Reklama

Męczeńska droga bł. ks. Wincentego (3)


Edycja toruńska 6/2004

Waldemar Rozynkowski: - Jak wspomina Pani dzień 1 września 1939 r.?

Marcjanna Jaczkowska: - Tego dnia Wicek przyszedł do naszego domu razem z ks. Janem Mykowskim i ks. Janem Mantheyem. W domu wisiał obraz Najświętszego Serca Jezusowego. Wicek podszedł do niego i poświęcił całą naszą rodzinę Sercu Jezusowemu. Tego dnia wszyscy byliśmy u spowiedzi i Komunii św. W naszej rodzinie zawsze mieliśmy nabożeństwo do Najświętszego Serca Jezusowego. W każdy pierwszy piątek miesiąca czciliśmy Serce Jezusowe, przede wszystkim przez spowiedź i Komunię św. Uroczyściej przeżywaliśmy także każdą niedzielę po pierwszym piątku miesiąca. Mieszkając jeszcze w Chełmży, uczestniczyliśmy w uroczystych Nieszporach i Litanii przy ołtarzu Najświętszego Serca Jezusowego.

- Wicek pierwszy raz został aresztowany już na początku wojny, 11 września.

- Tak. Nie było nas wtedy w Toruniu. Dowiedzieliśmy się o tym po powrocie z ucieczki. Razem z władzami województwa ewakuowaliśmy się i zamierzaliśmy udać się do Kowna. Na szczęście nie dojechaliśmy tam. Zatrzymaliśmy się we Włochach pod Warszawą. Tam spędziliśmy prawie dwa tygodnie. Po tym czasie najbliższym transportem, na jaki udało się dostać, wróciliśmy do Torunia. Wicek już powrócił po pierwszym aresztowaniu, o czym, oczywiście, nic jeszcze nie wiedzieliśmy. Ponieważ nie mieliśmy klucza do mieszkania, starsza siostra Stenia poszła odszukać Wicka. Znalazła go w konfesjonale, przekazał jej tylko klucz i dał znać, że zaraz przyjdzie. Przyszedł wieczorem i długo rozmawiał z tatusiem. Nie pamiętam, żeby nam wszystkim opowiadał o swoim aresztowaniu. Później, w czasie wojny powracaliśmy często do aresztowania Wicka i pamiętam, że jako powód uwięzienia podawało się zawsze jego kontakty z młodzieżą i zaangażowanie w harcerstwo.

- Nie chciał wyjechać z Torunia, ukryć się i przeczekać ten najtrudniejszy czas?

- Nie, chociaż pojawiali się w naszym domu księża, którzy sugerowali mu takie wyjście. Przyjechał nawet jakiś kolega z Chełmży, który namawiał go na wyjazd. Nikt nie przypuszczał wtedy, że wojna potrwa tak długo, dlatego uważano, że wyjazd to sposób na przeczekanie tych najtrudniejszych momentów. On jednak zawsze odmawiał, mówił, że tu jest jego miejsce.

- Jak wyglądało ponowne aresztowanie Wicka?

- 17 października, po porannej Mszy św., Wicek przyszedł na śniadanie z ks. Leśniewskim. Zjedli i wyszli, niczego nie przeczuwając. Kiedy mamusia sprzątała ze stołu, gospodyni domu, w którym mieszkaliśmy, przyniosła wiadomość, że chyba aresztowali księdza. Widziała, jak gestapo prowadziło grupę księży obok Urzędu Wojewódzkiego. Mamusia mówiła, że jest to niemożliwe, przecież dopiero co wyszli z domu. Było jednak inaczej. Wicek, przechodząc przez klatki schodowe, szybko dotarł na plebanię, tam jednak czekali już na niego Niemcy. Natychmiast został aresztowany.

- Czy wiedzieliście Państwo, gdzie był przetrzymywany?

- Początkowo nie. Po pewnym czasie ktoś przyszedł na plebanię i powiedział, że wszystkich księży, których aresztowano, przetrzymuje się w Forcie VII. Aresztowano wtedy wiele osób, dlatego też wielu szło do Fortu, aby dowiedzieć się czegoś o zatrzymanych. Poszliśmy także i my. Oczywiście, fort był ogrodzony i nie było do niego bezpośredniego dostępu. Po dwóch czy trzech dniach dowiedzieliśmy się, że uwięzionym można dostarczać paczki. Pamiętam ławkę, na którą kładziono przyniesione rzeczy, a następnie oczekiwano na więźniów, którzy w asyście żołnierzy je zabierali. Więźniowie wymieniali się tak, aby za każdym razem był to ktoś z innej parafii.

- Czy Pani w tym czasie widziała brata?

- Brata widziałam dwa razy. Przed Fortem stało się zazwyczaj po kilka godzin. Nawet jeżeli wychodził ktoś inny, to wołało się, aby pozdrowił bliską osobę. Pamiętam, że raz - dzięki znajomemu Niemcowi - udało się z Wickiem zamienić kilka zdań. Byłam wtedy z mamusią. Kiedy do nas podszedł, mama opowiadała mu o różnych wydarzeniach. On jednak pytał tylko o to, co u nas słychać: Czy wszyscy zdrowi? Co u Leszka? Co u Steni? Innym razem, kiedy poszłam z tatusiem, widzieliśmy go tylko z daleka. Odchodziliśmy sprzed Fortu i w tym czasie ktoś krzyknął: - Idzie ks. Frelichowski. Pospiesznie powróciliśmy, wymieniliśmy kilka zdań na odległość. Na końcu zawołał do mnie kilkakrotnie: - Bądź radością dla rodziców. Być może liczył się już z tym, że może nie wrócić.

- W Forcie VII przebywał do początku stycznia 1940 r.

- Chodziliśmy cały czas do Fortu, jednak już go nie zobaczyliśmy. 9 stycznia, w moje urodziny, tatuś napiekł racuszków. Oczywiście część z nich pozostawiliśmy także dla Wicka. Ponieważ było już późno, wysłano mnie z nimi dopiero następnego dnia. Okazało się jednak, że w Forcie już nikogo nie ma. Spotykałam tylko grupy ludzi, którzy mówili, że więźniów wywieziono. Dowiedzieliśmy się później, że prowadzono ich po zamarzniętej Wiśle na Dworzec Główny i wywieziono do obozu przejściowego w Nowym Porcie, a następnie do Stutthofu. Długo nie mieliśmy od Wicka żadnych wiadomości.

- Musiał to być dla Was szczególnie trudny czas?

- Tak, tym bardziej że późną jesienią 1939 r. został aresztowany także mój starszy brat Leszek. Posądzono go o przynależność do Przysposobienia Obronnego i prześladowanie Niemców w pierwszych dniach wojny. Oczywiście nie miał z tym nic wspólnego, ponieważ w tym czasie uciekał razem z nami przed Niemcami. Więziony był w Toruniu i Bydgoszczy. Wstawiał się za nim Niemiec, który pracował u nas w piekarni jako czeladnik. W końcu został zwolniony, ale był tak pobity, że 11 maja 1940 r. zmarł. Wicek wypytywał się w listach o Leszka. O jego śmierci dowiedział się prawdopodobnie dopiero latem. Pisał o tym w jednym z listów z obozu w Sachsenhausen-Oranienburg.

- Ks. Stefan spędził w więzieniu i różnych obozach przeszło 5 lat. Jaki był z nim kontakt?

- Otrzymywaliśmy od niego mniej więcej dwa listy w miesiącu. Sami wysyłaliśmy listy i paczki, oczywiście wtedy, kiedy można było. W pewnych okresach zakazywano wysyłania paczek żywnościowych. Zresztą dostawał paczki nie tylko od nas, ale i od parafian. Z listów wiemy, że pomagało mu wielu, niektórych nawet nie znaliśmy. Pamiętaliśmy nie tylko o Wicku, ale i o innych księżach, np. o ks. Bernardzie Czaplińskim. Z późniejszych wspomnień wiemy, że w swoim baraku zorganizowali mały Caritas. Wspierali wszystkich, którzy nie mogli oczekiwać pomocy lub o których nikt nie pamiętał. Dzielili się nie tylko z Polakami, ale i z innymi.
Już po wojnie otrzymaliśmy na przykład podziękowania od jednego z księży niemieckich, który był wdzięczny za pomoc udzieloną mu przez Wicka. On też przysłał nam krzyżyk, z którym umierał Wicek. Krzyżyk ten trzymali w chwili swojej śmierci tatuś i mamusia.

- Wojna zbliżała się do końca. Z coraz większą nadzieją oczekiwaliście powrotu Wicka. Po tylu latach ciężkich doświadczeń wydawało się, że nic nie może zakłócić jego powrotu.

- Mieszkanie było wysprzątane, wszystko czyste i przygotowane na powrót Wicka. Każdego dnia go oczekiwaliśmy. W prasie czytaliśmy o wyzwalanych obozach, także o Dachau. Każdy dzwonek budził naszą nadzieję. Mamusia była przekonana, że Wicek powróci na jej imieniny, 29 lipca, kiedy w Kościele wspominano Martę. Snuła nawet plany, jak to będzie, kiedy przyjdzie: - Ja na pewno będę myła podłogę, dzwonek, wejdzie Wicek, uniesie mnie do góry i uściska.

- Okazało się jednak zupełnie inaczej.

- Tak. W pierwszy piątek sierpnia mamusia poszła do zakrystii, w której był ks. Zygfryd Kowalski. Zapytała go, co się dzieje, że Wicek jeszcze nie wraca. Tak wielu już powróciło. Pamiętam, że czytaliśmy o powrotach księży z różnych obozów w Przewodniku Katolickim. Odpowiedział mamusi, że najlepiej będzie, kiedy uda się do kościoła św. Jakuba, bo wrócił właśnie z obozu ks. Plewa, który udzieli nam dokładnych informacji. Gdy mamusia wróciła do domu, jedliśmy właśnie śniadanie. Powtórzyła nam słowa ks. Kowalskiego, a ja powiedziałam, że pójdę do wspomnianego księdza. Kiedy wychodziłam, mamusia przypominała mi jeszcze: - Tylko nie zapomnij kupić pięciu guzików do sutanny. W kościele odszukałam księdza i usłyszałam, że Wicek nie żyje. Zemdlałam. Potem zastanawiałam się, jak ja mam to powiedzieć rodzicom. Poszłam do kościoła Najświętszej Maryi Panny i porozmawiałam z ks. Mykowskim i ks. Kowalskim. Powiedzieli mi, że mam iść do domu i że oni zaraz przyjdą. Jak ja jednak miałam iść do domu i powiedzieć rodzicom, że ich trzeci syn nie żyje. Poszłam po siostrę mamusi, która mieszkała przy ul. Słowackiego. Rodzice przeczuwali już smutną wiadomość. Tatuś otworzył nam drzwi, mamusia klęczała i modliła się przed obrazem Serca Jezusowego. Padły pytania: - I co? Jak tam? Wcześniej ustaliłyśmy z ciocią, że powiemy: - Wicek żyje, ale jest chory. Potrzebna mu jest rekonwalescencja, a zresztą przecież jeszcze wielu nie powróciło. Tatuś pociągnął mnie jednak do drugiego pokoju i powiedział: - Mów prawdę. Wyznałam, że Wicek nie żyje. Wtedy tatuś podszedł do mamusi, objął ją i powiedział: - Widzisz Martusiu, nie dane nam było dożyć powrotu trzeciego syna. Wicuś nie żyje, ale taka była wola Boża.

cdn.

Reklama

Papież do lekarzy: nie traćcie z oczu godności człowieka

2019-09-20 15:45

vaticannews.va / Watykan (KAI)

Odpowiedzialność pracowników służby zdrowia dotycząca troski o chorego znajduje najgłębszą inspirację we wrodzonym i niezbywalnym wymiarze etycznym zawodu lekarskiego, o czym świadczy już starożytna przysięga Hipokratesa, według której każdy lekarz jest zobowiązany okazywać najwyższy szacunek życiu ludzkiemu i jego świętości. Słowa te, zaczerpnięte z encykliki Jana Pawła II "Evangelium vitae", papież Franciszek skierował do członków Krajowej Federacji Towarzystw Chirurgów i Dentystów we Włoszech, których przyjął na audiencji.

© "L'Osservatore Romano"

Franciszek zaznaczył, że choroba nie jest tylko przypadkiem medycznym, ale stanem konkretnej, niepowtarzalnej osoby. Stąd potrzeba swoistego kodeksu wartości, aby nadać chorobie i pracy lekarskiej wymiar ludzki. Papież przestrzegł także przed wchodzeniem w kulturę śmierci.

- Wobec wszelkich zmian, jakie zachodzą w medycynie i społeczeństwie, których jesteście świadkami, ważną rzeczą jest, aby lekarz nie stracił z oczu wyjątkowości każdego chorego, z jego godnością i wrażliwością. Mężczyznę i kobietę, którym należy towarzyszyć z sercem, mądrością, szczególnie w najtrudniejszych sytuacjach. Dzięki takiej postawie można i powinno się odrzucić wszelką pokusę – wywołaną także przez zmiany ustawodawcze - używania medycyny dla wypełnienia woli chorego, który chce umrzeć, towarzysząc mu przy samobójstwie lub będąc bezpośrednią przyczyną śmierci poprzez eutanazję. Chodzi o błędne drogi wobec wyborów, które nie są, jak by się wydawało, wyrazami wolności człowieka, gdyż niosą ze sobą możliwość odrzucenia chorego lub fałszywe współczucie wobec prośby o pomoc w przyśpieszeniu śmierci - podkreślił papież.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mężczyźni na kolanach

2019-09-21 17:18

Ks. Wojciech Kania

Ks. Wojciech Kania

W sobotnie przedpołudnie w Sanktuarium św. Józefa w Nisku w Diecezji Sandomierskiej odbyła się I Diecezjalna Pielgrzymka Mężczyzn. Na wspólne modlitewne spotkanie przybyło blisko 500 pątników. Większość przyjechała autokarami, ale byli wśród nich i tacy, którzy przyszli pieszo, jak grupa 50 osób ze Stalowej Woli. Wydarzenie rozpoczęło się nabożeństwem do św. Józefa, które poprowadził ks. Kazimierz Hara, kustosz niżańskiego sanktuarium. Następnie konferencję formacyjną wygłosił prof. Stanisław Słowiński. – „Być mężczyzną” taki temat stawiam podczas dzisiejszego spotkania, aby przypomnieć jak ważna jest świadomość własnej tożsamości u współczesnego mężczyzny. Kultura masowa próbuje zniekształcić lub zatrzeć podstawowe cechy mężczyzny jakimi są: odpowiedzialność i opiekuńczość. W ewangelicznej scenie to św. Józef otrzymuje we śnie polecenie od anioła: „Weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu”. To on jest adresatem tego przekazu, to jemu Bóg poleca opiekę i troskę o Świętą Rodzinę. Podobnie i dziś Bóg stawia bardzo konkretne zadania przed mężczyzną. Dlatego jest czymś fundamentalnym, aby obudzić świadomość odpowiedzialności za rodzinę i w szerszym sensie także za kraj – podkreślał prof. Stanisław Słowiński. Mszy św. przewodniczył bp Krzysztof Nitkiewicz. Koncelebrowali kapłani, którzy przybyli do sanktuarium wraz z pielgrzymami. Ordynariusz Sandomierski mówił w kazaniu o powołaniu celnika Mateusza do grona apostołów. Zwrócił uwagę na to, że przemieniło ono całe jego życie w służbę Chrystusowi. Wspomniał również o powołaniu św. Józefa, który patronuje sanktuarium w Nisku i diecezjalnej pielgrzymce mężczyzn. – Każde powołanie jest ważne, gdyż stanowi zaproszenie do współpracy z Bogiem. To również nasza droga do świętości. Nie ma więc przypadku, że ktoś jest ojcem, matką, mężem, żoną, kapłanem, siostrą zakonną albo, że wykonuje konkretny zawód. Jednocześnie Bóg wzywa nas stale do podejmowania nowych wyzwań, powierza kolejne zadania. Niestety, nawet najpiękniejsze powołanie można zniszczyć, zaprzepaścić, zdradzić. Współistnieje ono bowiem w nas z różnymi ułomnościami, z grzechem. Pamiętajmy o tym. Kiedy Pan Jezus mówi w Ewangelii, że przyszedł do chorych, którzy potrzebują lekarza, to chodzi mu właśnie o nas, o mnie i o ciebie. Żeby dobrze odpowiedzieć na powołanie potrzebujemy koniecznie Chrystusa. On uzdrowi naszą chorą duszę, da potrzebne siły, żeby wytrwać i przynosić owoce. Niech każdy podziękuje dzisiaj za swoje powołanie. Niech mężczyźni, kobiety, duchowni i świeccy wypełniają własną misję otrzymaną od Boga Stwórcy. Ojciec św. Franciszek ostrzega, że usuwając różnice pomiędzy rolą mężczyzny i kobiety ryzykujemy zrobienie cywilizacyjnego kroku do tyłu. To stanowi problem, a nie rozwiązanie, mówi papież. Każde powołanie jest naprawdę piękne i jedyne. Prośmy Boga, abyśmy potrafili realizować je wiernie i z pasją – podkreślił biskup Krzysztof Nitkiewicz. Wspólne pielgrzymowanie zakończyła agapa.

Ks. Wojciech Kania
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem