Reklama

Świat

Bóg dodał resztę

Niedziela Ogólnopolska 49/2015, str. 18-20

[ TEMATY ]

błogosławiony

beatyfikacja

misjonarze

franciszkanie.pl

O. Michał Tomaszek i o. Zbigniew Strzałkowski

O. Michał Tomaszek i o. Zbigniew Strzałkowski

Za plecami widać monumentalne Andy. Żółte nitki ścieżek na zielonych wzgórzach giną gdzieś na porażająco błękitnym nieboskłonie. Dwójka roześmianych młodych mężczyzn w szarych franciszkańskich habitach pozuje do zdjęć. Obaj brodaci i spaleni słońcem. O. Michał Tomaszek i o. Zbigniew Strzałkowski z krakowskiej prowincji Braci Mniejszych Konwentualnych. Na wielu fotkach towarzyszą im oliwkowe twarze tubylców o migdałowych oczach i hebanowych włosach.

Jest jeszcze inne zdjęcie – tłum przed małym kościołem, pochylone postacie, jakby coś przygniatało tych ludzi do ziemi. Kilka osób odwróconych w kierunku obiektywu ma zapłakane oczy. Trzy trumny w kwiatach, rzędy klęczących, nad nimi kapłan unoszący ku górze ręce, jakby pytał niebiosa – dlaczego. Z boku stoi dziecko z szerokim szczerbatym uśmiechem, które za plecami ma biało-czerwoną flagę. Ono jedno nie pasuje do tego smutnego zdjęcia, a jednocześnie puentuje całą historię.

Druga ojczyzna

Reklama

Peru, kraj w Ameryce Południowej, leży prawie 11 tys. km od Polski. Kawał drogi. To jeden z najbardziej katolickich krajów świata – blisko 80 proc. jego mieszkańców jest wyznania rzymskokatolickiego. Jak w takim miejscu mogło dojść do brutalnego mordu na dwóch kapłanach? Nie byli ważni ani wpływowi, ani nawet specjalnie znani poza własną parafią. Zamordowano Bogu ducha winnych ludzi, którzy pracowali w małym miasteczku w sercu niedostępnych gór, gdzie najłatwiej poruszać się albo pieszo, albo na koniu. Nie mieli poglądów politycznych, a przynajmniej głośno o nich nie mówili. Żyli tak, jak nakazywał im ich patron, mentor i duchowy ojciec – św. Franciszek: bez hałasu, ale za to w prostocie i pięknie.

W sobotę 5 grudnia papież Franciszek dołącza ich nazwiska do grona błogosławionych Kościoła katolickiego. A miejscem beatyfikacji jest miejsce ich kaźni – górskie miasteczko z dala od cywilizacji, które dwóch franciszkanów z Polski nazywało „niebem na ziemi”.

Archiwum Zgromadzenia Sióstr Serafitek

To zdjęcie o. Michał Tomaszek przysłał z misji do kraju. Na odwrocie napisał: „Czasem jak ludzie nie chcą słuchać, to... (osły są tu bardzo popularne)”. Pariacoto, kwiecień ’90

To zdjęcie o. Michał Tomaszek przysłał z misji do kraju.
Na odwrocie napisał: „Czasem jak ludzie nie chcą słuchać, to...
(osły są tu bardzo popularne)”. Pariacoto, kwiecień ’90

Polski trop

Ta historia zaczyna się dawno temu na południu Polski. Michał Tomaszek pochodzi ze wsi Łękawica niedaleko Żywca. Zbigniew Strzałkowski – z podtarnowskiej wioski. Obaj przychodzą na świat w niezamożnych rodzinach rolników. Są zwyczajnymi chłopakami, niczym specjalnie niewyróżniającymi się z tłumu rówieśników. Może poza jednym – są pobożni, ciągnie ich do Kościoła i obu w pewnym momencie marzy się wyjazd na misje. Misje to ekstremalny sposób na życie, mający w sobie coś z ryzyka i coś z przygody. Ciągnie ich w świat, bo obaj mają podobny rys charakteru – determinację. Są pracowici, wytrwali i obdarzeni tym czymś, co ludzie zwykli nazywać „iskrą Bożą”. Droga życiowa obydwu zawiedzie za klasztorną furtę, choć trafią tam każdy po swojemu.

Reklama

Michał zaraz po szkole podstawowej pisze podanie o przyjęcie do Niższego Seminarium Duchownego Franciszkanów w Legnicy. Zbigniew skończy technikum, nim zdecyduje się na wstąpienie do zakonu. Obaj w swoich podaniach zadeklarują chęć wyjazdu na misje. Obydwu to marzenie się spełni.

Zbigniew, ten niższy, jest inteligentny, świetnie zorganizowany, pracowity i wysportowany (ponoć pod łóżkiem trzymał sztangę). Twardy chłop, jak opisuje go kumpel z dzieciństwa Krzysztof Łabno. Nauczyciel z rodzinnej miejscowości nazywał go najlepszym uczniem, jakiego miał. Na biało-czarnych zdjęciach przystojny chłopak o ujmującym uśmiechu, choć zawsze w otoczeniu rówieśników, trzyma się trochę z boku. Tajemniczy. Można przypuszczać, że najpierw chce spróbować innego życia. Po technikum zaczyna pracę w ośrodku mechanizacji. Fakt, że wstępuje do franciszkanów, zaskakuje nawet rodzinę. Zaraz po święceniach zostaje wicerektorem Niższego Seminarium Duchownego w Legnicy. Jednym z jego uczniów jest znany dziś franciszkanin – o. Jan Maria Szewek. O. Zbigniew był wówczas dla młodziaków idolem, patrzyli w niego jak w obrazek. A on? On zakasywał rękawy, przewiązywał bujne włosy bandanką, żeby pot nie zalewał mu czoła, i targał wiadra z gruzem z poddasza na parter. W ten sposób pomagał robotnikom w adaptowaniu strychu na franciszkański internat. Nie był postacią tuzinkową ani łatwą do zaszufladkowania. Wiedział, czego chce, a raczej wyczuwał, czego może chcieć od niego Bóg. Tego typu człowiek, skoro decyduje się na wyjazd w nieznane, w ekstremalnie trudne warunki, i skazuje się na niepewny los, musi mieć sprawę dokładnie przemyślaną. A o. Zbigniew powtarzał, że życie ma sens, jeśli czemuś służy. Ma sens, jeśli jest służbą.

Michał, ten wyższy, ma dar łatwego kontaktu z ludźmi, zwłaszcza z młodymi. Gra na gitarze, jest pełen pomysłów, energii i radości życia. A jednocześnie jest skupiony na modlitwie. Do nowicjatu przywozi z domu małą figurkę Niepokalanej. Jego koledzy kursowi wspominają, że gdy nie mogli znaleźć nigdzie Michała, to w końcu znajdowali go na modlitwie. Nim władze zakonne pozwolą mu wyjechać na wymarzone misje, przez dwa lata jako młodziutki zakonnik pracuje w Pieńsku, małej parafii na Ziemiach Zachodnich. To tam spotyka misjonarza z Peru o. Szymona Chapińskiego. Gadają całą noc. Może właśnie wtedy w Michale rodzi się myśl, że miejscem, gdzie może się spełnić jako człowiek i jako kapłan, jest egzotyczne Peru...

Niebo i piekło

Jest rok 1989, w Polsce nastaje czas wielkich przemian. W Peru postrach sieją partyzanci, a raczej terroryści ze Świetlistego Szlaku. Chcą obalić władzę i zaprowadzić w kraju komunizm. Jak trzeba, to siłą. Są znani ze swej brutalności. W metodach działania przypominają dzisiejszych dżihadystów z Państwa Islamskiego. Porywają ludzi, torturują, mordują setkami. Palą wsie i miasteczka. Każdy, kto nie jest z nimi, jest przeciwko nim. Ich przywódca wielokrotnie deklaruje, że nienawidzi religii, tego „opium dla ludu”.

Dwaj polscy zakonnicy zostają skierowani do małego miasteczka Pariacoto, leżącego 500 km od Limy, stolicy Peru. To naprawdę licha mieścina, kilka budynków wyglądających, jakby były zbudowane z tektury, dziurawe drogi, zniszczone zabudowania kościółka i klasztoru, w których powitali zakonników bezzębna Indianka i pies. Nie ma wody, nie ma prądu, praktycznie nie ma niczego. Tylko te zapierające dech w piersiach monumentalne góry wokoło.

Zaczynają niemal od zera. Zwłaszcza w dziedzinie duchowej. O. Michał w listach do rodziny w kraju opisuje trudną codzienność kapłana misjonarza. Jak są nieustannie obserwowani przez tubylców, z których większość zazwyczaj jest pijana, a ci w miarę trzeźwi nie wydukają nawet „Ojcze nasz”. Wyśmiewają księży i garstkę tych, którzy decydują się przyjść do kościoła albo na procesję.

Na zdjęciach sprzed ćwierć wieku można dość łatwo prześledzić proces przemiany tamtejszej społeczności. O. Michał i o. Zbigniew wraz z rosnącą ze zdjęcia na zdjęcie liczbą ludzi. Zakonnicy na osiołkach, spaleni słońcem, przy misjonarskiej terenówce, w sandałach i koloratkach na środku niemal pustynnego krajobrazu. I coraz więcej, więcej i więcej ludzi. O. Michał mruży oczy przed słońcem, stając na czele procesji. O. Zbigniew ze skupieniem na twarzy chrzci rozwrzeszczane niemowlę. Czy właśnie wtedy mówili, że czują się w Pariacoto, jakby trafili do nieba?

Zastanawia, jaki ogrom pracy musieli włożyć w to, by przekonać do siebie tych nieufnych ludzi. Jak wielką pracę musieli wykonać, by ich najpierw zaakceptowali, a potem pokochali. Jak sprawić, by chodząca własnymi drogami, niesforna, nękana nałogami społeczność stała się żywym organizmem, świetną parafią, rodzajem wspólnoty niemal rodzinnej, o jakiej marzy chyba każdy proboszcz? A parafia to niełatwa, nawet terytorialnie. Liczy ponad 70 wiosek porozrzucanych w niedostępnych górach. Chodzili i jeździli po nich bez przerwy, bez wytchnienia. W Pariacoto zakonnicy zbudowali instalacje wodne, założyli kanalizację, uruchomili agregat prądotwórczy. Gdy epidemia cholery dziesiątkowała miejscowych, sprowadzali pielęgniarki i lekarzy. Sami wozili zarażonych do najbliższego szpitala. Zapewne dlatego o. Zbigniewa tubylcy nazywali „swoim doktorkiem”.

Komu przeszkadza dobro

I jak to czasem bywa, niektórych zaczęli irytować. Jeśli młodzi ludzie wolą iść do kościoła niż do lewackiej partyzantki, to trzeba interweniować. Świetlisty Szlak miał swoje metody działania. Czy zakonnicy z Polski wiedzieli o nadciągającym niebezpieczeństwie? Zapewne tak, ale je lekceważyli. O. Michał pisał, że są szczęśliwi, że spełniły się ich marzenia. Odnaleźli swoje miejsce w życiu i pragnęli, by tak pozostało. Ale przede wszystkim nie wyobrażali sobie – jak potwierdzają świadkowie – by mogli zostawić swoich ludzi na pastwę zwyrodnialców. Chcieli ich bronić, ochraniać, zapewniać im bezpieczeństwo.

Tymczasem bandytom nie chodziło o tubylców. Postanowili zabić kapłanów. Najpierw otoczyli wioskę, a potem spokojnie czekali, aż ci skończą odprawiać Mszę św. Czy księża widzieli ich, stojąc za ołtarzem? Czy dostrzegł ich o. Zbigniew, głoszący ostatnie w swoim życiu kazanie o dobru i sprawiedliwości?

Zapadł już zmrok, gdy napastnicy spętali im ręce i wepchnęli na tył samochodu. Zakonnicy wcześniej poprosili tylko, żeby bandyci dali spokój trzem peruwiańskim chłopcom z zakonnego nowicjatu. W ostatniej chwili do środka udało się wskoczyć miejscowej zakonnicy – s. Bercie Hernández, która dobrze wiedziała, co się święci. To ona relacjonowała później rozmowę, która odbyła się w ciemnym wnętrzu pojazdu. Zapamiętała ją dokładnie, jakby odbyła się wczoraj, a nie ćwierć wieku temu. – Czego tutaj szukacie? Czego chcecie? – krzyczeli terroryści. I spokojny głos o. Michała: – Jeśli masz nam coś do zarzucenia, zrobiliśmy coś złego, to powiedz nam... To niemal cytat z Ewangelii, ze sceny pojmania Jezusa. Ciekawe, co odpowiedzieli bandyci, bo zakonnica już nam tego nie opowie. Wykopali ją z samochodu, nim znaleźli to miejsce w starej części miasteczka, które zwą Pueblo Viejo. Nie certolili się. Mieli wprawę w szybkich egzekucjach. Błyskawiczny strzał w tył głowy. O. Zbigniewowi dodatkowo strzelają w kręgosłup. Przypinają mu do pleców kartkę zabazgraną koślawym odręcznym pismem: „Tak giną sługusy imperializmu”. Razem z nimi ginie miejscowy wójt. W nocnej ciszy te cztery strzały echo musiało nieść daleko... Na pewno słyszy je s. Berta i ludzie w całym miasteczku...

To z nienawiści

Ktoś potem napisał, że ich życie i śmierć to niemal przepis na męczeństwo. Ale nie to rodem ze średniowiecznych kronik, lecz współczesne. Legendarny peruwiański biskup Luis Bambarén, jezuita, ówczesny biskup miejsca, zapytał kiedyś Abimaela Guzmána Reynoso, przywódcę terrorystów, dlaczego jego ludzie mordowali swych braci. A ten po chwili milczenia odpowiedział, że z powodu nienawiści. Do nich? – Nie – rzucił krótko. – Do Boga, do religii...

2015-12-02 08:54

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bohaterstwo diakona Piórko

Niedziela Ogólnopolska 34/2020, str. 20-21

[ TEMATY ]

błogosławiony

Adobe. Stock.pl

Diakon Augustyn Piórko zapowiadał się na wspaniałego kapłana. Zapamiętano go jako osobę o wielu talentach, także artystycznych

Diakon Augustyn Piórko zapowiadał się na wspaniałego kapłana. Zapamiętano go jako osobę o wielu talentach, także artystycznych

Czy dziś męczennicy mogą być dla nas inspiracją? Wśród tych mało znanych jest diakon Augustyn Piórko, który zginął męczeńską śmiercią w czasie II wojny światowej w Wilnie. Ten skromny człowiek był prawdziwym gigantem dobra.

Młody diakon, który dożył zaledwie 28 lat, zaliczony przez Jana Pawła II w 2000 r., w poczet chrześcijan męczenników XX wieku to postać nietuzinkowa, a zarazem bardzo „zwyczajna” – w jego życiorysie można bowiem ujrzeć portret pokolenia Polaków tragicznego czasu.

Wiele takich nazwisk, nierozpoznawalnych w przestrzeni publicznej, odsłoniły dyskusje podczas I Kongresu 108 Błogosławionych Męczenników II Wojny Światowej w Gdańsku w grudniu ub.r., który zorganizowano w Muzeum II Wojny Światowej. Choć diakon Piórko z Wileńszczyzny nie należy do 108 Męczenników ogłoszonych 13 czerwca 1999 r. błogosławionymi, to przez swoją ofiarę życia w to grono się wpisuje.

Służba Bogu i ludziom

– Dlaczego musiał umrzeć w tak młodym wieku po okrutnych torturach gestapo? Dlaczego tylko on jeden spośród wszystkich aresztowanych 3 marca 1942 r. księży, profesorów, diakonów i alumnów Wileńskiego Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego poniósł najwyższą ofiarę? Tych pytań „dlaczego”, związanych z okolicznościami śmierci wujka, można zadać dużo, ale odpowiedzią są tylko domysły i przypuszczenia – mówi Gabriel Kamiński z Gdańska, siostrzeniec diakona Piórko.

Pochodzący z Turniszek Augustyn studiował (do wybuchu wojny) w Warszawskim Wyższym Seminarium Duchownym. Swoje losy postanowił jednak złączyć z Wileńszczyzną. Na Wydział Teologiczny Uniwersytetu im. Stefana Batorego w Wilnie został przyjęty jesienią 1939 r., w momencie, kiedy pod skrzydłami Józefa Stalina litewscy nacjonaliści przystąpili do litwinizacji Wileńszczyzny i rozprawy z Polakami, faktycznie przyłączając się do rozbioru Rzeczypospolitej. Jako gorący patriota Piórko bardzo przeżywał niszczenie polskich godeł i flag. Po zamknięciu uniwersytetu jedyną ostoją polskości w Wilnie zostało Seminarium Duchowne. Metropolita wileński abp Romuald Jałbrzykowski ostro występował przeciwko atakom litewskich bojówek na wiernych oraz księży. Augustyn i jego koledzy także nie pozostali obojętni wobec prześladowań. Organizowali spotkania patriotyczne, by podnieść na duchu seminarzystów.

W czerwcu 1940 r. Stalin zdecydował o włączeniu Litwy do Kraju Rad. Wraz z nowym porządkiem rozpoczęły się masowe aresztowania i wywózki przeciwników zmian na Wschód. W czerwcu 1941 r., po ataku Adolfa Hitlera, ziemie litewskie znalazły się pod niemiecką okupacją. W tym czasie Augustyn zaprosił najbliższych kolegów z seminarium do rodzinnego domu w Turniszkach, gdzie – jak wspominała najmłodsza siostra męczennika Elżbieta – tworzyli oni ulotki i wierszyki piętnujące okrucieństwa okupantów i kolaborantów Litwinów. Klerycy w tamtym okresie spotykali się z ks. Henrykiem Hlebowiczem. Piórko uważał go za wzór kapłana, który zło nazywa po imieniu. Jego kazania przyrównywał do tych ks. Piotra Skargi.

30 marca 1941 r. Augustyn otrzymał święcenia diakonatu. Zaczął głosić odważne patriotyczne kazania w katedrze wileńskiej oraz w licznych kościołach Wilna i okolic. Zostały one zauważone nie tylko przez podziwiających go wiernych, lecz także przez okupantów.

Wartość ofiary

Doniesienia o działalności polskiego diakona i kierowanych przez niego do wiernych słowach nadziei na odzyskanie wolności przez Polskę musiały wzbudzić u Niemców wielką nienawiść. 3 marca 1942 r., z samego rana, teren wokół seminarium został otoczony przez litewskie Saugumo i hitlerowskie Gestapo. Augustyn został aresztowany i osadzony w więzieniu na Łukiszkach.

– Moja matka, nieżyjąca już Elżbieta Kamińska z Piórków, najmłodsza siostra Augustyna, opowiadała mi o życiu, tragicznych dniach w więzieniu, śmierci i pogrzebie wujka. Była z nim bardzo związana uczuciowo – urodzona kilka miesięcy po zamordowaniu ojca i wychowywana tylko przez matkę. Przez całe swoje życie nie mogła się pogodzić z tym, że spośród aresztowanych profesorów, księży, alumnów i kleryków Wileńskiego Archidiecezjalnego Wyższego Seminarium Duchownego on jeden zginął, niespełna miesiąc przed święceniami kapłańskimi. Z jej wspomnień i opowiadań, ze wspomnień matki Augustyna oraz ze wspomnień sióstr, licznych krewnych, znajomych oraz księży wynikało, że Gucio, jak na niego mówiła, był wspaniałym synem i bratem, o wszechstronnych zdolnościach, również artystycznych. Obdarzony był wspaniałym głosem, jako samouk pięknie grał na mandolinie. Uchodził za osobę radosną, pogodną, nastawioną przyjaźnie do wszystkich. Dzięki swojej otwartości był bardzo lubiany, szczególnie przez dzieci i młodzież. Rozmowa z nim oraz przebywanie w jego otoczeniu dawały poczucie wyjątkowego spokoju, wyciszenia i radości. Był bardzo aktywny, udzielał się w życiu wspólnoty seminaryjnej, brał żywy udział w rozmowach, dyskusjach, dzielił się wrażeniami i informacjami na różne, nieraz trudne, a także kontrowersyjne tematy, wyciszał kłótnie, wygaszał spory oraz antagonizmy narodowe – opowiada Gabriel Kamiński.

Diakon Piórko trafił do celi wraz z dwoma bliskimi kolegami – Mieczysławem Łapińskim i Józefem Rutkowskim. Pobyt w więzieniu traktował jako rekolekcje zamknięte „z woli Bożej”. Udało mu się powiadomić matkę i siostry o swoim aresztowaniu. W trakcie doprowadzania go na przesłuchania do siedziby Gestapo wyrzucał ukryte w pudełkach od zapałek listy do matki i sióstr. Zostały one znalezione oraz dostarczone rodzinie przez przygodnych przechodniów. „Kochana Mamusiu! Piszę te słowa z nowego miejsca pobytu, gdzie się wcale niespodziewanie znalazło całe Seminarium z władzą na czele. Wiele marzeń prysło jak bańka mydlana – to prawda, ale nad wszystko proszę się zbytnio o mnie nie martwić i troską o mnie nie nadwyrężać zdrowia, gdyż to byłoby obustronną wielką stratą. Nad nami bowiem czuwa Bóg, który z największego zła potrafi dobro wyprowadzić” – napisał do matki.

Podczas ostatniego, jak się okazało, przesłuchania był katowany. W celi leżał nieprzytomny. Nikt nie reagował na wołania kolegów współwięźniów o pomoc dla niego. Po kilku dniach został przewieziony do szpitala na Zwierzyńcu, gdzie pilnowano go dzień i noc. Matki ani sióstr nie wpuszczono do umierającego. Odszedł w samotności, nieodzyskawszy przytomności. Ciało zmarłego wydano dopiero po wielkich staraniach rodziny. Jego widok był przejmujący po doznanych torturach. Pogrzeb diakona w dniach 14-15 kwietnia 1942 r. stał się wielką manifestacją mieszkańców Wilna.

Augustyn wierzył, że Bóg kieruje jego życiem. Naśladował Chrystusa, poddawał się Jego woli. Zapłacił najwyższą cenę za głoszenie wiary, nadziei i miłości.

CZYTAJ DALEJ

Wychowawca i nauczyciel pokoleń organistów

2020-10-21 13:14

Fot. Jakub Zawadzki/FB

Nie żyje prof. Eugeniusz Stępniak. Wykładowca i nauczyciel wielu pokoleń organistów Archidiecezji Wrocławskiej. Miał 92 lata. Był członkiem Komisji Muzycznej przy Kurii Arcybiskupiej we Wrocławiu, a także wykładowcą muzyki w Metropolitalnym Studium Organistowskim we Wrocławiu.

- Prof. Stępniak był ciepłym i bardzo życzliwym człowiekiem, a jednocześnie wymagającym nauczycielem. Uczestniczyłem w prowadzonych przez niego zajęciach chorału gregoriańskiego w Studium Organistowskim we Wrocławiu. Do dziś pamiętam naukę śpiewu mszy gregoriańskich czy hymnu do Ducha Świętego "Veni Creator". Profesor rozbudził we mnie zachwyt nad śpiewem gregoriańskim, który staram się cały czas wykonywać w ramach liturgii – wspomina Jakub Zawadzki, organista z parafii św. Ignacego Loyoli we Wrocławiu.

- Prof. Stępniak był także nauczycielem organów. Wiem, że zawsze zabiegał o jak najlepszy wyraz artystyczny. Wychował zresztą rzesze organistów naszej archidiecezji. Pracował w Studium praktycznie od początku jego istnienia, tworzył szkołę razem z prof. Władysławem Sobulą. Warto zaznaczyć, że prof. Stępniak przez pół wieku sprawował funkcję organisty we wrocławskim kościele uniwersyteckim – dodaje Jakub Zawadzki.

Profesor był człowiekiem wszechstronnym, utalentowanym i zaangażowanym. Za swoją działalność pedagogiczną i koncertową otrzymał odznaczenie papieskie – medal Pro Ecclesia et Pontifice.

CZYTAJ DALEJ

TK zajmie się w czwartek sprawą dopuszczalności tzw. aborcji eugenicznej

2020-10-22 07:08

[ TEMATY ]

aborcja

aborcja eugeniczna

Artur Stelmasiak

Trybunał Konstytucyjny zajmie się w czwartek sprawą tzw. aborcji eugenicznej, czyli dopuszczalności aborcji m.in. w przypadku ciężkiego upośledzenia płodu. Jeśli TK orzeknie o niekonstytucyjności zaskarżonych przepisów, będzie to pierwsza zmiana wypracowanego w 1993 r. kompromisu aborcyjnego.

Wniosek grupy posłów dotyczący tej kwestii po raz pierwszy trafił do Trybunału Konstytucyjnego już trzy lata temu. Ze względu na zakończenie kadencji parlamentu uległ on jednak dyskontynuacji. Po raz kolejny wniosek trafił do TK w 2019 r. - złożyła go grupa 119 posłów PiS, PSL-Kukiz'15 oraz Konfederacji. Przedstawicielami wnioskodawców są posłowie PiS Bartłomiej Wróblewski oraz Piotr Uściński.

Trybunał Konstytucyjny ma rozpoznać sprawę w pełnym składzie. Przewodniczącym składu orzekającego będzie prezes TK Julia Przyłębska, sprawozdawcą - sędzia Justyn Piskorski.

We wniosku zaskarżono przepis, który stanowi, że aborcja jest dopuszczalna, gdy badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, a także przepis doprecyzowujący tę regulację. Mowa w nim o tym, że w takich przypadkach przerwanie ciąży jest dopuszczalne do chwili osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem kobiety ciężarnej.

Zdaniem wnioskodawców przepisy te legalizują praktyki eugeniczne w stosunku do dziecka jeszcze nieurodzonego, odmawiając mu tym samym poszanowania ochrony godności człowieka.

"Uzasadnienie prawne przesłanki eugenicznej w demokratycznym państwie prawnym budzi zasadnicze wątpliwości" - czytamy we wniosku. Podkreślono w nim, że szerokie rozumienie pojęcia "człowiek", obejmujące także istotę ludzką w prenatalnej fazie rozwoju, "znajduje silne uzasadnienie w ochronie godności ludzkiej".

"Skoro przymiot godności ludzkiej przysługuje człowiekowi od momentu powstania życia ludzkiego, zaś ochrona prawa do życia jest bezpośrednią konsekwencją ochrony godności ludzkiej, to wykładnia art. 38 Konstytucji (mówiącego o ochronie życia człowieka - PAP) w perspektywie art. 30 Konstytucji RP (mówiącego o ochronie jego godności - PAP) prowadzi do wniosku, że prawo do życia przysługuje człowiekowi na każdym etapie rozwoju, na którym przysługuje mu również ochrona godności ludzkiej, a zatem również w okresie prenatalnym" - czytamy.

W środę po południu na stronie Trybunału Konstytucyjnego pojawiły się stanowiska w tej sprawie Prokuratora Generalnego oraz Sejmu. Oba organy wnoszą o uznania zaskarżonych przepisów jako niezgodnych z konstytucją.

"Wedle przeważających poglądów doktryny (...) obowiązuje zarówno nakaz ochrony życia ludzkiego w fazie prenatalnej, jak i zakaz dyskryminowania poczętych istot ludzkich przez władze publiczne, a użyte w przepisie art. 38 Konstytucji pojęcie +człowieka+ obejmuje także fazę życia istoty ludzkiej przed urodzeniem" - czytamy w stanowisku Prokuratora Generalnego. Jak następnie wskazano, "skoro życie zaczyna się od poczęcia, od pierwszego dnia ciąży, ochrona konstytucyjna dotyczy życia ludzkiego w każdej jego fazie".

W stanowisku Sejmu stwierdzono, że analiza konstytucyjności zaskarżonych przepisów prowadzi do potwierdzenia zarzutów wnioskodawców "co do braku realizacji obowiązku zapewnienia przez Rzeczpospolitą prawnej ochrony życia". Zdaniem Sejmu ingerencja w tej sferze ma charakter nieproporcjonalny oraz stanowi nierówne i dyskryminujące traktowanie prowadzące do naruszenia godności. Ponadto przepisom wyznaczającym przesłanki do przeprowadzenia zabiegu przerwania ciąży zdaniem Sejmu "brakuje dostatecznej określoności".

Debata wokół stanowiska Sejmu odbyła się w ubiegły piątek na posiedzeniu sejmowej komisji ustawodawczej - wówczas w głosowaniu nad projektem stanowiska, przygotowanym przez Biuro Analiz Sejmowych, posłowie podzielili się 14 do 14, co oznacza, że stanowisko nie uzyskało poparcia. Głosowanie to jednak nie było wiążące.

Na komisji wybrzmiały również krytyczne głosy posłów i posłanek opozycji, którzy podkreślali, że niedopuszczalne jest zmuszanie kobiet do rodzenia dziecka, które nie ma szans na przeżycie. Argumenty te pojawiały się już wcześniej, m.in. w ramach zapoczątkowanej przez posłanki Lewicy akcji #WyroknaKobiety. Jak tłumaczyły pomysłodawczynie, uznanie przez Trybunał niekonstytucyjności zaskarżonych przepisów "będzie wyrokiem wydanym na wszystkie kobiety w Polsce, na ich prawa".

"Wniosek do TK to krok w stronę ubezwłasnowolnienia kobiet i przede wszystkim sprowadzenie kobiet do roli niemych inkubatorów, które nie mają żadnego prawa do decydowania o swoim zdrowiu, ciele i życiu" - mówiła w październiku posłanka Lewicy Katarzyna Kotula. Zdaniem innej posłanki tego ugrupowania Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, Zjednoczona Prawica znalazła "chytry sposób na to, jak zakazać całkowicie aborcji, jednocześnie unikając protestów społecznych".

Organizacja większych zgromadzeń jest obecnie niemożliwa ze względu na pandemię koronawirusa. Kilkudniową akcję protestacyjną wykorzystującą inne formy wyrażania sprzeciwu prowadził w tym tygodniu Ogólnopolski Strajk Kobiet. W jej ramach prowadzony był m.in. strajk samochodowy. W czwartek ma on się odbyć na trasie Trybunał Konstytucyjny - Sąd Najwyższy.

Ponad 800 lekarzy podpisało też do tej pory list otwarty do TK, w którym przekonują, że wykreślenie przesłanki o przerywaniu ciąży z powodu wad płodu będzie stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia fizycznego i psychicznego kobiet. "Powołaniem lekarskim jest niesienie ulgi w cierpieniu, a najwyższym nakazem moralnym dobro chorego i zdrowie publiczne. Uchylenie dopuszczalności przerywania ciąży postawi lekarzy w sytuacji, kiedy to cierpienie będą musieli zadawać lub przedłużać wbrew woli pacjentki i ze świadomością możliwych powikłań" - czytamy.

Obowiązująca od 1993 r. Ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zezwala na dokonanie aborcji w trzech przypadkach - gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, jest duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, lub gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego. W dwóch pierwszych przypadkach przerwanie ciąży jest dopuszczalne do osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem matki; w przypadku czynu zabronionego - jeśli od początku ciąży nie upłynęło więcej niż 12 tygodni.

Według danych Ministerstwa Zdrowia, w 2019 roku w Polsce przeprowadzono 1110 zabiegów legalnego przerwania ciąży. Aż 1074 z nich dokonano właśnie ze względu na nieodwracalne upośledzenie albo nieuleczalną chorobę płodu. Nie wiadomo, jaka jest łączna liczba wszystkich przeprowadzonych zabiegów - część z nich wykonywana jest poza granicami kraju, a część nielegalnie. Niektóre statystyki mówią o kilku tysiącach, inne o ponad 100 tys. zabiegów rocznie.(PAP)

autorka: Sonia Otfinowska

sno/ mja/ aj/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przejdź teraz
REKLAMA: Artykuł wyświetli się za 15 sekund

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję