Reklama

Co NATO Trump?

2018-07-14 21:26

Tomasz Winiarski

Wikipedia

Jeżeli pod wpływem lewicowej propagandy rozsiewanej przez partię demokratyczną, ktoś spodziewał się jeszcze, że prezydent Trump będzie prowadził miękką politykę ustępstw wobec Rosji oraz wyprowadzi USA z Paktu Północnoatlantyckiego, to musi teraz poważnie zrewidować swoje poglądy. Tegoroczny szczyt NATO w Brukseli to kolejny niepodważalny i wręcz bijący po oczach dowód na to, że Stany Zjednoczone pozostają krajem, który zamierza bronić Europy Zachodniej m.in. przed zakusami Putina. Krajem, który chce silnego sojuszu NATO, ale opartego na wzajemnym poszanowaniu przejawiającym się uczciwym wypełnianiem sojuszniczych zobowiązań przez wszystkich sygnatariuszu paktu. Do tej pory był z tym poważny problem i to się amerykańskiej administracji na serio przestało podobać.

Zgodnie z wcześniejszymi przewidywaniami spotkanie przywódców państw członkowskich Paktu Północnoatlantyckiego nie przebiegało w atmosferze sielanki i wzajemnego poklepywania się po plecach. Trudno jednak o sielankę i wzajemne komplementy w sytuacji, w której najbogatsze kraje Sojuszu jak np. Niemcy, mimo zobowiązań natowski podpisanych na szczycie w Walii w 2014, wciąż odmawiają zwiększenia swoich wydatków na obronność, tak by w 2024 roku osiągnęły one wymagane 2 proc. PKB. Prezydent Trump przyjechał do Brukseli z jasnym i oczywistym przesłaniem: Stany Zjednoczone zbyt długo w osamotnieniu ponosiły ogromne koszty związane z zapewnieniem Europie bezpieczeństwa, przy niewystarczającym wsparciu ze strony swoich sojuszników ze Starego Kontynentu.

Reklama

Europa Zachodnia ma jednak poważny problem ze słowem Solidarność i nie chodzi tu już tylko o niewystarczające finansowanie natowskich sił zbrojnych. Prezydent Donald Trump już na samym początku zrugał niemiecką kanclerz Angelę Merkel za zaangażowanie Berlina w skandaliczny zadaniem Amerykanów projekt rurociągów Nord Stream I oraz II. To kolejny przykład złamania przez naszego zachodniego sąsiada europejskiej solidarności, o której tak dużo lubi się mówić na zachodzie i południu Europy, gdy chodzi o kryzys migracyjny i przymusową relokację uchodźców. Dziwnym trafem w kwestiach gazociągu z Rosji zasada solidarności przestaje nagle obowiązywać… Donald Trump nie omieszkał wymienić naszego kraju, jako pozytywnego przykładu w kontekście wydatków na obronność oraz sprzeciwu Warszawy wobec uzależniania Europy od rosyjskiego gazu. Stany Zjednoczone po raz kolejny udowodniły zatem, że są wiarygodnym sojusznikiem krajów takich, jak Polska dla których rurociągi Nord Stream stanowią ogromne zagrożenie. Donald Trump ma również rację wtedy, gdy mówi o niedopuszczalnym poziomie uzależnienie Niemiec, a więc jednego z ważnych członków NATO, od importu energii z Rosji – głównego rywala Sojuszu Północnoatlantyckiego. Amerykański podatnik wykłada miliardy dolarów na finansowanie sił zbrojnych USA, które bronią m.in. Europy. W tym samym czasie Niemcy i kilka innych państw Starego Kontynentu nie dość, że nie płacą wystarczająco dużo na NATO, to jeszcze uzależniają się od rosyjskiego gazu, który stanowi przecież surowiec strategiczny, służący Moskwie do szantażowania krajów takich jak Polska. Na domiar złego niemiecka polityka kupowania gazu z Rosji zapewnia przecież miliardowe wpływy do kremlowskiego budżetu. Prezydent USA stwierdził wprost, że taka praktyka jest „nie do przyjęcia”, a sam Berlin określił mianem „totalnie kontrolowanego” przez Moskwę. Głównie z uwagi na silne, jego zdaniem dochodzące do 70 proc., uzależnienie energetyczne Niemiec od Rosji. Trump to nie ustępliwy i miękki Obama. Nie zamierza tolerować żerowania na amerykańskim podatniku. Europa Zachodnia powinna przestać krytykować prezydenta USA i zacząć go słuchać. Skorzystają na tym wszyscy poza Rosją, a wiec będzie to sukces wielowymiarowy i długofalowy. O to właśnie chodzi Donaldowi Trumpowi! Pijany Jean-Claude Juncker może tego nie dostrzegać, Europa musi jednak zacząć myśleć trzeźwo.

Tagi:
NATO Donald Trump

Prezydent Duda: Ten szczyt to sukces Sojuszu Północnoatlantyckiego

2019-12-04 19:17

wpolityce.pl

Ten szczyt to sukces NATO. (…) Można powiedzieć, że ten szczyt jest zwycięstwem Polski – powiedział prezydent Andrzej Duda podczas konferencji prasowej na koniec szczytu NATO w Londynie.

Krzysztof Sitkowski/KPRP

Wszystkie czarne scenariusze rozpadu NATO (…) okazały się nieprawdziwe. (…) Mówiono o imperializmie rosyjskim, o zagrożeniach terrorystycznych. (…) Bardzo mocno akcentowano zasadę 360 stopni, a więc tego, że Sojusz musi patrzeć wszędzie, wokół siebie i w związku z tym właśnie w taki sposób dookoła dbać o bezpieczeństwa wszystkich państw członkowskich (…) Bardzo istotny element dla nas to pełna zgoda na aktualizację planów kolektywnej obrony Polski - to było dla nas bardzo ważne, o tym się dużo mówiło, to jest tzw. GPR – tłumaczył prezydent.

Andrzej Duda spotkał się z prezydentem Turcji, Erdoganem. Mogę ujawnić, że także my włączyliśmy się w te negocjacje bardzo mocno. Moja rozmowa telefoniczna z panem prezydentem Turcji, panem prezydentem Erdoganem, gdzie właśnie mówiliśmy o tym, ja bardzo mówiłem, jak to jest potrzebne dla jedności Sojuszu Północnoatlantyckiego, ale także dla bezpieczeństwa naszej części Sojuszu Północnoatlantyckiego, czyli Polski i państw bałtyckich – powiedział Duda.

Bardzo się cieszymy, że wszyscy opuszczają szczyt NATO z zadowoleniem. Odnowienie zasad kolektywnej obrony, dostosowanie ich do obecnych realiów, jest realizowane i jest pełna zgoda sojuszu – dodał.

Głowa państwa polskiego rozmawiała również z Emmanuelem Macronem i Donaldem Trumpem.

Mieliśmy dzisiaj dłuższą rozmowę z prezydentem Donaldem Trumpem. (…) Mieliśmy dyskusję nt. przyszłości – mówił polski prezydent. To jest sukces NATO i to jest zwycięstwo Polski – dodał.

Pytany o to, czego oczekuje prezydent Turcji, Duda odpowiedział: Istotnym elementem dla pana Erdogana było to, że dużo mówiono o zagrożeniach dla Turcji. (…) Należy się spodziewać, że te tematy, jak oczekuje Turcja, wśród państw Sojuszu będą omawiane. Następnie poruszono sprawę stosunku państwo Sojuszu do Rosji. Nie ma wroga, żadnego wroga dzisiaj nie ma. NATO nikt nie atakuje. Wrogiem możemy być może nazwać podmioty o charakterze nie państwowym. (…) Nie możemy mówić o wrogu na poziomie międzypaństwowym — powiedział Duda.

Rosja to nasz sąsiad, z którym w wielu rzeczach się nie zgadzamy (…) i niektóre działania ze strony Rosji są nieakceptowalne. Ale nie ma mowy o wrogości – dodał.

Niestety Rosja przedsięwzięła takie zachowania w ostatnich latach. Mówię o inwazji na Gruzję, okupacji Krymu, Ukraina nie ma pełnej kontroli nad częścią swojego terytorium. (…) Rosja ma w tym swój udział. Chcemy by sytuacja była przywrócona do stanu poprzedniego. (…) Trzeba realizować politykę bezpieczeństwa i odstraszania, by pokazać, że kolejne próby działań imperialnych czy zaczepnych, spotkają się z odpowiedzią Sojuszu – mówił.

Nie wolno żadnego kraju w sposób bezwzględny izolować – stwierdził prezydent.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Skąd się wziął św. Mikołaj

Milena Kindziuk
Niedziela Ogólnopolska 49/2006, str. 22-23

Najczęściej widać go 6 grudnia. To dzień, który ma w sobie coś tajemniczego. Wtedy bowiem przychodzi do ludzi św. Mikołaj.

pl.wikipedia.org

Gdy zbliża się 6 grudnia, sklepy prześcigają się w ofertach. Właśnie wtedy jest mnóstwo promocji, a supermarkety zwiększają swoje zyski o sto procent albo więcej. Mikołajki obrastają coraz bardziej komercją i mało kto pamięta, skąd wzięła się tradycja wręczania upominków w tym dniu, i kim tak naprawdę był św. Mikołaj.
Zdaniem prof. Edmunda Wnuka-Lipińskiego, socjologa, wiąże się to przede wszystkim z rozwojem społeczeństwa konsumpcyjnego. Choć trzeba przyznać, że paradoksalnie, w niektórych regionach protestanckich aspekt religijny mikołajek jest bardziej widoczny. Zgodnie z tradycją, 6 grudnia ludzie zapalają tam w domach świecę, która jest znakiem adwentowego oczekiwania. Świeca ta pozostaje w domach do Wigilii Bożego Narodzenia.

Przeczytaj także: Litania do św. Mikołaja

Nie można jednak zaprzeczyć, że także w naszym kraju, chociaż narasta proces komercjalizacji mikołajek, obchody te mają aspekty pozytywne. Są świętem, które przypomina o najbliższych, prezenty są przecież dowodem pamięci o tych, którym chcemy sprawić przyjemność. Czy prezent musi być wielki? Wiemy, że nie w cenie tkwi jego wartość, ale w „trafieniu” i w szczerości, z jaką go wręczamy. Tani drobiazg dany ochoczo może nieraz bardziej ucieszyć niż drogocenny podarek. Bo jest dowodem miłości, świadczy o tym, że ktoś kogoś kocha, że o nim pamięta. I to właśnie jest istota podarunku. - Aby mieć tego świadomość, trzeba wrócić do źródeł i przypomnieć sobie, kim był św. Mikołaj. I pamiętać, że liturgiczne wspomnienie św. Mikołaja jest początkiem oczekiwania na najważniejsze wydarzenie, które przypada 24 grudnia - uważa prof. Wnuk-Lipiński.

Bardzo popularny święty

Choć o Mikołaju świadectwa są skąpe, nie ulega wątpliwości, że jest to postać historyczna. - Wiadomo, że był w IV wieku biskupem w Azji Mniejszej, w miasteczku Myra - wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz z UKSW, znawca pierwszych wieków chrześcijaństwa.

Najstarszy przekaz o Mikołaju głosi, że uratował on trzech niewinnie skazanych na śmierć rycerzy. Innym razem ocalił tonących żeglarzy. Zasłynął też z pomocy, jakiej udzielił ubogiemu mieszkańcowi miasta, którego córki nie mogły wyjść za mąż, gdyż nie było go stać na posag. Mikołaj podrzucił im wówczas ukradkiem większą sumę pieniędzy. - Stąd święty ten jawi się jako przykład chrześcijańskiej dobroci. Pozostała po nim pamięć, że czynił dobro bez rozgłosu, dyskretnie, bez afiszowania się i szukania własnej chwały - mówi ks. prof. Naumowicz. - Bezinteresowna miłość tego świętego pozostaje niezmiennie ponadczasowym i powszechnym symbolem chrześcijańskiej kultury. Warto o tym pamiętać, by nie skomercjalizować św. Mikołaja i nie zatrzymać się tylko na tym, co zewnętrzne, a co ma niewiele wspólnego z wielowiekową tradycją tego święta.

Wiara w św. Mikołaja zatem to wiara w ludzką dobroć i ludzką miłość. Także w Bożą dobroć i Bożą miłość. Dlatego św. Mikołaj trafia w dziesiątkę: w samą istotę chrześcijaństwa.
Zgodnie z tradycją, 6 grudnia to dzień śmierci św. Mikołaja. Najpierw jego kult rozwinął się w kręgu chrześcijaństwa wschodniego. Czczono go tam jako cudotwórcę i orędownika. Na Zachodzie był popularny od momentu, gdy w 1087 r. przeniesiono z Myry jego relikwie do Bari w Italii i gdy w XIII wieku pojawił się w szkołach zwyczaj rozdawania zapomóg i stypendiów pod patronatem św. Mikołaja.

W Polsce ślady kultu św. Mikołaja sięgają „Kazań |więtokrzyskich”. Najstarsza zachowana modlitwa do tego świętego pochodzi z modlitewnika króla Zygmunta I. Dziś na terenie Polski znajduje się 327 kościołów pod wezwaniem św. Mikołaja - zajmuje on jedno z głównych miejsc na liście świętych patronujących polskim parafiom. Św. Mikołaj jest czczony nie tylko w kościele katolickim - prawosławie oddaje mu jeszcze większy kult, niemal na równi z Matką Bożą i Apostołami.
Cześć dla tej postaci wykracza nawet poza granice świata chrześcijańskiego. Znają ją niektóre plemiona muzułmańskie Bliskiego Wschodu, jak też ludność buddyjska zamieszkująca Syberię.

Mikołaj niejedno ma imię

Szerzący się tak powszechnie kult św. Mikołaja pokazuje, że Mikołaj niejedno ma imię. Postać ta bowiem jest inspiracją do działalności charytatywnej, jaką podejmują organizacje dobroczynne, na przykład fundacje - a wśród nich „Pro Bono”, działająca przy warszawskim kościele akademickim św. Anny. Jej członkowie przebierają się 6 grudnia za św. Mikołaja, by rozdawać w tym dniu prezenty dzieciom z kilku domów dziecka. Jest do tego potrzebna cała procedura. Najpierw ks. Bogdan Bartołd, prezes Fundacji, prosi maluchy z domów dziecka w Białołęce, Olecku, Międzylesiu i Brwinowie, aby napisały w listach, co chciałyby otrzymać na święta. Dzieci czynią to chętnie. Proszą o różne rzeczy: maskotki, farby, słodycze czy ubranka. Adresatem listów zawsze jest św. Mikołaj, czyli... ten, kto w akademickim kościele św. Anny przyjdzie po Mszy św. do zakrystii i zobowiąże się do spełnienia jakiegoś jednego życzenia, a więc do przygotowania paczki. W kolejne niedziele księża przypominają w ogłoszeniach, że w zakrystii czekają listy od dzieci. I Mikołajów zgłasza się zwykle dwa razy więcej, niż zebrano listów. A listów jest kilkaset. A potem zakrystia powoli zapełnia się pięknymi pakunkami.

Mikołaj ma w swoje święto dużo pracy, gdyż obdarowuje nie tylko dzieci. Kolejka dorosłych, doświadczonych życiem ludzi, z utęsknieniem czeka na niego co dzień w jadłodajniach Caritas w całej Polsce. Także w innych punktach Caritas: świetlicach, domach opieki, hospicjach. Tam Mikołajów nie brakuje, choć trudno ich zauważyć. Działają skrycie, po cichu, nie reklamują się w gazetach, telewizji czy na billboardach. - Bo Mikołaj niejedno ma imię - komentuje ks. prał. Krzysztof Ukleja, dyrektor Caritas Diecezji Warszawsko-Praskiej. - Mieć w sobie coś ze św. Mikołaja to prawdziwe powołanie człowieka. Bo w życiu chodzi przecież o to, aby po prostu być dobrym.
Współczesnym Mikołajom nie brakuje też oryginalnych pomysłów. Proboszcz na warszawskich Bielanach np., znany ks. Wojciech Drozdowicz, przed dwoma lata wymyślił niezwykły prezent na św. Mikołaja dla rodziny Mrzygłodów z Lubelszczyzny, która ma jedenaścioro dzieci. Postanowił kupić im... krowę. I zorganizował zbiórkę pieniędzy w jedną z niedziel. Ludzie okazali się tak hojni, że zebrane środki wystarczyły nie tylko na kupno krowy, ale też na zbudowanie obórki dla tego pożytecznego zwierzęcia. Teraz, dzięki jednorazowej akcji, dzieci z tej rodziny mogą pić mleko na śniadanie każdego dnia. Do ks. Drozdowicza zaś przyszedł list z podziękowaniami: „Dzieci bardzo się cieszą z krowy, za co bardzo gorąco dziękujemy...”.

Przy okazji mikołajek warto też pamiętać, że Mikołaj jest świętym, do którego od początku modlono się o pomoc w różnych sprawach. W średniowieczu zaliczano go nawet do rzędu tzw. czternastu orędowników, niosących szczególną pomoc. Był opiekunem ludzi igrających z niepewnością: żeglarzy, myśliwych. Jego kapliczki stawiano nad brzegami morza, przy drogach, przy wejściach do lasu. Kościół św. Mikołaja w Myrze natomiast, w którym są relikwie i grób Mikołaja, był jednym z najbardziej znaczących sanktuariów w cesarstwie bizantyńskim.
Teraz relikwie św. Mikołaja znajdują się w Bari, na południu Włoch.

Ks. Józef Naumowicz - profesor UKSW, znawca pierwszych wieków chrześcijaństwa

Znaczące jest, dlaczego Mikołaj zdobył tak wielką sławę. W jego żywotach nie ma bowiem jakiegoś momentu heroicznego: nie był bohaterem bitew czy też obrońcą miasta. Nie słyszymy o jego surowej ascezie i umartwieniach. Nie poniósł męczeństwa (chociaż cierpiał w czasie prześladowań na początku IV wieku, za Dioklecjana), nie założył żadnego zakonu, który przetrwałby wieki. Również liczne cuda, obecne też u tylu innych świętych, nie były decydujące w rozwoju jego kultu. W jego żywotach podkreślano przede wszystkim fakt, że świadczył dobro innym ludziom. Zasłynął po prostu z dobroci. I to dobro czynił w specjalny sposób. Pozostała po nim pamięć, że czynił je bez rozgłosu, dyskretnie, bez afiszowania się i szukania własnej chwały. Starał się działać anonimowo, nie pokazując, że to on świadczy dobro. Z pewnością pamiętał o słowach Jezusa, który mówiąc o jałmużnie, podkreślał, iż ważne jest to, aby nie oczekiwać wdzięczności na ziemi i nie czynić dobra jedynie po to, by być podziwianym. Jest to istotna ewangeliczna zasada: „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mt 6, 3-4). Stąd właśnie naśladujemy św. Mikołaja, podsuwając anonimowo podarki swoim najbliższym, zwłaszcza dzieciom.

Przez wieki Mikołaj był nie tylko patronem dobrych czynów, ale wielkim świętym, otaczanym czcią. Do niego modlono się w różnych potrzebach i w różnych niebezpieczeństwach. Ponadto jego grób w Myrze w Azji Mniejszej, gdzie wcześniej Mikołaj był biskupem i potem został tam pochowany, był jednym z najbardziej znaczących sanktuariów na Wschodzie. Przychodzono tam, by się modlić, prosić o pomoc, a także by wziąć ze sobą niezwykły płyn, jaki zbierał się przy grobie świętego. Płyn ten, zwany też „manną św. Mikołaja”, zabierano do domu jako środek leczniczy.

W XI wieku, gdy Myra była już pod panowaniem tureckim i trudno było tam pielgrzymować, żeglarze z włoskiego Bari wykradli relikwie Mikołaja - odtąd to miasteczko na południu Italii stało się wielkim sanktuarium, do którego ciągnęły pielgrzymki. Bo święci są dla nas wzorem miłości, ale też wstawiają się za nami w niebie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem