Reklama

Adopcja na odległość

Być jak kikomeko

„Pisząc mój kolejny list (...), serdecznie Was pozdrawiam i z serca przepełnionego wdzięcznością dziękuję za czynione dobro na rzecz biednych dzieci z mojej misji w Bombo-Namaliga - Uganda” - takimi słowami wita nas ks. Jan Marciniak, salezjanin, który prowadzi w Afryce dzieło „Adopcja na odległość”.

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Pomysł, aby zainteresować uczniów tą akcją, narodził się w lubskim gimnazjum niespodziewanie i jak wszystko, co ma źródło w miłości, nabrał szybko realnych kształtów. Za sprawą katechetki Lilli Pabisiak włączyli się doń nie tylko uczniowie, ale także nauczyciele. Już drugi rok pomagamy czarnoskórej uczennicy zdobywać wiedzę, bo to w krajach afrykańskich prawdziwy rarytas. Bieda, analfabetyzm, wojny plemienne, choroby (zwłaszcza AIDS) to największe problemy mieszkańców takich krajów, jak Uganda. Problemy, z którymi nie radzą sobie tamtejsze rządy. Pomoc z Europy to jedyna szansa dla Czarnego Lądu. Jesteśmy dumni, że dzięki nam Christine Naiga, szesnastoletnia już dzisiaj uczennica, może opłacić swoją naukę, kupić podręczniki, mundurek, ubrania i... krem. Tak, krem! Bowiem ich skóra w palącym słońcu wysycha bardzo szybko, wbrew pozorom szybciej niż nasza i muszą ją po kąpieli nawilżać. Gdy nie stać ich na krem, nacierają się wilgotnym mydłem. Jak potem wyglądają - nie trzeba nikomu tłumaczyć.

„Drodzy Przybrani Rodzice!”

- tak zaczynają się listy, które w imieniu swojej podopiecznej piszą do nas ks. Jan albo jego wolontariusze. Chyba żadne z dzieci nie ma tylu opiekunów, co nasza Christine! Nic dziwnego, że lubscy uczniowie uśmiechają się; niektórzy z nich zostali rodzicami starszej od siebie koleżanki! Jeszcze rok temu Christine nie mogła sama napisać listu, jeszcze nie umiała. Ale w szkole uczy się języka angielskiego i właśnie w tym języku otrzymaliśmy od niej w styczniu wiadomość. Ileż było radości, kiedy każdy z „rodziców” mógł na własne oczy przekonać się, jak wiele dobrego uczynił dla tej nieznanej dziewczyny. Samo tłumaczenie tekstu sprawiało frajdę, wszyscy zrozumieli, że dobrze jest posługiwać się językiem obcym. Lekcja angielskiego okazała się raptem niezwykłą przygodą.
Christine czuje się w obowiązku informować nas o swoich postępach w nauce, no tak - rodzice powinni przecież o tym wiedzieć, toteż pisze o swoich sukcesach, bowiem zdała wszystkie egzaminy promujące ją do następnej klasy (rok szkolny kończy się tam w grudniu, a zaczyna w lutym). Obiecuje też, że w nadchodzącym semestrze będzie się starała być w czołówce (na 109 osób w klasie była 54!), gdyż poważna choroba przeszkodziła jej w realizacji tegorocznych planów. Pisze również o swoich domowych obowiązkach związanych ze zbiorem warzyw. Listopad to u nich czas plonów. Najwyraźniej Afrykanie żyją zgodnie z rytmem natury i owoce swojego szkolnego wysiłku zbierają właśnie o tej porze. Wzruszyła nas jej obietnica - będzie modlić się za swoich dobroczyńców. A do świątecznych życzeń dołączyła własnoręcznie wykonaną z palmowych liści kartkę.
„Ugandyjskie dzieci nie różnią się za wiele od polskich - twierdzi Karolina Karaszewska, młoda wolontariuszka przysłana do Oratorium, czyli misyjnego ośrodka. - Chodzą do szkoły, lubią się bawić, tańczyć, ale na tym kończy się podobieństwo. Oprócz rozrywek mają też poważne obowiązki - pomagają swoim rodzicom, i to od najmłodszych lat. Już pięciolatki wiedzą, że muszą opiekować się maluchami, niekoniecznie własnym rodzeństwem - także przychówkiem sąsiadów, toteż widok małej dziewczynki zajmującej się niewiele mniejszym berbeciem nikogo nie dziwi. Dzięki temu wśród mieszkańców wioski panuje serdeczna więź, bo wszyscy czują się za siebie odpowiedzialni. Dzieci ponadto zaopatrują całą rodzinę w wodę, która często oddalona jest o kilka kilometrów, więc rano i popołudniami całe gromadki Murzyniątek wędrują od studni do studni (nie wszystkie są czynne) w poszukiwaniu tego cennego skarbu. Bombo-Namaliga to miejscowość typowo rolnicza, dlatego dzieci pomagają również przy zbiorach. Żadne z nich nie wymiguje się od tych obowiązków i to właśnie je różni od naszych pociech” - konstatuje Karolina.
Młodą wolontariuszkę szokował na początku szacunek, jaki dzieci okazują dorosłym. Czarna dziewczynka bowiem, oprócz słownego pozdrowienia, musi... przyklęknąć na kolano, a niezastosowanie się do zwyczaju wiąże się z bardzo przykrymi konsekwencjami. „Na początku bardzo się temu sprzeciwiałam, ale teraz wiem, że jest to zwyczajne pozdrowienie” - pisze do nas w swoim liście.
„Afrykańskie dzieci potrafią wspaniale zorganizować sobie czas bez używania telewizora, komputera czy piłki, a przy użyciu tego, co im daje przyroda” - zachwyca się Karolina i przytacza mnóstwo przykładów wykorzystania miąższu drzewa bananowego, tzw. ekyayi, z którego pomysłowość dziecka wyczarowuje lalki, piłki czy gumy do skakania. Szkoda więc, że nie wszystkie naprawdę zdolne dzieci mogą się uczyć, zbyt wielu jest tam jeszcze trzynastoletnich analfabetów. Całe szczęście, że dzięki polskiej misji młodzi Afrykanie mogą poznawać arkana wiedzy. Sądzę jednak, że nawet niewykształceni potrafiliby niejednego nauczyć swoich białych rówieśników.

Kikomeko, znaczy słoń?

No niezupełnie. Ale ten poczciwy kolos musi mieć ogromne serce, dlatego jest symbolem słowa, które tłumaczy się: „ten, który doradza, pomaga i stara się być dobrym dla innych”. Takie właśnie imię otrzymał od Ugandyjczyków ks. Jan Marciniak, proboszcz tamtejszej społeczności. „Nie wiem, czy mi się to udaje, ale staram się takim być, służąc tutejszej ludności” - mówi skromnie, ale z tych kilku listów oraz z relacji Karoliny wyłania się piękna postać kapłana - społecznika oddanego bez reszty dziełu, do którego został posłany. Oprócz codziennych obowiązków księdza wziął na siebie także realizację programu „Adopcja na odległość”. Opiekuje się ponad 300 dziećmi, dla których znajduje „rodziców”, najczęściej w Polsce, a ponieważ pomaga mu tylko jedna wolontariuszka i miejscowa madame Grace, to pracy związanej z tą akcją oraz prowadzeniem Oratorium wciąż przybywa - podobnie jak uczniów chcących się uczyć w polskiej misji.
Czujemy się zatem współpracownikami Father Johna Kikomeko, jak o nim mówią tamtejsi mieszkańcy, i cieszymy się, że ta współpraca jest wyjątkowo harmonijna i owocna. Ufamy, że pomagając naszej Christine, podobnie jak ks. Jan, stajemy się w jakimś stopniu kikomeko.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2005-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Święci Bazyli Wielki i Grzegorz z Nazjanzu

CZYTAJ DALEJ

Abp Przybylski na Groniu Jana Pawła II: uczmy się chodzić po ziemi, mając niebo w sobie

2026-01-01 20:34

[ TEMATY ]

abp Andrzej Przybylski

Diecezja Bielsko-Żywiecka

Kilkaset osób wzięło udział w noworocznej Mszy św. na Groniu Jana Pawła II w Beskidzie Małym. Eucharystii przewodniczył arcybiskup katowicki Andrzej Przybylski. W homilii zachęcił wiernych, aby rozpoczynając nowy rok, uczyli się „chodzić po ziemi, mając niebo w sobie”. Wskazał na godność każdego człowieka jako dziecka Bożego i wezwał do porzucenia postawy niewolnika na rzecz ufnej relacji z Ojcem.

Arcybiskup zwrócił uwagę, że choć wraz z początkiem roku wszyscy stajemy się o rok starsi, to w perspektywie wiary człowiek może pozostawać duchowo młody. - Dla ziemi dojrzewamy i starzejemy się, ale dla nieba możemy stawać się coraz młodsi - podkreślił. Wyjaśnił, że bliskość Boga nadaje sens upływowi czasu i pozwala przeżywać go z nadzieją.
CZYTAJ DALEJ

Wspólnota niesie chorego, a Jezus stawia go na nogi i oddaje mu dom

2026-01-02 10:28

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

źródło: wikipedia.org

Mozaika, Sant’Apollinare Nuovo, VI w.

Mozaika, Sant’Apollinare Nuovo, VI w.
Scena rozgrywa się u schyłku życia Samuela. Starsi przychodzą do Ramy i domagają się króla. W tle stoi starość proroka oraz gorycz z powodu synów, którzy wypaczali sąd. Prośba brzmi: „Ustanów nam króla, aby nami rządził, jak u wszystkich narodów”. W Izraelu to zdanie dotyka tożsamości. Pan wyprowadził lud z Egiptu i prowadził go przez pustynię bez ludzkiego tronu. Dlatego Bóg mówi Samuelowi: „Nie ciebie odrzucają, lecz Mnie odrzucają jako króla nad sobą”. Słowo „król” (melek) staje się tu imieniem tęsknoty za stałym punktem i za widzialną ochroną. Lęk i pragnienie podobieństwa do innych narodów okazują się silniejsze od pamięci przymierza.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję