czy ideowe. To wielka istota tej wspólnoty, że wszyscy żyjemy w Polsce i nazywamy się Polakami - powiedział prezydent.

Marszałek senior Antoni powiedział z kolei, że zdecydowana większość Polaków chce jedności opartej na wartościach narodowych i chrześcijańskich. - Polacy dali temu wyraz, wybierając najbardziej reprezentatywny Sejm czasów najnowszych - dodał.

Zaznaczył ponadto, że nowy Sejm jest bardzo zróżnicowany, ale absolutna większość wyborców wsparła te ugrupowania, które jednoznacznie odwoływały się do wartości narodowych, katolickich i niepodległościowych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Szatan posługuje się kłamstwem

2019-10-22 12:59

Z Abby Johnson rozmawiała Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 43/2019, str. 20-22

Chciała pomagać kobietom w nieplanowanej ciąży, które szukają wsparcia. Nie planowała zła, a jednak okazało się, że jest częścią fabryki zbrodni.
Z Abby Johnson – autorką książki „Nieplanowane” w najnowszym numerze Tygodnika "Niedziela" rozmawia Agnieszka Bugała

Archiwum prywatne Abby Johnson
Abby Johnson

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kim jest dziś Abby Johnson?

ABBY JOHNSON: – Jestem żoną, matką ośmiorga dzieci. Na co dzień działam też na rzecz życia. Jeżdżę nie tylko po Stanach Zjednoczonych, ale po całym świecie. Opowiadam o tym, w jaki sposób moje życie się zmieniło, w jaki sposób Bóg radykalnie interweniował w moim sercu, by wyciągnąć mnie z kliniki aborcyjnej Planned Parenthood. Moja organizacja „I nie było już nikogo” pomogła jak dotąd 525 pracownikom klinik należących do przemysłu aborcyjnego. Działam też w ramach nowej inicjatywy non-profit ProLove Ministries, której zadaniem jest przygotowanie obrońców życia w zakresie działań marketingowych oraz innych wyzwań, które stawia przed tego typu organizacjami współczesny świat. Pan Bóg dał mi wiele, pobłogosławił i odmienił moje życie. Dlatego oddaję Mu chwałę, jak tylko potrafię, przez swoją działalność.

– Zanim to wszystko się stało i Bóg wkroczył w Twoje życie, pracowałaś w klinice aborcyjnej. Jak długo?

– Przez 8 lat, byłam dyrektorką placówki w Teksasie.

– Ile aborcji tak naprawdę wykonałaś swoim podpisem w dokumentach kwalifikujących pacjentki?

– W sumie przyłożyłam rękę do 22 tys. aborcji, włącznie z dwiema, które dokonałam na własnych nienarodzonych dzieciach.

– Czy przez 8 lat pracy w klinice Planned Parenthood nigdy nie przyszło Ci do głowy, że bierzesz udział w czymś złym? Tym bardziej że znałaś proliferów, którzy modlili się godzinami pod kliniką, rozmawiałaś z nimi, niektórych podziwiałaś...

– Pracowałam w Planned Parenthood nie z powodu cynizmu czy wyrachowania, ale dlatego, że naprawdę byłam przekonana, iż pomagam kobietom. Zresztą było to coś, co traktowałam jako rodzaj swojej misji. Myślałam tak, jak myśli wielu, że w niektórych sytuacjach po prostu nie ma innego wyjścia. Uznawałam, że aborcja jest złem, ale jednak czymś w rodzaju „mniejszego zła”, tzn. że można ją zastosować w jakiejś kryzysowej sytuacji. Kompletnie nie uświadamiałam sobie, że w ten sposób po prostu krzywdzę inne kobiety. Nie myślałam też o aborcji w kategoriach obiektywnego zła, podobnie zresztą jak wielu moich pracowników. Oni byli, i często są, przekonani, że pomagają kobietom.

– Czy zdarzyło się, aby któraś z kobiet, eskortowana do kliniki przez wolontariuszki, jednak zmieniła zdanie i nie dokonała zabiegu?

– Tak, czasami tak się zdarzało.

– W swojej książce opowiadasz o tym, jak bardzo szefowie klinik aborcyjnych dbają o to, aby do kobiety, która przyjeżdża na zabieg, nie zbliżył się nikt z przesłaniem pro-life. Mówisz o tym, jak izolowane są kobiety, które już zdecydowały się na aborcję. Dlaczego? Kliniki Planned Parenthood deklarują troskę o dobro kobiety, o jej prawo do decydowania o swoim życiu, a robią wszystko, aby kobieta nie zmieniła zdania i nie doszła do wniosku, że jednak chce urodzić...

– Problem, o który pytasz, zamyka się tak naprawdę w modelu biznesowym Planned Parenthood. Polega on po prostu na przekonywaniu kobiet do aborcji. Brutalnie rzecz ujmując: z tego jest kasa. I dlatego działają w czymś, co można nazwać systemem kwotowym – liczy się wysoka liczba aborcji. Planned Parenthood tnie zatem koszty, oszczędzając na wielu podstawowych rzeczach. Ich kliniki mają problemy z zachowaniem higieny, ze szkoleniem pracowników czy z zapewnieniem odpowiedniej ilości leków. Dochodzi tam do wielu nadużyć, ale mimo to stanowe departamenty zdrowia nie zamykają tych klinik. Planned Parenthood to zatem nie tylko aborcje, ale także narażanie kobiet na niebezpieczeństwa przy okazji rozmaitych badań, które tam przechodzą.

– Za ujawnianie tych faktów grożono Ci i stawiano Cię przed sądem?

– Oczywiście.

– Machina jest przerażająca. Mówisz o tym, że kobiety, które przyjeżdżają do kliniki Planned Parenthood w wyznaczonych dniach na zabieg aborcji, są przerażone, a stojący przy ogrodzeniu działacze pro-life wywołują swoją postawą dodatkowy szok. Jak powinni postępować ci, którzy chcą powstrzymać kobietę przed dokonaniem zabiegu?

– Nie ma jednego modelu, bo każdy przypadek kobiety zdecydowanej na dokonanie aborcji jest inny, ale przyznam Ci się, że w naszej klinice cieszyliśmy się, gdy protestujący pod nią przedstawiciele ruchów pro-life w bardzo radykalny sposób wywierali presję na kobiety. Myślę o rozmaitych transparentach czy osobach przebierających się za śmierć, z imitacją kosy w ręku. Nie twierdzę, że tego rodzaju działalność jest nieskuteczna, na pewno może trafić do pewnej grupy osób, ale akurat w przypadku kobiet, które podjęły już decyzję o aborcji, przyjechały w określonym dniu na umówiony zabieg i przechodziły wśród takich transparentów, nie odnosiło to oczekiwanego skutku. W ten sposób trudno było skłonić kobietę, by zmieniła swoją decyzję. Nie wspominając już o pracownikach klinik, a przecież zmiana ich myślenia też jest ważna. Wiele natomiast zmieniła praca Koalicji dla Życia, która zaczęła działać zupełnie innymi metodami. Starano się okazać tym kobietom troskę, miłość. Modlono się w ich intencji, a także w intencji nienarodzonych dzieci. Te metody wiele zmieniły. Widziałam to na własne oczy, gdy stałam po drugiej stronie barykady. Kobiety, gdy doświadczały dobra, czułości, znacznie częściej zmieniały zdanie i wycofywały się w ostatniej chwili. Trzeba być świadomym, że działacze pro-life, którzy decydują się stanąć przy wejściu do kliniki, wymagają specjalnego wyszkolenia. Tego typu działalności towarzyszy cały łańcuszek działań, które trzeba podjąć, by uratować kobietę i dziecko. Matka, która wybrała aborcję, musi otrzymać gotowe rozwiązanie, ścieżkę, którą zostanie poprowadzona, jeśli zdecyduje się urodzić. Ale najważniejsze jest to, by poczuła, że zostanie otoczona miłością. Że jej dziecko nie jest problemem, ale darem. Nie można zacząć od wpędzania jej w jeszcze głębsze poczucie winy, bo to już ją wypełnia całkowicie, ona się zmaga ze sobą, często czuje też nienawiść do samej siebie.

– W Polsce proliferzy wciąż próbują budzić opinię publiczną szokującymi obrazami abortowanych płodów na plakatach. Co myślisz o takich metodach?

– Nie jestem im przeciwna, uważam, że mogą one pokazać ludziom, iż aborcja jest okrucieństwem. Ale to nie jest dobra metoda, gdy próbujemy skłonić konkretne osoby do zmiany podjętej już decyzji o aborcji. Są pewne różnice między Polską a Stanami Zjednoczonymi. W Waszym kraju aborcja nie jest legalna, choć oczywiście, od tego zakazu są wyjątki i aborcja jest w Polsce wykonywana. Jednak nie jest to zjawisko tak powszechne jak w Stanach Zjednoczonych. W Polsce nie ma klinik specjalizujących się w aborcji. My mamy z tym do czynienia w wielu miastach. Dlatego stoimy na ulicach nie tylko po to, by uświadamiać społeczeństwo, że aborcja to zło, ale też po to, by wpłynąć na konkretne kobiety, które już wybrały aborcję. W ten sposób ratujemy życie dzieci. Stoimy pod ogrodzeniami klinik, modlimy się w intencji tych kobiet, ale też ludzi wykonujących aborcje. I to przynosi efekty. W takich sytuacjach plakaty ukazujące potworne skutki aborcji mogą być – na to wskazuje moje doświadczenie – nieskuteczne. Te kobiety są zdesperowane i rozbite wewnętrznie. Poszukują wsparcia, konkretnej pomocy. Gdy stoimy pod kliniką, staramy się okazać im takie wsparcie, dać realny wybór, którym jest rezygnacja z aborcji. Warto też dodać, że zwolennicy aborcji zdołali wmówić wielu osobom, iż zdjęcia dzieci po dokonanej aborcji są nieprawdziwe. Wiele osób w to wierzy, naprawdę.

– Jakie jest Twoje przesłanie dla Polski, która dba o ustawę z kompromisem aborcyjnym – czy jesteś za tym, aby aborcja była całkowicie zakazana?

– Aborcja to po prostu odebranie życia dziecku. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla takiego czynu. Usprawiedliwieniem nie są także okoliczności poczęcia dziecka. To jest zło – koniec, kropka. Coś takiego nie powinno być legalne. Pamiętajmy też jednak, że jako obrońcy życia powinniśmy dbać o to, aby kobiety, które często w desperacji podejmują decyzję o aborcji, mogły zmienić zdanie i miały wtedy drogę wyjścia. Dlatego powinny otrzymywać od nas wsparcie duchowe, emocjonalne i gdy to jest potrzebne – także finansowe. Istnieje przecież podziemie aborcyjne, a to pokazuje, że sama prawna delegalizacja aborcji nie jest ostatecznym celem obrońców życia. To jeden ze środków.

– Wróćmy jeszcze na chwilę do tego dnia w 2009 r.: Jesteś dyrektorką w klinice aborcyjnej, w ciągu 8 lat podpisałaś 22 tys. zgód na aborcję i trzymasz właśnie głowicę USG, widzisz profil dziecka na ekranie... Dla Ciebie to były wstrząs, szok i początek przemiany. W tej chwili – jak sama przyznajesz – stałaś się nowym człowiekiem. Jak myślisz, dlaczego inni pracownicy klinik aborcyjnych, kiedy trzymają te same głowice i widzą te same obrazy twarzy dzieci, które za chwilę wessie kaniula, nie doznają szoku?

– Szatan posługuje się kłamstwem – jest w końcu ojcem kłamstwa – i chyba to jest najprostsza odpowiedź na Twoje pytanie. Kłamstwo, które Planned Parenthood serwuje swoim pracownikom, dotyczy misji tej organizacji. Tu chodzi o pomoc kobietom – słyszą pracownicy. Wiem, że może Ci być trudno w to uwierzyć, bo jesteś świadoma zła, które się tam dzieje, ale kiedy pracujesz w takim miejscu dzień po dniu, to taka indoktrynacja naprawdę sprawia, że się uodparniasz. Nie postrzegasz aborcji jako czegoś, co jest niedopuszczalne. Na szczęście Pan Bóg wyprowadził mnie z tego po wielu latach i sprawił, że nastąpił w moim życiu przełom. Zły planuje za nas zło, a my dajemy się nabrać i czynimy je, zwłaszcza że jest ukryte pod pozorem dobra.

– Ale przecież widzisz na ekranie USG, że dziecko w łonie się broni...

– Tak, ale pracowników klinik uczy się, że płód nie czuje bólu. Ja też w to wierzyłam i tego uczyłam innych.

– Abby, Twoja historia wydaje się niewiarygodna: Dziewczyna z dobrego domu, kochający rodzice, co niedzielę razem w kościele i nagle, zaledwie w ciągu kilku lat, masz na koncie dwie aborcje i decyzję, by pracować w klinice aborcyjnej, w której wspinasz się po drabinie kariery – od wolontariuszki po dyrektora. Czy dziś, po latach, umiesz odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego?

– Tak, wiem, to zaskakujące, niewiarygodne, niespójne... Jeśli chodzi o to, dlaczego wybrałam pracę w klinice aborcyjnej, odpowiedź jest bardzo prosta: chciałam pomagać kobietom. Naprawdę chciałam. Nie interesowałam się wtedy problemem aborcji, nie miałam argumentów, by jasno powiedzieć: aborcja jest złem. Wydaje się to aż za proste, ale czasem zło jest efektem bardzo prostej decyzji, prostych pobudek, niekoniecznie skomplikowanych działań czy wielopiętrowych intryg. Kiedy dostałam propozycję wolontariatu w Planned Parnethood, byłam przekonana, że zajmę się czymś dobrym, że będę realizować misję. Ale jak wspomniałaś, sama byłam też klientką kliniki aborcyjnej. I to aż dwukrotnie...

– Nie zapytam o Twoje uczucia po dokonanych zabiegach, bo o nich opowiadasz w książce, zresztą cały świat Cię dziś pyta o te głębokie rany z przeszłości. Wydaje się jednak, że przyczyną Twoich decyzji był brak wsparcia...

– Nie cofnę czasu. Mogę o tym rozmyślać, opowiadać, dawać świadectwo, ale to są fakty i ja podjęłam decyzję o zabiciu dwójki moich dzieci. Jeśli Bóg, który wszystko może, wydobył z tego jakikolwiek okruch dobra, to taki, że bardzo dobrze rozumiem trudną sytuację kobiet, które podejmują takie decyzje. Nie obwiniam, naprawdę, za każdym razem wiem, co czują. Ja wtedy zostałam ze wszystkim sama. Mój ówczesny mąż, a niedługo potem były mąż – to było wtedy, gdy jeszcze nie byłam katoliczką – nie interesował się moją ciążą. Bałam się też powiedzieć o wszystkim rodzicom. Czułam się jak w pułapce i aborcja wydawała mi się jedynym dobrym rozwiązaniem. Wiem, że kobiety zostawione same z nieplanowaną ciążą myślą właśnie w ten sposób: aborcja to jest najlepszy wybór z możliwych, panaceum na wszystkie problemy. To, oczywiście, nieprawda... Aborcja to nie jest żaden wybór, ale najczęściej próba ucieczki zdesperowanej kobiety, która znalazła się pod ścianą. I stoi tam sama, bo mężczyzna, ojciec, uważa, że to jej problem. A skoro to jest problem, to musi go rozwiązać. W Ameryce kliniki aborcyjne przychodzą tu z zainteresowaniem, z marketingową troską, pochylają się nad kobietą i proponują jej pomoc.

– Uważasz, że odpowiedzialność za decyzje o usunięciu ciąży spoczywa również na bliskich kobiety?

– W pewnym sensie tak jest, przecież dziecko zawsze ma ojca... Musimy pamiętać o tym, by kochać swoich bliskich i okazywać im tę miłość, dawać poczucie bezpieczeństwa. Rodzice powinni rozmawiać ze swoją córką o aborcji, uświadamiać jej, że to zła opcja, tłumaczyć, że nigdy nie jest sama ze swoimi problemami. Z kolei synowi każdy rodzic powinien wytłumaczyć, że kobieta, gdy jest w ciąży, potrzebuje opieki i wsparcia, szczególnie gdy dochodzi do kryzysów w związku. Mężczyzna musi być po prostu prawdziwym facetem. Jeśli kobieta będzie się czuła kochana, będzie pewna, że ma wsparcie, że może liczyć na swojego męża, to nigdy – powtarzam: nigdy! – nie zdecyduje się na aborcję. I to jest praca, którą może wykonać każdy z nas, to jest to pierwsze działanie pro-life, już w domu. Każdy z nas jest albo ojcem, albo matką, mężem, żoną, przyjacielem, przyjaciółką, kolegą czy koleżanką, mamy wokół siebie ludzi, których nagle może przerosnąć rzeczywistość. Ważne, by w tych chwilach kobieta nie była sama. Decyzja o aborcji rodzi się w samotności i przerażeniu.

– Wkrótce w Polsce wejdzie na ekrany kin film „Unplanned” (Nieplanowane), który powstał na podstawie Twojej książki. Opowiada historię Twojego przejścia na „jasną stronę mocy”. Jesteś szczera do bólu, opowieść jest jak spowiedź. Nie bałaś się tak ogromnej konfrontacji z całym światem? Skąd wzięłaś siłę, aby tę konfrontację wytrzymać?

– Siłę czerpię z wiary. Kiedy ruszyły zdjęcia do filmu, trochę żartem powiedziałam mężowi, że to chyba nie jest możliwie, by przeżyć to wszystko jeszcze raz. Łatwo zostać głęboko zranionym, gdy odkrywasz się przed światem, bo choć film jest fabułą, to jednak powstał na podstawie mojej książki, w której opowiedziałam całą prawdę o sobie – o swoich przeżyciach, relacjach z bliskimi, drodze do przemiany. Moje życie to żywy dowód Bożej miłości, wiesz? Dowód, że Boże Miłosierdzie nie ma granic.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Z Niepokalaną przed Panem

2019-11-18 07:42

Anna Majowicz

Od 6 do 8 grudnia br. w Trzebnicy odbędą się dni skupienia dla młodzieży męskiej zainteresowanej tradycyjną duchowością i liturgią.

mat. prasowe

Spotkanie odbędzie się pod hasłem ,,Z Niepokalaną przed Panem”, aby spotkać się z Chrystusem, w towarzystwie Jego umiłowanej Matki. - Będziemy mieli także okazję, by świętować 138 rocznicę założenia przez Ojca Franciszka Marię od Krzyża Jordana zgromadzenia Salwatorianów, która przypada 8 grudnia - zaznaczają organizatorzy.

W programie:

– codzienna Msza św w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego (trydencka)

– Adoracja Najświętszego Sakramentu

– tradycyjne nabożeństwa

– konferencje i zajęcia warsztatowe dotyczące liturgii

– możliwość skorzystania ze spowiedzi św. i rozmowy z kapłanem

Co ze sobą zabrać?

Przede wszystkim: różaniec, Pismo Święte i śpiwór. Wedle możliwości: Mszalik Trydencki i strój do służenia podczas Mszy św. (najlepiej czarna sutanna i komża) , zmienne obuwie, przybory do pisania oraz w przypadku osób niepełnoletnich – zgodę rodziców.

Koszt: 60 zł od osoby.

Osoba kontaktowa:

Kl. Karol Matecki SDS

e-mail: krlmatecki@gmail.com

tel kom. 573 391 881

Serdecznie zapraszamy!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem