Reklama

Świątynia jest znakiem wyciągniętej do nas ręki Pana Boga

O roli Kościoła i jego miejscu w dzisiejszym świecie z Księdzem Arcybiskupem rozmawia Iwona Borkowska
Edycja szczecińsko-kamieńska (Kościół nad Odrą i Bałtykiem) 40/2011

11 września br. w Nowogardzie został konsekrowany kościół pw. Matki Bożej Fatimskiej. Mszę św. sprawował metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga.

IWONA BORKOWSKA: - Spotykamy się w wyjątkowym dniu dla mieszkańców Nowogardu. Tak długo oczekiwana przez parafian konsekracja nowej świątyni. Kosztowało to wiele wysiłku, zmagań z problemami, wreszcie ciężkiej, fizycznej pracy. Kościół ma zawsze szeroko otwarte drzwi dla tych, którzy chcą przyjąć Jego zaproszenie.

ABP ANDRZEJ DZIĘGA: - Rzeczywiście, ma Pani rację. Świątynie są znakiem normalności każdego pokolenia. Gdybyśmy przyjrzeli się historii Polski na przełomie ubiegłego tysiąclecia, upewnilibyśmy się, że kolejne pokolenia Polaków budowały kościoły, które służą następnym. Jednym z najtrudniejszych czasów do budowy kościołów był okres powojenny. Byłem wtedy małym chłopcem. Pamiętam, kiedy wznoszono jakąś nową świątynię, to było wielkie wydarzenie, wyjątkowe, na miarę tamtych czasów. O tym mówiło się w całej diecezji. Wszyscy bardzo to przeżywali.
W czasach Edwarda Gierka nastąpił pewien przełom, gdyż w znacznie mniejszym stopniu obowiązywały zakazy i restrykcje. Wszystko zmieniło się w czasach „Solidarności”, za pontyfikatu Jana Pawła II. Wtedy zaczęła się normalność. Każda miejscowość, odpowiednio duża, która chciała mieć swój kościół, tę świątynię mogła mieć. Trzeba mieć wielki szacunek i uznanie także dla decyzji urzędników. Kroki, które podejmowali, ułatwiały rezerwację odpowiedniej działki, rezerwację gruntów, a wreszcie przeprowadzenie wszelkich, koniecznych procedur. Nawet dzisiaj to nie jest takie proste, bo zmieniają się przepisy i wchodzą nowe obostrzenia. Chylę czoła dla wiary tych ludzi, ich wielkiej radości z możliwości powstania nowego kościoła. Moja siostra miała wielkie szczęście uczestniczyć w budowie trzech świątyń. Są takie miejsca w Polsce, gdzie potrzeba takich budów jest ogromna. Ludzie sami się integrują i zaczynają wspólne dzieło tworzenia. Bardzo mnie to cieszy, że z nadzieją patrzą w ten punkt sakralny.

- To bardzo ważne z wielu przyczyn. To kult Boży, życie sakramentalne, głoszenie Bożej nauki. To również znaczący aspekt społeczny?

- Tak. To wspólna liturgia. Mówimy o miejscu świętym, które rzutuje na kulturę pokoleń. Z tej wspólnotowej modlitwy wynika integracja całego środowiska. Z głoszenia Bożej nauki tworzy się formacja w duchu prawdy. Mówię nie tylko o samej modlitwie do Pana Boga. Mówię także, o interpretacji tzw. ziemskich rzeczywistości. Wszystko, co przeżywamy, na co dzień jest przeniknięte obecnością Boga. Pan Bóg stworzył świat w taki sposób, by sześć dni pracować, po Bożemu patrzeć w ziemię. Zgodnie z Jego wolą ją kształtować. Siódmy dzień jest po to, by się oderwać od ziemskich spraw i spojrzeć ku Bogu. Zasłuchać się w Jego Słowo. Zachwycić się Bogiem. Pobyć przy Panu Bogu. Odnaleźć siebie przy Stwórcy. Tylko dzięki Jego woli i Jego obecności można zrozumieć swoje potrzeby: co się lubi, czego nie? Kim się jest? Jakim się jest? Co potrafimy? Odnajdujemy także na nowo swoich bliźnich. To przy Panu Bogu żona odnajduje męża, dzieci - rodziców. Relacje sąsiedzkie, przyjacielskie, wspólnotowe, miejskie, narodowe, międzynarodowe, to się dokonuje przed Panem Bogiem. Świątynia temu służy.

- Świątynia, domy parafialne to także miejsca spotkań i integracji...

- Oczywiście. Tu rozpoczynają się także działania charytatywne, kulturowe, liturgiczne, misyjne. Tworzy się koła zainteresowań, nawet kluby sportowe. Pamiętam, jaki byłem zaskoczony, kiedy po cyklu wizyt w parafiach, po podsumowaniu, stwierdziliśmy, że istnieje ponad 50 różnych typów samych wspólnot młodzieżowych. To ogromne bogactwo. W każdej parafii wyrasta nowa idea z charyzmatu duszpasterzy i potrzeb samych ludzi.

- Kościół Matki Bożej Fatimskiej to nowa świątynia. Niestety, u nas nie ma wielu nowych obiektów sakralnych.

- Przejęliśmy tutaj po II wojnie światowej świątynie chrześcijańskie po protestantach. Ale przecież były to świątynie Chrystusowe z krzyżem w centrum. Bardzo zasłużone dla żyjących tu społeczeństw. Są to świątynie stare, zabytkowe, a co za tym idzie, często zniszczone. Wielkim dramatem czasów stalinowskich było rozbieranie świątyń, bo jakaś cegła była potrzebna… To ogromny dramat, przez który musieli przejść wierni i kapłani… Tak było na terenie naszej archidiecezji. Kościół już funkcjonował, odprawiano w nim nabożeństwa i nagle przychodził zakaz… Kościół zamykano, a po dwóch latach zapadała decyzja o rozbiórce. Pewnym symbolem powrotu do tych miejsc, jest kościół w Śniatowie k. Kamienia Pomorskiego. Odbudowano go ze zniszczeń, a ja w maju tego roku go konsekrowałem, dedykując za zgodą Stolicy Apostolskiej Janowi Pawłowi II.

- Świątynia w Nowogardzie jest całkowicie nowa, powstała za sprawą teraźniejszego pokolenia.

- To dzieło żyjących tu ludzi. Tu jest zupełnie nowa lokalizacja, nowe błogosławieństwo, nowe zakorzenienie Słowa Bożego, modlitwy, liturgii, łaski Bożej, obecności Boga. Świątynia jest dedykowana Najświętszej Maryi Pannie, bo to jest nasza, polska, katolicka duchowość. Łączę z tym wielką nadzieję, że właśnie ta świątynia postała w miejscu, gdzie jest wielu młodych ludzi, młodych rodzin, gdzie wyrasta nowe pokolenie. Ten kościół będzie miał wpływ na kształtowanie ich charakterów, postaw, po prostu normalnego życia dla pokoleń, które przyjdą tu po nas. Konsekrując tę świątynię dedykuję ją Bogu. Wyrażam tym samym wielki szacunek mieszkańcom tej ziemi, za trud i ogromną pracę przy tej budowie.

- Co oznacza konsekracja? To nie tylko samo poświęcenie kościoła…

- Konsekracja oznacza wyłączenie ze wszystkich innych, niesakralnych, nieduchownych, nieduszpasterskich działań z tzw. czysto świeckich działań. Możliwe są tylko takie, kierujące człowieka ku Bogu. Dlatego jest to dzień tak radosny. Pełen wdzięczności, zawierzenia i nadziei dla obecnego i kolejnych pokoleń. Istota przesłania Bożego, kierowanego przez Kościół jest niezmienna. W tej kwestii cenię sobie pewne porównanie związane z latarnią morską, która stoi zawsze w jednym miejscu. Ma swoją stałą dynamikę sygnałów świetlnych. Każdy marynarz, żeglarz czy rybak wie, gdzie ona jest i dzięki temu bez problemów wraca z morza do domu. Człowiek morza dzięki latarni wie, gdzie jest. Nawet we mgle… Latarnia jest odniesieniem do Kościoła. Gdyby Kościół zmieniał swoje poglądy, to byłoby tak, jakby latarnię postawić na statku i niech pływa sobie za rozbitkami po morzu… Po co mi taka latarnia? Ja nie chcę takiej latarni, której miejsca nie znam. Ona ma na mnie czekać, bo to ja mogę się zagubić, a ona zaprowadzi mnie zawsze do właściwego, bezpiecznego portu. Dzisiaj wielu ludzi wydaje się być zagubionymi, jednak Kościół zakorzeniony w Jezusie Chrystusie jest ciągle w tym samym miejscu, blisko człowieka. Bliżej niż się nam wydaje. Tu znajdziemy wyciągniętą do nas rękę Pana Boga… Pomocną dłoń Ojca Czekającego, Syna Kochającego i Ducha Ożywiającego. Obecność Boga w naszym życiu, czynienie dobra - to jest pomnażanie Bożej dobroci, której nam nie wolno odrzucać.

- Dziękuję Księże Arcybiskupie za rozmowę. Szczęść Boże!

- Niech Bóg Was błogosławi i wszystkich Waszych czytelników. Szczęść Wam Boże.

Dzieją się cuda

2019-06-12 09:02

Jolanta Marszałek
Niedziela Ogólnopolska 24/2019, str. 20-21

Od kilku miesięcy w parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu znajdują się relikwie św. Szarbela z Libanu. I dzieją się cuda. Ludzie doznają wielu łask, także uzdrowienia. Jedną z uzdrowionych jest Barbara Koral – żona Józefa, potentata w branży produkcji lodów, i matka trójki dzieci. Cierpiała na raka trzustki, po którym nie ma śladu. 17 maja br. publicznie podzieliła się swoim świadectwem

Wikipedia

W październiku ub.r. wykryto u mnie nowotwór złośliwy trzustki – opowiada Barbara Koral. – Przeżyłam szok. Ale głęboka wiara i ufność w łaskawość Boga wyjednały mi pokój w sercu. Leżałam w szpitalu w Krakowie przy ul. Kopernika, nieopodal kościoła Jezuitów. Dzieci i mąż byli ze mną codziennie. Modliliśmy się do Jezusa Przemienionego za wstawiennictwem św. Jana Pawła II oraz św. Szarbela. Zięć Piotr przywiózł od znajomego księdza płatek nasączony olejem św. Szarbela. Codziennie odmawialiśmy nowennę i podczas modlitwy pocierałam się tym olejem. Czułam, że mając św. Szarbela za orędownika, nie zginę – wyznaje.

Przypadek beznadziejny

Operacja trwała ponad 6 godzin. Po otwarciu jamy brzusznej większość lekarzy odłożyła narzędzia i odeszła od stołu, stwierdziwszy, że przypadek jest beznadziejny. Jednak profesor po kilku minutach głębokiego namysłu wznowił operację. Usunął raka. Operacja się udała.

– Byłam bardzo osłabiona – opowiada p. Barbara – tym bardziej że 3 tygodnie wcześniej przeszłam inny zabieg, również w pełnej narkozie. Nic nie jadłam i czułam się coraz słabsza.

W trzeciej dobie po operacji chora dostała wysokiej gorączki, dreszczy. Leżała półprzytomna i bardzo cierpiała. – Momentami zdawało mi się, że ktoś przecina mnie piłą na pół. Zwijałam się wtedy w kłębek i modliłam cichutko do Pana Boga z prośbą o pomoc w cierpieniu i ulgę w niesieniu tego krzyża.

Lekarze robili, co mogli. Podawali leki w zastrzykach, kroplówkach, by wzmocnić chorą. Nic nie działało. Pobrano krew na badanie bakteryjne. Okazało się, że jest zakażenie bakterią szpitalną, bardzo groźną dla organizmu. Zdrowe osoby zakażone tą bakterią mają 50-procentową szansę na przeżycie. Chorzy w stanie skrajnego wycieńczenia są praktycznie bez szans.

Zawierzenie Bogu

– Rozmawiałam z Bogiem – opowiada p. Barbara. – Pytałam Go, czy po tym, jak wyrwał mnie ze szponów śmierci w czasie operacji, teraz przyjdzie mi umrzeć. Prosiłam z pokorą i ufnością: „Panie Jezu, nie wypuszczaj mnie ze swoich objęć. Uzdrów mnie, kochany Zbawicielu”. Całym sercem wołałam w duchu: „Jezu, zawierzam się Tobie, Ty się tym zajmij!”.

W tym czasie parafia pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu, do której należy rodzina Koralów, czekała na relikwie św. Szarbela (relikwie pierwszego stopnia – fragment kości). Przywiózł je z Libanu poprzedni proboszcz – ks. Andrzej Baran, jezuita, który był tam na pielgrzymce wraz z kilkoma parafianami. Zawieźli też spontanicznie zebraną przez ludzi ofiarę dla tamtejszych chrześcijan. Wiadomo bowiem, że św. Szarbel jest szczególnie łaskawy dla tych, którzy modlą się za Liban. Relikwie, zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem, miały trafić do ks. Józefa Maja SJ w Krakowie. On zgodził się przekazać je do Nowego Sącza i osobiście je tam w styczniu br. zainstalował.

Interwencja św. Szarbela

– W dniu, w którym pojechałem po relikwie do Krakowa – opowiada ks. Józef Polak, jezuita, proboszcz parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu – wstąpiłem do naszej WAM-owskiej księgarni, żeby nabyć jakąś pozycję o św. Szarbelu, bo przyznam, że sam niewiele o nim wiedziałem. Wychodząc z księgarni, spotkałem Józefa Korala z córką. Wiedziałem, że p. Barbara jest bardzo chora. Opowiedzieli mi, że wracają ze szpitala i że sytuacja jest bardzo poważna. Relikwie miałem ze sobą od dwóch godzin. Niewiele się zastanawiając, poszliśmy na oddział.

– W pewnym momencie usłyszałam głos męża – opowiada p. Barbara. – Bardzo mnie to zdziwiło, bo przecież był u mnie przed chwilą i razem z córką poszli do kościoła obok szpitala na Mszę św. Po chwili zobaczyłam męża i córkę. Już nie byli przygnębieni i smutni. Twarze rozjaśniał im szeroki uśmiech. Razem z nimi był ksiądz proboszcz Józef Polak. Przyniósł ze sobą do szpitala relikwie św. Szarbela...

Ksiądz wraz z obecnymi odmówił modlitwę do św. Szarbela. Następnie podał chorej do ucałowania relikwiarz. – Już w trakcie modlitwy nie czułam bólu – wyznaje p. Barbara. – Stałam się bardziej przytomna. Kiedy ucałowałam kości św. Szarbela, nie myślałam, czy to będzie uzdrowienie – ja byłam tego pewna. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta pewność.

Święty kontra bakterie

– Gdy wchodziłem do szpitala – opowiada ks. Polak – wiedziałem, że na oddziale jest jakieś zakażenie. Podałem p. Barbarze relikwiarz do ucałowania. Zobaczyła to pielęgniarka. Wyjęła mi relikwiarz z ręki, spryskała go jakimś środkiem i włożyła pod wodę. „Co pani robi?” – zapytałem. „Muszę to zdezynfekować”. „Ale on nie jest wodoszczelny” – wyjaśniłem, nie wiedząc, że chodzi jej o to, by zewnętrzne bakterie się nie rozprzestrzeniały. To był koniec wizyty.

Następnego dnia rano okazało się, że na oddziale bakterii już nie było. To był kolejny „cud” św. Szarbela. Badania z krwi potwierdziły, że również chora nie ma w sobie bakterii. Lekarze w zdumieniu patrzyli na wyniki. Dla pewności powtórzyli badania.

– Byłam zdrowa – opowiada p. Barbara. – Powoli zaczęłam nabierać siły i radości życia. Cała moja rodzina i przyjaciele, którzy byli ze mną w czasie choroby, którzy wspierali mnie modlitwą i dobrym słowem, są wdzięczni św. Szarbelowi. Błogosławimy go za to, że się mną zajął, że uprosił dla mnie u Boga Wszechmogącego łaskę uzdrowienia. Bogu niech będą dzięki i św. Szarbelowi!

Wiara w orędownictwo

W parafii pw. Ducha Świętego w Nowym Sączu w trzecie piątki miesiąca o godz. 18 odprawiana jest Msza św. z modlitwą o uzdrowienie, następnie mają miejsce: adoracja, błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem, namaszczenie olejem św. Szarbela i ucałowanie relikwii świętego. Wielu ludzi przychodzi i prosi o jego wstawiennictwo. Św. Szarbel jest niezwykle skutecznym świętym, wyprasza wiele łask, pokazuje, że pomoc Boga dla ludzi, którzy się do Niego uciekają, może być realna. – Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ten, kto przyjdzie do św. Szarbela, będzie natychmiast uzdrowiony – przyznaje ks. Józef Polak. – Czasami to działanie jest inne. Łaska Boża działa według Bożej optyki, a nie naszych ludzkich życzeń. Święci swoim orędownictwem mogą ludzi do Kościoła przyciągać i to czynią, także przez cuda. Wystarczy popatrzeć, jak wiele osób uczestniczy w Mszach św. z modlitwą o uzdrowienie.

* * *

Ojciec Szarbel Makhlouf

maronicki pustelnik i święty Kościoła katolickiego. Żył w XIX wieku w Libanie

23 lata swojego życia spędził w pustelni w Annaja. Tam też zmarł.

Po pogrzebie o. Szarbela miało miejsce zadziwiające zjawisko. Nad jego grobem pojawiła się niezwykła, jasna poświata, która utrzymywała się przez wiele tygodni. Łuna ta spowodowała, że do grobu pustelnika zaczęły przybywać co noc rzesze wiernych i ciekawskich. Gdy po kilku miesiącach zaintrygowane wydarzeniami władze klasztoru dokonały ekshumacji ciała o. Szarbela, okazało się, że jest ono w doskonałym stanie, zachowało elastyczność i temperaturę osoby żyjącej i wydzielało ciecz, którą świadkowie określali jako pot i krew. Po umyciu i przebraniu ciało o. Szarbela zostało złożone w drewnianej trumnie i umieszczone w klasztornej kaplicy. Mimo usunięcia wnętrzności i osuszenia ciała zmarłego dalej sączyła się z niego substancja, która została uznana za relikwię. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie płynu, ale bezskutecznie.

W ciągu 17 lat ciało pustelnika było 34 razy badane przez naukowców. Stwierdzili oni, że zachowuje się w nienaruszonym stanie i wydziela tajemniczy płyn dzięki interwencji samego Boga.

W 1965 r., pod koniec Soboru Watykańskiego II, o. Szarbel został beatyfikowany przez papieża Pawła VI, a 9 października 1977 r. – kanonizowany na Placu św. Piotra w Rzymie. Kilka miesięcy przed kanonizacją jego ciało zaczęło się wysuszać.

Od tej pory miliony pielgrzymów przybywają do grobu świętego, przy którym dokonują się cudowne uzdrowienia duszy i ciała oraz nawrócenia liczone w tysiącach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Gwatemala: beatyfikacja brata szkolnego Jakuba A. Millera – męczennika

2019-12-06 19:13

kg (KAI) / Huehuetenango

W sobotę 7 grudnia w mieście Huehuetenango w zachodniej Gwatemali biskup diecezji David w Panamie kard. José Luis Lacunza Maestrojuán ogłosi błogosławionym brata Jakuba Alfreda Millera, który poniósł tam śmierć męczeńską w wieku 37 lat. Był on amerykańskim bratem szkolnym, który ponad 10 lat swego życia zakonnego spędził w Ameryce Środkowej, głównie w Nikaragui, potem w Gwatemali i tam zginął z rąk niewykrytych do dzisiaj sprawców.


Brat Santiago czyli Jakub Alfred Miller

Oto krótki życiorys nowego błogosławionego.

Jakub (James) Alfred Miller urodził się 21 września 1944 w miasteczku Stevens Point w amerykańskim stanie Wisconsin. Był wcześniakiem i zaraz po urodzeniu ważył zaledwie nieco ponad 1,8 kg, później jednak szybko się rozwijał i jako dorosły mierzył prawie 2 metry i ważył 100 kg. W dzieciństwie i wczesnej młodości był bardzo porywczy, a nawet niesforny i rubaszny, co nieraz budziło lęk w jego otoczeniu.

Wielki wpływ na zmianę jego zachowania i na całe późniejsze jego życie wywarła nauka w szkole średniej, prowadzonej przez braci szkolnych w mieście Winona w sąsiednim stanie Minnesota. W 1959, mając 15 lat, rozpoczął juniorat w tym zgromadzeniu zakonnym, w 3 lata potem został postulantem, a następnie nowicjuszem. Przyjął wówczas imiona zakonne Leo William, później jednak powrócił do swych imion chrzestnych i tylko ich używał.

Jeszcze przed złożeniem ślubów wieczystych w sierpniu 1969 zaczął pracować jako nauczyciel języków angielskiego i hiszpańskiego i jako katecheta w szkole średniej Cretin w St. Paul – stolicy Minnesoty; uprawiał też amerykański futbol i trenował drużynę szkolną.

Po ślubach władze zgromadzenia wysłały go do pracy w mieście Bluefields w południowo-wschodniej Nikaragui, skąd w 1974 przeniesiono go do Puerto Cabezas na północny wschód kraju. Pracował tam nie tylko jako nauczyciel, ale również przy rozbudowie miejscowego kompleksu przemysłowo-kościelnego, a szkoła na jego terenie pod jego kierunkiem rozrosła się z 300 do 800 uczniów. Aby bardziej zbliżyć się do miejscowej ludności, zaczął używać hiszpańskiej wersji swego imienia – Santiago (Jakub) i pod nim był powszechnie znany.

Tę pomyślnie rozwijającą się działalność przerwało w lipcu 1979 polecenie władz zakonnych, aby opuścił Nikaraguę, gdy zwyciężyło tam lewicowe ugrupowanie sandinistów. Brat Santiago pozostawał bowiem w dobrych i bliskich kontaktach z dotychczasowym dyktatorem Anastasio Somozą, widząc w tym szanse na wypełnienie przez rząd zobowiązań co do rozbudowy szkolnictwa w tym regionie, złożonych jego poprzednikowi i współbratu zakonnemu Francisowi Carrowi. Ale niektórzy miejscowi mieszkańcy uważali te więzi za zbyt bliskie i to zaniepokoiło przełożonych zakonnika, tym bardziej że nowe władze umieściły jego nazwisko na liście tych, których należy „sprzątnąć”.

Brat Santiago wrócił więc bardzo niechętnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie znów zaczął uczyć w swej pierwszej szkole w St. Paul, nie przestając jednak marzyć o powrocie do Ameryki Środkowej. Robił tak wiele dla tej placówki, że uczniowie nazwali go „Bratem Złotą Rączką”.

W styczniu 1981 znów znalazł się w Ameryce Środkowej, tym razem w Gwatemali – w Huehuetenango na zachodzie kraju i tam od pierwszej chwili zaangażował się jako nauczyciel zawodu w poprawę położenia ludności tubylczej, uciskanej przez panujący w tym kraju reżym. Działania te z jednej strony zyskały mu wielką sympatię miejscowych mieszkańców, z drugiej ściągnęły nań nie mniejszą wrogość rządzących wojskowych i bardzo szybko zaczął otrzymywać ostrzeżenia i pogróżki, których jednak nie uląkł się i nadal prowadził swą działalność na rzecz najuboższych.

Już w rok później – wieczorem 13 lutego 1983 do prowadzonej przez braci szkolnych Szkoły Indiańskiej im. De La Salle wdarło się trzech zamaskowanych i uzbrojonych mężczyzn, oddając serię strzałów do brata Millera, zajętego pracami budowlanymi. Zakonnik zginął na miejscu, zabójcy natomiast od razu odjechali, a wszelki ślad po nich zaginął. Do dziś pozostali niewykryci i nieukarani.

Amerykańska diecezja La Crosse, na której terenie urodził się przyszły błogosławiony, ustanowiła nagrodę jego imienia za działalność na rzecz sprawiedliwości społecznej, a po jego śmierci powstała także fundacja, również nosząca jego imię, w celu kontynuowania jego dzieła na rzecz biednych i uciskanych. Brat Santiago nazywany jest „męczennikiem edukacji”.

Jego proces beatyfikacyjny toczył się w Huehuetenango w latach 2009-10, a w Watykanie zakończył się podpisaniem przez Franciszka dekretu o męczeństwie 7 listopada 2018.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem