Reklama

Historia

Biskupi o Marcu 1968

Przedstawiając reakcję polskich biskupów na Marzec 1968 trzeba pamiętać, że pod tym określeniem kryła się bardzo złożona rzeczywistość – pisze Tomasz Wiścicki w swej analizie dotyczącej stosunku kard. Stefana Wyszyńskiego i polskiego Episkopatu w związku z wydarzeniami Marca 1968 r.

2018-03-05 10:52

[ TEMATY ]

historia

marzec1968.pl/IPN

Po pierwsze, były więc wówczas protesty studentów, zapoczątkowane fermentem w środowisku nazwanym później „komandosami”, które przerodziły się w manifestacje po zdjęciu przez władze z afisza „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka w warszawskim Teatrze Narodowym. 8 marca odbył się wiec na UW z hasłami powrotu spektaklu oraz przywrócenia relegowanych studentów Adama Michnika i Henryka Szlajfera, a brutalne rozpędzenie zgromadzenia rozszerzyło zajścia na cały kraj, powodując wybuch studenckiego buntu z hasłami wolnościowymi. Władza zareagowała brutalnymi represjami.

Po drugie, w aparacie partyjnym trwała walka o władzę, o podłożu głównie pokoleniowym, która spowodowała krótkotrwały, jak się okazało, triumf związanej z ministrem spraw wewnętrznych Mieczysławem Moczarem frakcji zwanej „partyzantami”, posługującej się hasłami z jednej strony – patriotycznymi, z drugiej – antysemickimi. Marzec znacząco osłabił pozycję rządzącego od 1956 Władysława Gomułki i wzmocnił ówczesnego I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach Edwarda Gierka, co dwa lata później spowodowało zmianę na stanowisku I sekretarza Komitetu Centralnego i wielkorządcy PRL.

Po trzecie wreszcie, skutkiem antysemickiej czystki była masowa emigracja osób pochodzenia żydowskiego. Czystka ta przez jej sprawców przedstawiana była jako pozbycie się dawnych stalinistów, jednak argumentem tym posługiwano się instrumentalnie, skoro najważniejszych stalinistów odsunięto od władzy już w 1956, a na epitet ten zasługiwali też z pewnością „moczarowcy”, ponadto do emigracji zmuszano także ludzi, którzy ze stalinizmem nie mieli nic wspólnego.

Reklama

Wszystko to działo się w warunkach komunistycznego monopolu na informację, tajemnicy otaczającej działanie partyjnego aparatu i wszechobecnej, nachalnej propagandy, co utrudniało odczytanie sensu dziejących się wydarzeń.

Studenci mają rację

Pierwsza reakcja prymasa Wyszyńskiego na wieść o zakazie dalszego wystawiania „Dziadów”, jaką odnotował w swych „Zapiskach”, była druzgocąca. Po spotkaniu z posłem koła „Znak” Jerzym Zawieyskim 29 lutego zapisał: „Po śniadaniu rozmowa o sytuacji, wytworzonej decyzją Rządu o . Cały Rząd , zrobił sobie niepotrzebnie zatarg ze światem literackim, który właśnie dziś ma zebranie w ZLP”.

Nie brak indywidualnych opinii biskupów traktujących studenckie wystąpienia z sympatią i zrozumieniem. Komentując wydarzenia na posiedzeniu Komisji Głównej Episkopatu 19 kwietnia bp Franciszek Jop stwierdził: ,,Odnosi się wrażenie, że jest to gra partyjna, za wyjątkiem oczywiście wystąpień studentów”. Jednak na pierwszą publiczną wypowiedź trzeba było poczekać. Wprawdzie już 11 marca prymas miał wygłosić kazanie w warszawskim akademickim kościele św. Anny, jednak odwołał swoje wystąpienie. W pobliżu kościoła trwały zamieszki i mógłby tam dotrzeć tylko pod milicyjną eskortą, a w takim przypadku – jak odnotował – „straci twarz”.

Prymas Wyszyński chciał zrozumieć, co właściwie się dzieje i dlaczego władza zareagowała tak brutalnie. 14 marca mówił do warszawskich księży dziekanów, że jeszcze nie wiadomo, czy bunt młodzieży jest spontaniczny, czy też wynika z rozgrywek we władzy. „Młodzieży naszej okażemy jak najwięcej zrozumienia. Nie będziemy jej potępiali, ale jednocześnie po bratersku, życzliwie, będziemy ją zachęcali do roztropności, pokoju i umiaru” – podsumował prymas. Cztery dni później, 18 marca, po konsultacjach ze Stanisławem Stommą i Antonim Marylskim, uznał, że represje są wynikiem walk wewnętrznych w partii.

Ostatecznie tego samego 18 marca prymas po raz pierwszy wypowiedział się publicznie – u św. Anny wygłosił modlitwę za młodzież „cierpiącą w szpitalach i więzieniach” oraz o to, by rządzący nie zapomnieli, że „sprawować władzę to znaczy z pokorą służyć człowiekowi”.

Dzień później, 19 marca, prymas na posiedzeniu Komisji Głównej Episkopatu, stwierdził, że – mimo zalet niezaangażowania Kościoła – „absolutnie trzymanie się na boku w wymiarze historycznym jest niecelowe” wobec konieczności oceny wydarzeń z punktu widzenia moralnego i doktrynalnego, w perspektywie przyszłości. Zgodnie z tą opinią prymasa, 21 marca episkopat wystosował dwa listy – do premiera Cyrankiewicza i do wiernych.

Pismo do władzy utrzymane było w tonie kategorycznym. Biskupi pisali, że budząca jak najgorsze skojarzenia pałka gumowa nie może jako narzędzie władzy zastąpić rozsądku i sprawiedliwości społecznej. Wezwali, by rządzący uwolnili uwięzionych, zrezygnowali z drastycznych metod karania i śledztw, obiektywnie informowali społeczeństwo oraz wpłynęli na „władze bezpieczeństwa, by nie stosowały anachronicznych środków represji, tak bardzo skompromitowanych we wspomnieniach naszego narodu”, co było czytelną aluzją do stalinizmu.

Łagodniejszych, ale też jednoznacznych słów użyli biskupi w liście pasterskim. Przez cały czas istnienia PRL wierni byli zasadzie, by ich słowa nie sprowokowały publicznych wystąpień – a wtedy takie wystąpienia już trwały. Biskupi bronili więc praw do prawdy, wolności, sprawiedliwości i miłości – należnych zarówno każdej osobie, jak i społeczeństwu. Zapewnili, że modlą się z młodzieżą i za nią, nie pozostawiając wątpliwości, jaka była przyczyna wydania listu. Wzywali, by dzielące ludzi kwestie rozstrzygać w dialogu, a nie siłą. „Tylko taka metoda może prowadzić do unikania dyskryminacji, a nade wszystko do znajdowania prawdy i sprawiedliwości w stosunkach pomiędzy ludźmi. Tylko ta metoda odpowiada godności człowieka, w niej bowiem dochodzi do głosu jego siłą moralna. (…) Brutalne użycie siły uwłacza godności ludzkiej i zamiast służyć utrzymaniu pokoju rozjątrza tylko bolesne rany” – podsumowywali biskupi.

Sam prymas kilkakrotnie publicznie chwalił protestującą młodzież za jej dojrzałość, wyrażającą się zarówno w świadomości należnych jej praw, jak i w umiarze i realizmie, z jakim się o nie upomniała. Przemawiając 18 kwietnia do grupy maturzystów, jednoznacznie uznał postulaty młodzież za uzasadnione. „Pokładamy w was wielką nadzieję! (…) Można wam ufać i na przyszłość” – zapewniał prymas maturzystów. Trafna wydaje się opinia prof. Jana Żaryna, który uznał, że w protestującej w Marcu 1968 młodzieży prymas Wyszyński dostrzegł „nowych ludzi plemię”, o które modlił się w czasie Milenium dwa lata wcześniej.

Pomarcowe uderzenie władzy wymierzone było w wolność nauki, głównie filozofii i nauk społecznych. 19 kwietnia, na posiedzeniu Komisji Głównej Episkopatu, prymas mówił kategorycznie: „Muszą nas obchodzić dzieje wydziałów filozoficznych na uczelniach. Wchodzi w grę zagadnienie wolności myślenia. Brak wolności filozoficznej wpływa na zniekształcenie kultury narodowej. Filozofowanie wyzwala i doprowadza do osiągnięć humanistycznych. Obrona wolności myślenia jest postulatem doktrynalnym” – stanowczo podsumował prymas Wyszyński.

Posłowie koła „Znak” już 11 marca złożyli interpelację do premiera Józefa Cyrankiewicza pytając go, co zamierza zrobić dla ustalenia winnych brutalności milicji i powściągnięcia represji oraz jak zamierza odpowiedzieć na postulaty protestujących dotyczące demokratyzacji i zmiany polityki kulturalnej. Jedyną odpowiedzią był brutalny atak na posłów katolickich podczas posiedzenia sejmu miesiąc później.

Prymas jednoznacznie poparł zaatakowanych, mimo że do koła „Znak” odnosił się z (odwzajemnianą) rezerwą. Do Jerzego Zawieyskiego napisał w liście: „Twoje wystąpienie w Sejmie było czynem niemal Reytanowskim na tle obłędnego tańca . Śmiech pierwszego sekretarza w momencie Twojej Obrony Człowieka był wyrazem tragizmu człowieczeństwa w Polsce… Mówiłeś nie tylko Ty sam – mówił naród, który chce być wolnym…”. Prymas Wyszyński wsparł też listem Stefana Kisielewskiego, który za użycie na zebraniu Związku Literatów Polskich określenia „dyktatura ciemniaków” został pobity przez tzw. nieznanych sprawców, czyli po prostu SB.

Nie wyręczać polityków

Biskupom bardzo zależało na tym, by nie dać się wykorzystać w wewnętrznej rozgrywce w aparacie władzy. Prymas i pozostali biskupi bardzo starannie ważyli słowa ( i gesty), by ich głos nie mógł być odebrany jako wsparcie którejkolwiek z walczących stron. „Musimy mieć dużo spokoju, by utrzymać się w równowadze. Nie możemy działać pod wpływem gorączkowych sugestii, nie możemy opowiadać się za tą czy inną frakcją Spieszyć się z jakimś znakiem zaufania wobec X+Y nieznanych byłoby rzeczą ryzykowną. Episkopat musi być wolny w podejmowaniu decyzji od subiektywizmu i namiętności doradców” – mówił jednoznacznie prymas 19 kwietnia, na posiedzeniu Komisji Głównej Episkopatu. Inni biskupi byli zresztą tego samego zdania.

Najwyraźniej nie zrozumiał tego Jerzy Zawieyski, który na początku kwietnia, jeszcze nie wiedząc, co władze szykują posłom „Znaku”, prosił prymasa, by ten wsparł Gomułkę, ni mniej ni więcej, tylko zapraszając do Polski Pawła VI! Gdy spotkał się z odmową, zaproponował prymasowi spotkanie z I sekretarzem. Kardynał, który ostatni raz rozmawiał z nim w 1963 r., uznał, że wobec walk wewnętrznych w partii takie spotkanie oznaczałoby wsparcie Gomułki w bieżącej walce, czego czynić nie zamierzał. Z tych samych powodów równie krytycznie potraktował prymas pomysł byłego działacza Stronnictwa Pracy Kazimierza Studentowicza, apelującego, by bardziej zaangażował się w życie polityczne. Prymas stwierdził, że nie zamierza wyręczać polityków – ani komunistycznych, ani katolickich, a Ojczyźnie najlepiej służy jako kapłan i biskup.

Antysemityzm sprawą PZPR, ale…

Prymas Wyszyński i pozostali biskupi zgodnie uważali antysemicką nagonkę za element wewnątrzpartyjnej rozgrywki. Wiadomo było też, że wśród atakowanych osób pochodzenia żydowskiego byli także działacze, którzy jak najgorzej zapisali się w pamięci Polaków w okresie stalinizmu, także zwalczając Kościół. Biskupi obawiali się też, że ich ewentualne wystąpienie przeciwko antysemityzmowi może zostać zmanipulowane przez władze.

Początek kampanii antysemickiej nastąpił w czasie Wojny Sześciodniowej w czerwcu 1967, gdy Izrael pokonał wspierane przez ZSRS państwa arabskie. Wtedy cały blok sowiecki gwałtownie zaatakował Izrael. I choć – jak dziś wiemy, a co wcale nie było wtedy oczywiste – kampania antysemicka była pomysłem komunistów polskich, to jednak sygnał do krytyki Izraela wyszedł z Moskwy, wcześniej popierającej państwo żydowskie. To także z pewnością powstrzymywało biskupów przed wypowiadaniem się na tematy żydowskie. Sam prymas wielokrotnie wyrażał poparcie dla państwa Izrael.

Na decyzję o tym, by w oficjalnych dokumentach pominąć milczeniem kwestię marcowego antysemityzmu, wpłynęło też przekonanie, że nie byłoby to dobrze przyjęte przez wiernych. „Społeczeństwo polskie na ogół jest przeciwko Żydom i to trzeba mieć przed oczyma” – stwierdził prymas Wyszyński podczas posiedzenia Komisji Głównej 27 czerwca.

W maju biskupi przyjęli komunikat dotyczący antysemityzmu, nie zdecydowali się jednak na jego publikację. Jeszcze 27 czerwca Komisja Główna zastanawiała się nad tym tekstem. Po dyskusji większością głosów (6 wobec 3 za publikacją) przyjęto wniosek kard. Wojtyły, że wobec zmieniającej się sytuacji komunikat powinien zostać przeredagowany. Ostatecznie nigdy nie ujrzał światła dziennego.

Jedynym – ale wielce znaczącym – publicznym wystąpieniem prymasa potępiającym antysemicką nagonkę było kazanie w warszawskiej katedrze w Wielki Czwartek 11 kwietnia. Poświęcił je miłości Boga i bliźniego, uznając jej brak za przyczynę ostatnich wydarzeń, w tym napaści na posłów „Znaku”. Prymas stwierdził dramatycznie: „w tej chwili jesteśmy świadkami tak bolesnych przeżyć i widowiska, że serce wprost kurczy się z bólu, gdy na to wszystko patrzy i gdy się tego słucha… Wydaje się, jak gdyby dla pewnej kategorii ludzi zabrakło w Polsce miłości i prawa do serca”. Wzywając wiernych, by obronili swe serca przed kłamstwem i nienawiścią oraz bronili prawa do prawdy, miłości, szacunku, sprawiedliwości, jedności i pokoju, stwierdził kategorycznie: „Tylko to nas uratuje! Nic innego nie da nam ratunku, tylko rzetelne uznanie prawa miłości dla wszystkich w naszej Ojczyźnie”.

„To może ja jestem winien, biskup Warszawy – mówił dramatycznie prymas – bom niedostatecznie mówił o obowiązku miłości i miłowaniu – i to wszystkich, bez względu na mowę, język i rasę, aby na nas nie padł potworny cień jakiegoś odnowionego rasizmu, w imię którego bronimy naszej kultury. Kulturę naszą obronimy tylko przez prawo miłości”.

Słowa o „rasie” i „rasizmie”, odnoszące się wprost do antysemickiej nagonki, zniknęły z publikowanego (już w wolnej Polsce) tekstu. Autentyczny tekst niedawno odkryła biografka prymasa, dr Ewa Czaczkowska, jednoznacznie rozstrzygając, która z kilku krążących wersji tej wypowiedzi jest prawdziwa – okazało się, że ta najmocniej brzmiąca.

Pokłosie bliższe i dalsze

Generalną odpowiedzią na wydarzenia Marca 1968 stał się list episkopatu z 3 maja. Biskupi wystąpili w nim w obronie pluralizmu. Jednoznacznie zażądali „dopuszczenia wszystkich członków narodu i obywateli państwa do kształcenia wspólnego dobra wedle uzasadnionych przekonań i w oparciu o własne sumienie”. Nikt nie może być zniesławiany ze względu na odmienność przekonań. „Doszukiwanie się wrogów w ludziach dlatego tylko, że dobra narodu pragną wedle swoich odmiennych przekonań, nie służy moralności społecznej” – stwierdzili kategorycznie. Odnosząc się do napaści na posłów „Znaku” stwierdzili, że przedstawicielstwo narodu podporządkowane jednej grupie traci swój sens, a społeczeństwo nie ma wówczas możliwości kształtowania życia zbiorowego. Nie pominęli też apelu o wolność nauki i mediów. Wystąpili w obronie dialogu, także wierzących i niewierzących. „Tylko taki wnikliwy dialog służy prawdziwemu postępowi w duchu poszanowania dla prawdy, a równocześni dla osoby ludzkiej, której godność wyraża się stosunkiem do wolności i prawdy” – przypomnieli biskupi nauczanie Kościoła. Jak „dialog” wyobrażała sobie komunistyczna władza – dobitnie świadczą losy wszystkich, których uznała wówczas za wrogów.

W tekście znalazło się stanowcze odrzucenie pojawiających się na Zachodzie oskarżeń Polaków o antysemityzm, a zwłaszcza o przypisywanie winy za Zagładę. „Jest to straszliwa krzywda moralna – pisali z widocznym oburzeniem biskupi – jeśli się zważy, że w obozach tych poniosły śmierć miliony Polaków. Przez pamięć o tych naszych rodakach, a także w oparciu o wszystkie dowody miłości bliźniego, jakie w okresie okupacji Polacy wyświadczyli prześladowanym Żydom, domagamy się zaprzestania tej kłamliwej i krzywdzącej propagandy oraz jej prowokowania”.

W dalszej perspektywie odpowiedzią na Marzec stał się ogłoszony 15 września list episkopatu w związku z przypadającą 11 listopada pięćdziesiątą rocznicą odzyskania niepodległości. Jego pierwszy projekt, nad którym biskupi dyskutowali w maju, został przez nich skrytykowany za to, że „zawiera mało elementów duchowo-moralnych. Nie uwydatnia pogwałconego moralnego prawa do wolności”. W wersji ostatecznej biskupi stwierdzili, że „wolność jest podstawowym darem Bożym dla każdego człowieka”, a także „niezbędnym warunkiem rozwoju narodu, zarówno pod względem duchowym jak i materialnym”. Trudno nie widzieć w tym jednoznacznego odniesienia do wolnościowych postulatów Marca, podjętych jednak we właściwej Kościołowi dalekosiężnej, przekraczającej bieżący kontekst perspektywie.

Jak zauważa dr Rafał Łatka, długofalowym pokłosiem Marca była decyzja Episkopatu o wzmożeniu pracy z młodzieżą, co zaowocowało rozwojem duszpasterstw akademickich, które odegrały tak ogromną rolę w formacji młodej inteligencji i stały się nieodłącznym elementem pejzażu Kościoła w Polsce.

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pamiętniki z Powstania Styczniowego, Ludomira Grzybowskiego

2020-01-22 14:52

[ TEMATY ]

historia

Powstanie Styczniowe

Archiwum rodzinne

Ludomir Grzybowski

…”Kiedy w roku 1861 rozpoczęły się manifestacje, byłem aplikantem sądowym w sądzie poprawczym. Podmuch do wspomnianych manifestacji, a w następstwie i zaburzeń w Polsce, przyszedł z zagranicy, o ile wiem, z Anglii.

Nie bawiłem się nigdy dyplomacją, więc nie znam powodów, jakie skłoniły Anglię do podniecenia umysłów, wzbudzenia nadziei, słowem do obudzenia patriotyzmu w narodzie (któren co prawda był uśpiony), a tym samym do wywołania zaburzeń wewnątrz państwa rosyjskiego; to tylko pewne, że tak było.

Na prowincji rozpoczęły się manifestacje śpiewaniem pieśni patriotycznych, jak: „Boże coś Polskę”, „Z dymem pożaru” itp., po kościołach, pod figurami, krzyżami etc. Następnie sprawieniem chorągwi do kościołów z godłami: Orła Białego w czerwonym polu, Pogoni w niebieskim. Dalej ubiorami polskimi, mianowicie czamarkami, konfederatkami, żupanami, a niekiedy i kontuszami. W końcu urządzano procesje na odpusta, z chorągwiami, obrazami pod przewodnictwem księży i z pieniem pieśni patriotycznych, do których to procesji należała tak zwana wyższa sfera. Było w tych pielgrzymkach odrobinę nabożeństwa a dużo profanacji, bo szli tacy, którzy w zwykłych warunkach nie byliby się chcieli pokazać, wobec zaś prądu patriotycznego wychodzili pierwsi, aby byli widziani, śpiewali najgłośniej aby byli słyszani, grozili najbardziej aby ich miano z najodważniejszych. Każden chciał się odznaczyć bo była pora ku temu, bo nikt za to nic nie mówił bo nikogo do żadnej odpowiedzialności nie pociągano.

W Warszawie zaś, zgromadzał się naród przed figurami świętych, statuami Matki Boskiej, na ulicach: Leszno, krakowskie Przedmieście, Stare Miasto i tam śpiewy i modły odprawiał…

Był naówczas namiestnikiem w Królestwie Polskim

z rezydencją w Warszawie książe Gorczakow i czy te obawy uważał za nic nieznaczące, czy traktował to jako zabawkę dziecinną, czy wreszcie z rozmysłem działając patrzał przez szpary aby późniejsze następstwa jakie zarządził były usprawiedliwione, dość że policja przeszkód żądnych nie czyniła. To pobłażanie władzy poczytał lud za obawę i dowód jej słabości, a podżegacze zapewniali zwycięstwo nad wojskiem niedostatecznym do zwalczenia ludności Warszawy. Jawnie więc zapowiedziano, że w dniu 25 lutego obchodzić będą rocznicę bitwy pod Grochowem. Władza zamiast zapobiec temu zbiegowisku, Rynek Starego Miasta, gdzie zapowiedziany był obchód, poleciła uprzątnąć ze wszystkich na nich będących straganów, zamieść i oczyścić. W oznaczonym dniu tj. 25 lutego z rana kilkaset osób wyszło na Pola Grochowskie i odśpiewawszy kilka pieśni narodowych spokojnie wrócili do miasta. Następnie przed wieczorem zebrały się tłumy naprzód na Rynek Starego Miasta a potem do kościoła Ducha Świętego. Po nabożeństwie wyszli procesjonalnie z pochodniami i chorągwiami o barwach narodowych, zamierzając przejść Krakowskie Przedmieście do kościoła Św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Lecz pochód ten został wstrzymany przez wojsko, przy czym doszło do krwawego starcia, bo dużo osób było mniej lub więcej rannych. Jeszcze przed manifestacjami za zezwoleniem Rządu utworzone było Towarzystwo Rolnicze, w skład którego wchodzili obywatele ziemscy a prezesem tego Towarzystwa był hr. Andrzej Zamoyski. W skutkiem zatrważających pogłosek, jakie rozeszły się po mieście, Andrzej hr. Zamoyski na czele zebranej deputacji udał się do Księcia Gorczakowa z przedstawieniem względniejszego obchodzenia się z rozgoryczonym ludem. Księże Gorczakow zaręczał, że nikt życia w tym starciu nie stracił i że nie będzie mściwym ale żadnych ustępstw nie myśli robić zbuntowanemu ludowi. Lecz nie dotrzymał obietnicy, bo w dwa dni potem oddał władze bezbronnemu ludowi a stało się to w sposób następujący.

Dnia 27 lutego w kościele oo. Karmelitów na Lesznie

pod pozorem pomodlenia się za poległych w starciu, o jakim wyżej była mowa, zebrała się masa różnorodnego ludu. Po modlitwie wyszli z kościoła i uszykowawszy się w czwórki, bez księży i śpiewów, ruszyli z zamiarem przejścia ulicą Długą na Krakowskie Przedmieście do Pałacu Namiestnikowskiego gdzie Towarzystwo Rolnicze odbywało swe posiedzenia, aby się z obradującymi połączyć. Książe Gorczakow wydał rozkaz, aby wojsko tj. kozacy i piechota zaczaili się kolo zamku i uderzyli na tłum przy wejściu ze Starego Miasta. Wtedy to nastąpiło groźniejsze od pierwszego starcie, bo kozacy bili i kaleczyli naród, a piechota sobą zagrodziła przejście przed gmachem dobroczynności. Lud bronił się , czym kto mógł, laskami, parasolkami a w końcu kamieniami. Piechota dała ognia z karabinów i położyła trupem pięciu. Po tej krwawej scenie tłumy rozbiegły się na wszystkie strony a wojsko zajęło stanowisko przed pałacem namiestnikowskim, aby nie dopuścić połączenia się z ludem obradującym członkom Towarzystwa Rolniczego. Lud porwał ciała pięciu poległych, nosił po ulicach i przeklinał zabójców, poprzysięgając zemstę. Książe namiestnik widząc, że głupstwo się stało, nie wiadomo, czy ze strachu wobec oznajmienia delegacji, dość groźnego, że lud zbroi się w noże i siekiery, czy dla braku dostatecznej, jak utrzymywano, załogi wojskowej, czy jak głoszono wskutek telegraficznego rozkazu z Petersburga, dość że nazajutrz po dniu niewinna krwią naznaczonym książe Gorczakow wydał proklamację do mieszkańców Warszawy, że policmajster, który w dniu 25 lutego napadł na lud, otrzymał dymisję, a jenerał, który w dniu 27 lutego nakazał strzelać do ludu, oddany pod sąd. Przy tym udziela pozwolenia pogrzebu poległych z tym, aby utworzyć straż obywatelską i z uczni szkół publicznych dla utrzymania w mieście porządku, bo ani policja, ani wojsko do czasu ukończenia pogrzebu nie pokaże się na ulicach.

Takim sposobem książe Gorczakow zrzekł się władzy, a obywatele tak miejscy, jak wiejscy oraz studenci jako konstable utrzymywali porządek.

Kiedy Wielki Książe Konstanty

przybył wraz z żoną na mieszkanie do Warszawy, nie był ani witany, ani przyjmowany tak jak powinno było być, wobec przybywającego nadawcy czy wskrzesiciela praw i swobód narodowych, bo Polacy już marzyli o czym innym, bo pragnęli zmiany panującego, bo chcieli mieć na tronie nie Moskala ale Polaka, bo chcieli mieć Polskę i Litwę i wszystkie kraje, jak za czasów Jagiełły. A że tego od razu stosowanie do życzenia nie otrzymali, więc utworzył się Rząd Narodowy, który wydawał proklamacje, rozporządzenia itp. Między innymi polecał odbierać od wszystkich dobrze myślących polaków przysięgę, która była bardzo krepująca, bo wymagała ślepego posłuszeństwa Rządowi Narodowemu, bo nie wykonanie jakiego bądź rozkazu, choćby on w własnym przekonaniu był zbrodnią, stanowiło złamanie przysięgi. Takie stawał się już krzywoprzysięzcą i mógł być skazany na karę śmierci. Przysięgający obowiązany był na każde wezwane Rządu Narodowego stawić się w miejsce oznaczone i stosownie do okoliczności chwycić za bron i walczyć do ostatniej kropli krwi, aż się wroga wytępi, czy tez iść inną drogą, tj. podstępem, chytrością etc., etc. I wobec rozbudzonych, roznamiętnionych uczuć narodowych, ile wiem, młodzież przysięgę wykonywała i gotowa była na każde skinienie iść na ofiarę, bo tego Rząd Narodowy wymagał.

Kto był ten Rząd Narodowy, gdzie jego siedlisko, kto wchodził w skład jego, czy odbywały się jakie gremialne posiedzenia, wspólne narady, czy tylko członkowie tego Rządu Narodowego, każden na swoją rękę, wedle swego widzimisię wydawał rozkazy i rozporządzenia, nic i nikomu nie było wiadomym. Przyłożona pieczęć z wyobrażeniem Orła Białego w czerwonym polu i Pogoni w niebieskim, z napisem: ”Rząd Narodowy”, stanowiło wszystko. A kto odebrawszy jaki bądź rozkaz z takim godłem takowego co do litery nie wykonał, już był zakwalifikowany na karę śmierci. I byli tak zwani sztyletnicy, którzy takie wyroki Rządu Narodowego wykonywali. Były znów losowania i na kogo padł taki los, bez względu na to co go czeka, musiał spełnić rozkaz, bo inaczej byłby zasztyletowany. Taki właśnie los spadł na niejakiego Jaroszyńskiego, aby zabił Wielkiego Księcia Konstantego.

Wielcy Księstwo Konstantowie

byli względnie sympatycznie usposobieni do Polaków. Chcieli zdaje się nawzajem, aby i Polacy opłacali się sympatią. Aby dać dowód jednoczenia się z Polakami, kiedy narodził im się syn w Warszawie, nadano mu imię Wacław. Chodzili i jeździli bez konwoju i straży, dając dowód ufności do Polaków. Ale to wszystko nic nie znaczyło, bo Polacy nie chcieli widzieć Moskala panującym i postanowili wszystkich wytępić. Otóż pewnego dnia, kiedy Wielki Książe wyszedł wraz z żoną, aby wsiąść do pojazdu, ów wylosowany Jaroszyński strzelił do niego z rewolweru. Kula utkwiła w szlifie, nie czyniąc żadnego obrażenia ciała. Jaroszyński został pojmany i osądzony jako królobójca na powieszenie. Strzelano również i do margrabiego, lecz margrabia po pierwszym chybionym strzale laską kilka razy uderzył owego śmiałka i ten ze strachu czy z bólu stracił tak przytomność, że więcej nie strzelał i policja go ujęła.

Po tych faktach Margrabia Wielopolski zarządził pobór do wojska(rozumie się ruskiego) wszystkich młodych ludzi, w mniemaniu zapewnie, że tym sposobem przetnie wszystkie wybryki. Z obawy, aby i mnie nie wzięli, wyjechałem na wieś do znajomych. W parę dni przyszła wiadomość, że Rząd Narodowy, przeciwdziałając rządowi ruskiemu, wydał rozkaz, aby wszyscy młodzi ludzie chwycili za bron i stanęli do walki przeciw wrogom. Niestety, cóż to za broń, trochę dubeltówek i kos, a co za żołnierze? Trochę urzędników, trochę uczni ze szkół, trochę szlachty, którzy pozabierali za sobą ekonomów, lokai i stangretów. A tu armia ruska wyćwiczona, umontowana, z zapewnieniem przebywania wszędzie, gdzie się podobało, czy po miastach, czy po wsiach, opatrzeni w odzież, żywność etc, etc. A Polacy nigdzie punktu oparcia, nigdzie miejsca swobodnego do jakiegoś zorganizowania się, bo niby w swoim kraju ale gorzej wychodziło jakby na obczyźnie, bo tu każden chłop był wróg i nie rzadko chłopi łapali powstańców i oddawali w ręce Moskali, a ile namnożyło się szpiegów, donosicieli etc. Wszystko to bowiem szło do przewagi, do siły, słowem, do mocniejszego.

Więc tedy wybuchło powstanie i były dwa rządy: ruski i tzw. Rząd Narodowy Polski, i obydwa wydawały rozporządzenia, rozumie się wprost sobie sprzeczne. Urzędnicy odbierali rozkazy od Rządu Narodowego z poleceniem wykonania takowych pod karą śmierci. Od rządu zaś ruskiego przeciwnie, z zagrożeniem dymisji i odpowiedzialności osobistej. I tak na przykład Rząd Narodowy wydał i rozesłał do wszystkich naczelników powiatu rozporządzenie, aby nakazali młodym ludziom zdolnym do noszenia broni stawić się do wojska polskiego formującego się w danym miejscu. Więc niektórzy naczelnicy przed odebraniem przeciwnego polecenia rządu ruskiego wydali do wójtów gmin w myśl tego odpowiednie rozkazy. Czytałem taki w oryginale okólnik naczelnika powiatu stepnickiego, aby „wszyscy młodzi ludzie chwycili za broń i stawili się pod sztandary polskie”.

Małogoszcz, licha bardzo mieścina, starodawnego typu budynki, przeważnie drewniane, zamieszkane przez mieszczan-rolników, a częścią i Żydów. Otoczone ze wszystkich stron lasami i górami. Samo zaś miasteczko rozpołożone w dolinie. Przybyliśmy w sobotę witani uroczyście, bo wyszła naprzeciw nam procesja z chorągwiami, obrazami. Księża na czele i mnóstwo ludu. Wprowadzeni tak do miasteczka rozlokowaliśmy się po domach, a Langiewicz ze sztabem zajął kwaterę na plebanii… Tam staliśmy dni kilka, nikt nas nie niepokoił. Odbywaliśmy musztry i ćwiczenia. Było nas tedy w Małogoszczu około pięciu tysięcy, zresztą sądzę, że nikt tego dokładnie nie wiedział, bo nie było godziny, aby bądź mniejsze oddziały, bądź pojedynczo nie przybywali. Nareszcie po tygodniowym postoju oznajmiono nam, że nazajutrz będzie bitwa, bo Moskale się zbliżają. Jakoż z rana zaczęto nas rozprowadzać na pozycje, ale tylkośmy wyszli z miasta, dały się słyszeć za nami strzały karabinów… Cały batalion nasz był uzbrojony w dubeltówki, które w najlepszym razie mogły szkodzić przeciwnikowi na 150 do 200 kroków. Moskale stali od nas na jakie 1500 do 2000 kroków, bo widzieliśmy ich i przedstawiali się oczom naszym jak jakieś punkciki małe i z tych punkcików wylatywało trochę dymu, a potem huk. Kule zaś ich karabinów nie tylko dochodziły do nas, ale przenosiły poza nasze pozycje… Stałem frontem zwrócony do nieprzyjaciela czekając na sposobność wystrzelenia choćby z jednej z lufy, kiedy naraz tak silnie zostałem w piersi uderzony, że zachwiałem się i na wznak upadłem. Doznałem takiego w całym ciele wstrząśnienia, że byłem pewny, iż kula przeszyła mnie na wylot, bo jednocześnie doznałem bólu w piersiach i krzyżu; ponieważ mimo to przytomności nie straciłem, począłem ręką po krzyżu szukać, czy nie ma otworu, którym by kula wyszła, a nieznalazłszy żadnej skazy w surducie podniosłem się, a trakcie też tym rozpoczął się odwrót vel rejterada. Przeszliśmy przez las, przez rzeczkę koło młyna „Bocheniec” zwanego i wydostali się na łąki i pola. Tuz za nami, jak spod ziemi wyrośli, zjawili się dragoni ruscy i poczęli rozwijać front, sposobią się widocznie do szarży…

Siedziałem w tej Rudzie Promnickiej jak mysz w pudle, a chociaż jeszcze o ruchach wojsk ruskich wiadomość od dworu do dworu nadchodziła, więc jak tylko dano znać, wynosiłem się w las i tam czasami całe dnie, a niekiedy i noce, przebywałem. Nie zawsze jednak mogli zdążyć wysłać ostrzeżenie, a czasami posłańcy byli chwytani, wtedy znienacka Moskale nadchodzili...Prawdopodobnie w tym razie tak się też stało, że jednej nocy rozbudzony hałasem i niezwykłym ruchem koło dworu, zerwałem się, a wyjrzawszy oknem, zobaczyłem cały dom dookoła otoczony wojskiem... Otworzono drzwi i wszedł oficer od piechoty z kilkoma żołnierzami. Zrobili rewizje w pokoju, a mnie kazano wstać, ubrać się, mówiąc, że jestem aresztowany…

Ledwieśmy się rozejrzeli po tym niby odwachu, a właściwie kozie, gdzie złodziei i włóczęgów trzymali, przyszedł oficer dyżurny z dwoma żołnierzami i zapytał: „Któren to Pan Grzybowski?”, a gdym się odezwał, mówi: ”Proszę do jenerała”. Poszedłem pod eskortą na pierwsze piętro i tam mnie wprowadzili do gabinetu. Oficer żołnierzy zostawił ze mną, a sam wyszedł. Niezadługo słyszę ostrogi i wszedł pan jenerał. Usiadł na fotelu i zwyczajnym głosem zaczął wypytywać, gdzie byłem, w których oddziałach, w jakich bitwach, jaka była organizacja: „Wszystko tu jest zapisane i tyś dawno powinien być jeśli nie na szubienicy, to na Syberii”. Na wszystko odpowiadałem i na każde pytanie wymijająco. W końcu mówię: „jako Polak musiałem i powinienem był iść walczyć, inaczej wszyscy by mną pogardzali, tak jak ja sam sobą. Powinien ekscelencja uwzględnić, bo inaczej zrobić nie mogłem”…

Jednego razu przyjechał zwierzchnik jenerała Czengierego, jenerał Bellegarde, wieszatiel, drugi tom Murawiewa, tylko w mniejszym stopniu, ale także dużo ludzi wyprawił na tamten świat. Otóż ten wieszatiel wraz z Czengierym i ze świtą zwiedzał więzienie i do każdego numeru zachodził. Zjawili się i u mnie. Tego dnia na obiad przynieśli mi na misce kapuśniak, a w nim kawałek mięsa nadzianego na patyk. Nie mogłem jeść, więc nietknięte stało, kiedy weszli, pierwszy Bellegarde, za nim Czengiery itd. Bellegarde podszedł do miski, zaczął mieszać łyżką i pyta po niemiecku: „Was is das?”. Nie ma odpowiedzi. Zwrócił się do Czengierego z zapytaniem: „Szto, eto Niemiec?”. Tamten odpowiada: ”Niet, Polak”. „A za szto on siedit?”. Czengiery mu recytuje: „Był snaczała w bandie, posle zanimałsja unistom knig narodnonasilenia, a na koniec ostał kakim-to komisarom ichnaho rządu”. Po takiej rekomendacji struchlałem i nic nie mówiłem. Bellegarde wpatrzył się we mnie i mówi: „A wy szto na eto?”. Powiadam: „Byłem w powstaniu, ale żądnym komisarzem ani żadnym urzędnikiem nie byłem”. Bellegarde mówi: ”Ja by wam sowiet prawdu gawarit”. Odwrócił się i poszli wszyscy…

Po pięciu miesiącach siedzenia w „sekretnym” kazali mnie ponownie odstawić do komisji śledczej, w której rezydował pułkownik Sorniew, kilku innych oficerów, a jako asesor prowadzący badanie był porucznik Kuliczkowski…. cdn.

CZYTAJ DALEJ

Dlaczego chrzcimy dzieci, a nie dorosłych?

2020-01-08 08:08

Niedziela Ogólnopolska 2/2020, str. 11

[ TEMATY ]

chrzest

Internet

Chrzest jest najpiękniejszym darem, dlaczego więc pozbawiać go dzieci? Dlaczego krępować działanie Ducha Świętego w ich sercach i umysłach?

Kto naprawdę wierzy w skutki sakramentu, ten wie, że chrzest sprawia, iż stajemy się dziećmi Bożymi, otrzymujemy Ducha Świętego i zostajemy włączeni do Kościoła, w którym z czasem możemy przyjąć kolejne sakramenty. Skoro – w myśl słów św. Grzegorza z Nazjanzu – chrzest jest najpiękniejszym darem, dlaczego pozbawiać go dzieci? Dlaczego krępować działanie Ducha Świętego w ich sercach i umysłach? To przecież dzięki Niemu będą mogły kiedyś świadomym aktem wiary przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela, bo „chrzest dzieci domaga się katechumenatu pochrzcielnego” (Katechizm Kościoła Katolickiego, 1231). Ziarno wiary jest łaską, a ta może być przyjęta, jeśli spadnie na właściwie przygotowany grunt.

Duch Święty działający w duszy dziecka może je łatwiej przygotować na świadome przyjęcie wiary w wieku dojrzałym.

Jasne świadectwa tego, że chrztu udzielano dzieciom pochodzą z II wieku. Czy mogło tak być wcześniej? Wszystko na to wskazuje.

Biblijnych argumentów za chrztem dzieci jest kilka. W starożytności pod pojęciem „dom” rozumiano nie tylko wszystkich członków rodziny, w tym dzieci i niemowlęta, ale nawet sługi i niewolników (Dz 11, 14). Gdy Korneliusz wraz z całym domem przyjął chrzest, oznacza to także chrzest dzieci (Dz 10, 47-48). Wraz z całym domem chrzest przyjęli niejaka Lidia w Filippi (Dz 16, 15), strażnik więzienia, w którym przetrzymywani byli Paweł i Sylas (Dz 16, 33), Tycjusz Justus, przełożony synagogi w Koryncie (Dz 18, 8) czy Stefanas, mieszkający w tym samym mieście (1 Kor 1, 16). Trudno przypuścić, aby w żadnym z tych „domów” przyjmujących chrzest nie było ani jednego dziecka.

Z czasem, gdy Kościół się rozwijał, praktyka udzielania chrztu niemowlętom upowszechniała się coraz bardziej. Chrześcijanie odwoływali się do słów Jezusa: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże” (Mk 10, 14).

Już w dniu Pięćdziesiątnicy, gdy po raz pierwszy Piotr głosił najpiękniejszą wieść o zbawieniu, dodał: „Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych” (Dz 2, 39).

Inny argument za chrztem niemowląt wynika z faktu, że Jezus był Żydem i nauczał wśród Żydów, a ci przecież obrzezywali niemowlęta. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego Jezus – Żyd miałby zmieniać ten zwyczaj inicjacji niemowląt, który wywodzi się z Jego własnej religii, i nakazywać przyjmowanie do Kościoła tylko dorosłych. To raczej nieprawdopodobne. Gdyby takie było Jego pragnienie, z pewnością znalazłoby ono wyraz w Ewangelii.

Jest także bardziej egzystencjalny argument za chrztem dzieci. Bardzo poruszyło mnie świadectwo egzorcysty, który wiele lat spędził w Afryce. Zdarzało się, że dwie rodziny pokłóciły się ze sobą. Członkowie jednej z nich szli do czarownika, by ten rzucił urok lub przekleństwo na wrogów. Gdy urok padał na rodzinę chrześcijańską, dzieci nigdy nie doznawały uszczerbku. Jeśli czary skierowane były przeciw rodzinie pogańskiej, dzieci często zapadały na trudne do zdiagnozowania słabości. „Nie potrzeba mi innych dowodów, że chrzest dzieci jest potrzebny” – mówił egzorcysta. „Dziecko ochrzczone nie jest w stanie popełnić grzechu śmiertelnego, gdyż nie ma jeszcze pełnej świadomości winy. To oznacza, że od chwili chrztu zawsze mieszka w nim Duch Święty. I dlatego rzucane uroki nie mają żadnej mocy”. I dodawał: „Kłopot zaczyna się wtedy, gdy ktoś ochrzczony zrywa z Duchem Świętym przez grzech śmiertelny. Wówczas naraża się na działanie złego”.

Odmowa chrztu dzieciom nie ma egzystencjalnego uzasadnienia. Czy osobom, które rodzą się niepełnosprawne umysłowo i nigdy nie dojdą do świadomego przeżywania wiary, należy odmówić chrztu? Czy należy odmówić namaszczenia chorych osobom nieprzytomnym, nieświadomym, dotkniętym amnezją? Są przecież równie nieświadome jak dzieci. Czy posunięta miażdżyca jest podstawą do odmówienia Komunii św.? Oczywiście, że nie. Podobnie jest z sakramentem chrztu.

Nie jest więc tak, że chrztu nie udzielano niemowlętom w pierwotnym Kościele i protestanci przywrócili ten stan rzeczy, lecz odwrotnie – to właśnie niektóre wspólnoty protestanckie odeszły od praktyki udzielania chrztu dzieciom. Praktyki, która ma solidne podstawy biblijne i świadectwa nieprzerwanej Tradycji Kościoła.

CZYTAJ DALEJ

Beskidy: zmarł budowniczy górskiej kaplicy na Groniu Jana Pawła II

2020-01-23 21:09

[ TEMATY ]

Jan Paweł II

zmarły

Beskidy

kaplica

Wikipedia/Jerzy Opioła

Kaplica na Groniu Jana Pawła II

Nie żyje Stefan Jakubowski, inicjator budowy i opiekun kaplicy górskiej na Groniu Jana Pawła II w Beskidzie Małym.

23 stycznia br. zmarł Stefan Jakubowski, były działacz PTTK, inicjator budowy i opiekun kaplicy górskiej na Groniu Jana Pawła II w Beskidzie Małym. Przeżył 86 lat. Niemal przez całe życie starał się zachować pamięć o Janie Pawle II – miłośniku gór i pieszej turystyki. Beskidzkie „sanktuarium” gromadzi dziś rzesze pielgrzymów i turystów z Polski i zagranicy.

Stefan Jakubowski wraz z nieżyjącą już żoną Danutą jeszcze w latach 80. ub. wieku postanowili upamiętnić górskie miejsca związane obecnością Karola Wojtyły. W 1981 r. wspólnie z członkami Koła PTTK „Szarotka” zorganizowali pierwszy rajd „Szlakami Jana Pawła II”, który od 1990 r. ma swoją stałą metę na Groniu Jana Pawła II. Doprowadzili do zmiany nazwy tego sąsiadującego z Leskowcem szczytu nazywanego wcześniej Jaworzyną. W 2002 r. papież Polak wyraził zgodę na taką formę uhonorowania jego osoby, a w 2003 r. MSWiA wydało odpowiednie rozporządzenie i nowa nazwa mogła być oficjalnie stosowana. Państwo Jakubowscy wznieśli także kamienny krzyż poświęcony ludziom gór.

6 czerwca 1999 roku podczas pielgrzymki do Ojczyzny Jan Paweł II z helikoptera oglądał kaplicę na górze swojego imienia i grupę zebranych tam wiernych. Drugi przelot papieskiego śmigłowca odbył się 17 sierpnia 2002 roku. Ojciec Święty po uroczystościach w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach przeleciał nad rodzinną miejscowością, a potem, tym razem już przy słonecznej pogodzie, w obecności około tysiąca wiernych, śmigłowiec papieski okrążył szczyt beskidzki, a następnie poleciał w kierunku Babiej Góry.

Po śmierci papieża Jana Pawła II były radny powiatu wadowickiego zainicjował modlitwę i palenie górskich watr w Beskidach. Na Groniu trwała modlitwa w intencji kanonizacji Karola Wojtyły, a po wyniesieniu go na ołtarze dziękczyniono za świętość papieża Polaka. Po beatyfikacji Jana Pawła II, trafiły tu jego relikwie. Stefan Jakubowski otrzymał „Medal za zasługi dla Powiatu Wadowickiego”. W 2007 roku został laureatem Nagrody „Amicus Hominum”.

Był członkiem Związku Represjonowanych Politycznie Żołnierzy-Górników. W latach 50. trafił na 3 lata pracy w kopalniach, bo poszedł z harcerzami na pochód trzeciomajowy. Za karę pracował w kopalni w Brzeszczach, potem w kopalni „Stalin” w Sosnowcu, a następnie w „Bolesławie Śmiałym” w Łaziskach Górnych. „Nie miałem nic do powiedzenia. Harowaliśmy jak woły” – wspominał w rozmowie z KAI i często tłumaczył, że jego kłopoty zdrowotne miały związek z niewolniczą pracą w kopalniach.

Groń Jana Pawła II w Beskidzie Małym to jedyny szczyt górski w Polsce noszący imię polskiego papieża. Wzniesienie liczy 890 metrów n.p.m. W kaplicy stoi m.in. fotel, na którym Jan Paweł II siedział podczas wizyty w Skoczowie w 1995 r., a także podarowane przez niego różańce. Nieopodal znajduje się Droga Krzyżowa z rzeźbionymi stacjami, kilka mniejszych kapliczek, dzwonnica i pomnik Jana Pawła II. Cyklicznie odprawiane są tu Msze św. dla różnych grup pielgrzymów i turystów. Dziś tutaj kończy się co roku także „Rajd Szlakami Jana Pawła II”.

Beskidzkie „sanktuarium” stanowi wotum za ocalenie papieża. Dlatego ma symboliczne wymiary – 13 na 5 metrów – nawiązujące do daty zamachu na życie Jana Pawła II (13 maja 1981). We wrześniu 1995 kaplicę poświęcił biskup bielsko-żywiecki Tadeusz Rakoczy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję