Reklama

Wędrowaniem jest życie człowieka

Bp Adam Szal
Edycja przemyska 22/2010

W 94. rocznicę urodzin, 18 maja, odprowadziliśmy na wieczny odpoczynek doczesne szczątki śp. ks. prał.
Jana Jakubczyka. W uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego Pan wezwał go do siebie na wieczne obozowisko. Przez całe lata wędrował po ulubionych przez siebie Bieszczadach, zaskakując swoich współwędrowców urodą miejsca wybranego na obozowanie. Jako ojciec duchowny i profesor Seminarium przygotował do kapłańskiej pracy setki alumnów. Do sztambucha powiedzeń weszły takie jak: - Czy u księdza profesora można nie zdać? - Nie, nie można. Ale ja osobiście, gdybym u Jakubczyka dostał trójkę to by mnie ze wstydu… Czy to na Weście do studium katechetycznego dla świeckich: - Państwo z pewnością oczekiwaliście na przystojnego bruneta, a tu łysy i przewracający się przy chodzeniu dziadek. Niemniej, witam serdecznie.
Był już sędziwego wieku, kiedy ujawnił swoje marzenie:
- Niewiele już oczekuję od życia, ale chciałbym jeszcze doczekać Sylwestra 1999 r. i zobaczyć jak świat zwariuje wchodząc w XXI wiek. I doczekał, a nawet przeżył w tym wieku dziesięć lat.
Każda droga osiąga jednak kres. Także i ta. U końca tej drogi żegnali go przemyscy biskupi z abp. Józefem Michalikiem, liczni kapłani, siostry zakonne. Wzruszającymi słowami pożegnał wieloletniego profesora seminarium obecny Ksiądz Rektor. Pożegnalną refleksją o sensie drogi, także tej ludzkiego życia ubogacił zebranych kaznodzieja uroczystości bp Adam Szal:
Każda śmierć, każdy pogrzeb niezależnie czy dotyka to człowieka młodego, czy też kogoś, o którym mówimy, że przeżył lat wiele, prowokuje pytanie o to, czym jest życie człowieka, do czego można je porównać? Zgadzamy się z twierdzeniem, że jest to tajemnica, nad którą nieraz trzeba się zastanowić i dla której zrozumienia można i trzeba życie porównywać do zjawisk i rzeczy znanych z codzienności. Nad życiem i jego sensem zastanawiali się ludzie od dawna, także w Starym Testamencie.
Wśród licznych obrazów oddających sens ludzkiego życia, w kontekście niedawnej uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego, zechciejmy przywołać myśl stosunkowo często pojawiającą się na kartach zarówno Starego jak i Nowego Testamentu. To obraz ludzkiego życia jako drogi do celu. Obraz ten dobrze oddaje życie przemierzającego pustynne tereny Abrahama. Obraz życia rozumianego jako droga był udziałem samego Jezusa. Ziemskie życie Zbawiciela ukazane zostało przez Ewangelistów jako wędrówka ku Jerozolimie. (…) Obraz człowieka będącego w drodze sugeruje nie tylko wędrówkę, ale zakłada też i cel wędrowania. Przed nami jest ojczyzna, do której zdążamy. (…) Warto także zauważyć, że człowiek będący w drodze charakteryzuje się poczuciem tymczasowości, ciągle jest gotów do dalszej drogi.
Według takiej duchowości postępowali pierwsi chrześcijanie, o których mówią Dzieje Apostolskie. Św. Łukasz maluje przed nami obraz pierwszych gmin chrześcijańskich, w których: „Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” (Dz 4, 32).
Św. Paweł w Liście do Koryntian radził pierwszym chrześcijanom, aby zbytnio nie przywiązywali się do ziemskiej rzeczywistości: „Czas stał się już krótki; odtąd na przyszłość ci, którzy mają żony, niech żyją jakby ich nie mieli; ci, którzy płaczą, jakby nie płakali; ci, którzy się weselą, jakby się nie weselili; ci, którzy kupują, jakby nic nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, jakby go nie używali. Przemija bowiem kształt tego świata” (1 Kor 7, 29-31). Według Apostoła Narodów żyjąc na tym świecie nie należy traktować go jako celu samego w sobie. Świat, który nas otacza jest jedynie środkiem, który powinien nam pomóc w zdobyciu prawdziwego celu jakim jest niebo. Będąc bacznym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości, św. Paweł widział ludzi, którzy ubóstwiają bogactwo, sławę, urodę, sprawność fizyczną. Przestrzegał przed taką postawą zachęcając do pewnej rezerwy wobec tych rzeczy. Nie wolno przywiązywać się zbytnio do rzeczy tego świata, gdyż to prowadzić może do bałwochwalstwa. (…)
Chrześcijanin winien żyć na ziemi w poczuciu tymczasowości, będąc ciągle spakowanym do podróży, by być gotowym iść dalej. Uczeń Chrystusa winien upodabniać się do Abrahama, o którym List do Hebrajczyków mówi: „Przez wiarę ten, którego nazwano Abrahamem, usłuchał wezwania Bożego, by wyruszyć do ziemi, którą miał objąć w posiadanie. Wyszedł, nie wiedząc, dokąd idzie” (Hbr 11, 8). (…)
Jakże często droga ludzkiego życia podobna jest do tej, którą przebywali uczniowie idący do Emaus. Tak wiele spodziewali się po Jezusie. Dali temu wyraz mówiąc do tajemniczego przechodnia: „A myśmy się spodziewali”. Spodziewali się, że Jezus, który był tak potężny w słowie i czynie, nie pozwoli, żeby spotkał Go taki koniec. Spodziewali się może, tak jak wielu w tamtym czasie, że Mesjasz odbuduje królestwo Izraela tu na ziemi, a oni będą mieć udział w chwale tego Królestwa. Stało się jednak inaczej. Chrystus umarł na krzyżu, a wraz z Jego śmiercią rozwiały się wszelkie nadzieje Apostołów. Pozostała rozpacz, lęk i obawa przed aresztowaniem. Apostołowie ulegli rozproszeniu. Dwaj z nich chcą być jak najdalej od miejsca tragedii, udali się w kierunku Emaus. Nierozpoznany Chrystus dołączył się do nich. Ukazał im sens zapowiedzi mesjańskich. Uczniowie, słuchając pełnych mądrości słów towarzysza podróży, zauważyli, że ich wątpliwości się rozwiały, a serce rozpaliło się wiarą.
Wchodząc do miasteczka Emaus chcieli przedłużyć czas pobytu z tajemniczym przechodniem. Zaprosili Go do gospody. Może po prostu sądzili, że ich towarzysz jest tak samo głody i zmęczony jak i oni. Ucieszyli się, gdy nieznany wędrowiec przyjął ich zaproszenie. Piękna była ich prośba: „Zostań z nami, bo ma się już ku wieczorowi” (Łk 24, 29). Ich niedawno poznany przyjaciel zasiadł przy stole i wziąwszy do swoich rąk chleb, pobłogosławił go, połamał i podał współbiesiadnikom. I wtedy uczniowie w nieznanym wędrowcu poznali Jezusa Zmartwychwstałego. Owładnięci uczuciem radości i podniesieni na duchu, jakby na skrzydłach pobiegli, jeszcze tego samego dnia, z powrotem do Jerozolimy świadcząc o zmartwychwstałym Jezusie.
W naszym ludzkim życiu bywa podobnie jak w tym wydarzeniu ewangelicznym. Bywa, że przez długi czas i w naszym życiu wszystko układa się pomyślnie. Wędrujemy bez trudności. Odnosimy większe lub mniejsze sukcesy. Ale nie zawsze tak jest. Obok sukcesów i stabilizacji życiowej raz po raz pojawiają się trudności a nawet tragedie - w ludzkim rozumieniu. Bywa, że nagle wszystko się wali.
Wędrówka życiowa śp. ks. prał. Jana Jakubczyka rozpoczęła się 18 maja 1916 r. w Lubatowej. Jako jeden z braci bliźniaków zdobywał wykształcenie najpierw w szkole miejscowej, a później w krośnieńskim gimnazjum, a następnie w Małym Seminarium w Przemyślu. To z Przemyślem związał swe życie nie tylko przez pobyt w Seminarium Duchownym, ale także przez długie lata posługi kapłańskiej. Wprawdzie część formacji seminaryjnej przeżył w Rzymie gdzie został skierowany na studia specjalistyczne przez bp. Franciszka Bardę, ale studia te zostały przerwane. Wrócił do Polski i w dniu 10 września 1939 r. przyjął święcenia kapłańskie już w trakcie działań wojennych. Pierwsze lata drogi kapłańskiej spędził w rodzinnej Lubatowej, a następnie w parafii Harklowa. Od 1946 r. rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim pełniąc jednocześnie obowiązki katechety gimnazjum i dyrektora bursy szkolnej w Krośnie. Do Przemyśla wrócił na stałe 1 września 1949 r. W stolicy diecezji pełnił wiele funkcji. W Wyższym Seminarium Duchownym przez lata był ojcem duchownym oraz wykładowcą teologii moralnej. Od 1967 r. był członkiem Przemyskiej Kapituły Katedralnej. Przez prawie pół wieku posługiwał w Sądzie Biskupim jako obrońca węzła małżeńskiego.
Już w domu rodzinnym wszedł na drogę z Jezusem, pozwalając by Zbawiciel rozpalał jego serce poprzez poznawanie wiedzy religijnej, przystępowanie do sakramentów świętych. Zapewne nieraz z jego serca wyrywało się duchowe wołanie: „Panie pozostań ze mną, bo samemu tak trudno iść i boję się ciemności bez Ciebie”. Droga życiowa śp. ks. prał. Jana była podobna do tej, jaka przeżywali uczniowie idący do Emaus. Niewątpliwie wiele było radości z efektów pracy kapłańskiej z młodzieżą w bursie krośnieńskiej, wielokrotne pełne zapału wspólne wędrówki bieszczadzkimi szlakami i obcowanie z piękną przyrodą. Była radość z efektów pracy formacyjnej, podczas której tak wielu młodych lewitów otrzymywało święcenia kapłańskie. Była także świadomość obrony ważności sakramentów świętych oraz potrzeby pomocy ludziom borykającym się z problemami małżeńskimi w sądzie duchownym. Były w życiu ks. Jana trudne momenty, takie jak II wojna światowa, która utrudniła mu start ku kapłaństwu i pozbawiła go możliwości studiowania w Rzymie. Poważnym krzyżem była choroba nowotworowa, która doprowadziła do skomplikowanej operacji i skończyła się poważnymi dolegliwościami, które znosił z ogromna wytrwałością przez całe życie.
Patrząc nawet tak pobieżnie na życiową podróż śp. ks. prał. Jana Jakubczyka łatwo zauważyć, że czuł się gościem na ziemi i ciągłym wędrowcem. Nie przywiązywał się do dóbr materialnych i chociaż żywo interesował się światem i wydarzeniami, które się wokół niego działy nie pozwolił, aby przesłoniły mu tęsknoty za „nowym niebem i nową ziemią”. Był hojny dla proszących go o materialną pomoc. Jesteśmy przekonani, że w jego sercu dokonało się to, co miało miejsce w sercach uczniów idących do Emaus: zrozumiał sens życia, sens cierpienia, a jego życie z pewnością cechowała chrześcijańska nadzieja ujawniona w pogodnym, żeby nie powiedzieć radosnym, przeżywaniu krzyżowych doświadczeń. Przez cierpienia wielu lat życia upodobnił się do Chrystusa cierpiącego.
Dziękujemy dziś Panu Bogu za długie życie śp. ks. prał. Jakubczyka. Dziękujemy za wszelkie dobro, które było udziałem naszego Księdza Prałata, ale także za to dobro, które było mu okazywane zwłaszcza w ostatnich latach, miesiącach i dniach jego życia. Dziękujemy ludziom, którzy stanęli z chrześcijańskim duchem służby przy cierpiącym i umierającym Księdzu Prałacie. Lista tych osób byłaby długa, dlatego postaram się wymienić tylko niektórych. Dziękujemy służbie zdrowia, a więc dr Teresie Geneja-Król, dr Mroczka z Wiednia i lekarzami Szpitala Wojewódzkiego a także Wojskowego w Przemyślu szczególnie dziękujemy ordynatorowi dr Słobodzie oraz całemu personelowi medycznemu za troskliwą opieką. Za pomoc okazywaną Księdzu Prałatowi dziękujemy siostrom Marii i Urszuli Bar a także Siostrom Albertynkom za samarytańska posługę przy umierającym Kapłanie. Dziękuję Księżom Prałatom mieszkańcom domu kapitulnego za różnorodną pomoc Księdzu Prałatowi. Ks. inf. Stanisławowi Zygarowiczowi dziękujemy za przygotowanie duchowe Księdza Prałata przez ostatnia spowiedź świętą i namaszczenie chorych w przeddzień udania się do szpitala. Szczególne słowa wdzięczności kieruję pod adresem ks. prał. Józefa Bara i ks. prał. Mieczysława Gniadego.
Św. Teresa z Lisieux patrzyła na śmierć jako na moment zjednoczenia duszy z Bogiem. Tuż przed swoja śmiercią miała powiedzieć: Nie, to nie śmierć przyjdzie po mnie, ale Pan Bóg. Śmierć nie jest widziadłem, przerażającą zjawą, taką jaką przedstawiają niektórzy na różnych obrazach. Katechizm uczy nas, że śmierć jest rozłączeniem duszy i ciała, jest więc tym i tylko tym! Przeto nie lękam się rozłączenia, które połączy mnie z Bogiem na zawsze”. Wierzymy, że tak patrzył na śmierć śp. ks. prał. Jan Jakubczyk i że przez śmierć połączył się z Bogiem na zawsze.

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wspomnienie Matki Bożej Loretańskiej

2019-12-10 07:24

brewiarz.pl

Kult Matki Bożej Loretańskiej wywodzi się z sanktuarium domu Najświętszej Maryi Panny w Loreto. Jak podaje tradycja, jest to dom z Nazaretu, w którym Archanioł Gabriel pozdrowił przyszłą Matkę Boga i gdzie Słowo stało się Ciałem.

Monika Książek

Sanktuarium w Loreto koło Ankony (we Włoszech) jest pierwszym maryjnym sanktuarium o charakterze międzynarodowym i stało się miejscem modlitw wiernych. Wewnątrz Domku nad ołtarzem umieszczono figurę Matki Bożej Loretańskiej, przedstawiająca Maryję z Dzieciątkiem na lewej ręce. Rzeźba posiada dwie charakterystyczne cechy: jedna dalmatyka okrywa dwie postacie, a twarze Matki Bożej i Dzieciątka mają ciemne oblicza. Pośród kaplic znajdujących się w bazylice warto wspomnieć Kaplicę Polską, ozdobioną freskami w latach 1920-1946, przedstawiającymi dwa wydarzenia z historii Polski: zwycięstwo Jana III Sobieskiego pod Wiedniem oraz cud nad Wisłą.

Zobacz także: Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny

2000 lat temu w ciepłym klimacie Palestyny ludzie znajdowali schronienie w grotach wykuwanych w skałach. Czasem dobudowywano dodatkowe pomieszczenia. I tak pewnie postąpili Joachim i Anna, bo ich dom znajdował się obok groty, zbyt małej dla powiększającej się rodziny. Już pierwsi chrześcijanie otaczali to skromne domostwo opieką i szacunkiem. Między innymi cesarzowa Helena w IV w. zwiedziła je, pielgrzymując po Ziemi Świętej, i poleciła wznieść nad nim świątynię. Obudowany w ten sposób Święty Domek przetrwał do XIII w., chociaż chroniący go kościół był parokrotnie burzony i odbudowywany.

Gdy muzułmanie zburzyli bazylikę chroniącą Święty Domek, sam Domek przetrwał, o czym świadczą wspomnienia pielgrzymów odwiedzających w tym czasie Nazaret. Jednak po 1291 r. brakuje już świadectw mówiących o murach tego Domku. Kilka lat później domek Maryi "pojawił się" we włoskim Loreto. Dało to pole do powstania legendy o cudownym przeniesieniu Świętego Domku przez anioły.

Okazało się, że legenda ta wcale nie jest taka daleka od prawdy. W archiwach watykańskich znaleziono dokumenty świadczące o tym, że budynek z Nazaretu został przetransportowany drogą morską przez włoską rodzinę noszącą nazwisko Angeli, co po włosku znaczy aniołowie. Cała operacja przeprowadzona była w sekrecie ze względu na niespokojne czasy i strach o to, by cenny ładunek nie wpadł w niepowołane ręce. Była to na tyle skomplikowana akcja, że bez udziału Opatrzności i wojska anielskiego wydaje się, że była nie do przeprowadzenia. Nie od razu przewieziony budynek znalazł się w Loreto. Trafił najpierw do dzisiejszej Chorwacji, a dopiero po trzech latach pieczołowicie złożono go w całość w lesie laurowym, stąd późniejsza nazwa Loreto. Nie ulega też wątpliwości, że to ten sam Domek. W XIX w. prowadzono szczegółowe badania naukowe, które w pełni potwierdziły autentyczność tego bezcennego zabytku.

Do Loreto przybywali sławni święci, m.in. Katarzyna ze Sieny, Franciszek z Pauli, Ignacy Loyola, Franciszek Ksawery, Franciszek Borgiasz, Ludwik Gonzaga, Karol Boromeusz, Benedykt Labre i Teresa Martin.

Jest to miejsce szczególnych uzdrowień i nawróceń. Papież Leon X w swojej bulli wysławiał chwałę tego sanktuarium i proklamował wielkie, niezliczone i nieustające cuda, które za wstawiennictwem Maryi Bóg czyni w tym kościele.

Ciekawa jest także historia papieża Piusa IX i jego uzdrowienia, które zawdzięcza właśnie Matce Bożej z Loreto. Według historyków, młody hrabia Giovanni Maria Mastai-Ferretti już od wczesnego dzieciństwa poświęcony był Dziewicy Maryi. Jego rodzice wraz z dziećmi każdego roku jeździli do Świętego Domu. Początkowo ich syn miał być żołnierzem broniącym Stolicy Apostolskiej. Zachorował jednak na epilepsję. Lekarze przepowiadali bliski koniec. Jednak za namową papieża Piusa VIII postanowił poświęcić się całkowicie służbie Bożej. Odbył pielgrzymkę do Loreto, aby błagać o uzdrowienie. Ślubował tam, że jeśli otrzyma tę łaskę, wstąpi w stan kapłański. Gdy Święta Dziewica wysłuchała go, po powrocie do Rzymu został księdzem, mając 21 lat.

To właśnie papież Pius IX ogłosił światu dogmat o Niepokalanym Poczęciu. "Oprócz tego, że został mi przywrócony wzrok, to jeszcze ogarnęło mnie ogromne pragnienie modlitwy. To było największe wydarzenie w moim życiu, bo właśnie w tym miejscu narodziłem się z łaski i Maryja odrodziła mnie w Bogu, gdzie Ona poczęła Jezusa Chrystusa".

Warto pamietać, że rejon Marchii Ankońskiej, gdzie leży Loreto, był w lipcu 1944 r. wyzwolony spod władzy hitlerowców przez 2. Korpus Polski pod dowództwem gen. Andersa. Bitwa o Loreto i później bitwa o Ankonę to wielki sukces militarny Polaków w ramach tzw. Kampanii Adriatyckiej. Włosi byli wdzięczni Polakom za uchronienie najcenniejszych zabytków, w tym Domku Loretańskiego. W Loreto, u stóp bazyliki, znajduje się polski cmentarz wojenny, gdzie pochowanych jest ponad 1080 podkomendnych gen. Władysława Andersa. Natomiast wewnątrz bazyliki jest polska kaplica. W jej ołtarzu widać portrety polskich świętych: św. Jacka Odrowąża, św. Andrzeja Boboli i św. Kingi.

Z Loreto związana jest też Litania Loretańska do Najświętszej Maryi Panny, która rozbrzmiewa również w polskich kościołach i kapliczkach każdego roku, zwłaszcza podczas nabożeństw majowych. Mimo że w historii powstało wiele litanii maryjnych, to powszechnie i na stałe przyjęła się właśnie ta, którą odmawiano w Loreto. Została ona oficjalnie zatwierdzona przez papieża Sykstusa V w 1587 r.

Wnętrze kościoła w polskim Loretto. Święty Domek w Loreto stał się wzorem do urządzania podobnych miejsc kultu w całym chrześcijańskim świecie. Również w Polsce wybudowano kilka Domków Loretańskich (znane miejsca to Gołąb, Głogówek, Warszawa-Praga, Kraków, Piotrkowice, Bydgoszcz).

Bardzo znane jest sanktuarium maryjne w Loretto niedaleko Wyszkowa. Jego początki sięgają 1928 roku. Wówczas bł. Ignacy Kłopotowski, założyciel Zgromadzenia Sióstr Loretanek i ówczesny proboszcz parafii Matki Bożej Loretańskiej w Warszawie, zakupił od dziedzica Ziatkowskiego duży majątek - Zenówkę nad Liwcem w pobliżu Warszawy. 27 marca 1929 roku zmieniono urzędową nazwę miejscowości na Loretto, nawiązując w ten sposób bezpośrednio do Sanktuarium Świętego Domku Matki Bożej w Loreto.

Na początku była tu tylko skromna kapliczka w lesie. Z uwagi na wzrastającą liczbę wiernych przychodzących na nabożeństwa, konieczne było wybudowanie dużej kaplicy poświęconej Matce Bożej Loretańskiej. Mimo utrudnień ze strony PRL-owskich władz, prace rozpoczęto w 1952 roku. Pierwsza Msza św. została odprawiona 19 marca 1960 roku. Prace nad wykończeniem kaplicy trwały przez wiele lat.

Ostateczny wystrój nadał kaplicy artysta Jerzy Machaj, a jej poświęcenia dokonał 19 lutego 1984 r. ks. bp Jerzy Modzelewski. Początkowo kaplica była pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej. W 1981 roku sprowadzono z Włoch wierną kopię figury Matki Bożej Loretańskiej. Od tej pory kaplica znana jest pod wezwaniem Matki Bożej Loretańskiej. Obecnie w polskim Loretto mieści się klasztor sióstr loretanek i dom nowicjatu, dom dla osób starszych pod nazwą "Dzieło Miłości im. ks. Ignacego Kłopotowskiego", domy rekolekcyjne, wypoczynkowe i kolonijne. Sanktuarium to jest celem pielgrzymek nie tylko z okolicznych dekanatów i parafii. Odpust w Loretto odbywa się w niedzielę po święcie Narodzenia Matki Bożej, czyli po 8 września. Wierni modlą się przed figurą Matki Bożej Loretańskiej i przy grobie bł. ks. Ignacego Kłopotowskiego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem