Żeby lepiej zobaczyć, trzeba przymknąć oczy.
„Pewnego razu mówił ktoś do obrazu, a obraz doń ani słowa i taka była ich rozmowa” - opowiada dziecięcy wierszyk. Obraz jednak mówi - nie rozmawiając - i to mocniej, i skuteczniej niż słowa, a jego siła tkwi w odzwierciedlaniu tego, co w nas jest jeszcze niewyobrażone. No i z obrazem się nie dyskutuje, tylko mu się ulega, jeśli jest on w stanie przykuć na dłużej uwagę. On nie tylko wyświetla się na ekranie wyobraźni, ale tam zostaje i powraca bez naszej woli. Obraz, jeśli uda mu się zafascynować sobą widza, rodzi w nim chęć adorowania, upodobnienia się, naśladownictwa. Wiedzą to i stosują spece od reklamy, ale i twórcy seriali, którzy przedstawiają żywe ikony - wizerunki zarówno jakoś pożądane przez widzów, jak i tworzone tak, by widzowie - świadomie lub podświadomie - w pewien sposób je adorowali, ale i odtwarzali potem ich sposób bycia, myślenia, mówienia… Obserwowałem raz chłopca zafascynowanego filmami z Charliem Chaplinem - po obejrzeniu kilkunastu z rzędu mimowolnie poruszał się, robił miny jak on. Można powiedzieć, że w każdym, jak w dziecku, jest trochę takiej zapatrzonej gapy i naśladowczej małpki. I dlatego pojawia się wciąż więcej coraz bardziej sugestywnych obrazów i obrazków - nowoczesnych ikon.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Jest taka baśń o małej Widecie, księżniczce uwięzionej przez ojca ślepca, chcącego uchronić ją przed uwiedzeniem. Żeby jednak zapomniała o oknach i widokach z wieży, kupuje dla niej zaczarowany obraz z postacią niby do niej podobną, lecz znacznie piękniejszą i większą. Obraz od razu przyciąga uwagę Widety. A że w komnacie nie ma okien, wpatruje się w obraz coraz dłużej, coraz bardziej pełna uwielbienia dla tej postaci. Wieczorem, kiedy na poły usypia, widzi, jak postać schodzi z obrazu, chodzi po komnacie, je, bawi się, tańczy… Wideta z początku nie śmie się poruszyć, zafascynowana jej pięknem, gracją, boskością prawie… Ale potem, jak w hipnozie, zaczyna powtarzać gesty, ruchy, miny, zachowania. Potem zaczyna wpatrywać się w obraz jak w lustro, jakby na nim była już ona sama, utożsamiona coraz bardziej i bardziej z tą tak bliską jej już postacią.
Mijają jednak dni i Widetę zaczyna to nudzić. Postać bowiem, a jednocześnie jakby ona sama w jej odbiciu, zachowuje się wciąż podobnie - jakby obie siebie wzajemnie naśladowały. Wideta coraz rzadziej patrzy na nią, coraz mniej pociąga ją jej odbicie w obrazie. Za czymś tęskni, choć nie wie za czym. Któregoś dnia podchodzi do obrazu tak blisko, że już rozmazują się jej kształty i kolory… Dotyka obrazu twarzą i nagle widzi, że coś przezeń prześwieca. Chwyta coś ostrego, rozdziera płótno i… zostaje oślepiona słońcem. Obraz bowiem wprawiony był w okno. Dopiero wieczorem odzyskuje wzrok, przemywa oczy, wygląda przez okno i czuje, jak tchu jej brakuje, gdy ogląda ogród, rzekę, postacie ludzkie - stokroć piękniejsze od tej na obrazie. I nie wie, czy to jest nowy czar, gdy zgasł tamten, czy w końcu widzi to, za czym tak tęskniła w komnacie bez okien, ale wszystko jej przesłaniał tamten obraz z niby-bóstwem i lustrem… Potem mówi do ojca: „Broniłeś mnie przed uwiedzeniem, a to tyś mnie uwodził tym marnym obrazem, który brałam za piękno i prawdę, a on mi je tylko zasłaniał i fałszował”. I widząc, jak ojciec płacze, dodaje: „Wybaczam ci, bo jesteś ślepy…”.
Współczesne ikony popkultury nieźle małpują działanie starej ikony, ale chcą zatrzymać widzów na etapie idola i lustra. I mamy zwielokrotnione adoracje, zahipnotyzowanie, narcystyczne przeglądanie się w nich, naśladownicze odtwarzanie… Ale ani ich twórcy, ani większość widzów nie potrafi (nie chce?) spojrzeć na ich drugą stronę, na świat, który one zasłaniają i fałszują lub usiłują go marnie zastąpić.
Może przy tych starych ikonach, przy świecach i na kolanach, można byłoby odzyskać tęsknotę za ujrzeniem tego świata po drugiej stronie? Ale do przejrzenia potrzeba też porządnego płaczu, do dna duszy - z żalu, że choć tyle widać, to nie to, co najważniejsze.