Reklama

Długa droga do Kalkuty(1)

Niedziela toruńska 2/2012

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Pokochałem Matkę Teresę z Kalkuty wiele lat temu, w latach mojej młodości kapłańskiej. Fascynacja ta zaowocowała napisaniem pracy magisterskiej poświęconej jej dziełu i duchowości. Gdy więc ks. kan. Wojciech Miszewski zaproponował wyjazd na pielgrzymkę do jej grobu w Kalkucie, połączoną z odwiedzeniem innych ważnych miejsc Indii, zdecydowałem się natychmiast. Z lektur towarzyszących ongiś pisaniu pracy o Matce Teresie ukształtowała się we mnie świadomość dobrego przygotowania do wyjazdu. Wiedziałem co nieco o tamtejszej biedzie, systemie społecznym, kontrastach - obok umierających na ulicy kroczą obwieszeni złotem, o miliardzie ludzi zamieszkujących ten kraj, wielobóstwie. Sądziłem, że zdobyłem już trochę wiedzy i będzie mi łatwiej podróżować. Miałem się wkrótce przekonać, co znaczy wiedza książkowa. Zetknięcie się z Indiami było fascynujące do zachwytu i bolesne do łez, do granic wrażliwości. Zanim dotarłem do mojej błogosławionej Matki Teresy, zanim klęknąłem przy jej grobie, Boża Opatrzność przeprowadziła mnie i uczestników pielgrzymki przez dobrą szkołę życia. Myślałem, że da się tak po europejsku, w miarę wygodnie, dotrzeć do błogosławionej z Kalkuty, która rozpoczynała swoje dzieło od zbierania umierających z ulicy i ofiarowania im na moment przed śmiercią łóżka i miłości osoby towarzyszącej. Myliłem się. Pięknych, acz trudnych dzieł nie da się dotknąć przez czystą szybę. Bogu dziękuję, że się nie dało, że musiałem dotknąć trędowatego bez rąk i twarzy, hamować odruchy wymiotne w czasie pływania łodzią po Gangesie, kulić się w pociągu z Benares do Kalkuty. Podróż do Indii pozwoliła mi poznać prawdziwą wielkość dzieła Matki Teresy. Jej dzieło urosło jeszcze w moich oczach.
Poniedziałek 14 listopada ub.r. był dniem wyjazdu. Msza św. w kościele św. Antoniego w Toruniu rozpoczynająca pielgrzymkę, potem autobusem na lotnisko w Gdańsku, bukowanie i… wiadomość: Samolot odwołany ze względu na gęstą mgłę. Pojedziemy? Nie pojedziemy? Linie lotnicze zapewniają hotel w Gdańsku. Dzień opóźnienia i wylot do Delhi z przesiadką we Frankfurcie.
16 listopada, lotnisko w New Delhi. Za nami 7 godzin lotu Boeingiem 777. Przesuwamy zegarki o 4, 5 godziny do przodu. Jest samo południe. Pakujemy wstydliwie nasze zimowe kurtki i swetry. Rozkoszujemy się lekkim ubiorem. Na przekór listopadowi paradujemy w krótkich rękawkach. Gdzieś sączą się myśli: w naszym zimnym kraju zgrzytają zębami przy minus 5. A tu 30 stopni. Jeszcze na lotnisku wymieniamy walutę na rupie. Będą zaraz potrzebne. To kraj napiwków. Za każdą pomoc daje się napiwek: 50 rupii lub one dolar.
Jeszcze nie przeczuwamy, co nas czeka. Wsiadamy do autobusu oznakowanego z przodu napisem: tourist i niebieską linią wzdłuż bocznych ścian. W tym kraju turyści należą do najwyższej kategorii osób uprzywilejowanych. Przed turystami otwierają się wszelkie drzwi, także te zamknięte na zawsze dla większości miejscowych. Otrzymujemy na powitanie, według miejscowego zwyczaju, wianuszki pomarańczowych kwiatów oraz wodę w butelce. Nieufni sprawdzamy, czy butelka jest oryginalnie zamknięta. Ostrzegano nas przed jakością wody. Ruszamy z lotniska na ulice stolicy. Liczy 17 milionów ludzi. Oczy i uszy szeroko otwarte. Pierwsze zdumienie i zachwyt. Autobus wbija się w zatłoczoną drogę. Pierwsze wrażenie: Co za chaos. Kto jest większy, jedzie szybciej i pewniej. Mniejsi ustępują, choć zbyt łatwo pola nie oddają. Zaczyna się walka o przestrzeń. Nie widzę znaków, nie rozpoznaję zasad poruszania się po drodze. Jazda jest jak walka o przetrwanie. Klaksony towarzyszą każdemu manewrowi. Nie używa się kierunkowskazów, biegu wstecznego, nie respektuje czerwonych świateł, które sporadycznie pojawiają się na skrzyżowaniach. Prowadzący pojazd nie oddaje raz zdobytego metra drogi. Fascynujące parcie do przodu. Lusterka wsteczne są we wszystkich pojazdach złożone. Polskie drogi jawią się jako oaza spokoju, kultury na drodze, przestrzegania przepisów. Widziałem kiedyś film, w którym pokazany był ruch uliczny w Indiach. Ale zobaczyć to i przeżyć... Wieczorem, gdy w hotelu kładę się spać, w uszach jeszcze gra orkiestra klaksonów, krótkich, dłuższych, urywanych, jak nieznany mi alfabet kierowcy.
Podjeżdżamy na śniadanie do hotelu. Znajduje się wewnątrz zamkniętego osiedla. Budynki rządowe, przedstawicielstwa zagranicznych firm, banków. Nowoczesne miasto, zupełnie niepodobne do tego, które mijaliśmy, przemieszczając się z lotniska. Mijamy po kolei trzy wartownie. Ochrona jest nie tylko przy wjeździe. Czuwa przy każdym kolejnym budynku. Pierwszy indyjski posiłek. Gdy już zaspokoiliśmy głód, patrzę na sąsiada. Ma oczy pełne łez. Przegryzł papryczkę chili. W gorących krajach używa się mocnych przypraw.
Pierwsze zdjęcia z bojami hotelowymi ubranymi w wyszukane stroje. Przypomina mi się cesarz Bokasa w stroju galowym opisany przez Ryszarda Kapuścińskiego. Ruszamy w dalszą podróż do Jaipur, stolicy Radżastanu. 200 kilometrów lokalną autostradą zajmuje 6 godzin. Z Torunia do Gdyni jest podobna odległość. Starą „jedynką” trasę tę pokonywałem w 3, 5 godziny. Nową autostradą A-1 w 1, 5 godziny. Długa podróż do Jaipur umożliwia obserwację sklepów, domostw, ludzi, ruchu ulicznego.
W mijanych miastach i miasteczkach handel odbywa się na różnych poziomach. Najbliżej jezdni rozłożone są najbiedniejsze sklepy. Określenie sklepy jest wyjątkowo umowne. Na ziemi rozłożona jakaś płachta i na niej towary, także żywność. Następny pas stanowią wózki na wysokich kołach. Cztery rowerowe koła, na nim koszyk i towary. Na tym poziomie są także zakłady usługowe. Lusterko zawieszone na drzewie, krzesełko i człowiek z nożyczkami. To jest zakład fryzjerski. Tak po prostu na ulicy, pomiędzy stojącymi rowerami. Kawałek dalej pucybut czeka na klienta. Wzdłuż parterowych budynków boksy otwarte do ulicy. To trzeci poziom sklepów. Wewnątrz sklepu widać niekiedy zapaloną żarówkę, czasami świecę, a czasami wnętrze oświetla światło ulicy. Pomiędzy nimi są jadłodajnie - posiłki przygotowuje się na ulicy. Butla gazowa i odprowadzony od niej palnik podgrzewa zawieszoną na trójnogu stalową misę o obwodzie około metra. W niej warzy się zupę lub inne specjalności. Na kilku krzesłach czekają już pierwsi klienci. Dalej zakłady produkujące wszelkie możliwe rzeczy. Obok, wewnątrz boksu, widzę hodowlę kurczaków, a następny to już warsztat naprawy komputerów. Boks przy boksie, każdy liczący nie więcej niż 3 metry szerokości. Całe życie gospodarcze, handlowe, towarzyskie.
Po drodze mijamy fabrykę autobusów. Nie było żadnej hali produkcyjnej, biurowca. Wszystko na ziemi. Poszczególne części spawane. Taśmą produkcyjną był pas ziemi wzdłuż drogi. Kawałek dalej widać kolejne elementy dospawane. Prawie przy końcu pojazd okratowany jak kibitka. To autobus, ale jeszcze bez blach, które stworzą ściany.
Domów w znaczeniu europejskim jest mało. Ludzie żyją w skleconych jurtach, szałasach. Tego nie można nawet nazwać czworakami. Widziałem cztery kije wbite w ziemię, na nich rozciągnięta skóra. W środku krzesło i telewizor. Życie odbywa się na zewnątrz. Obserwowałem matkę kąpiącą dziecko, o pięknej oliwkowej skórze, inną przygotowującą posiłek, piorącą przed domem, przy ulicy. Prawdziwym szokiem była naturalność, że użyję eufemizmu, załatwiania czynności fizjologicznych. Wszędzie widać mężczyzn stojących przy murku, kobiety kucające i załatwiające swoje potrzeby. W czasie kilku dni widziałem takie obrazy setki razy. Odwracałem głowę w drugą stronę, a tam dokładnie taka sama scena. Nie byłem w stanie uciec od tej rzeczywistości. W następne dni, wędrując uliczkami kolejnych miast, przy temperaturze 30 stopni, uruchomiony został drugi zmysł, poczułem charakterystyczny zapach… uryny, świdrujący głębokie zakamarki.
W czasie podróży mogłem dokładniej przyjrzeć się ruchowi ulicznemu. Fascynował swoją innością. Zaraz po opuszczeniu lotniska zostałem wciśnięty w siedzenie. Drogi, autostrady mają często po dwa pasy. Na pierwszy rzut oka nie ma w ruchu ulicznym żadnego porządku. Gdy jednak przez kilka godzin podróży, z wypiekami na twarzy, przyglądałem się jeździe, doszedłem do wniosku, że jest w tym jakiś porządek, porządek silniejszego i większego. Indie przez 200 lat były kolonią brytyjską, „perłą w koronie”, mają więc lewostronny ruch. Od lewej strony idą piesi. Prawą stroną mijają ich rowerzyści. Katie Melua śpiewała kiedyś o 9 milionach rowerów w Pekinie. Tu również są miliony rowerów. Następnie bardzo popularne żółto-zielone samochodziki na trzech kołach, samochody osobowe, ciężarówki i autobusy. Wszyscy jadą. Przy korku wszystkie rodzaje pojazdów się mieszają. Każdy wjeżdża tam, gdzie jest kawałeczek wolnego miejsca aż do momentu całkowitego zakorkowania. Co potem? Bierne stanie? Tu nic nie jest bierne. Trwa nieustanna walka o przetrwanie, także na drodze. Jakaś niespożyta agresja, aby wyrwać nowy kawałek życia. Na skrzyżowaniu z drogą z pierwszeństwem przejazdu trzeba się po prostu przebić na drugą stronę. Autobus jest uprzywilejowany, ponieważ jest największy. Pisząc to, widzę i słyszę ten żywioł ulicy, ale nie jestem w stanie go właściwie oddać.
Jadąc autostradą, napotykamy co jakiś czas traktory, jadą pod prąd. Skracają drogę. Na wszystko się trąbi, na jadących pod prąd nie. To zrozumiałe, po co jechać kilometry naokoło. W pewnym momencie kierowca gwałtownie zatrzymuje się. Poboczem idzie duże stado wielbłądów. Prowadzi je dwóch poganiaczy. Wyskakujemy na sesję zdjęciową. Wielbłądy przyjazne. Pyski wkładają prawie do aparatu. Na autostradzie mijamy również stada świętych krów. Akurat na popas wybrały pas zieleni pomiędzy pasami ruchu. Kierowcy muszą uważać. Za zabicie świętej krowy można trafić do więzienia, za zabicie człowieka chyba nie.
Do celu dojeżdżamy późno. Transfer do hotelu, kolacja.
Jaipur to - jak na indyjskie warunki - ledwie 2 miliony mieszkańców. Dynamizm życia jednak ten sam, co w stolicy. Zwiedzamy kompleks pałacowo-forteczny Fort Amber. Położony jest na górze. Stajemy w kolejce. Czekamy ok. pół godziny, aby wsiąść na słonie i wjechać na dziedziniec pałacu. Jedziemy parami, siedzimy w wielkim koszu, nogi nam dyndają, przerzucone przez grzbiet kolosa. Dostojna jazda z widokiem na dawne ogrody maharadży. Pilot opowiada historię miejsca. Nie pamiętam szczegółów, pamiętam mur pnący się wokół, przecinający szczyty i doliny. Klisza pamięci wyświetla chiński mur. Czyżby skojarzenie podobieństwa? Jeden z maharadżów miał 12 żon. Kolejne małżeństwa stanowiły po prostu kolejne przymierza polityczne. Miał również ok. setki nałożnic. Każda żona miała w pałacu swój apartament, odrębny domek z niezależnym przejściem. Wzajemnie nie wiedziały, u kogo gości maharadża. Żonom zapewniono dostatek i rozrywkę. Nie mogły opuszczać pałacu. Żyły w złotej klatce, otoczone eunuchami, plotkami i pałacowymi gierkami. Delegacjom, gościom, odwiedzającym pałac mogły przyglądać się przez ażurowe okna.
Słynny przepych widać w kolejnych odsłaniających się w miarę kroczenia w górę dziedzińcach, komnatach, zwłaszcza zaś w komnacie lustrzanej. W czasach świetności wszystko pokryte było grubymi dywanami, pomieszczenia przepierzone ręcznie tkanymi kilimami, brokatami, setki służby, gotowej na skinięcie ręki.
Maharadżowie mieli sporą wiedzę, nie tylko wojskową i wojenną. Jeden pasjonował się astronomią. Pozostało po nim wielkie obserwatorium astronomiczne Jantar Mantar. Jest tam kilkanaście zegarów słonecznych. Najdokładniejszy odmierza czas z dokładnością do 4 minut.
Wychodząc, mijamy zaklinacza węży. Siedzi na ziemi w kucki, ubrany w białą tunikę i pomarańczowy turban. O metr ode mnie w takt wygrywanej muzyki wyciąga szyję jadowity wąż. Mijamy grupę kobiet. Niosą na głowach ogromne dzbany. Czy wypada zatrzymać się i z rozdziawioną buzią przyglądać się niezwykłej sprawności.
Mszę św. odprawiamy w kościele katolickim położonym na obrzeżach miasta, w dzielnicy zamieszkałej ongiś przez Anglików, dziś przez hinduskich wojskowych. Budynki z ogrodami są już tylko wspomnieniem dawnej świetności. Kościół skromny. Sporo elementów będących ukłonem w stronę gustów hindusów: jaskrawe ozdoby, sztuczne kwiaty, zawieszone przed ołtarzem kapy w ostrym niebieskim kolorze, ze srebrnymi blaszkami. Do Mszy św. śpiewa nam miejscowa schola. Parafia prowadzi szkołę z internatem dla dziewcząt. Po Mszy św. odwdzięczamy się śpiewem „Barki” i paru pieśni. Proboszczem jest Hindus. Chętnie opowiada nam o swoim kościele i Kościele w Indiach. Jego parafia to jest mała wspólnota, Kościół w mniejszości głoszący Chrystusa w zupełnie różnym żywiole i kulturze.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2012-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

O ponad 8% wzrosła liczba pielgrzymów na Jasnej Górze w okresie letnim. Zobacz wszystkie liczby

2026-09-15 16:32

[ TEMATY ]

Jasna Góra

wzrost

ponad 8%

liczba pielgrzymów

Anna Przewoźnik

W 2026 roku w sezonie letnim (od kwietnia, czyli pierwszej pieszej pielgrzymki z Piekar Śląskich do połowy września) we wszystkich rodzajach pielgrzymek (piesze, rowerowe, biegowe, rolkowe, konne) dotarło na Jasną Górę w sumie ponad 117 tys. pątników (117 370). Więcej o ponad 9 tys. niż rok temu.

Na Jasną Górę w 276 grupach przyszło 105 538 pieszych pątników. W 241 grupach przyjechało 11 434 rowerzystów. W 15 grupach dotarło ponadto 398 biegaczy. Przyjechały tez 2 grupy rolkowe, a w nich 124 osoby oraz dotarła 1 pielgrzymka konna, a w niej 14 pątników.
CZYTAJ DALEJ

Unikatowa księga na Jasnej Górze. Tylko do 19 września zobaczysz oryginał Ślubów Narodu!

2026-09-15 20:46

[ TEMATY ]

Jasna Góra

Jasnogórskie Śluby Narodu

Monika Książek

Kard. Stefan Wyszyński, zdjęcie z wystawy jasnogórskiej w Bastionie św. Rocha

Kard. Stefan Wyszyński, zdjęcie z wystawy jasnogórskiej w Bastionie św. Rocha

Tylko do soboty 19 września, na Jasnej Górze można zobaczyć znaną z archiwalnych ujęć Księgę z tekstem Jasnogórskich Ślubów Narodu, które 26 sierpnia 1956 r. odczytał wobec rzeszy wiernych bp Michał Klepacz w zastępstwie uwięzionego Prymasa Wyszyńskiego. Unikatowy dokument „Odnowienie Ślubów Narodu na Jasnej Górze 1956” ze zbiorów Archiwum Archidiecezjalnego w Gnieźnie jest udostępniony na wystawie w Bastionie św. Rocha. O historii tej niezwykłej pamiątki oraz o tym, co Śluby mówią nam dzisiaj, w rozmowie z portalem niedziela.pl mówi przeor Jasnej Góry, o. dr Grzegorz Prus OSPPE.

Agata Kowalska: Ojcze, kiedy patrzymy na tę księgę, widzimy przedmiot, ale za tym przedmiotem kryje się konkretna historia, czyli internowany kardynał Wyszyński, biskup Michał Klepacz i setki tysięcy wiernych. Jakie myśli ma Ojciec jako przeor Jasnej Góry, kiedy patrzy na ten dokument?
CZYTAJ DALEJ

Algieria: aresztowano 12 chrześcijan podczas nabożeństwa

2026-09-16 18:09

[ TEMATY ]

Algieria

Adobe Stock

Zdjęcie ilustracyjne

Zdjęcie ilustracyjne

Policja zatrzymała 12 chrześcijan uczestniczących w nabożeństwie w L’Ayaida, 36 km na wschód od Oranu. Władze powołały się na przepisy regulujące działalność wyznań niemuzułmańskich. Prawo przewiduje sankcje m.in. za działania mające na celu nawrócenie muzułmanina oraz rozpowszechnianie materiałów mających „podważyć wiarę muzułmanina”.

Do zatrzymania doszło 14 września w ośrodku „House of Refuge”, związanym z pastorem Youcefem Ourahmane, wiceprzewodniczącym Kościoła Protestanckiego w Algierii (EPA). Ośrodek udziela pomocy m.in. kobietom znajdującym się w trudnej sytuacji i ich rodzinom.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję