Reklama

Rodzina

Wolność i dyscyplina

Niedługo spotkamy się na Forum Tato.Net. Tematem będą wolność i dyscyplina. I tutaj mam takie pytanie: żenię się, czy w tym momencie moja wolność się kończy?

[ TEMATY ]

wywiad

ojcostwo

http://jaugustyn.jezuici.pl/

To zależy od tego, jak patrzę na życie. Definiowanie wolności wymaga uprzedniego określenia obrazu człowieka, na jakim opieram moje życie. Bez określenia tego obrazu, nasze definicje wolności będą „od Sasa do lasa”. Widzimy to w pewnych kierunkach współczesnej myśli, które z różnych powodów przestały pytać o fundamenty i zasady. Filozofia marksistowska definiowała wolność jako zgodę na „dziejową konieczność” – tzn. na przymus, a nawet na przemoc. Bolszewicy mordowali i gnębili ludzi w imię ich rozumienia wolności. W szkołach niemal przez pół wieku uczono nas, że bolszewicy po 1939 r. przynieśli wolność Polakom. To czysty cynizm. Zresztą oni nie byli pierwsi.

Więc ja zadam pytanie Panu – jaki obraz człowieka, jaka antropologia jest podstawą naszej rozmowy? Także wśród czytelników tego tekstu będą osoby o bardzo zróżnicowanym podejściu do życia, do człowieczeństwa.

Pytam o koniec wolności – jako koniec robienia tego, na co mam „ochotę”.

Reklama

Pytanie, jak Pan rozumie „ową ochotę”.

Spróbujmy spojrzeć z punktu widzenia człowieka XXI wieku, który postrzega wolność przede wszystkim jako nieskończoną liczbę dostępnych możliwości, człowieka, który dopóty czuje się wolny, dopóki ma dowolny wybór.

Aby człowiek mógł zdefiniować swoje życie, a w nim swoją wolność w życiu, musi się wcześniej na coś zdecydować, za czymś opowiedzieć. Jeżeli się nie zdecyduje, żyje w rozdarciu, w wewnętrznym konflikcie z samym sobą, z bliskimi, w społeczeństwie. Jedna część człowieka bowiem ciągnie go ku dołowi, druga ku górze. Każdy, kto mówi o wolności, posiada jakieś swoje założenia, stawia sobie jakieś cele, do czegoś dąży, stosuje jakieś środki, choć bywa tak, że nie jest tego świadom.

Reklama

Nie można mówić o wolności tak miło i tak grzecznie, że każdy z tym się zgodzi, że chętnie przyjmie to, co mu się zaproponuje. O co my się kłócimy najczęściej? Właśnie o zakres własnej wolności, która staje w konflikcie z wolnością drugiego. Dla ojca zmęczonego całodzienną pracą wolnością jest spokój i cisza domowa, a dla jego syna nastolatka możliwość słuchania na cały regulator „metalu”.

Dlatego też refleksje i dyskusje o wolności w sposób konieczny prowadzą do konfrontacji, do ścierania się pojęć o życiu, o jego celach, zasadach, fundamentach... Wolność można próbować określić w dyskusji panelowej podczas konferencji czy w rozmowie przy kawie. Jednak jej rzeczywista definicja klaruje się w realnym codziennym życiu – gdy dziecko ma inne zdanie niż jego ojciec, matka. Wolność to wymagające codzienne życie, budowanie relacji, przekraczanie siebie, by nie krzywdzić innych. Wolność to nie teoria. Źródłem tragedii ludzkości w XX wieku było przejęcie władzy przez ludzi, którzy bezwzględnie, ślepo i cynicznie opierali swoją chciwość i żądzę władzy na teoriach i wyidealizowanych założeniach, które nie miały nic wspólnego z realnym życiem. Teoretyczne definicje wolności bywają wzniosłe i piękne, ale wprowadzone w życie mogą stać się okrutne. Nie ma „czystej wolności”, oderwanej od realnego życia osobistego, rodzinnego, społecznego, politycznego. Nie ma wolności, która w każdej sytuacji daje ci tysiąc możliwości wyborów... Nie masz człowieku wyboru. Musisz oddychać, jeść, spać, żyć z innymi, itd. To jest ewidentny przymus. Bo jeśli wolność rozumiesz jako całkowitą niezależność od innych, to idź na środek Sahary i oddalony kilka tysięcy kilometrów od innych rób, co chcesz.

Tak więc wolność urzeczywistnia się w relacji do drugiego człowieka. Jesteśmy wolni tylko w relacjach. Człowiek nigdy nie jest wolny w izolacji od innych i od natury. Czego ja chcę od drugiego człowieka? Co ja mam wziąć od niego? Ale też – czego on ode mnie oczekuje? Co ja mam jemu ofiarować? Bez odpowiedzi na te pytania nie zdefiniujemy wolności.

Zatem jakie powinniśmy zadać pytanie, zanim zapytamy o wolność?

O co mi w życiu chodzi? Do czego dążę? Dla alkoholika nieświadomego swego problemu (a takich nie brakuje) wolność w jego odczuciu, przynajmniej okresowo, będzie polegała na nieograniczonej możliwości picia. Poczuje się zniewolony, gdy ktoś mu tego zabroni, albo odbierze mu dostęp do alkoholu. Wolność nie jest najpierw i przede wszystkim doświadczeniem subiektywnym, ale jest doświadczeniem obiektywnym. Wolnością nie jest jedynie to, czego ja chcę najpierw, co ja czuję. Wolność wpisana jest w nasze człowieczeństwo.

Wolność wymaga pracy wewnętrznej, dyscypliny, by – dążąc do własnych celów i własnych założeń życiowych – nie krzywdzić innych, nie iść po trupach. Jeżeli chcemy żyć w rodzinie, w społeczeństwie w zgodzie, życzliwości i pokoju, musimy zbliżyć się do obiektywnego, prawdziwego rozumienia wolności, na które zgodzi się nie tylko ten, kto żyje ze mną pod jednym dachem, ale także i ten, kto żyje ze mną w jednej społeczności, w jednym narodzie, w jednej ludzkiej wspólnocie. Prawdziwe rozumienie wolności musi objąć każdego człowieka.

Jeżeli nie zbliżymy się do prawdziwego pojęcia wolności, wszystko w życiu społecznym będzie zawieszone. W życiu prawdziwą ludzką i duchową wartość ma to, co jest podjęte w duchu dobrze rozumianej wolności. Prosty przykład: tata daje prezent swojemu synowi, i ten jest z niego bardzo dumny. „Ojciec mnie docenił” – myśli. Ale z czasem dowiaduje się, że matka wymogła na mężu, aby dał dziecku ów prezent. I już prezent ten traci swoją wartość. Musimy w refleksji i dyskusji zbliżać się do takiego rozumienia wolności, na które zgodzi się człowiek, który żyje obok mnie, niezależnie od religii, wyznania, rasy, narodu, itp.

Ale korzystając z wolności możemy chcieć czegoś, co, mówiąc ogólnie, nie jest dobre...

Wolność nie jest wartością absolutną. Nasza wolność jest ograniczona. Ograniczona różnego rodzaju okolicznościami. Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Moja wolność nie daje mi prawa, aby stanąć ponad drugim. Ze swej natury dąży do dobra moralnego i zakłada dobro moralne. Odrzucenie dobra moralnego nie jest wolnością, ale jej utratą. Jeżeli ktoś przyjmie, że wartości moralne nie istnieją, wówczas łatwo wolnością nazwie to, co służy tylko jemu samemu, według moralności Kalego: „Kali ukraść krowę, to dobrze, Kalemu ukraść krowę, to złe”. Konsekwencje są okrutne. Po trupach idzie się do władzy, zaspokaja się własne żądze, itp.

Jednak mogę na przykład przyjąć perspektywę, w której liczy się tylko władza, czyli panowanie nad drugim człowiekiem. W tym świetle im więcej będę miał władzy, tym bardziej będę wolny. Czy to jednak jest prawdziwa wolność?

To jest zaprzeczenie wolności. My rozmawiamy o takim rozumieniu wolności, które ma obejmować każdego człowieka. Pojęcia wolności ludzkiej nie da się określić, odwołując się jedynie do biologii, psychologii czy też socjologii. By zbliżyć się do prawdziwego pojęcia wolności, musimy liczyć się z ludzkim sumieniem, z recta ratio – z prawym rozumem, prawym myśleniem, prawością ducha. Także osoby, które nie uważają się za religijne, ale są ludźmi prawego sumienia, dążą do wolności.

Recta ratio – prawy rozum dyktuje fundamentalne zasady ludzkiego życia: twoje życie nie jest ważniejsze od życia twego bliźniego. Z tej zasady płyną inne: „nie czyń drugiemu, co tobie jest niemiłe” lub „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Jeżeli ja nie chcę, aby drugi człowiek mnie upokarzał, muszę sam zrezygnować z poniżania kogokolwiek.

Zasady rewolucji francuskiej: wolność, równość i braterstwo – to kwintesencja moralności chrześcijańskiej. Wszystkie rewolucje głosiły te zasady, ale wszystkie też robiły coś absolutnie przeciwnego: niosły zniewolenie, niesprawiedliwość, nienawiść i zbrodnie. Dlaczego? Ponieważ odrzucały nie tylko wartości religijne, ale ludzkie sumienie i prawy rozum. „Ja, w imię moich idei, mogę nawet mordować, ale drugi – ponieważ ma błędne idee – nie ma prawa nawet się na to skarżyć” – oto zasada każdej rewolucji opartej na przemocy.

Prawy rozum, sumienie jest niezbędne do tego, aby zdefiniować, czym jest prawdziwa wolność. Jeżeli człowiek, społeczeństwo, naród odcina się od prawego sumienia, wszystko wówczas układa pod siebie i dla siebie: „Moja wolność daje mi prawo do wszystkiego i mogę to osiągać, spychając innych na margines czy wykorzystując ich”. Nie tylko ojciec wyznacza zakres wolności syna, ale i syn wyznacza zakres wolności ojca.

A mógłby Ojciec podać jakiś konkretny przykład?

Bardzo prosta sytuacja. Gdy dziecko ma imieniny, ojciec winien zrezygnować z mało ważnych zajęć, by świętować w domu z rodziną, bo wcześniej – gdy tata miał imieniny, syn zrezygnował z wyjścia do kolegów. To jest równość, partnerstwo. Święty Augustyn w „Wyznaniach” opowiada o swoich odczuciach z lat chłopięcych, gdy był surowo karany rózgą przez nauczycieli za lenistwo w nauce. Myślał: dlaczego dorośli biją dzieci za nieposłuszeństwo czy lenistwo, podczas gdy ich samych nikt nie bije, choć zachowują się w takich sam sposób? „Czyż człowiek, który mnie bił, zachowywał się w życiu lepiej ode mnie?” – pyta Augustyn w „Wyznaniach”. Jako człowiek, dorosły: nauczyciel, ojciec, matka, wychowawca nie jest ważniejszy od dziecka.

W takim razie wolność jest bardzo ściśle powiązana z miłością?

Miłość to szczytowa wartość moralna. Wolność sama dla siebie nie istnieje, ona jest w służbie miłości, jej celem jest miłość. Miłość nie jest jednak – o ile tak możemy się wyrazić – egocentryczna, zawłaszczająca, ona ofiaruje wolność, szuka wolności i daje wolność. Wolność prawdziwa jest tam, gdzie jest duch autentycznej miłości. Doświadczamy tego nie tylko na gruncie religijnym, ale także ludzkim. Młody zakochany człowiek czuje się wolny. Najpełniej jednak wolność wiąże się z miłością doświadczaną religijnie - mistycznie. Święty Jan Paweł II powie, że szczytem wolności jest Jezus ukrzyżowany, który z miłości do ludzi oddaje życie. Jak nie ma większej miłości, niż oddać życie za brata, tak też nie ma większej wolności, niż poświęcić się całkowicie dla drugiego.

Dziecko nie czuje się zniewalane zakazami i nakazami ojca, gdy ten kocha je prawdziwie. Nie chodzi jednak o słowa, pouczenia. Małe dzieci, choć nie umieją jeszcze pojąć, ale doskonale odróżniają zakazy i nakazy kierowane gniewem, surowością od tych, które płyną z prawdziwej ojcowskiej troski i miłości.

A czy jako ojcowie mamy prawo, a może wręcz obowiązek ograniczać wolność dziecka? W końcu odpowiadamy za nie - mówię tu choćby o kwestiach bezpieczeństwa.

Oczywiście, ale z zastrzeżeniem, że ojciec sam winien się najpierw ograniczyć. Jeżeli ojciec żyje w rozpasaniu, upija się, wraca do domu, kiedy chce, kupuje co chce, nie licząc się z potrzebami materialnymi rodziny, to może byłoby lepiej dla dzieci, gdyby się zbyt gorliwie nie zajmował ich wychowaniem przez ograniczanie ich wolności. To, co mówię, ma charakter lekkiej prowokacji. Ograniczanie wolności dziecka winno dokonywać się w prawdzie, w pokorze. Jeżeli ojciec zakazuje synowi palić papierosy, a sam pali, to swoje pouczenie winien zacząć od pokornego przyznania się do błędu: „Niestety sam w młodości...”. Gdy ojciec ogranicza dziecko, a sam się nie ogranicza, to ono odbiera to jako niesprawiedliwość.

Czyli najpierw samodyscyplina ojca, a potem dyscyplinowanie dzieci.

Gdy mówi się o wychowaniu, pojęcie „dyscypliny” może kojarzyć się wielu z metodami wychowawczymi rodem z XIX wieku. Dyscyplina wychowawcza i rózga, to synonimy. Jedno ze znaczeń w języku polskim to „krótki bat o kilku rzemieniach”. Jeżeli używamy pojęcia dyscypliny, to równolegle należałoby – w zależności od okoliczności – używać pojęć: odpowiedzialność, posłuszeństwo, posłuch, ład, porządek.

Dyscyplina nie może być tresurą.

Kiedy brakuje osobistej wolności i miłości do dziecka, wtedy rozpoczyna się dyscyplina rozumiana właśnie jako tresura. Tresura jest zaprzeczeniem wolności. Wymusza, a nie wychowuje. Myślę, że przemoc dzieci na ulicy wynika nierzadko z tresury domowej. Dziecko nie jest w stanie dać upustu swoim emocjom w domu, czyni to niekiedy na ulicy, tam odreagowuje.

Gdy brakuje w wychowaniu dyscypliny, istnieje – w moim mniemaniu – ryzyko dziecięcej i młodzieńczej samowoli.

Jak najbardziej. Ale dyscyplina to nie zakazy, nie polega jedynie na ograniczaniu dziecka, ale także na ukazywaniu mu fundamentalnych zasad życia, którymi człowiek winien się kierować, gdy chce żyć w spokoju, w zgodzie z innymi, być szczęśliwym. Człowiek uczy się wszystkiego, także dyscypliny i wolności.

W takim razie ojcostwa też należy się uczyć. Nie wszyscy jednak mogli się tego nauczyć od swoich rodziców.

Punktem odniesienia dla naszego życia są nie tylko rodzice. Mogą nim być także inni członkowie rodziny, wychowawcy, nauczyciele, przyjaciele. Forum Tato.Net może też być pewnym punktem odniesienia dla wychowywania się w ojcowskiej wolności i dyscyplinie. Na Forum ojcowie mogą podzielić się między sobą może nie tym, jak rozumieją, ale jak żyją wolnością i dyscypliną. Ojciec zdyscyplinowany nie będzie miał trudności w dyscyplinowaniu dzieci. Chciałbym życzyć Forum Tato.Net, aby więcej mówiono o wewnętrznej wolności samych ojców i o ich samodyscyplinie, niż dyscyplinowaniu dzieci i wychowaniu ich do wolności. Dyscyplinowanie i wolność dzieci winny być lustrem ojcowskiej wolności i samodyscypliny.

2017-09-23 19:59

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Powierzchowna duchowość Polaków – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim (przypomnienie)

2020-03-29 11:24

[ TEMATY ]

wywiad

Krzysztof Penderecki

PAP/EPA/ELONARDO MUNOZ

Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna – oceniał Krzysztof Penderecki w rozmowie z KAI z okazji swoich 75. urodzin i 55-lecia pracy twórczej. „Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności” – oceniał wybitny kompozytor i dyrygent. Mówił też o swoim rozumieniu polskości, sukcesach i porażkach artystycznych, muzyce w polskich kościołach i Janie Pawle II. Artysta zmarł dziś rano w Krakowie w wieku 86 lat.

Krzysztof Tomasik (KAI): Podwójny jubileusz: 75. urodzin i 55-lecie pracy twórczej to dobra okazja do podsumowań. Co Pan Profesor uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Krzysztof Penderecki: – Bez porażek nie ma sukcesów. Na niepowodzeniach człowiek się najlepiej uczy. W przypadku dyrygenta do najbardziej bolesnych należy bez wątpienia brak publiczności na koncercie. Zdarzyło mi się to między innymi podczas tournée po Włoszech z orkiestrą La Fenice z Wenecji. Pojechaliśmy do pewnego miasteczka, gdzie na koncert do dużej sali przyszło jedynie 12 osób. Musieliśmy ich przeprosić i odwołać koncert. Zapamiętałem to, ponieważ moja siedmioletnia wówczas córeczka bardzo płakała z tego powodu. Później okazało się, że w tym samym czasie odbywał się festyn ludowy.

Przeczytaj także: Penderecki: współczesny człowiek przeżywa kryzys sensu

- A sukces?

- – Było ich wiele. Najbardziej przeżyłem prawykonanie Pasji wg św. Łukasza w Münster w 1966 r.

- Jednym z Pańskich zamierzeń twórczych oprócz Pasji św. Jana i XI Symfonii jest opera dla dzieci. Czy to dzieło zainspirowało jakieś wydarzenie z dzieciństwa? Co z tego okresu pozostawiło w Panu najtrwalszy ślad?

- – Z jednej strony było cudownie. Miałem wspaniałą, kochającą się rodzinę. Ale to, co najlepiej pamiętam z tamtego okresu, to niestety czasy wojny i okupacji, kiedy co raz odchodził niespodziewanie i w dramatycznych okolicznościach ktoś z rodziny. Jednego z wujków zamordowano, z innymi członkami rodziny traciło się kontakt i nic nie wiadomo było o ich losie. Temat śmierci był stale obecny w czasie rodzinnych rozmów. Doznania z wczesnego dzieciństwa pozostawiły we mnie głębokie ślady. Dlatego może i moja muzyka powraca do tematyki przemijania i śmierci. Te wielkie tematy są stale obecne w mojej twórczości. Nie zajmuję się sprawami błahymi i nieważnymi.

- Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w Cerkwi greckokatolickiej. Czy to ma także wpływ na Pana twórczość?

- – Bez wątpienia tak. Rodzina mojego ojca pochodziła spod Stanisławowa, z dzisiejszej Ukrainy. Stąd może jest w mojej twórczości trochę tej fantazji i otwartości na inne kultury. Tato został ochrzczony w cerkwi greckokatolickiej i stąd też moje ciągoty do obrządku bizantyjskiego. Napisałem kilka utworów inspirowanych liturgią prawosławną m. in.: „Jutrznię”, „Hymn do św. Daniła”, „Pieśń cherubinów”. Nie napisałem natomiast żadnych utworów odwołujących się do tradycji ormiańskiej, ale mam zamiar to zrobić. W tym roku odbył się pięciodniowy festiwal mojej muzyki w Armenii, w Erywaniu. Niektóre koncerty zaszczycał swoją obecnością najwyższy patriarcha i katolikos wszystkich Ormian Garegin II. Obiecałem publicznie, że napiszę utwór inspirowany ormiańską kulturą. Będzie to utwór a cappella do tekstu ormiańskiego.

- Jest Pan Profesor obywatelem świata. Pańskie utwory wykonywane są w wielu krajach, kalendarz koncertowy wypełniony na kilka lat naprzód. Z drugiej strony Krzysztof Penderecki niejednokrotnie deklaruje swoją polskość i katolickość. Co znaczy dla Pana bycie katolikiem?

- – Katolickość to przede wszystkim przynależność do pewnej kultury i do konkretnego miejsca, jakim jest Polska. Nasz katolicyzm jest inny od np. niemieckiego czy hiszpańskiego. Ponadto wychowałem się w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej; szczególnie ujmująca była religijność mojej babci, mamy i dziadka. Nawiasem mówiąc, moja rodzina była tak ortodoksyjnie katolicka, że w domu nie piło się alkoholu, uważając to za grzech. Do dzisiaj mam przed oczyma moje niedzielne Msze św. Przez pewien czas nawet kalikowałem, czyli naciskałem drągi miechów organowych w kościele podczas gry na organach. Wszystko to, co chłonąłem jako dziecko, cała obrzędowość religijna, wywarły na mnie niezatarte piętno. Ponadto najważniejszą księgą w domu, a mieliśmy bardzo dużą bibliotekę, było Pismo Święte. To wszystko oddziaływało na stale poszerzany krąg moich zainteresowań muzyką sakralną. Oczywiście, nie wychowywałem się na muzyce sakralnej, gdyż w Dębicy, poza kościołem z kiepskim organistą, nie było miejsc, gdzie wykonywano by ten typ muzyki. Potem, w czasach komunistycznych, deklaracja, że jest się katolikiem było opowiedzeniem się po określonej stronie barykady. Muzyka religijna poza kościołem była praktycznie zabroniona. Jeśli orkiestra państwowa chciała wykonać utwór religijny w świątyni, musiała otrzymać pozwolenie. I oczywiście nie uzyskiwała go. Moje skomponowane w 1957 r. „Psalmy Dawida” czy „Stabat Mater” długo nie były wykonywane.

- Nie przeżywał Pan religijnego „nieba w płomieniach”?

- – Myślę, że chyba każdy coś takiego przeżywa. Miałem takie chwile zwątpienia: jak możliwy jest Bóg… świat…

- A co znaczy dla Pana bycie Polakiem?

- – Jestem Polakiem m. in. dlatego, że członkowie mojej rodziny w czasie wojny ponieśli ofiary z życia tylko dlatego, że byli Polakami. Mój dziadek Robert, który był niemieckiego pochodzenia, nigdy nie wyparł się swojej polskości. Był wśród nas chyba największym polskim patriotą. Niemcy chcieli, aby podpisał niemieckie papiery, tzw. Reichsdeutschliste. Nie zrobił tego. Na szczęście miał ponad 70 lat i zostawiono go w spokoju. Wszyscy moi wujowie byli w legionach Piłsudskiego. Jeden z nich zginął na Pawiaku w Warszawie. Ci, którzy przeżyli, działali później w Armii Krajowej. Jeszcze inny wuj został zamordowany w Katyniu. Dlatego też, gdy Andrzej Wajda powiedział mi, że zamierza kręcić film o Katyniu, to powiedziałem mu, że ma do niego użyć mojej muzyki.

- Chrześcijaństwo, religia, sacrum stale inspiruje pańską muzykę.

- – Nie tylko. To jest oczywiście główny nurt mojej muzyki. Obracam się głównie w sferze sacrum, a nie profanum. Boga można chwalić nie tylko pisząc muzykę religijną. Na przykład Bóg jest we wszystkich tekstach użytych w VIII Symfonii. Obecność Stwórcy w tym utworze jest niezwykle ważna i namacalna. Nie trzeba pisać tylko „Stabat Mater”, aby pozostać w sferze sacrum.

- Czy Kościół potrzebuje muzyki Pendereckiego?

- – Niemiecki – tak, polski już nie bardzo. Na początku nikt z polskiego Kościoła nie interesował się moją twórczością. Chyba dlatego, że moja muzyka była za trudna. W Polsce Kościół jest raczej zainteresowany muzyką popularną, której ja w świątyni nie uznaję. Nie ma większego zainteresowania muzyką artystycznie ambitną. Historycznie rzecz ujmując, najwięksi kompozytorzy komponowali wielką muzykę religijną, a ci, którzy przede wszystkim zamawiali u nich napisanie utworów, to byli papieże, kardynałowie i biskupi. Muzyka w Kościele prezentowała najwyższy poziom. Teraz muzyka w naszych świątyniach „zludowiała” i nie ma już w nich miejsca na ambitną muzykę poważną.

- Ale i współcześni kompozytorzy nie garną się do muzyki religijnej...

- – Nie garną się, gdyż taka muzyka w Kościele jest niepotrzebna. Nie piszę muzyki dla liturgii. Komponuję muzykę sakralną, ale jest ona przede wszystkim wykonywana w salach koncertowych, choć bardzo często w Niemczech jest ona prezentowana w świątyniach. W polskich kościołach jest raczej nieobecna.

- Czy Kościół powinien nadal być mecenasem artystów, jak to miało miejsce przed wiekami?

- – Wiele się zmieniło. Kiedyś biskup dysponował olbrzymimi pieniędzmi i mógł sobie pozwolić na finansowanie artystów. Obecnie jest to już raczej niemożliwe.

- Artyści nie powinni narzekać na ostatnich papieży. Mieliśmy poetę – Jana Pawła II, teraz mamy muzyka – Benedykta XVI.

- – Kard. Joseph Ratzinger nawet w jakiejś wypowiedzi mówił o mojej muzyce.

- W jednej ze swych homilii kard. Ratzinger odniósł się do Pańskiej Pasji wg. św. Łukasza.

- – Benedykt XVI na pewno nie jest zwolennikiem wprowadzenia gitar do Kościoła. W świątyniach powinno się prezentować najwyższą sztukę, a nie kicz.

- Nie zwracał się nikt do Pana Profesora z prośbą o napisanie utworu dla Kościoła?

- – Mam problem, gdyż jestem rozwiedziony. Czasami czuje się przez polski Kościół odtrącony. Nie odczuwam tego, gdy jestem za granicą, szczególnie w Niemczech czy we Francji. Moja osobista sytuacja nikogo tam nie interesuje. Myślę, że polski Kościół pozbył się wielu wierzących przez kostyczne podejście do osób rozwiedzionych. Czy nie jest to błąd? Jako rozwiedzeni nie mamy prawa być ani świadkami na ślubie, ani rodzicami chrzestnymi.

- Kim był dla Pana Jan Paweł II? Po jego śmierci poświęcił mu pan utwór „Chaconne – in memoria Giovanni Paolo II”. Czy należycie szanujemy dziedzictwo Papieża Polaka?

- – Polacy oczywiście otaczają kultem jego osobę!

- Ale czy właściwie? Czy nasz kult Jana Pawła II nie jest powierzchowny? Stawiamy mu pomniki, celebrujemy „akademie ku czci”, a nie sięgamy głębiej do istoty jego nauczania.

- – Nasz naród jest w ogóle trochę skażony powierzchownością. Umiemy bardzo pięknie lamentować i to jest nasza specjalność. Chyba żaden papież nie cieszył się taką atencją, o czym świadczy pogrzeb Jana Pawła II, podczas którego hołd oddał mu cały świat. Wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Dla Polaków sprawy głębsze, duchowe nie są najważniejsze. Najważniejsze jest to, że był Polakiem i został papieżem. Pierwszy raz w historii doczekaliśmy się papieża Polaka, zresztą zasłużenie, bo od wieków, bardziej może niż inne kraje, wiernie stoimy przy rzymskim Kościele. Taka postawa jest zgodna z naszą mentalnością. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Gdy np. Kubica wygrywa w wyścigach Formuły I, to nie jest to wybitny zawodnik o nazwisku Robert Kubica, lecz Polak. To Polak wygrywa, a nie Kubica! Jest to niestety bardzo powierzchowne.

- W czym tkwił fenomen Jana Pawła II?

- – W umiejętności dotarcia do każdego człowieka. Jan Paweł II zszedł z lektyki na ziemię i otworzył się na świat i ludzi. Miał niezwykłą charyzmę nawiązywania kontaktu z każdym, bez względu na stan i pochodzenie.

- Pitagorejska teoria harmonii kosmicznej – harmonia mundi – była przez wieki wielkim tematem sztuki, szczególnie muzyki, znajdowała swój wyraz w gregoriańskich chorałach, w polifonicznych utworach renesansowych, w klasycyzmie, w baroku. W romantyzmie temat kosmosu jakby zanika na rzecz spraw człowieka. Obecnie temat ten powraca w muzyce. Na ile jest on obecny w Pana twórczości?

- – Muzyka jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję. Podobnie jak matematyka jest ona w pewnym sensie czymś absolutnym. Ład istniejący w muzyce, w który ja bardzo wierzę, utwierdza nas w przekonaniu, że istnieją pewne reguły, od których nie można odejść. Tak samo chyba jest w mojej muzyce, która stara się wyrazić Absolut i odzwierciedlić harmonia mundi.

- Współczesna muzyka wysoka stara się w jakimś sensie wyrazić dramat naszych czasów, przekazać jakąś prawdę o czasach, w jakich żyjemy, a z drugiej strony człowiekowi współczesnemu trudno się w niej odnaleźć. Nie daje ukojenia, jak muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena. Dlaczego?

- – Właściwie współczesny człowiek nie zna tej muzyki, mimo że jest ona powszechnie dostępna na płytach. Ludzie się nią nie interesują. Przypomnijmy, że muzyka Mozarta była muzyką ulicy; ją się śpiewało i tańczyło. Była to muzyka genialna, ale właściwie ludowa. Sztuka współczesna jest jednak bardziej skomplikowana i dlatego tak trudno dotrzeć z nią do przeciętnego odbiorcy.

- Czy w czasach opresji komunistycznej twórca nie czuł się bardziej wolnym, był bardziej słuchany i zrozumiany, niż teraz, gdy wszystko wolno?

- – Jeśli ktoś, tak jak ja, pisał muzykę sakralną, to była to forma protestu, np. wobec estetyki żdanowowskiej, która była propagowana. To, że pisałem muzykę inspirowaną religijnie, bardzo pomogło mi w mojej karierze, co nie znaczy, że powodem pisania tego rodzaju muzyki była kontestacja. Sam fakt, że będąc obywatelem kraju komunistycznego, pisałem muzykę sakralną, było wówczas czymś nadzwyczajnym. Paradoksalnie, rządzący nami komuniści mieli duży szacunek dla ludzi sztuki i nauki. Wielu artystom, szczególnie muzykom, nie przeszkadzano, wręcz odwrotnie, pomagano. W czasach komunistycznych byliśmy świadkami rozwoju muzyki, teatru, filmu. Powstało wiele wspaniałych dzieł i to za państwowe pieniądze, mimo że nie współpracowaliśmy z władzami. Może była to świadoma propaganda mająca pokazać Zachodowi, że w Polsce artyści cieszą się wolnością. Wielu ludziom sztuki taka sytuacja bardzo pomogła w ich rozwoju.

- Jakie jest artystyczne credo Pana Profesora?

- – Może skomponowane przed 10 laty „Credo”. Nie bez powodu na swoje 70. urodziny napisałem właśnie ten utwór. „Wyznanie wiary” jest tekstem, z którym miałem zawsze problemy, gdyż jest on bardzo sztywny i scholastyczny. Nie można go zmienić, w przeciwieństwie do innych tekstów liturgicznych, z których można wybierać. Myślę, że 70-letni człowiek piszący „Credo” nie może być osobą niewierzącą. Część „Crucyfixus” w „Credo” jest jedną z najważniejszych w całej muzyce, jaką napisałem.

- Czy jest jakaś podstawowa prawda, którą pragnie Pan przekazać swoją sztuką?

- – Staram się przekazywać tylko prawdę. Największym chyba błędem współczesnych artystów jest właśnie to, że nie mówią prawdy, tylko starają się iść z prądem, poddawać modzie. Boją się krytyki i chcą być tylko wychwalani. Często ich sztuka nie jest szczera, tylko właśnie jakoś wewnętrznie pokręcona. Podobnie jak nasze życie polityczne, któremu brak prostolinijności. Prawda jest najważniejsza, bez niej nie ma przyszłości.

- Nie przeraża Pana Profesora ubóstwo współczesnej kultury masowej?

- – Oczywiście, że mnie przeraża, dlatego staram się dać jakąś inną pożywkę. Czasami mam wrażenie, że jest to raczej wołanie na puszczy. Ale z drugiej strony – moja muzyka znajduje słuchaczy! Niedawno jeździłem z chórem Polskiego Radia po małych miejscowościach, gdzie zazwyczaj koncertowaliśmy w świątyniach. Na nasze występy przychodzili ludzie, którzy po raz pierwszy byli na koncercie muzyki poważnej. Dyrygowałem m.in. swoimi religijnymi utworami a cappella, i znalazłem wspaniałą publiczność, właśnie w małych miasteczkach. Spotkałem ludzi, którzy pierwszy raz przyszli na koncert i z przejęciem chłonęli muzykę. Po tych doświadczeniach zupełnie zmieniłem opinię na temat Polaków, którzy są uważani za naród głuchy na muzykę.
Ponadto doświadczyłem, jak bardzo ludzie potrzebują sztuki wysokiej. Przekonałem się, że to ona właśnie jest ważna dla człowieka i dlatego Kościołowi nie wolno schodzić do poziomu przeciętnego odbiorcy. Należy narzucać pewien wysoki poziom twórczości i wykonawstwa, a wtedy inni będą uczyć się oraz starać się dorównywać ambitnym dziełom.

- Jak ocenia Pan Profesor duchową kondycję Polaków na progu XXI wieku?

- – Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna. Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności.

- Nie traktujemy siebie poważnie jako społeczeństwo, które ma jakiś ambitne cele, nie myślimy o przyszłych pokoleniach?

- – Patrzę krytycznie na to, co dzieje się w Polsce. Z drugiej strony, jak powiedziałem, są ludzie w małych miejscowościach, którzy napawają wielkim optymizmem, choćby przez swoją otwartość i wrażliwość. Chyba nie jest tak źle z nami.

- Które ze swoich dzieł lubi Pan Profesor najbardziej i chciałby, aby było wykonywane za 100 lat?

- – Mam bardzo dużo utworów, które lubię. Ostatnio często wykonuję „Siedem bram Jerozolimy”. Jest to obecnie chyba najbardziej popularny mój utwór na świecie. Przedtem była to „Pasja św. Łukasza”. Myślę, że „Credo” jest także takim bliskim mi utworem.

- Zamierza Pan skomponować „Pasję wg św. Jana”.

- – Już zacząłem, ale na razie odłożyłem jej komponowanie, gdyż zawsze tak robię. Tworzę zarys utworu, potem przerywam pracę, aby móc spojrzeć na niego z pewnego dystansu. Utwór musi dojrzeć. Pomysł skomponowania „Pasji św. Jana” zrodził się spontanicznie. Chciałem ją napisać na otwarcie Frauenkirche w Dreźnie, ale na rok przed otwarciem świątyni zrezygnowałem, gdyż wiedziałem, że nie jestem w stanie napisać tego utworu w tak krótkim czasie. „Pasja” jest formą, która wymaga czasu i dojrzewania. Ponadto nie skompletowałem do niej jeszcze wszystkich tekstów.

- Czego sobie życzy Krzysztof Penderecki na następne 75 lat?

- – Więcej spokoju, czasu dla moich drzew, mojej wnuczki, dla rodziny. W tym roku cały czas jestem w drodze – setki prób i kilkadziesiąt koncertów. Z drugiej strony – jestem zadowolony. Był to piękny rok. Na świecie wykonano przeszło 70 proc. moich utworów, od Japonii po obie Ameryki. Tradycyjnie rachunek sumienia robię w Wigilię. Tego dnia piszę fragmenty utworów, które będę starał się skomponować następnego roku. Ponadto muszę nauczyć się mówić „nie”, gdy ktoś prosi mnie o napisanie nowego utworu albo o występ. To jest duża sztuka, którą nie zawsze inni rozumieją. Czasem trzeba przeczytać książkę, zamiast komponować nowy utwór.

- Plurimos annos, Panie Profesorze!

CZYTAJ DALEJ

Alan Ames: nie bójcie się wirusa! Bóg się wami opiekuje

2020-03-27 09:22

[ TEMATY ]

Alan Ames

koronawirus

Esprit

Niektórzy mówią, że żyjemy w czasach ostatecznych. Być może tak jest. Ale tylko Ojciec zna czas, kiedy nastąpi koniec. Nie bójcie się niczego. Unieście głowy i zaufajcie Bogu – mówi mistyk Carver Alan Ames. Autor książki „Oczami Jezusa” wydał właśnie w Polsce poruszające rozważania na temat Eucharystii „Wszystko czym jestem”.

ZOBACZ NOWĄ KSIĄŻKĘ ALAN AMESA „WSZYSTKO CZYM JESTEM”: Zobacz

W tych trudnych dla Polski i świata tygodniach towarzyszy nam wyjątkowy głód Boga. Brakuje nam modlitwy, sakramentów a przede wszystkim daru Eucharystii. Jak mamy sobie z tym poradzić?

To, że nie można przyjmować Komunii Świętej jest największą tragedią. Jednakże powinniśmy uświadomić sobie, że możemy nieść ten krzyż z miłością, ofiarując nasz ból cierpiącemu Panu Jezusowi. Przez ten ból łaska rozlewa się na cały świat. Tak samo przecież łaska ta rozlała się poprzez boleść Maryi pod krzyżem.

Pamiętajmy też, że każdego dnia możemy przyjąć komunię duchową, tak aby nasze dusze zjednoczyły się w Jego miłości.

Co Pan Jezus chce nam powiedzieć poprzez czasy, w których żyjemy? Dlaczego dopuszcza epidemię wywołaną przez nowego koronawirusa?

W tym czasie mam nadzieję, że wszyscy docenimy Eucharystię, ponieważ ludzie zapomnieli już jak wielki dar otrzymali od Boga w tym sakramencie! Oczywiście bez względu na sytuację powinniśmy być posłuszni poleceniom biskupów, ponieważ oni są pasterzami i poprowadzą nas właściwą drogą, a my powinniśmy iść za nimi w wierze.

Część z nas obawia się tego, co dzieje się na świecie, boi się o siebie, o swoje rodziny. W tych trudnych czasach jednak ważne jest, by skupić się na Chrystusie i nie dać się panice. Bądźcie pełni pokoju wiedząc, że Chrystus jest przy was, opiekuję się wami, a wszystko co się wydarza w waszym życiu jest z Jego woli. Nie dopuszczajcie lęku do swojego serca, ale módlcie się słowami: „Jezu, ufam Tobie”.

Ale lęk pojawia się w nas naturalnie. Dlaczego jest on czymś niewłaściwym?

Tak, to naturalne, że się boimy, ale Chrystus jest z nami! Jeśli poddamy się strachowi, to on oddzieli nas od Boga. Wreszcie strach może nas doprowadzić do grzechu. Stanie się tak, jeśli za wszelką cenę będziemy dążyć do tego, by w naszym życiu wszystko było dobrze. Z Jezusem w naszych sercach nie powinniśmy się lękać, ponieważ On jest z nami i będzie nas bronił.

Przypomnijcie sobie, jak Kościół pierwszych wieków całkowicie zawierzył Bogu. I my powinniśmy czynić podobnie. Możemy znaleźć siłę prosząc Ducha Świętego o oddalenie naszych obaw i umocnienie wiary. On przyjdzie nam z pomocą. Umocni naszego ducha, byśmy mogli prawdziwie żyć w miłości Chrystusa.

Czy chciałbyś coś szczególnego powiedzieć Polakom? Wiele razy byłeś w Polsce, modliłeś się z nami, po takich modlitwach dokonywało się wiele uzdrowień i nawróceń. Czy masz dla nas jakieś słowo otuchy?

Pamiętajcie, że Bóg zaopiekuję się wami. Nie rozpraszajcie się, nadal kochajcie innych, pomagajcie sobie wzajemnie i dzielcie się dobrem z innymi. Niektórzy mówią, że są to czasy ostateczne, ale nikt nie zna czasu ostatecznego poza Ojcem. Nie idźcie więc drogą rozpaczy, ale drogą nadziei w naszym Panu Jezusie Chrystusie. Pan zapowiedział to wszystko w Piśmie Świętym, dlaczego więc się dziwimy? Stańmy wyprostowani i wysoko unieśmy głowy, kiedy wyznajemy Chrystusa: „Panie, dokądkolwiek mnie poprowadzisz, pójdę za Tobą”.

Rozmawiała: Monika Lenik

WIĘCEJ ZNAJDZIESZ W NOWEJ KSIĄŻCE ALANA AMESA „WSZYSTKO CZYM JESTEM”: Zobacz

Esprit

CZYTAJ DALEJ

Papież zaapelował o zawieszenie broni oraz rozwiązanie problemów więźniów (dokumentacja)

2020-03-29 13:52

[ TEMATY ]

Anioł Pański

papież Franciszek

źródło: vaticannews.va

O zawieszenie broni we wszystkich zapalnych punktach świata, a także dostrzeżenie problemów osób zmuszonych do życia w grupie, a zwłaszcza więźniów, zaapelował Franciszek po odmówieniu modlitwy „Anioł Pański”.

Oto słowa Ojca Świętego w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry,

W minionych dniach Sekretarz Generalny ONZ wystosował apel o "globalne i natychmiastowe zawieszenie broni we wszystkich zakątkach świata", przypominając o obecnej sytuacji kryzysowej z powodu wirusa COVID-19, który nie zna granic, apel o całkowite zwieszenie broni.

Przyłączam się do tych, którzy przyjęli to wezwanie i zachęcam wszystkich, by podjęli stosowne działania poprzez zaniechanie wszelkich form działań wojennych, poprzez sprzyjanie tworzeniu korytarzy pomocy humanitarnej, otwartość na dyplomację i zwrócenie uwagi na osoby znajdujące się w sytuacji największego zagrożenia.

Oby wspólne zaangażowanie przeciwko pandemii prowadziło wszystkich do uznania naszej potrzeby umocnienia więzi braterskich, jako członków jednej rodziny ludzkiej. Niech wzbudzi zwłaszcza w kierujących państwami oraz innych zainteresowanych stron odnowienie zaangażowania na rzecz przezwyciężania rywalizacji. Konfliktów nie rozwiązuje się poprzez wojnę! Konieczne jest przezwyciężenie antagonizmów i sporów na drodze dialogu i konstruktywnego poszukiwania pokoju.

W tym momencie moje myśli kierują się w sposób szczególny do wszystkich osób, które cierpią z powodu bezradności, zmuszonych do życia w grupie: domów spokojnej starości, koszar... W szczególności chciałbym wspomnieć o osobach przebywających w więzieniach. Przeczytałem oficjalną notatkę Komisji Praw Człowieka mówiącą o problemie przeludnionych więzień, co może doprowadzić do tragedii. Proszę władze, aby były wrażliwe na ten poważny problem i podjęły niezbędne środki, aby uniknąć przyszłych tragedii.

Życzę wam wszystkim dobrej niedzieli. Proszę nie zapominajcie o mnie w modlitwie, ja będę się modlił za was. Smacznego obiadu i do widzenia.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję