Reklama

Kamil z Wrocławia mógł żyć?

2014-07-22 12:47

Agnieszka Żurek
Niedziela Ogólnopolska 30/2014, str. 42-43

ARCHIWUM RODZINNE

Smutne wydarzenia z ostatnich dni, które miały miejsce we Wrocławiu, sprawiły, że w Polsce rozgorzała gorąca dyskusja na temat kryteriów pozwalających na orzeczenie zgonu człowieka. Protesty matki i przyjaciół 17-letniego Kamila przeciwko odłączeniu go od respiratora i pobraniu od niego narządów do przeszczepu obligują nas do podjęcia rzetelnej debaty na temat śmierci mózgowej i zasadności stosowania tego kryterium w orzekaniu zgonu

Niewiele osób w Polsce wie, że samo kryterium śmierci mózgowej, pozwalające na stwierdzenie zgonu pacjenta, pojawiło się w medycynie stosunkowo niedawno, tj. w roku 1968. Od początku budziło ono wątpliwości w świecie lekarskim. Część środowiska medycznego zwracała uwagę na jego umowność i jasno wskazywała na rolę transplantologów w przyjęciu nowej definicji zgonu. Obowiązująca przed rokiem 1968 definicja, w myśl której do orzeczenia śmierci pacjenta konieczne było stwierdzenie trwałego ustania oddychania i zatrzymania akcji serca, nie była dla nich wystarczająca, nie pozwalała bowiem na pobieranie od niego narządów w celu dokonywania przeszczepów.

Sztuczna definicja zgonu

Wraz ze zmianą definicji zgonu w naturalny sposób pojawiły się także pytania o to, czy ratowanie życia pacjentom czekającym na przeszczep nie będzie złamaniem przysięgi Hipokratesa wobec potencjalnych dawców organów.

Te obawy nie są bezzasadne. Jak bowiem zaznacza o. Jacek Norkowski OP, doktor nauk medycznych i autor książek poświęconych zagadnieniu śmierci mózgowej pt. „Medycyna na krawędzi” oraz „Człowiek umiera tylko raz” – inny sposób postępowania przyjmuje się, kiedy dąży się do ratowania życia pacjenta, inny natomiast – kiedy celem staje się chęć zachowania organów w jak najlepszym stanie w celu wykorzystania ich do przeszczepów. „Żyjący pacjent nie może być traktowany jako środek (narzędzie) dla dobra innego pacjenta” – przypomina na łamach „Medycyny na krawędzi” o. Norkowski. Ta zasada została, zdaniem duchownego, złamana właśnie w przypadku niedawno zmarłego Kamila z Wrocławia. Zaniechano u niego zbadania poziomu hormonów tarczycy oraz nie zainstalowano czujnika ciśnienia śródczaszkowego, co w praktyce uniemożliwiło ocenę rzeczywistego stanu zdrowia chłopca.

Reklama

Postępowaniem właściwym dla ratowania pacjenta z uszkodzeniem mózgu byłoby zastosowanie hipotermii oraz odpowiedniego leczenia hormonalnego, znacznie zwiększającego jego szanse na wyleczenie. Jak podaje dr Norkowski, ok. 60 proc. chorych, u których stwierdzono śmierć mózgową, przy podjęciu właściwej terapii miałoby możliwość powrotu do zdrowia. Czy taką szansę odebrano Kamilowi? Tego zapewne nie dowiemy się nigdy. Być może chłopiec zmarłby niezależnie od rodzaju podjętego leczenia, etyka lekarska nakazuje jednak ratowanie pacjenta aż do końca. O to właśnie walczyli matka Kamila oraz jego przyjaciele, protestujący przeciwko odłączeniu chłopca od respiratora i pobraniu jego narządów do przeszczepów. Fakt, że przeciwnikiem w walce o życie człowieka staje się już nie tylko choroba, ale i... lekarze, świadczy o tym, iż „rozwój” medycyny obiera niebezpieczne kierunki. Doprowadzanie do śmierci pacjenta poprzez nieodpowiednie leczenie bądź zaniechanie terapii stoi w sprzeczności z etyką lekarską i każe otwarcie zadać pytanie, czy w Polsce nie mamy już do czynienia z praktycznym przeprowadzaniem eutanazji – mimo istnienia jej formalnego zakazu.

Propaganda zamiast informacji

Brak rzetelnej informacji skazuje rodziny chorych na gehennę, co innego słyszą oni bowiem od lekarzy, a co innego sami widzą i czują. Tak jak matka Kamila, Agnieszka Wolańska, która do końca walczyła o życie syna, utrzymując, że chłopiec ścisnął jej rękę, co bez wątpienia świadczy o tym, iż wciąż żył. Zrozpaczona kobieta zawiadomiła policję o możliwości popełnienia przestępstwa przez lekarzy.

Podobne tragedie dotykają rodziny chorych nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Głośnym echem odbiła się sprawa wymuszenia przez niemieckich lekarzy zgody na pobranie organów od syna Renate Greinert w 1985 r. Kobieta, podobnie jak matka Kamila, mimo stwierdzenia u jej syna śmierci mózgowej miała głębokie przekonanie, że jej dziecko wciąż żyje. Pod wpływem ocierających się o szantaż emocjonalny nacisków lekarzy ostatecznie zgodziła się na pobranie narządów chłopca do transplantacji, wątpliwości jednak jej nie opuszczały. Pozbyła się ich dopiero po obejrzeniu ciała dziecka tuż przed pogrzebem. Zrozumiała wtedy, że jej początkowa intuicja była słuszna. Od tamtej pory zaangażowała się całym sercem w walkę o prawa pacjentów, u których stwierdzono śmierć mózgową, oraz o prawa ich rodzin. Napisała na ten temat książkę pt. „Kwestia sporna – dawstwo organów. Umrzeć w stanie nienaruszonym. Walka matki”. Greinert jest także autorką listu otwartego do kanclerz Angeli Merkel, w którym domaga się przeprowadzenia w Niemczech rzetelnej debaty na temat przemilczanych aspektów transplantologii. Jak podkreśla niemiecka obrończyni godności życia, zastąpienie informacji propagandą skutkuje ogromnym cierpieniem nie tylko pacjentów, ale także ich rodzin. Greinert zwraca uwagę, że wielu rodziców, którzy wydali zgodę na pobranie organów ich dzieci do przeszczepów, latami zmaga się później z wyrzutami sumienia, nierzadko popadając wręcz w choroby psychiczne.

Dyskusja wokół śmierci Kamila unaoczniła konieczność podjęcia publicznej debaty na temat zagadnień związanych z orzekaniem końca ludzkiego życia także w Polsce. Poważnej analizy wymaga sama zasadność stosowania kryterium śmierci mózgowej w medycynie. Skoro bowiem nie brakuje przykładów powrotu do zdrowia pacjentów, u których stwierdzono wcześniej śmierć mózgową, znaczy to, że dalsze używanie tego pojęcia nie ma uzasadnienia w praktyce, może natomiast stanowić poważne zagrożenie dla ludzkiego życia.

Tagi:
społeczeństwo

Wystarczająco dobry rodzic

2019-07-31 10:15

Ewa Wesołowska, psycholog, psychoterapeuta
Niedziela Ogólnopolska 31/2019, str. 40-41

Blogi, poradniki, celebryci prześcigający się w receptach na idealne życie, idealne rodzicielstwo. Po drugiej stronie – zwyczajny rodzic, który zmaga się z codziennością i słabościami, który chce być idealny. Ale czy w ogóle musi...?

©Yakobchuk Olena – stock.adobe.com

Jednym z pierwszych pragnień rodziców dotyczących życia ich dzieci jest to, by miały lepsze dzieciństwo, lepsze życie niż oni sami. Chcą zapewnić dzieciom to, czego im w dzieciństwie brakowało i sprawić, by nie doświadczały cierpień, które ich spotkały. Nie chcą popełnić błędów, które popełnili ich rodzice. Często robią wszystko, żeby zapewnić dziecku „cudowne” dzieciństwo. Choć zazwyczaj jest to proces nieświadomy, robią to także po to, żeby poradzić sobie ze swoimi deficytami, lękami, niskim poczuciem własnej wartości, a może dać swojemu wewnętrznemu dziecku to, czego nigdy nie miało. Bardzo często ta nieświadoma motywacja zamienia się w rodzaj wewnętrznej presji i dążenia do bycia „idealnym” rodzicem dla swojego dziecka, czyli takim, jakiego sami nigdy nie mieli.

Nadążyć za...

Jest jeszcze inny rodzaj presji, z którym muszą się zmierzyć rodzice. To taka presja, która przychodzi z zewnątrz i nierozpoznana szybko staje się wewnętrznym przymusem skłaniającym do określonego sposobu myślenia i działania. Zewsząd jesteśmy zarzucani tym, co jest dziecku niezbędne do szczęścia i idealnego rozwoju. Poczynając od określonych diet, sposobów karmienia, noszenia dziecka lub nienoszenia, potrzebnych zabawek, zajęć, na które już małe dzieci muszą uczęszczać, metod wychowawczych i bardzo długiej listy innych koniecznych do spełnienia warunków. W informacjach prześcigają się autorzy kolejnych blogów, poradników, celebryci, użytkownicy portali społecznościowych i wszelkie inne źródła wiedzy. To, oczywiście, dzieje się nie tylko na etapie niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa, ale właściwie przez cały okres rozwoju dziecka, choć potem dotyczy innych obszarów: edukacji, wyboru zajęć dodatkowych, kontaktów z rówieśnikami i wielu innych tematów. Jeśli matki i ojcowie to czytają, a czasami też słuchają rodziców wokół, mogą mieć wrażenie, że nie realizując tego wszystkiego albo choć części, nie wywiążą się z bycia dobrym rodzicem.

Oczywiście, prócz tego dobry rodzic czuje jeszcze jeden ciężar – musi być zawsze szczęśliwy, musi się realizować zarówno w rodzicielstwie, jak i w życiu zawodowym oraz osobistym. Zewsząd spoglądają na nas szczęśliwi, roześmiani mamy i tatusiowie z bajkowych dziecięcych pokoików, w których przeżywają sielankowe chwile swojego rodzicielstwa. Właśnie takie kadry z rodzinnego życia najczęściej oglądamy na portalach społecznościowych. Łatwo ulec złudzeniu, że wokół wszystkie matki i wszyscy ojcowie świetnie sobie radzą. Tymczasem te trudne momenty cierpienia, lęku, wewnętrznych konfliktów, czasem depresji pozostają ukryte w rodzinnym dramacie niewidocznym dla nikogo.

Rodzicielskie pułapki

Mimo niewątpliwych korzyści, które niesie dostęp do wielu źródeł informacji, jest w tym także pewna pułapka. Zarówno mamy, jak i ojcowie spotykają się często z obrazem bardzo wyidealizowanego rodzicielstwa, odległego od realnych wymagań i problemów, które stawiają przed nami posiadanie i wychowanie potomstwa. W idealnym rodzicu nie ma miejsca na zmęczenie, stres i negatywne emocje, które wiążą się z byciem mamą lub tatą, co jest przecież bardzo trudnym zadaniem. W ogromie zmęczenia muszą nie tylko przeżywać swoje emocje i sobie z nimi radzić, ale też być tym, który „pomieszcza” w sobie trudne emocje dziecka; konieczność ciągłego odraczania swoich potrzeb, deficyty snu (szczególnie przy małych dzieciach), stres związany z odpowiedzialnością za życie drugiego – zależnego od nas – człowieka, bardzo szybkie tempo życia, którego doświadczamy, obawa o bezpieczeństwo dorastającego i coraz bardziej usamodzielniającego się dziecka. To wszystko sprawia, że rodzicielstwo jest prawdziwym wyzwaniem i jednym z trudniejszych zadań, przed którymi stajemy w życiu. I to nie na chwilę, ale do momentu uzyskania przez dzieci samodzielności, co oznacza, że musimy temu poświęcić ok. 25 lat naszego życia.

W dążeniach do bycia dobrym rodzicem nie ma, oczywiście, nic niewłaściwego. Troska o potomstwo jest przecież cechą warunkującą przetrwanie i rozwój gatunku. Jest czymś niezbędnym i podstawowym dla prawidłowego rozwoju człowieka. Bez właściwej opieki i rodzicielskiej bliskości mały człowiek nie będzie mógł się prawidłowo rozwijać. Pojawia się jednak pewna wątpliwość: Czy wielość informacji nie odciąga jednak od tego, co tak naprawę jest najistotniejsze zarówno dla dziecka, jak i dla relacji rodzic – dziecko? Czy kształtująca się więź z dzieckiem i tworzona relacja o zupełnie wyjątkowym charakterze nie zostają pozbawione tak bardzo potrzebnej spontaniczności na rzecz „powinnam tak”, „inni lepiej wiedzą”?

Zaufać sobie

Donald Winnicott, znany brytyjski pediatra i terapeuta dziecięcy, pisał, że dziecko, aby mogło się zdrowo i prawidłowo rozwijać, potrzebuje, by matka była „wystarczająco dobra”. To z pewnością dobra informacja, że nie trzeba być idealnym rodzicem, że dziecko pomimo naszej niedoskonałości może się prawidłowo rozwijać. Bycie „wystarczająco” dobrym rodzicem wiąże się jednak z tym, że matka i ojciec rozpoznają potrzeby dziecka i reagują na nie adekwatnie do jego wieku i potrzeb rozwojowych. Również w kształtowaniu się prawidłowej więzi między opiekunem a dzieckiem kluczowe jest to, by ten pierwszy rozpoznawał potrzeby swojego podopiecznego i na nie reagował. Tylko jak te potrzeby rozpoznać, skoro zamiast wsłuchiwać się w emocje i potrzeby dziecka, słuchać tego, co podpowiadają nam nasze uczucia, nasza intuicja, nasze doświadczenie, szybko sięgamy po wiedzę specjalistów, a czasami pseudospecjalistów? Znajdujemy jakąś odpowiedź, która uspokaja na chwilę nasz niepokój i... niesie często kolejny, jeszcze większy niepokój. Szybko się dowiadujemy, co dziecku może dolegać, jak zareagować, co robić dalej. Kiedy np. pojawiają się wybuchy złości, to jest trudna sytuacja, tym bardziej jeśli zdarza się w miejscu publicznym, i trzeba sobie poradzić ze spojrzeniami, czasami komentarzami innych. Zamiast zastanowić się nad tym, co takiego się wydarzyło, czym może być spowodowane napięcie u dziecka, co się dzieje w domu czy w przedszkolu albo jaki komunikat dziecko nam w ten sposób wysyła, wolimy posłuchać innych niż siebie. Dlaczego tak szybko podajemy w wątpliwość nasze uczucia, doświadczenie, potrzeby, intuicję, która jest cenną wskazówką? Warto byłoby się nad tym zatrzymać i posłuchać siebie...

Często u młodych matek pojawia się np. pytanie: Jak dużo można nosić niemowlę, czy mu to nie zaszkodzi? Za tym pytaniem często kryje się naturalne – także instynktowne i tak bardzo potrzebne dziecku i matce – pragnienie bycia blisko. Ale wielość opinii, z którymi spotykają się rodzice na ten temat, czasami przeszkadza, by zaufać sobie i pójść za tym tak bardzo potrzebnym pragnieniem.

Rozpoznać dziecko w sobie

Takich pytań i wątpliwości jest bardzo wiele, nie tylko w okresie niemowlęctwa. Nie chodzi o to, aby nie słuchać tego, co inni mają do powiedzenia, i aby nie poszukiwać fachowej wiedzy, ale by strach przed niespełnieniem się w roli rodzica, obawa przed niebyciem „idealnym” rodzicem nie odbierały podstawowego zaufania do siebie w roli rodzica. Zaufania do siebie w roli matki/ojca potrzebuje bardzo wielu rodziców. Potrzebują wiedzieć, że mogą być i są „wystarczająco dobrymi” rodzicami.

Aby być blisko swojego dziecka i jego potrzeb, trzeba też umieć rozpoznać – i zadbać o nie – to dziecko, które nosimy sami w sobie. Zadbanie o siebie, o swoje potrzeby, o relacje jest konieczne, by dziecko nie stało się „całym naszym światem”. Właściwy proces wychowania umożliwia dziecku to, by w przyszłości mogło sobie radzić bez nas. Jeśli pozostanie „całym światem” rodzica, nie stanie się samodzielnym i dojrzałym dorosłym. Warto więc zadbać o to, by nie być rodzicem „idealnym”, ale jak mówił Donald Winnicott – „wystarczająco dobrym”. To wystarczy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Górale zawsze bronili Krzyża na Giewoncie i będą bronić go do końca

2019-08-24 08:13

wpolityce.pl

Po czwartkowej tragicznej burzy w Tatrach, w których zginęło pięć osób pojawiły się głosy, żeby usunąć Krzyż z Giewontu.

Bożena Sztajner

Krzyż na Giewoncie był ustawiony dużo wcześniej niż czerwona i tęczowa zaraza próbuje nas zniszczyć. To wotum postawione przez górali w 1901 r. — komentuje, dla portlau wpolityce.pl, stryjeczny prawnuk Józefa Kurasia „Ognia”, Bartłomiej Kuraś.

Przez lata niejedna burza uderzała w niego i chciała go zniszczyć. Czwartkowy wypadek jest przykrą i tragiczną sprawą, ale to nie jest powód do usunięcia symbolu wiary — podkreśla.

Jeżeli dojdzie do próby usunięcia Krzyża górale będą go bronić. Górale zawsze bronili Krzyża na Giewoncie i będą bronić go do końca. Pan Hartman nie jest pierwszą osobą i zapewne nie ostatnią, która domaga się usunięcia Krzyża z Giewontu — dodaje Bartłomiej Kuraś.

Dziennikarz, zakopiańczyk, Witold Gadowski dla portalu wpolityce.pl mówi: mój wuj, ks. Walenty Gadowski wytyczył szlak na Orlą Perć. Papież Jan Paweł II poświęcił jego tablicę na Kasprowym Wierchu. Moja mama codziennie patrzy się na Krzyż na Giewoncie i modli się. Jeżeli ktoś spróbuje zniszczyć Krzyż na Giewoncie, zobaczy co znaczy gniew górali. Nie wolno tknąć pamiątki męki i śmierci naszego Zbawiciela! To nasze, góralskie wotum dla Pana Boga.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papieski jałmużnik już na Jasnej Górze

2019-08-24 18:26

it / Jasna Góra (KAI)

Kard. Konrad Krajewski jak zwykle przyszedł na Jasną Górę wraz z Pieszą Pielgrzymką Łódzką. Odkąd jest w Watykanie zawsze niesie też intencje wskazane przez papieża Franciszka. W tym roku było jednak inaczej. - Papież prosił, żeby wziąć jego intencje bez wymieniania i to dlatego chyba tak ciężko się szło - wyznał utrudzony pątnik. Dodał, że choć pogoda wyśmienita, sprzyjająca, to jednak droga trudna. - Idę, ale nie mogę przyśpieszyć – podkreślał.

BPJG

Kardynał zauważył jednak, że „chyba takie zwolnienie jest mu potrzebne”. - Żebym pomyślał, że nie można się ciągle z czymś ścigać. Myśleć- ile zrobiliśmy, ilu osobom pomogliśmy. Po prostu trzeba iść rytmem Ewangelii a tam nie ma wyścigów - powiedział.

Przeczytaj także: Kard. Konrad Krajewski: trzeba pamiętać o tym, co nam mówił Jan Paweł II

Wytrawny pątnik, bo to kolejna piesza pielgrzymka papieskiego jałmużnika, podkreśla, że „pielgrzymowanie to nie jest przejście iluś kilometrów czy zmaganie się ze swoim ciałem”. - To wreszcie marsz w dobrym kierunku i chwila na zastanowienie czym jest Kościół, jakie jest moje miejsce w Kościele, bo pielgrzymka to wyznanie wiary – dodał kard. Krajewski.

Zapytany o Kościół w Polsce widziany z perspektywy Watykanu odpowiedział: „jakie by nie były burze, to Kościół jest zawsze Chrystusowy i to jest najważniejsze”.

Kard. Konrad Krajewski jak zwykle wraz z pielgrzymami wkroczył w progi Kaplicy Matki Bożej. Nie uklęknął jednak tuż przed Cudownym Obrazem, w miejscu dla niego przygotowanym, a w przedsionku prezbiterium, tuż przy kracie.

W 94. Pieszej Pielgrzymce Łódzkiej przyszło ok. 2 tys. osób. Przyjechała też grupa rowerowa. W ciągu czterech dni pątnicy pokonali ponad 120 km. Hasłem rekolekcji było wołanie: „Stworzycielu Duchu przyjdź!”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem