Reklama

Kolorują dziecięce sny

2013-03-13 12:34

Z Natalią Bielawską rozmawia Monika Jaworska
Edycja bielsko-żywiecka 11/2013, str. 4-5

Natalia Bielawska
Natalia Bielawska prezentuje uszyte poszewki

MONIKA JAWORSKA: - Niedawno ruszyła akcja „Uszyj jasia”, którą Pani zainicjowała. Jak to się stało, że Pani wpadła na pomysł szycia jaśków dla szpitali?

NATALIA BIELAWSKA: - Pomysł podsunęło życie. W grudniu 2012 r. byłam z dzieckiem w szpitalu im. Jana Pawła II w Krakowie. Dziecko trafiło tam z zapaleniem płuc. Podczas codziennej wymiany pościeli zabrakło poszewki na poduszkę dla mojego synka. Zapytałam o nią, usłyszałam od salowej, że nie ma więcej jaśków, wtedy powiedziałam: „No to uszyję”. W szpitalu opiekowano się nami bardzo dobrze, pomyślałam więc: „Lekarze i pielęgniarki pomogli nam - teraz my im pomożemy”. Uważam nawet, że fantastycznie odpoczęłam, przebywając tam z dzieckiem, bo oprócz codziennych kontroli, leczenia i wdychania nebulizatorem soli fizjologicznej, leków, mogliśmy korzystać z książeczek dla dzieci, różnych zabawek, wypożyczyć filmy, korzystać z Internetu w pokoju. Odwiedził nas nawet św. Mikołaj.

- I brak jaśka dla syna w szpitalu był dla Pani impulsem, by ogłosić tę akcję?

- Tak. Właściwie po tygodniu wróciliśmy ze szpitala do domu. Później były święta Bożego Narodzenia, a zaraz po Nowym Roku - 2 stycznia br. ogłosiłam na swoim blogu www.ekoubranka.blogspot.com, że w szpitalu im. Jana Pawła II zabrakło jaśków i potrzeba około 10 sztuk. Jaśków zawsze brakuje w szpitalach, a doszły mnie wieści, że są matki, które z racji tego, że często bywają w szpitalu, wiedzą o tym, więc zabierają z domu swoje jaśki.

- Czy odzew był natychmiastowy?

- Wieść o jaśkach rozeszła się po blogach bardzo szybko. Dziewczyny uszyły jaśki tak szybko, że po kilku dniach było ich ponad 120! Pojawiły się propozycje kolejnych szpitali: Bolesławiec, Bielsko-Biała, Wołomin, Parczew, Rybnik, Brzesko... Do tej pory uszyto ponad 450 jaśków. I te jaśki, które zostały uszyte na początku, prezentowałam na swoim blogu: www.ekoubranka.blogspot.com, ale po miesiącu, gdy akcja nabrała rozmachu, postanowiłam założyć nowego, „jaśkowego” bloga: uszyjjasia.blogspot.com.

- Czy Pani zajmuje się sama prowadzeniem akcji?

- Bardzo pomagają mi dziewczyny, do których wysyłamy jaśki. W akcję zaangażowała się Teresa Klajmon, która organizuje jaśki do szpitala w Bielsku i jest autorką bloga: www.27zima.blogspot.com. Wspaniale akcję przeprowadziła pani Krystyna w Bolesławcu z bloga: www.krawiectwomelanii.blogspot.com, która nadwyżkę jaśków podarowała tamtejszemu Domowi Dziecka. Kasia z bloga www.in-search-of-beauty.blogspot.com za darmo zrobiła piękny plakat, naklejki, baner itp. W powstaniu oficjalnego bloga: www.uszyjjasia.blogspot.com pomogła Manita z www.manitowisko.blogspot.com. Najwięcej jaśków uszyła i od początku akcję wspiera Asia z www.lolajoo.blogspot.com oraz Paulina z www.ce-la-faccio.blogspot.com. Poza tym bardzo mi pomaga Sara z www.akapit.blogspot.com. Kolejny szpital - w Brzesku - zorganizowała i koordynuje Kasia z bloga: www.biolozkowydomek.blogspot.com. Katarzyna Jakubowska zbierała jaśki do Wołomina. Jest jeszcze Katarzyna Gawlik, która koordynuje akcję w Rybniku. Co warto podkreślić, dziewczyny angażują się za darmo, korzystają ze swoich materiałów lub materiałów pozyskanych od rodziny, znajomych.

- Widzę, że w tak krótkim czasie dużo osób zaangażowało się w pomoc.

- Tak. Coraz więcej osób chce przyłączyć się do akcji, co bardzo mnie cieszy. Nie ukrywam też, że gdyby nie w większości blogerki, to trudno było mi to wszystko ogarnąć, a już na pewno nie uszyłabym sama tych 450 jaśków. Do akcji przyłączyło się już prawie 100 osób...

- Na czym szczegółowo polega akcja szycia jaśków? Są jakieś konkretne wytyczne odnośnie do wielkości i rodzaju materiału?

- Akcja polega na tym, że szyjemy głównie małe poszewki na poduszki, popularnie nazywane jaśkami. Wymiary zależą od szpitala, wahają się od 40/40 do 40/50, 45/70, 40/70, 80/65. Wszystkie powinny mieć zakładkę do środka około 15 cm. Raczej bez zamka, nie z polaru lub innego materiału, który może się szybko zniszczyć w praniu. Materiał najlepiej by był kolorowy, a może być też biały z kolorowymi aplikacjami: preferowana jest bawełna, ale może być również flanela, kora.

- Co się potem dzieje z uszytymi jaśkami?

- Gotowe jaśki wysyłamy do zaufanych osób prywatnych, które osobiście dostarczą je do szpitala. Np. ostatnio na blogu pojawiła się fotorelacja z przekazania jaśków przez panią Krystynę do szpitala w Bolesławcu.

- Dlaczego wysyłacie je do osób prywatnych, a nie do szpitala?

- Ponieważ ważne jest to, by wiedzieć, ile jest w danym momencie jaśków, a także, kto je wysłał. Większość jaśków prezentujemy później na blogu oraz w specjalnie założonym, osobnym albumie na „jaśkowym” Facebooku (FB: Uszyj jasia). Poza tym, pielęgniarki mają bardzo dużo swojej pracy, nie chciałam im dawać dodatkowej.

- Czy oprócz Pani i blogerek ktoś inny też może uszyć jasiek?

- Oczywiście. Zachęcamy do tego. I wystarczy, że ktoś uszyje poszewkę. Nie potrzeba wkładu ani poduszki! Wystarczy sama poszewka. Przy okazji każda chętna osoba do uszycia poszewki może skorzystać z tutoriali, czyli informacji, jak to zrobić, które znajdują się na stronie: www.uszyjjasia.blogspot.com/p/jak-uszyc-jasia-tutoriale.html. Po uszyciu poszewki wystarczy zerknąć na zakładkę „aktualne adresy”: www.uszyjjasia.blogspot.com/p/aktualne-adresy.html. Tam są dostępne dane szpitali, które potrzebują jaśków, i podane rozmiary, a także adresy osób, które przyjmują jaśki, by je potem przekazać do szpitali. Osoba, która uszyła poszewki, może zrobić ich zdjęcia i przesłać je na adres e-mail: uszyjjasia@o2.pl z informacją: jaki rozmiar, gdzie wysyła, blog albo inicjały, które są potrzebne do podpisu przy prezentowaniu zdjęć na blogu i FB. Dobrze byłoby, gdyby te informacje były napisane na kartce i zapakowane wraz z poszewkami - bardzo nam to ułatwi pracę. Uszyte poszewki można przesłać do szpitala lub do osoby, która koordynuje akcją w danym rejonie. Jeśli takowej nie ma, może nią zostać każdy, kto tylko wyrazi taką chęć. Informacje, jak zorganizować szpital, podane są na naszym „jaśkowym” blogu.

- Proszę mi jeszcze powiedzieć, jakie jest zapotrzebowanie na jaśki w szpitalach diecezji bielsko-żywieckiej?

- W tej chwili szyjemy jaśki do Szpitala Pediatrycznego w Bielsku-Białej. Potrzebują tam jaśków o wymiarach 40/40 i 40/50 (plus 15 cm zakładki do środka). Myślę, że do przyjmowania jaśków warto zaangażować inne szpitale, czy hospicja, domy dziecka na terenie całej diecezji bielsko-żywieckiej.

- Czy w akcję można się włączyć tylko poprzez szycie poszewek, czy można też pomóc w inny sposób?

- Myślę, że prócz szycia poszewek, najbardziej można pomóc, wchodząc do szpitala, domu dziecka, rodzinnego domu dziecka, hospicjum, które znajdują się w okolicy, chociażby np. na Podbeskidziu, na terenie diecezji bielsko-żywieckiej, i zapytać, czy potrzeba jaśków albo czegoś innego, ale UWAGA - pieniędzy nie zbieramy! Potem wystarczy napisać na adres e-mail: uszyjjasia@o2.pl, a ja umieszczę informację na blogu i FB, i szyjemy dla tych instytucji. Dodam, że szyjemy jaśki za darmo i wręczamy je też za darmo. Nie oczekujemy w zamian pieniędzy. Można też pomóc, przekazując materiały: bawełnę, korę, flanelę. Potrzebujemy też takich materiałów, jak zasłony, pościel „po dzieciach”, byle by w dobrym, a najlepiej w bardzo dobrym stanie. Z pozyskiwanych materiałów będziemy szyć nowe jaśki w kawiarenkach szyciowych - w „Slow Fashion Cafe” w Krakowie oraz w „Nitce” w Poznaniu. Zależy mi, by te materiały nie były zniszczone, ponieważ mają służyć chorym dzieciom! I żeby były z bawełny, flaneli, i kolorowe. W końcu kolorujemy dziecięce sny.

* * *

W styczniu 2013 r. z inicjatywy Natalii Bielawskiej z Krakowa (a pochodzącej z Rudzicy na Śląsku Cieszyńskim) ruszyła akcja „Uszyj jasia”. Grupa osób szyje jaśki, które następnie są przekazywane do szpitali, domów dziecka i hospicjów na terenie całej Polski. Również w diecezji bielsko-żywieckiej akcja staje się coraz bardziej popularna. Obecnie są szyte jaśki dla Szpitala Pediatrycznego w Bielsku-Białej (oraz poza diecezją dla szpitala w Rybniku), ale w akcję można włączyć kolejne szpitale, a także hospicja i domy dziecka.

Tagi:
hospicjum dom dziecka

Mama i tata do zadań specjalnych

2019-05-28 13:40

Dominika Szymańska
Edycja łódzka 22/2019, str. 6-7

Mówią, że spłacają dług wdzięczności. Bogusława i Jan Dąbrowscy. Duet do zadań specjalnych. Od 20 lat są rodzicami zastępczymi, od 9 lat prowadzą Rodzinny Dom Dziecka w Lubczynie działający w ramach łódzkiej Fundacji Happy Kids. Obecnie przebywa w nim dziewięcioro dzieci, w tym czworo niepełnosprawnych

Archiwum rodzinne
W rodzinnym gronie świętują małe i duże wydarzenia

Pierwsze „zastępcze dziecko” (3,5-letnia Ania*). Trafia do nich zaniedbana, chora na zapalenie płuc, z niedorozwojem paluszków. – Nie wiedziała, jak się nazywa, na siebie mówiła „Ja”, bo nikt do niej nie mówił po imieniu. Zachowywała się jak zwierzątko, wszystkiego się bała. Wszystkiego po kolei musieliśmy ją nauczyć – wspomina Bogusława Dąbrowska. – To było dla nas olbrzymie wyzwanie, ale doszliśmy do wniosku, że to dziecko, którego chcemy i któremu pomożemy. I tak zrobiliśmy – dodaje. Po 4 latach pobytu w rodzinie zastępczej trafiła wraz z młodszym bratem do adopcji.

Karol i Konrad – bliźniacy z syndromem FAS. Ich mama nie tylko piła w ciąży, ale alkohol był jej głównym pożywieniem. Urodziła w domu w stanie upojenia alkoholowego, nigdy nie będąc u lekarza. Sąsiadka zastała ją z nieodciętą pępowiną, jedno dziecko kwiliło na tapczanie, a drugie pomiędzy tapczanem a ścianą. 11-letni Michał, który nie umie czytać, w ogóle nie zna liter. Mocno wycofany, z niedosłuchem. Jego kompleksy tak się nawarstwiły, że zamknął się w sobie i nie chciał chodzić do szkoły. Dziś nie tylko super czyta, ale też jest przesympatycznym nastolatkiem, który tańczy hip hop i marzy, by zostać fryzjerem.

Rodzinny dom

Szansą na nowe życie dla tych dzieci jest rodzina. Ktoś, kto przyjmie ich z wyrozumiałością takimi, jacy są. Pozwoli doświadczyć ciepła, zapewni poczucie bezpieczeństwa, pokaże, jak mogą wyglądać dobre relacje między ludźmi. – Przede wszystkim my jesteśmy cały czas. Jak wysiadają z autobusu i czuć jakiś kuszący zapach, dzieci mówią: „Mam nadzieję, że to w moim domu” – opowiada zawodowa mama. Jej mąż Jan dodaje: – Mieliśmy też z nimi rozmowę o tym, że nie trafili do „jakiegoś” domu, ale do „swojego” domu. Że ten dom nie jest ani mój, ani cioci, ale „nasz wspólny”.

Dziewięcioro dzieci to nie lada wyzwanie. Jak znaleźć czas dla każdego? – Często przygotowujemy wspólnie posiłki. Sam lubię pichcić i chłopców też do tego wciągnęliśmy. Raz w tygodniu robimy pizzę. Każdy bierze w tym udział: jeden kroi pieczarki, drugi smaży, ktoś robi sos, ktoś inny wałkuje ciasto – wyjaśnia Jan.

Chłopcy uwielbiają też prace na podwórku, w warsztacie. Działka, która na początku wydawała się dość duża, z biegiem lat się skurczyła. Drzewka, trampolina, namiot, basen, siatka do gry, stół do ping ponga. Wszystko, czego potrzeba, żeby się wyszaleć na świeżym powietrzu.

Wiosną tego roku Dąbrowscy kupili folię i zakładają ogródek. – Chcemy pokazać dzieciom, że warzywa i owoce nie biorą się znikąd – tłumaczą.

Blaski i cienie wychowania

Każde z tych miejsc wspólnego działania to też ich sposób na wychowanie. 2,5 roku temu trafili do nich bracia sprawiający problemy wychowawcze. Napiętnowani przez środowisko, poddali się opinii, jaka o nich krążyła, nie starali się z tym walczyć. – Postanowiliśmy najpierw popracować nad relacjami, pokazać im, że ich szanujemy, że są dla nas ważni. Chcieliśmy im pokazać ich wartość i mocne strony. Nie radzili sobie wtedy w szkole, dlatego postanowiliśmy poszukać tego gdzie indziej – opowiada Bogusława.

Szybko okazało się, że jeden z braci ma smykałkę do samochodów, inny świetnie piecze czy gotuje. Choć początkowo chłopcy nie potrafili przyjmować pochwał, z czasem nabrali zaufania do przybranych rodziców i wiary we własne możliwości. Czy to oznacza, że dziś wszystko jest już super? – Zdarzają się różne wpadki, zwłaszcza w szkole, bo to trudne dla nich środowisko. Ale w domu? Mam z nimi super więź – dodaje przybrana mama.

Wychowanie własnych dzieci to już niełatwa rzecz. A wychowywanie dzieci, które zostały poranione i skrzywdzone, zazwyczaj przez osoby dorosłe, to prawdziwe wyzwanie. Jak się w tym odnaleźć? – Trzeba być bardzo cierpliwym i rozumieć te schematy działań. Właśnie dlatego mamy potrzebę ciągłych szkoleń z zakresu psychologii, wychowania, zdobywania nowych wiadomości – tłumaczy, podkreślając, że ważne jest również szukać pomocy u innych. – Nie jestem omegą, nie jest powiedziane, że wiem wszystko i daję sobie prawo do tego. Duże wsparcie i pomoc specjalistyczną otrzymujemy również ze strony Fundacji Happy Kids – zarówno w procesie wychowania dzieci, jak i współpracy z urzędami. Oni są dla nas i naszych dzieci jak rodzina. Zawsze mogę do nich zadzwonić, poradzić się – dodaje.

Cud narodzin

Jak to się stało, że ona – pracująca w banku i on – pracujący na poczcie, szczęśliwi rodzice Artura, zdecydowali się zaryzykować i podjęli wyzwanie opieki nad dziećmi pozbawionymi swojego domu? – Naszemu 6-letniemu synowi, który był jedynakiem, pewnego razu wpadła do ręki gazeta opisująca historie dzieci czekających na adopcję. Przyszedł do nas i zaczął ważną rozmowę, że on chciałby mieć rodzeństwo – mówią.

To jednak nie było proste. W przypadku pani Bogusławy, która w młodości przeszła operację ginekologiczną, już pierwsza ciąża, zagrożona i z powikłaniami, była cudem. – Nawet nie podejmowałam kolej próby. Byłam szczęśliwa, że w ogóle przeżyłam, że syn się urodził zdrowy. Ale tamta rozmowa coś zmieniła. Zaczęliśmy o tym rozmawiać i doszliśmy do wniosku, że to Bóg zdecyduje czy pozwoli nam po raz kolejny przeżyć macierzyństwo i ojcostwo – wspomina.

Po 2 latach ginekolog zlecił badania, które potwierdziły, że nie ma szans na kolejną ciążę. – Pamiętam, że jechaliśmy całą drogę ze szpitala do domu, ok. 70 km, i nie rozmawialiśmy ze sobą w ogóle. Ale właśnie wtedy oboje zgodnie podjęliśmy decyzję, że będziemy adoptować dziecko.

Zgłosili się do ośrodka. Diagnozy, badania, testy, szkolenia. Dwa miesiące później okazało się, że pani Bogusława jest w ciąży, która nie miała prawa się zdarzyć. – Ginekolog postawił sprawę jasno – zostawił 1 proc. szans na cud. Dzisiaj ten cud ma 18 lat – mówią, kryjąc wzruszenie, gdy na nowo przeżywają tamte wydarzenia.

Pomimo ciąży nie zrezygnowali z bycia rodzicami zastępczymi. Ania trafiła do nich, gdy ich własną córkę od narodzin dzieliły jeszcze 2 miesiące. – Stwierdziliśmy, że skoro powiedzieliśmy A, to mówimy też B. Jakoś tak byłam spokojna o to, że wszystko dobrze się skończy. Chcieliśmy spłacić ten dług Panu Bogu, zostając rodziną zastępczą – wyjaśniają z prostotą.

* Imiona dzieci zostały zmienione.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Podwyższenie Krzyża Świętego

2019-09-14 07:50

Arkadiusz Bednarczyk

14 września Kościół w sposób szczególny czci Chrystusowy Krzyż, narzędzie męczeństwa, ale i hańby oraz pogardy w antycznym świecie.

Bożena Sztajner/Niedziela

W 324 r. matka cesarza Konstantyna - Helena, wówczas 78-letnia już kobieta, wyrusza celem ekspiacji za uczynki syna do Ziemi Świętej. Ówczesny biskup Jerozolimy - Makary - miał okazję rozmawiać z cesarzem o sytuacji, w jakiej znajdowały się święte miejsca i nakłaniał go do podjęcia na tych terenach prac badawczych. Na miejscu dawnej Jerozolimy po zburzeniu przez cesarza Hadriana w 135 r. Świątyni Jerozolimskiej powstała Aelia Capitolina. W miejscu Świętego Grobu powstała świątynia Jowisza Kapitolińskiego. Autor Historii Kościoła Euzebiusz z Cezarei mówi, iż po przybyciu na miejsce cesarzowa Helena kazała zwołać komisję, w skład której weszli kapłani i archeologowie w celu zakreślenia dokładnego planu prac wykopaliskowych. Szczęśliwie zachowane dokumenty w pewnej żydowskiej rodzinie pozwoliły na ustalenie topografii Jerozolimy przed jej zburzeniem. Koszty robót nie grały roli - Konstantyn dostarczył na te cele ogromne sumy pieniędzy. Po kilku tygodniach prac ukazał się wreszcie garb Kalwarii i grota grobu Chrystusa. Wzruszenie ogarnęło wszystkich. W częściowo zasypanym rowie odnaleziono trzy krzyże. Biskup Makary modlił się o możność poznania, na którym krzyżu Zbawiciel dokonał żywota. Podobno przyniesiono umierającą niewiastę, którą dotknięto drzewem krzyża. Przy trzecim dotknięciu kobieta wstała. Wiadomość dotarła do Konstantyna, który każe wybudować na świętym miejscu bazylikę. 14 września 335 r. odbyło się uroczyste poświęcenie i przekazanie miejscowemu biskupowi bazyliki, do której wniesiono relikwie Krzyża. Obecna Bazylika Grobu Świętego wybudowana przez krzyżowców zajmuje miejsce trzech budowli wzniesionych przez Helenę: kościoła na cześć Męki Pańskiej, na cześć Krzyża i Grobu Świętego.

Znalezione drzewo Krzyża Helena miała podzielić na trzy części: dla Rzymu, Jerozolimy i Konstantynopola. W tym ostatnim miejscu cesarz Justynian Wielki wystawił świątynię Hagia Sophia, którą ukończono w roku 537 i do niej przeniesiono relikwię Krzyża Świętego. W Rzymie po śmierci matki cesarz wybudował w pobliżu Lateranu, który ofiarował papieżowi Sylwestrowi, wspaniałą Bazylikę Krzyża Świętego z Jerozolimy, w której spoczęło ciało cesarzowej. Umieszczono w niej cenną relikwię Krzyża Świętego. Tu też przechowuje się tabliczkę drewnianą z napisami w greckim, hebrajskim i łacińskim zwaną tytułem Krzyża, którą Piłat kazał umieścić nad głową Jezusa. Papież Lucjusz II w dwunastym stuleciu stwierdził jej autentyczność swoją pieczęcią i umieścił w specjalnej skrzyni. W Jerozolimie 20 maja 614 r. perski władca Chosroes II zabrał relikwie Krzyża do Persji. Piętnaście lat później cesarz bizantyjski Herakliusz pokonał Persów i odzyskał relikwię; bogato ubrany niosąc Krzyż chciał wejść do bazyliki, ale coś powstrzymywało go przed wejściem do kościoła. Biskup Jerozolimy poradził mu aby zdjął z siebie zabytkowe szaty i boso, odziany jak kroczący na Kalwarię Chrystus, wniósł Relikwie do odbudowywanej po zniszczeniu bazyliki. Pamiątkę tego wydarzenia, które - można rzec - iż było ponownym podwyższeniem Krzyża obchodzono corocznie 14 września. Kiedy w czasach wypraw krzyżowych Jerozolima była w rękach krzyżowców zamkniętą wówczas Bramę Złotą otwierano w dniu 14 września dla upamiętnienia momentu powrotu Krzyża do Jerozolimy.

Szczególną czcią cieszył się Krzyż w staropolskim Rzeszowie. W kościele Świętego Krzyża wisiał krzyż, który wykonany w XVII wieku został następnie przeniesiony do Fary. Dziś znajduje się na zewnętrznej ścianie prezbiterium. Czasem Pana Jezusa z tego krucyfiksu zwą „Uśmiechniętym”, gdyż podobno, kiedy przed laty pod tym krucyfiksem grał chłopiec zbierając środki na życie, w pewnym momencie Ukrzyżowany uśmiechnął się do niego. Postać Ukrzyżowanego zwisa na wysoko wyciągniętych ramionach, zaś głowa w cierniowej koronie opada na pierś. Z kolei w przedsionku rzeszowskiej fary monumentalny krucyfiks jest od trzystu lat otaczany kultem. Przekazywane świadectwa w rzeszowskich rodzinach mówią, że kiedy w 1831 r. w mieście wybuchła epidemia cholery, ludzie garnęli się do tego krucyfiksu wypraszając wielorakie łaski. Dziś od ciągłego całowania i dotykania nogi Pana Jezusa uległy wytarciu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież pobłogosławił ikonę Matki Bożej dla cierpiącego narodu syryjskiego

2019-09-15 20:15

ts / Watykan, Damaszek (KAI)

Papież Franciszek pobłogosławił ikonę Matki Bożej dla cierpiącego narodu syryjskiego. Jej autorem jest Spiridon Kabbash, grecko-prawosławny ksiądz z Homs, poinformowało Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie (PKwP) 15 września w Rzymie.

Grzegorz Gałązka

Ikona przedstawia siedzącą Matkę Bożą w czerwonym płaszczu. Na kolanach trzyma Dzieciątko Jezus, błogosławiące kobiety, mężczyzn i dzieci zwracających się w błagalnym geście do Matki Bożej. Te postaci artysta umieścił w dolnej, lewej części obrazu. W dole po prawej natomiast widać uzbrojonych terrorystów w czarnych mundurach odwróconych od tej sceny i uciekających; niektórzy z nich mają miecze i pasy z amunicją.

Kardynał Mauro Piacenza, przewodniczący PKwP przekazał ikonę papieżowi Franciszkowi. Jak podkreślono, „obraz zatroskanej Maryi, Pocieszycielki Syryjczyków” jest symbolem modlitewnej kampanii „Pociesz mój naród” syryjskich chrześcijan, którzy stracili swoich bliskich w czasie trwającego osiem lat konfliktu zbrojnego w kraju.

W najbliższych tygodniach ikona będzie peregrynować po wszystkich 34 diecezjach katolickich, prawosławnych i wschodniochrześcijańskich w Syrii. Będzie wystawiana i czczona we wszystkich parafiach, w których będzie taka możliwość; ogółem zarejestrowane są 454 parafie, powiedziała w Rzymie rzeczniczka PKwP.

Także w niedzielę 15 września w Syrii rozdawano 6000 różańców, które papież Franciszek poświęcił 15 sierpnia podczas modlitwy „Anioł Pański” na placu św. Piotra. Różańce przygotowali chrześcijańscy rzemieślnicy w Betlejem i Damaszku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem