Reklama

"Życie w zachwycie. Bez wzroku i słuchu"

2018-01-12 11:42

„Po prostu wstaję i robię, co do mnie należy” – mówi Krzysztof Wostal, bohater, a zarazem główny rozmówca książki „Życie w zachwycie”, wydanej nakładem Edycji Świętego Pawła. Sprawa wydaje się oczywista. Jednak nie w przypadku Krzysztofa. Jako osoba głuchoniewidoma cierpi równocześnie na poważne uszkodzenie słuchu i wzroku. Mimo braku podstawowych zmysłów, uniemożliwiających, wydawałoby się, normalne funkcjonowanie, Krzysztof czerpie z życia pełnymi garściami. Kończy studia, a jego pasją są podróże, poznawanie nowych smaków i zapachów. Lubi dobrą muzykę, palenie sziszy, nie gardzi kuflem piwa wypitym w gronie znajomych, a nawet… próbuje jazdy na rowerze.

Spełnia się zawodowo – ogromną frajdę daje mu tworzenie stron internetowych oraz prowadzenie specjalistycznych szkoleń dla osób z niepełnosprawnościami i o niepełnosprawnych na zlecenie różnych firm. Prywatnie jest kochającym ojcem trojga dzieci. Człowiekiem pogodzonym ze swoją niepełnosprawnością, co nie znaczy, że nie ma rzeczy, które by go nie denerwowały, szczególnie jeśli napotyka na przeszkody związane z własnymi ograniczeniami. Żyje aktywnie i nie nudzi się z samym sobą. Ustawicznie podejmuje wyzwania i stawia im czoła. Bo w życiu – uzasadnia – „trzeba dostrzegać i cenić swój stan posiadania i… nie użalać się nad sobą”. Jak się okazuje, można widzieć i słyszeć więcej, nawet będąc osobą niepełnosprawną. Żeby się o tym przekonać – warto, a nawet trzeba sięgnąć po ww. pozycję. Wtedy swoje życie, Drogi Czytelniku, jak bohater książki, przeżyjesz w zachwycie i akceptacji oraz docenisz to, co masz. Bo życie cudem jest. W tym tkwią jego sekret i urok.

„Życie w zachwycie. Bez wzroku i słuchu”. Z Krzysztofem Wostalem rozmawia Agnieszka Majnusz. Edycja Świętego Pawła, 2017, s. 128 + 16 stron wklejki ze zdjęciami.

Reklama

Do nabycia w księgarniach na terenie całego kraju oraz na www.edycja.pl

FRAGMENT KSIĄŻKI

Z Krzysztofem Wostalem rozmawia Agnieszka Majnusz

Krzysztofie, chciałabym zacząć dość przewrotnie: Jak żyć?

No coś ty… chyba sobie żartujesz? To jest pytanie, na które trudno jednoznacznie odpowiedzieć, i tak nagle, bez przygotowania…

Tak, to trochę żart, choć nie do końca. Sądzę, że obecnie wielu ludzi chciałoby iść na skróty i zdobywać wszystko łatwo, szybko i bez wysiłku. Najlepiej, gdyby była krótka recepta na szczęście bądź tabletka, która po zażyciu sprawia, że czujemy się szczęśliwi. Wielu ludzi podchodzi do życia jak do zupki chińskiej, którą zalewa się wodą i już za chwilę jest gotowa. Takie życie instant i spodziewany natychmiastowy efekt jak ta zupka, która w kilka minut rozwiązuje problem głodu. Niestety, w życiu, jak wiemy, to tak nie działa. Jak zatem jest?

Wielu ludzi jest tobą zainteresowanych, bo masz w sobie coś, co ich przyciąga. Sprawiasz wrażenie, że pomimo tego, że jesteś głuchoniewidomy, radzisz sobie w życiu bardzo dobrze. Ale zanim przejdę do tego pytania, to może zaczniemy od prostszego –o twoje dzieciństwo. Czy byłeś chroniony przez swoich rodziców, czy raczej wymagali od ciebie?

Pamiętam, że moje dzieciństwo było zwyczajne, takie jak mają wszystkie dzieci. Chodziłem bawić się na podwórko. Najczęściej z dziewczynkami z sąsiedztwa, bo chłopaków jakoś mało tam było. Chodziliśmy do lasu, który był w pobliżu. Wspinaliśmy się na drzewa, słupy, płoty. Bawiliśmy się w różne zabawy, tak jak chyba większość dzieci w tamtych czasach.

Nie czułem zatem swojej inności. Nie miałem negatywnych przeżyć ani odczuć związanych z tym, że jestem słabowidzący. Byłem tego świadomy, ale mi to nie przeszkadzało. Nie doskwierało mi to wcale.

Myślę, że moje dzieciństwo wyglądało normalnie –tak zresztą, jak powinno wyglądać. Nie byłem jakoś specjalnie trzymany pod kloszem czy ograniczany.

Już od dziecka uczono mnie też odpowiedzialnego podejścia do zabawy i do życia w ogóle. Rodzice nie wyręczali mnie we wszystkim. Pamiętam, jak próbowałem wanienkę znieść ze schodów, gdy brat był młodszy. Nawiasem mówiąc, spadłem z nią, ale to nieistotne. Usiłowałem też prasować i poparzyłem sobie wargę. Nigdy jednak nie zabraniano mi takich normalnych, codziennych czynności. Myślę więc, że moje dzieciństwo było takie samo albo bardzo podobne do dzieciństwa innych, zdrowych dzieci.

Być może stąd właśnie pochodzi twoja siła i podejście do życia, że nie trzymano cię pod kloszem, jak to często bywa w przypadku dzieci niepełnosprawnych… Wiele osób się nad tym zastanawia, skąd bierzesz siłę, aby pomimo głuchoślepoty codziennie rano z optymizmem wstawać z łóżka, wychodzić samodzielnie z domu, jechać do pracy, prowadzić firmę, mierzyć się z rzeczywistością.

Z tym optymizmem to może nie zawsze tak jest, ale właściwie to nigdy nie zastanawiam się nad tym, czy mam siły, czy ich nie mam; czy mi się chce, czy mi się nie chce. Może właśnie w tym tkwi moja siła i sekret powodzenia (śmiech). Nie myślę o tym, że muszę zbierać siły w sobie, to wszystko dzieje się tak jakoś automatycznie, samoczynnie. Gdybym zaczął o tym myśleć, to być może wtedy faktycznie czułbym, że muszę się z czymś mierzyć. Ja natomiast w ogóle o tym nie myślę! Po prostu wstaję i robię, co do mnie należy. Podejrzewam, że większość z nas tak robi. A może tak mi się tylko wydaje?

W moim życiu, w każdym dniu jest tak zwyczajnie, czyli wstaję, kąpię się, jem, idę do pracy, wracam, poświęcam czas na czytanie, słuchanie muzyki czy inne swoje pasje, idę na zakupy. Po prostu żyję –tak normalnie i nie ma w tym nic wysublimowanego. Moje życie, osoby głuchoniewidomej, w sumie niewiele różni się od życia przeciętnej osoby. No, może z tą drobną różnicą, że ja nic nie zobaczę i nie wszystko usłyszę (śmiech).

Takie sytuacje –gdy nie możesz normalnie, jak wszyscy, wsiąść do pociągu –na pewno są dla ciebie trudne. Co w takich chwilach sprawia, że się nie zniechęcasz? Trzymając się tej historii z pociągiem, co sprawia, że mimo niedogodności i wycierania sobą czasem połowy składu wciąż jeździsz pociągami…

Mam takie zdjęcie na rowerze –zwykłym (nie tandemie dla dwóch osób). Myślę, że ono jest bardzo symboliczne. Zrobienie go wiązało się z kilkoma upadkami podczas sesji. Wiedziałem jednak o tym wcześniej, więc liczyłem się z tym, że nie będzie łatwo (śmiech).

Zależało nam na dość nietypowych ujęciach osoby niewidomej, bo przygotowywaliśmy fotografie na jakąś wystawę czy prezentację –już sam dokładnie nie pamiętam, ale nie to jest najważniejsze.

Chodzi o to, że ja wiedziałem, że upadnę kilka razy, bo osoba całkowicie niewidoma, z zachwianiami równowagi, chyba nie jest w stanie utrzymać się dłużej niż kilka sekund na takim rowerze, niemniej jednak wiedziałem też, że po każdym upadku się podniosę. Nie chcę przez to powiedzieć, że zachęcam wszystkich do ekstremalnych wyczynów, zupełnie nie o to mi chodzi. Bardziej namawiam do podejmowania wyzwań i akceptacji porażki, która też jest częścią naszego życia. Ważne jest, co my z tą porażką zrobimy –czy załamiemy się po niej, czy też podniesiemy się i od nowa będziemy podejmować nasze działania.

W przypadku tej sytuacji z pociągiem na pewno udogodnienia technologiczne mogłyby ułatwić życie wielu osobom głuchoniewidomym, choć nie tylko, bo również inni mogliby na takich rozwiązaniach skorzystać, np. osoby starsze czy matki z dziećmi w wózkach.

Marzy mi się, żeby wszyscy niewidomi i głuchoniewidomi w Polsce mieli takie piloty, które działałyby na jednej częstotliwości, i wszystkie technologie asystujące również byłyby na tej częstotliwości. Polegałoby to na tym, że gdy podjeżdża pociąg, naciskam sobie na takiego pilota i on otwiera wszystkie drzwi, które ja po prostu słyszę, a w związku z tym, że są otwarte, mogę je odnaleźć za pomocą białej laski. Dzięki takiemu pilotowi mógłbym sobie również odsłuchać informacje o numerze autobusu czy uruchomić udźwiękowienie na przejściu dla pieszych, regulując przy tym głośność takiej sygnalizacji.

Przy obecnej technologii jest to wszystko do zrobienia –potrzebna jest jedynie dobra wola urzędnicza. Niestety, jej często w naszym kraju brak. Powiem szczerze, że coraz mniej mam ochoty na tłumaczenia, wyjaśniania, walki… Chyba trochę przestałem wierzyć w moc konsultacji, konferencji itd. Dlaczego? Otóż dlatego, że urzędnik i tak w końcu zrobi po swojemu. Wiele już takich rozmów i konsultacji ja czy inni działacze społeczni przeprowadziliśmy i nic właściwie z tego nie wynikło. Myślę, że coraz mniej chce mi się walczyć z systemem, bo nie widzę żadnych efektów.

Swoją misję czuję bardziej na zasadzie pokazywania innym na własnym przykładzie, że można, że się da – na takim bardzo osobistym poziomie, w bezpośrednim kontakcie z ludźmi. Przekonałem się też, że samo zabranie głosu na konferencji, w Sejmie czy na jakimś innym posiedzeniu niewiele wnosi. Postanowiłem zatem zmienić trochę swój sposób działania i docierania do ludzi. Tak jak powiedziałem, chcę teraz przekonywać własnym przykładem, a nie tylko słowami. Pragnę pokazywać, że światem można się zachwycać i robić zwykłe, choć dla wielu może niezwykłe rzeczy, nawet będąc osobą głuchoniewidomą.

Tagi:
książka

Spotkanie autorskie z prof. UKSW Grzegorzem Łęcickim

2019-11-14 10:35

M.W.

Jaka jest recepta na szczęśliwe małżeństwo? Jaką rolę odgrywa Pan Bóg w życiu rodzinnym? Po co małżonkom wspólna modlitwa? Jak przetrwać kryzys? Dlaczego młodzi decydują się na narzeczeństwo często po trzydziestce? Na te i inne pytania odpowiedzą 14 listopada o godz. 18.00 zaproszeni goście wraz z autorem książki „Miłość i szczęście w nietrwałym świecie”

mat. prasowe
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Obraz Matki Bożej Częstochowskiej w S. Giovanni Rotondo

2019-11-14 11:15

Jasna Góra

W poniedziałek 11 listopada rozpoczęła się peregrynacja kopii Jasnogórskiej Ikony we włoskim Sanktuarium św. Ojca Pio w San Giovanni Rotondo.

youtube.com

Na lotnisku Matka Boża została uroczyście powitana nie tylko przez gospodarzy Sanktuarium, ale także przez władze miejskie, o czym dowiadujemy się z relacji Beaty Grzyb, Polki pracującej w Sektorze Biura Pielgrzyma przy Sanktuarium św. Ojca Pio.

„Dzisiaj mamy trzeci dzień obecności Matki Bożej w San Giovanni Rotondo – opowiada Beata Grzyb - Kiedy 11 listopada na naszym lotnisku wylądował helikopter byliśmy z delegacją: burmistrz miasta, bracia kapucyni, prowincjał, nasz ojciec rektor i inna znacząca grupa braci. Czekaliśmy wzruszeni, ja z bukietem biało-czerwonych róż, z kokarda i polską flagą”.

Obecnie jak przyznaje pani Beata trwają modlitewne spotkania mieszkańców miejscowości i pielgrzymów z wizerunkiem 'Madonna Nera' - jak nazywają Ją Włosi. I choć znają Ją przede wszystkim dzięki postaci papieża Polaka - św. Jana Pawła II, relacje Włochów z Częstochowską Madonną mają charakter bardzo indywidualny i intymny.

„Spoglądałam na włoskich ludzi, byli wzruszeni, płakali. Spojrzałam na matkę z dzieckiem, która tam bardzo długo siedziała jeszcze po różańcu. Obraz był już zasłonięty, wszyscy mieli wychodzić a ona pozostała, by kontynuować modlitwę” – mówi Beata Grzyb.

Obraz Matki Bożej do S. Giovanni Rotondo dotarł dzięki kapucynowi o. Romanowi Ruskowi. W czwartek 7 listopada Moderator Grup Modlitwy św. Ojca Pio w Polsce zabrał go z Jasnej Góry, by przewieźć na włoską ziemię. Peregrynacja zakończy się 25 listopada.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Częstochowa. Klerycy z Kielc trzeci raz z rzędu mistrzami Polski w tenisie stołowym

2019-11-14 22:02

Maciej Orman

Tomasz Pytlarz, Grzegorz Chlewicki, Mateusz Wójcik i Krzysztof Stolarczyk nie dali szans rywalom i po raz trzeci z rzędu zdobyli drużynowe mistrzostwo Polski wyższych seminariów duchownych i zakonnych w tenisie stołowym. W turnieju indywidualnym tytuł obronił reprezentant WSD Redemptorystów w Tuchowie kl. Robert Borzyszkowski. Zawody rozgrywano w dniach 13-14 listopada w hali sportowej WSD w Częstochowie

Maciej Orman/Niedziela

– Cały sekret zwycięstwa to moi koledzy. Każdy ma oparcie w drugim i dlatego wygrywamy – powiedział „Niedzieli” kl. Krzysztof Stolarczyk. – Raz na dwa tygodnie spotykaliśmy się na korytarzu między salami i ciężko trenowaliśmy. Miejsca było mało, ale daliśmy radę – podkreślił kl. Grzegorz Chlewicki. Kl. Tomasz Pytlarz przyznał, że Kielce są zmotywowane do walki w kolejnych turniejach. – Planujemy przywieźć z Częstochowy jeszcze co najmniej trzy złote medale. Tak sobie założyliśmy (śmiech).

Zobacz zdjęcia: Częstochowa. Zakończenie XXII Mistrzostw Polski Wyższych Seminariów Duchownych i Zakonnych w Tenisie Stołowym

Tytuł wicemistrzów wywalczyli reprezentanci WSD w Kaliszu w składzie: Wiktor Domagała, Filip Frankiewicz, Waldemar Mistewicz i Sławomir Machaj. Brąz trafił do gospodarzy, z czego radości nie krył dk. Zbigniew Wojtysek. – Na ostatnich mistrzostwach zajęliśmy 4. miejsce. W tym roku mamy medal, z czego bardzo się cieszymy – przyznał w rozmowie z „Niedzielą” i dodał, że turniej nie jest tylko rywalizacją sportową. – To przede wszystkim spotkanie kleryków z całej Polski. Cieszymy się, że możemy się spotkać na Mszy św., a później przejść do stołu pingpongowego – zaznaczył dk. Zbigniew Wojtysek. Dla reprezentanta gospodarzy były to ostatnie mistrzostwa. – Będzie mi tego bardzo brakowało. Mam nadzieję, że jeżeli Pan Bóg pozwoli, to za rok przyjadę tutaj już jako ksiądz. Odwiedzę chłopaków i pokibicuję im – powiedział.

Częstochowskie seminarium reprezentowali również klerycy: Paweł Wilk, Tomasz Gryl i Sebastian Woźniak.

Drugi raz z rzędu złoto w turnieju indywidualnym wywalczył kl. Robert Borzyszkowski z WSD Redemptorystów w Tuchowie. – Cieszę się ze zwycięstwa, bo zawsze trudniej jest obronić tytuł, niż go zdobyć. Taki sukces jeszcze bardziej mobilizuje – powiedział „Niedzieli” i wyraził nadzieję na występ drużyny redemptorystów w przyszłym roku. Srebrny medal zdobył kl. Grzegorz Chlewicki z Kielc, a brąz reprezentujący WSD Salwatorianów w Bagnie kl. Damian Kokocha.

Jednym z patronów medialnych XXII Mistrzostw Polski Wyższych Seminariów Duchownych i Zakonnych w Tenisie Stołowym była „Niedziela”.

Mocnym zakończeniem turnieju był koncert zespołu TGD, który w kościele seminaryjnym zgromadził wielką publikę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem