Reklama

Franciszkanie w Chęcinach

Głoszą pokój i dobro

2013-07-24 09:52

Władysław Burzawa
Edycja kielecka 30/2013, str. 4-5

TER

Dwa lata temu franciszkanie w Chęcinach świętowali 20-lecie powrotu do swojego klasztoru. Odzyskali zniszczone zabudowania klasztorne i sprofanowany kościół, który komuniści zamienili na restaurację. Przez te lata wygląd zabytkowych murów, dzięki zabiegom prawowitych gospodarzy, zmienił się nie do poznania. Zmienili się także ludzie żyjący w cieniu klasztoru oraz ci, którzy szukali i szukają pomocy oferowanej przez ojców.

W 2004 r. powstał tu ośrodek: Franciszkańskie Centrum Profilaktyki i Leczenia Uzależnień. Inicjatywa zaczęła się rozwijać, obecnie są już dwa hostele: jeden w Chęcinach, a drugi w Połańcu. Pierwszy dla narkomanów, a drugi dla alkoholików. Wiele pracy ma poradnia leczenia uzależnień. Powołane do życia Stowarzyszenie PADRE Profilaktyka, Aktywne Działanie, Rozwój i Edukacja prowadzi profilaktykę oraz edukację młodych ludzi, wskazując na zagrożenia, które powodują narkotyki i używki. - Nasza praca jest nakierowana szczególnie na dzieci, to je trzeba nauczyć żyć, wskazywać wartości, i przekonać, że do dobrego samopoczucia czy dobrej zabawy nie są potrzebne żadne dopalacze - mówi o. Tomasz Pawlik. Stowarzyszenie prowadzi pięć punktów przedszkolnych w okolicznych miejscowościach oraz świetlicę „Promyk Dnia”. Są one częścią ogólnopolskiego projektu Stowarzyszenia Chrześcijańskich Organizacji Wiejskich. Do ośrodków leczących uzależnienie od narkotyków i alkoholu trafiają młodzi ludzie z całej Polski. Jest jeden warunek: uzależniony musi wyrazić chęć leczenia. - Człowieka nie można zmuszać, jeżeli sam nie chce, nie zmieni się, przymusowe leczenie praktycznie nic nie daje, najwyżej kilka tygodni czy miesięcy spokoju rodzinie uzależnionego. Po tym czasie piekło nałogu wraca z kolejną intensywnością. - mówi o. Pawlik.

San Damiano

Franciszkanie pracują z uzależnionymi w Ośrodku SAN DAMIANO w Chęcinach, stosując metodę społeczności terapeutycznej. Grupa narkomanów tworzy wspólnotę, w której każda z osób ma jakąś rolę. Razem mieszkają i razem przejmują obowiązki oraz funkcje, jest więc: kucharz, kierownik pracy, służba ochrony domostwa - „wewnętrzna policja”, która dba o bezpieczeństwo. Są osoby przydzielone do dbania o zwierzęta: psa, koty i rybki. Praca, obowiązki i funkcje są po to, żeby zobaczyć siebie, swoje relacje do innych, poznać prawdę o sobie, swoje zalety i słabości. Z tej pracy każdy jest rozliczany i oceniany. Podstawowy program terapii zamyka się od 6-12 miesięcy. W ciągu

9 lat istnienia ośrodka bardzo wiele osób zmieniło się, wyszło z nałogu, wróciło do domów, odnalazło się w nowej rzeczywistości. Niektórzy ukończyli szkoły, pobudowali domy, założyli rodziny. Jednak nie wszystkim udało się zerwać z nałogiem. - Generalnie my, ludzie, żyjemy po to, by zaspakajać swoje potrzeby. Jeżeli człowiek jest kochany, rozumiany, doceniany, to wszystko jest w porządku. Jeżeli jednak tego zabraknie, szukamy „zamienników szczęścia”, wierząc, że narkotyki, alkohol czy inne środki psychoaktywne zaspokoją nasze potrzeby i pragnienia - mówi o. Tomasz. To wszystko daje tylko chwilowe zapomnienie, narkotyki, alkohol, leki nie rozwiązały żadnego problemu, tylko go pogłębiły. O tym, jaka jest kondycja społeczeństwa, można przekonać się naocznie, albo zaufać badaniom, które są systematycznie prowadzone. Wynika z nich, że blisko 30 proc. młodych ludzi z gimnazjum już sięgało po alkohol i narkotyki. Rzeczywistość jest przerażająca.

Reklama

Profilaktyka

Franciszkanie prowadzą pięć punktów przedszkolnych: w Tokarni, Bolminie, Starochęcinach, Łukowej i Polichnie. Świetlica Promyk Dnia, która istnieje przy klasztorze, działa codziennie od poniedziałku do piątku w godzinach popołudniowych. Franciszkanie organizują dla dzieci: ferie, wyjazdy wakacyjne, półkolonie. Przez cały okres wakacji przebywa w godzinach od 10-15 ok. czterdzieściorga dzieci, które otrzymują jeden ciepły posiłek w ciągu dnia. Zdaniem ojców, tylko profilaktyka może przynieść zmianę niepokojącego trendu: sięgania coraz młodszych dzieci po używki. Działalność świetlic opiera się na wolontariuszach, którzy opiekują się dziećmi, pomagają w odrabianiu lekcji, uczą je i wypełniają czas nauką i zabawą. Gdyby nie oni, franciszkanie nie podołaliby licznym obowiązkom.

Z fundacji króla

Franciszkanie przybyli do Chęcin już w 1368 r. dzięki fundacji Kazimierza Wielkiego. Polski król podobno starał się u papieża Urbana II o zgodę na założenie franciszkańskich klasztorów m.in. w Szydłowie, Skawinie i Opocznie, ale do założenia klasztoru doszło tylko w Chęcinach. Wzniesione w XIV wieku obiekty były wielokrotnie przekształcane. Na przestrzeni wieków zmieniali się także użytkownicy obiektów. Pierwsza przebudowa świątyni miała miejsce w drugiej połowie XV wieku, po pożarze z roku 1465. W latach 1581-1603 pomieszczenia klasztorne przejęli innowiercy i kościół użytkowano jako zbór. Po odzyskaniu obiektów świątynię odnowiono, a klasztor rozbudowano, dzięki staraniom Stanisława Branickiego, starosty Chęcińskiego. Konsekracja odnowionej świątyni nastąpiła w 1628 r. W 1657 r. w okresie „potopu” zarówno Szwedzi, jak i żołdacy księcia siedmiogrodzkiego Rakoczego dopuścili się gwałtów, grabieży i zniszczeń. Budynki klasztorne zostały zniszczone, a wielu zakonników zamordowano. W 1668 r. klasztor doczekał się odbudowy. Inicjatorem i fundatorem prac był ówczesny starosta chęciński Stanisław Bidziński. Konsekracja świątyni odbyła się w roku 1685, dokonał tego sufragan krakowski Mikołaj Oborski.

Lata cierpienia

W XIX wieku ta część Polski znajdowała się pod zaborem rosyjskim. 11 listopada 1817 r. Car Aleksander I podpisał dekret o kasacie zakonu franciszkańskiego. Z kościoła usunięto ołtarze, zdemontowano krzyże, a w odebranych zakonnikom budynkach zorganizowano zakład obróbki marmuru. Ten stan rzeczy trwał przez trzynaście lat. Od 1830 r. budynki poklasztorne zamieniono na więzienie. Celom religijnym służyła tylko kopułowa kaplica św. Leonarda, zbudowana przez Branickiego w 1641 r. Więzienie istniało tu blisko sto lat. W tym czasie w dawnych murach klasztornych więzieni i torturowani byli patrioci, uczestnicy powstań listopadowego i styczniowego. Kiedy w 1927 r. więzienie zlikwidowano (na mocy konkordatu z roku 1925) obiekty miały powrócić do franciszkanów. Jednak do tego nie doszło. Do wybuchu drugiej wojny światowej mieściły się tutaj: sąd, szkoła, a nawet klub Związku Strzeleckiego. Podczas okupacji zespół klasztorny użytkowała niemiecka Luftwaffe, wykorzystując go na cele magazynowe. Według niektórych świadków, niemieccy kapelani odprawiali w kościele Msze św. Po opuszczeniu Chęcin przez Niemców, Armia Czerwona w obiektach klasztornych zorganizowała bazę dla krów, pędzonych z Niemiec do Związku Radzieckiego.

Zatrzeć ślady św. Franciszka

Po wojnie obiekty remontowano, by potem przeznaczyć je na różne cele: zakład produkcyjny, miejską łaźnię, magazyny, a w 1962 r. zapadła decyzja o przekształceniu zespołu klasztornego na kompleks turystyczno-gastronomiczny. Roboty rozpoczęto w 1966 r. Jakby na ironię, dokładnie w Tysiąclecie Chrztu Polski. W klasztorze powstał hotel, w kościele restauracja, a w kaplicy Branickich - koktajlbar. Ta profanacja zbulwersowała opinię publiczną. Pierwsze protesty ludności, żądającej przywrócenia obiektów poklasztornych franciszkanom miały miejsce w 1980 r., tuż po powstaniu „Solidarności”. Stan wojenny zatrzymał te starania na 9 lat. Starania o zwrot zabudowań klasztornych wznowiono po Okrągłym Stole. Tu trzeba przypomnieć postać o. Domańskiego, który mieszkając w pobliżu - u sióstr bernardynek, gdzie był kapelanem, organizował modlitwy, happeningi, nieskończone protesty u władz. Odzyskanie klasztoru traktował jako misję swojego życia. Dochodziło do zadziwiających scen. Uczestnicy Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę zatrzymywali się w Chęcinach i tłumnie wchodzili do kościoła, zamienionego na restaurację, i padając na kolana obok stolików, za którymi siedzieli hotelowi goście, głośno się modlili z twarzami zwróconymi w kierunku podwyższenia dla orkiestry - prezbiterium kościoła.

W 1991 r. nastąpił historyczny moment: klasztor powrócił do zakonu franciszkanów - prawowitych właścicieli. 10 listopada 1991 r. ówczesny biskup kielecki Stanisław Szymecki poświęcił kaplicę św. Leonarda i od tej chwili odprawiano w niej Msze św. i nabożeństwa.

Nowa rzeczywistość

Po sześciu latach prac remontowych, 3 sierpnia 1997 r. odprawiona została pierwsza Msza św. w odrestaurowanym kościele. Sprawował ją bp Kazimierz Ryczan, który dokonał poświęcenia odrestaurowanego kościoła. Remont zespołu franciszkańskiego trwa nadal. Kościół i klasztor odzyskały sakralny charakter, wkrótce będzie przywrócona dawna świetność obiektów.

W odzyskanym klasztorze w latach 90. ubiegłego wieku mieściło się Centrum Apostolstwa Franciszkańskiego, w którym pracowali asystenci do dzieł Prowincji: Franciszkańskiego Zakonu Świeckich, Powołań i Ruchu Światło-Życie. Obecnie od 2004 r. funkcjonuje tu Franciszkańskie Centrum Profilaktyki i Leczenia Uzależnień. Inicjatorem i pomysłodawcą takiej formy pomocy „trędowatym dzisiejszych czasów” był o. Piotr Stanisławczyk, obecny wikariusz Krakowskiej Prowincji Franciszkanów. Widząc opłakany stan budynków, zadał sobie z braćmi pytanie: czy bardziej naszej pomocy potrzebują ludzie czy budynki? Odpowiedź była prosta - ludzie. Jeżeli jest to dzieło Boże, to Pan Bóg nie pozwoli nam zginąć.

Po tych kilku latach można z całą pewnością stwierdzić, że jest to faktycznie działo Boże, pomimo trudnych warunków bytowych. Klasztor Franciszkanów w Chęcinach jest w świetle obecnego prawa podmiotem leczniczym. Jego cała działalność jest prowadzona m.in. dzięki kontraktom zawartym z NFZ. W trakcie terapii oprócz profesjonalnego leczenia uzależnień franciszkanie zwracają uwagę na rozwój duchowości, promując wartości franciszkańskie. Do Ośrodka przyjeżdżają także osoby niewierzące.

Chęcińska wspólnota

Od roku 2008 gwardianem klasztoru jest o. Paweł Chmura - dyrektor wszystkich prowadzonych przez klasztor placówek. Obecnie w klasztorze przebywa 8 braci. 5 pracuje jako terapeuci, ojcowie duchowni, zaopatrzeniowcy. Bracia współpracują także z innymi placówkami w woj. świętokrzyskim zajmującymi się leczeniem uzależnień. Klasztor zatrudnia także specjalistów do prowadzenia tych placówek. Są to m.in. specjaliści terapii uzależnień, psycholog, psychiatra, pielęgniarki, sekretarka medyczna, osoba do rozliczania z NFZ, konserwator. Zakonnicy głoszą także kazania, rekolekcje, wyjeżdżają dzielić się Słowem Bożym, a jednocześnie zbierać ofiary na utrzymanie klasztoru. W okresie zimowym ogrzewanie całego kompleksu to - bagatela - około 15 ton ekogroszku miesięcznie. Kompleks klasztorny jest w całości wpisany do rejestru zabytków i wszelkie zmiany muszą być uzgadniane z wojewódzkim konserwatorem zabytków. Zabytek w wielu miejscach jest w opłakanym stanie. Konieczna jest wymiana dachu, który przecieka, podczas opadów leje się do cel klasztornych i innych pomieszczeń. Cele są zagrzybione i wilgotne, niezdrowe dla zakonników. Pomimo wielu starań, aplikowania wielu wniosków, franciszkanom nie została przyznana dotacja na remont kompleksu. Od kilku lat piszą wnioski do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które są ciągle odrzucane...

Dzielą się wiarą

Bracia prowadzą poradnię duszpasterską dla osób, które zadają sobie pytania dotyczące wiary. W klasztorze zorganizowana jest siłownia, kawiarenka „Sacrum et Profanum”, bilard, cymbergaj, stół do tenisa stołowego, boisko do piłki siatkowej plażowej. Oprócz codziennych Mszy św., wspólnej modlitwy brewiarzowej, adoracji Najświetszego Sakramentu są organizowane Zaduszki Poetyckie, Żywa Szopka, „Chęcinada” - coroczny piknik profilaktyczny, letnie kino. U franciszkanów realizowanych jest wiele innych pomysłów jak głosić pokój i dobro ludziom.

Bracia chcą rozwijać podjęte dzieła pomocowe. Poszukują funduszy na remonty. Pan Jezus z krzyża SAN DAMIANO rzekł do św. Franciszka z Asyżu: „Idź, odbuduj mój kościół”. Chodziło zarówno o budynek, jak i o odbudowę ludzkich sumień. I to pragną realizować franciszkanie z Chęcin.

W następnym numerze zaprezentujemy Dom Sióstr Służebniczek Dębickich w Solcu-Zdroju.

Tagi:
historia zgromadzenie

Kaplica, a może brama? – archeolodzy o Wzgórzu Lecha w Gnieźnie

2019-09-17 15:44

bgk / Gniezno (KAI)

Kończą się prace wykopaliskowe w ramach „Ekspedycji Palatium. Gniezno 2019”. Wykopaliska nie dały jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, gdzie znajdowało się książęce palatium, potwierdziły jednak znaczącą rolę Gniezna jako ośrodka władzy w okresie wczesnego średniowiecza.

Kruglov Oleg/fotolia.com

Jak informuje kierujący badaniami dr Tomasz Janiak, wyniki badań wykopaliskowych prowadzonych przy kościele pw. św. Jerzego w Gnieźnie przyniosły niezwykle interesujące efekty, choć na dzień dzisiejszy trudno powiedzieć, co archeolodzy faktycznie odsłonili. Przypuszczenia są trzy: fragment kaplicy, która stanowiła część palatium książęcego, pozostałości drugiego kościoła, który znajdował się w tym miejscu w początku XI wieku, w którym złożono relikwie Pięciu Braci Męczenników, albo pozostałości przedromańskiej bramy.

„Z najwcześniejszych reliktów odsłoniliśmy fragment narożnika budowli przedromańskiej. Datujemy ją na X lub pierwszą połowę XI w. Jest to zatem budowla przedromańska, jedna z najwcześniejszych budowli kamiennych w kraju. Trudno nam powiedzieć coś bliżej o funkcji tego obiektu. Może być to pozostałość aneksu/kaplicy stanowiącej część najwcześniejszego gnieźnieńskiego palatium. Być może jest to narożnik wolno stojącego kościoła – tego samego, w którym, jak mówią źródła pisane, złożono relikwie Pięciu Braci Męczenników. Być może funkcja tej budowli była jeszcze inna” – wyjaśnia dr Tomasz Janiak.

Jak dodaje, godna przemyślenia jest też hipoteza, że jest to przedromański zespół bramny prowadzącym do wnętrza członu książęcego grodu, gdzie znajdowała się siedziba władcy.

„Analogie do takich rozwiązań fortyfikacyjnych możemy odnaleźć na terenie cesarstwa niemieckiego, a konkretnie w rejonie Górnej Saksonii i Turyngii w okresie X-XI wieku w głównych grodach cesarskich (tzw. pfalzach), np. w Tilledzie, Werli, Pöhlde czy Grone koło Getyngi. Takie reprezentacyjne bramy budowano tylko w najważniejszych siedzibach władców tamtego czasu. A więc, jeśli rzeczywiście jest to brama, to mamy niepodważalny dowód na znaczenie Gniezna. Przedromańska, kamienna brama to unikat w Polsce. Nikłe relikty takiego założenia fortyfikacyjnego znane są jedynie z Wawelu” – mówi archeolog.

Warto podkreślić, że w kierunku północnym badacze natrafili na młodszą fazę omawianej konstrukcji. Jest to kamienny fundament, najprawdopodobniej z końca XI wieku.

„Możemy przypuszczać – niestety, z powodów specyfiki tego terenu dla badań archeologicznych, na chwilę obecną są to wszystko tylko hipotezy – że mamy do czynienia z drugą fazą gnieźnieńskiej bramy (lub palatium). Do jej budowy użyto budulca pochodzącego z wcześniej rozebranej (zniszczonej?) konstrukcji kamiennej, której pozostałość stanowi wspomniany wyżej narożnik. Z kolei na południe od tego najwcześniejszego reliktu natrafiliśmy na rumosz – wysypisko kamieni i zaprawy z okresu wczesnego średniowiecza, pochodzących z rozbiórki wzmiankowanej przedromańskiej budowli kamiennej” – tłumaczy dr Janiak.

W wykopie odsłonięto także fragment muru ceglanego wzniesionego w XVI wieku z polecenia arcybiskupa Jana Łaskiego. Okalał on niegdysiejszy cmentarz przy kościele św. Jerzego. Ponadto odnaleziono ślady późniejszych XX-wiecznych konstrukcji. Niestety teren ten był wielokrotnie niwelowany, przez co natrafienie na jednoznaczny ślad dużej budowli jest niemożliwe.

Czy zatem można powiedzieć jednoznacznie o odkryciu gnieźnieńskiego palatium? Taki był bowiem główny cel prowadzonych wykopalisk.

„Jednoznacznie nie – odpowiada Tomasz Janiak. – Ten najstarszy relikt może nim być, ale nie musi. Jak wspomniałem wcześniej, może to być także relikt kościoła, choć na dzień dzisiejszy najwięcej danych wskazuje na to, że mamy do czynienia z unikatowym w skali kraju przedromańskim zespołem bramnym. Warto zwrócić uwagę, że w grę wchodzi również młodsza faza obiektu, który możemy wiązać z późniejszą budowlą fortyfikacyjną i rezydencjonalną z końca XI wieku”.

Zdaniem kierownika wykopalisk odkrycia bez wątpienia stanowią jednak ważny argument przemawiający za szczególną rolą Gniezna w okresie początków państwowości polskiej.

„Pozostałości konstrukcji kamiennych z tego okresu nie mamy wiele i każda nowo odkryta jest swoistą sensacją archeologiczną. W tym przypadku mamy na pewno do czynienia z dwiema konstrukcjami, pierwszą z przełomu X/XI wieku i drugą z końca XI wieku. W przypadku obu nie wykluczamy tego, iż były one pozostałościami szeroko rozumianej rezydencji władców – choć w toku badań wynikły inne możliwości interpretacji” – stwierdza dr Janiak dopowiadając, że wzorce czerpano z terenu cesarstwa niemieckiego, a więc kopiowano najlepsze ówczesne rozwiązania.

„Co mogłoby to oznaczać? Gniezno spełniało rolę jednego z najważniejszych ośrodków grodowych w okresie pierwszej monarchii i bardzo ważnego ośrodka grodowego nie tylko w dobie panowania pierwszych historycznych Piastów, ale również w czasie, gdy znaczenie Wielkopolski jako centrum państwa spadło kosztem innych dzielnic” – tłumaczy dr Janiak. Zapowiada też, że badania będą kontynuowane. Po zabezpieczeniu reliktów ruszą prace laboratoryjne i gabinetowe. Archeolodzy planują również, po otrzymaniu koniecznych pozwoleń, przeprowadzić badania pod posadzką kościoła św. Jerzego w czasie, gdy będzie on remontowany. Tam bowiem kryje się ostateczna odpowiedź na pytanie o gnieźnieńskie palatium.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Lech Dokowicz podczas spotkania „Polska pod Krzyżem”: Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!

2019-09-14 14:43

ks. an / Włocławek (KAI)

"Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!” – zaapelował dziś Lech Dokowicz, jeden z organizatorów odbywającego się we Włocławku spotkania ewangelizacyjnego „Polska pod Krzyżem”. Wygłosił on konferencję pt. „Odrzucenie Krzyża i walka duchowa w współczesnym świecie”.

Archiwum Lecha Dokowicza
Żyjemy w czasach, w których większość ludzi rodzi się dla piekła, a nie dla nieba – mówi Lech Dokowicz

Dokowicz przytoczył świadectwo swojego życia wspominając, że przez 20 lat pędził los emigranta. „Przebywałem w Stanach Zjednoczonych w środowisku filmowców. Poddany byłem inicjacji satanistycznej, zły duch dawał mi obietnice, co mogę zyskać, jeśli opowiem się za nim. Ale moja matka modliła się 17 lat o moje nawrócenie i w jeden dzień przeżyłem nawrócenie, przyjęła mnie wspólnota Kościoła katolickiego, poczułem moc modlitwy, bo modlili się za mnie nieznani ludzie” – rozpoczął swoją konferencję Dokowicz.

Wskazywał, że nie ma ważniejszego pytania niż to, gdzie trafimy po śmierci: do życia wiecznego czy do wiecznego potępienia. Opowiadając o pracy nad poszczególnymi filmami, mówił o wezwaniu, jakie Bóg stawia wobec człowieka. „Nakręciłem pierwszy film o prześladowaniu chrześcijan w krajach muzułmańskich. Jaką łaską jest, że każdego dnia możemy pójść do kościoła, każdego dnia możemy poprosić kapłana o spowiedź, każdego dnia karmić się Ciałem Pańskim. Wielu z nas tego nie docenia, bo ta ziemia utkana jest krzyżami, kapliczkami, świątyniami” – mówił współorganizator wydarzenia.

Lech Dokowicz nawiązał też do kryzysu, jaki przeżywa Kościół w związku z czynami pedofilskimi, jakich dopuścili się niektórzy duchowni. „Trzeba to wypalić, ale trzeba też zrozumieć, ze zły duch chce oddzielić ludzi od kapłanów, to jest wojna przeciw kapłanom, bo jak ludzie odwrócą się od kapłanów, to nie ma sakramentów. Dlatego musimy otoczyć modlitwą kapłanów, stanąć przy nich. To jest zadanie dla nas świeckich” – apelował Dokowicz.

Organizator "Polski pod Krzyżem" mówił też o ochronie życia. „Pojechaliśmy do Holandii i chcieliśmy rozmawiać z lekarzami, którzy zabijają ludzi starszych. Naszym celem był tzw. ojciec chrzestny eutanazji. Pracował na oddziale noworodków, jak rodziło się chore dziecko, sam podejmował decyzję o jego życiu lub śmierci. Okazało się, że w domu tego człowieka odbywały się satanistyczne rytuały, cały dom pełen był satanistycznych obrazów. On do końca nie zrozumiał, kim jesteśmy, wypowiedział zdania, dzięki którym wielu zrozumiało czym jest eutanazja. To jest ciemność, to jest coś, co sprawia, że w momencie odchodzenia ze świata, gdy człowiek mógłby odjąć decyzję o powrocie do Boga, nie daje się na to szansy” – wyjaśniał prelegent.

Jako receptę na walkę ze złem Dokowicz podał modlitwę. „Dlaczego się nie modlisz, dlaczego modlitwa nie jest na pierwszym miejscu?” - pytał prelegent wskazując, że obrońcy życia w Ameryce całą dobę modlą się. "Po 10 latach pracy przed klinikami w USA, w stanie Nowy Jork zamknięto połowę klinik aborcyjnych i uratowano życie wieczne wielu osób - wskazywał.

„Co mówi nam Pan Bóg? Nasze działania muszą wypływać z doświadczenia modlitwy, z kolan, musimy pełnić Jego wolę, a nie realizować swoją” – mówił Dokowicz. „Wielu myśli o grzechach przeciwko życiu. Zabijanie nienarodzonych jest w oczach Boga tak potworne, że woła o pomstę do nieba, a to znaczy, że nie będzie pokoju w żadnym narodzie, dopóki będą trwały takie czyny. Jeśli znajdą się ludzie, którzy zniosą te przepisy o aborcji, Bóg pobłogosławi tak, że będziemy płakać ze szczęścia. Ustanawiający prawa aborcyjne mają krew na rękach i stoją nad przepaścią piekła” – podkreślił prelegent.

„Po 1989 r. wielu Polaków porzuciło życie duchowe, przestali modlić się z dziećmi przy ich łóżeczkach, wybrali materializm. Jeżeli dzieci nie są tak wychowywane, nie ma przekazu wiary w domach, żeby ochronić ich przed pokusami, to dzieje się to, co widzimy. Ludzie zaczęli traktować grzech jako zabawę, przyjemność, nic groźnego. Potrzeba więc nawrócenia. Polacy, nawróćcie się, póki jest czas!” – apelował Dokowicz. Zachęcał do zawierzenia się Maryi i stanięcia pod krzyżem. „Będziemy patrzeć w stronę krzyża Pana przez pryzmat życia, by zanieść to, co trudne, ale też i prosić, żeby móc zmartwychwstać”.

Organizator spotkania podziękował Panu Bogu za to, że po „wielkiej pokucie” i „różańcu do granic”, pomimo trudności doszło do spotkania we Włocławku. Za decyzję wsparcia i organizacji wydarzenia podziękował też biskupowi włocławskiemu Wiesławowi Meringowi.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Świadectwo wiary na ulicy

2019-09-22 21:21

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała

- Przeszliśmy przez Rynek naszego miasta, który symbolizuje współczesny świat – mówił w homilii bp Kiciński. - Niech ta procesja, świadectwo naszej wiary, będzie przypomnieniem, że nie samym chlebem żyje człowiek. Niech ta procesja – nie tak liczna, jak te pierwsze, sprzed 20 lat – pokazuje nam i przypomina jak łatwo jest roztrwonić to wszystko, co naprawdę ważne – nauczał.

Zobacz zdjęcia: Procesja z relikwiami św. Doroty i św. Stanisława

Procesja rozpoczęła się o godz. 16.00 w bazylice św. Elżbiety, przeszła przez Rynek, pl. Solny, ul. Gepperta, Kazimierza Wielkiego, pl. Wolności i od pl. Franciszkańskiego dotarła do kościoła p.w. Świętych Stanisława, Doroty i Wacława. Relikwie świętych niesiono na specjalnych platformach, w procesji szli kapłani, klerycy, siostry zakonne i wierni z różnych wrocławskich parafii.

Organizowana od 22 lat procesja jest tradycją, którą zapoczątkował kard. Henryk Gulbinowicz.

- Kiedy w 1997 r. powódź zaczęła zagrażać Ostrowowi Tumskiemu, s. Sylwina – ówczesna zakrystianka, zakonnica ze zgromadzenia sióstr Notre Dame, nawiązując do średniowiecznych tradycji, wydobyła ze skarbca katedralnego relikwiarz z palcem św. Stanisława Biskupa i umieściła go w jednym z okien zakrystii. Powódź nas ominęła - przypomina historię ks. Paweł Cembrowicz, proboszcz katedralnej parafii tłumacząc początki wrocławskiej procesji świętych. Od powodzi minęły lata, ale tradycja dziękczynienia za ocalenie miasta od całkowitego zalania w 1997 r. i przebłaganie za grzechy, które wciąż popełniamy, jest podtrzymywana.

Do wydarzenia sprzed 22 lat nawiązał też w homilii wygłoszonej w czasie Mszy św. sprawowanej w kościele p.w. Świętych Stanisława, Doroty i Wacława o. bp Jacek Kiciński.

- W 1997 r. życie toczyło się spokojnie i nagle przyszła powódź. Wielu straciło wszystko, cały dobytek. Wielu straciło najwięcej, bo własne życie, ale w tamtych dramatycznych dniach wydarzyło się też coś dobrego – odezwała się ludzka solidarność, w wielu ludziach obudziło się człowieczeństwo. Sąsiad pomagał sąsiadowi, wielu nawróciło się do Boga. Mimo zagrożenia i niebezpieczeństwa, które niósł żywioł, ludzie sobie pomagali. Gdy minął czas od tego tragicznego wydarzenia niektóre ze starych, często złych przyzwyczajeń, wróciły – mówił kaznodzieja nawiązując do fragmentu Ewangelii, w której rządca w obliczu pozbawienia go pełnionej funkcji potrafił wykrzesać z siebie miłosierdzie i litość darując część długów wierzycielom. Bp Kiciński porównał jego sytuację z naszą, gay stajemy w obliczu nagłej straty. – Wtedy, gdy wszystko nam się wymyka potrafimy nagle być dobrymi ludźmi – mówił. Przypomniał też, że wielu z tych, którym powierzono urzędy zapomina, że są tylko zarządcami a nie właścicielami. – W życiu człowieka może pojawić się grzech, który nazywa się zapomnieniem Boga. Człowiek staje się nieczuły dla Boga i wtedy jego życiem zaczynają kierować pożądliwości, które powoli go niszczą. Gdy człowiek staje się nieczuły na Boga stawia siebie na pierwszym miejscu – tak było w czasach Noego – przypominał bp Jacek – i za czasów Sodomy i Gomory, kiedy uratował się jedynie Lot z najbliższymi i tak było w czasach Jezusa. Ciągnęły za Nim tłumy, ale na Golgocie pod krzyżem stała jedynie Maryja, Jan i najbliżsi – mówił. Ze smutkiem konkludował, że szliśmy z relikwiami przez miasto, gdzie dla wielu Bóg stał się kimś niepotrzebnym, kimś zbędnym. – Nasza dzisiejsza procesja miała i ma niezwykłą wymowę, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdy wydaje się, że człowiek zapomniał o Bogu – mówił bp Kiciński. – Ale niech ta procesja, świadectwo naszej wiary, będzie przypomnieniem, że nie samym chlebem żyje człowiek. Niech ta procesja – nie tak liczna, jak te pierwsze, sprzed 20 lat – pokazuje nam i przypomina jak łatwo jest roztrwonić to wszystko, co naprawdę ważne – nauczał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem