Zesłaniec syberyjski, arcybiskup Zygmunt Szczęsny Feliński, wspominał kiedyś o innym polskim zesłańcu, który szedł do niego tydzień, pieszo, przez mróz, by przed śmiercią jeszcze się wyspowiadać. Przez czterdzieści lat nie spotkał na Syberii żadnego księdza.
Trudno o bardziej przejmujący obraz tęsknoty za sakramentem. I trudno o bardziej bolesne lustro dla nas. Bo jak wypadamy przy tamtym człowieku?
My, którzy mamy kościoły tuż obok. My, którzy mamy samochody, rozkłady jazdy, internet, ogłoszenia parafialne i stale aktualizowane informacje. My, którzy nie idziemy tydzień przez śnieg, tylko najwyżej kilka minut przez osiedle - a jednak od tygodni nie możemy „znaleźć czasu” na spowiedź.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wielki Czwartek obnaża prawdę o nas bez litości.
Na stole już pachnie świętami, w domu kończą się porządki, w telefonie migają życzenia, a dusza wciąż odkłada to, co najważniejsze. Współczesny człowiek odkłada na później wszystko, ale najbardziej niebezpieczne jest to, że odkłada także pojednanie z Bogiem. I właśnie dlatego Wielki Czwartek nie jest już dniem planowania. To nie jest moment na uspokajanie siebie, że „jeszcze zdążę”. To chwila graniczna. Próg Triduum. Czas, w którym nie da się już mówić wyłącznie o przygotowaniach, bo Kościół prowadzi nas w samo centrum tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Jeśli człowiek do tej pory odkładał spowiedź, dziś powinien usłyszeć to jasno: nie chodzi już o organizację czasu, lecz o prawdę sumienia.
Reklama
Urzeka mnie w tych dniach cierpliwość księży. Trwają godzinami w konfesjonałach, podejmując jedną z najbardziej wymagających posług. Ale jeszcze bardziej porusza mnie to, że także i w tym roku Kościół otwiera drzwi po zmroku w ramach „akcji” Noc Konfesjonałów. Nie jest to efektowny pomysł duszpasterski ani religijna ciekawostka. To odpowiedź na dramat człowieka, który wszystko w życiu przesuwa na później - aż w końcu odkłada także własne nawrócenie.
Red
„Skoro człowiek nie ma czasu w dzień, to otwieramy się dla niego w nocy” – mówił w wywiadzie dla KAI ks. Grzegorz Adamski, krajowy koordynator akcji Noc Konfesjonałów. W tych słowach mieści się cała diagnoza naszych czasów. Zabiegani, zapracowani, zmęczeni, rozproszeni, a przy tym dziwnie pewni, że z Bogiem można umówić się później. Po zakupach. Po myciu okien. Po pieczeniu mazurków. Po wszystkim. Byle nie teraz.
Tymczasem fenomen Nocy Konfesjonałów polega na tym, że ta inicjatywa nie głaszcze naszych wymówek, tylko je rozbraja. Nie ma czasu? Kościół jest otwarty nocą. Nie było okazji wcześniej? Są księża, którzy podejmują nocne dyżury. Ktoś wrócił w ostatniej chwili, pracował do późna, przegapił rekolekcje? Nadal może przyjść. I właśnie dlatego ta inicjatywa tak bardzo zawstydza. Bo nagle okazuje się, że problemem nie był brak możliwości, lecz brak decyzji.
To jest duszpasterstwo, które nie obraża się na świat, tylko wychodzi mu naprzeciw. Nie narzeka bez końca na zabieganych ludzi, ale mówi: skoro nie możesz w dzień, przyjdź w nocy. Skoro uciekasz, zatrzymaj się choć na chwilę. Skoro przez tyle tygodni było ci nie po drodze, może właśnie dziś, w półmroku kościoła, trafisz wreszcie na drogę najważniejszą.
Jest w tej nocnej spowiedzi coś bardzo symbolicznego. Noc wycisza. Milknie codzienny hałas, słabną powiadomienia, kończą się zakupy, zamiera miasto. Trudniej wtedy ogłuszyć własne sumienie. Człowiek staje wobec siebie bardziej nagi, bardziej prawdziwy. Bez pośpiechu, bez tłoku, bez zegarka, który już za chwilę ma go pogonić do następnych spraw.
Reklama
Może właśnie dlatego nocne spowiedzi bywają tak głębokie. Ktoś, kto przerywa sen, kto wychodzi z domu późno, kto idzie do kościoła wtedy, gdy inni szykują się do odpoczynku, niesie zwykle w sobie coś więcej niż religijny odruch. Niesie głód przemiany. Niesie zmęczenie sobą. Niesie pragnienie, by wreszcie przestać uciekać.
A przecież dzisiejszy świat świetnie nauczył nas zewnętrznego przeżywania świąt. Potrafimy dopracować menu, dekoracje, koszyczek, rodzinne spotkania i zdjęcia przy stole. Coraz gorzej wychodzi nam natomiast przygotowanie serca. Tymczasem Wielkanoc nie jest świętem nastroju. Nie jest tylko tradycją, sentymentem i rodzinnym rytuałem. Jest świętem przejścia: z grzechu do łaski, z duchowego odrętwienia do życia, z pozoru religijności do prawdziwego nawrócenia. Bez tego nawet najpiękniej nakryty stół pozostaje tylko stołem.
Moc Nocy Konfesjonałów bierze się także z jej prostoty. Nie trzeba wielkich haseł. Nie trzeba kościelnego marketingu. Sedno jest niezmienne: ksiądz siedzi w konfesjonale i czeka. W świecie, który wszystko mierzy skutecznością, opłacalnością i natychmiastowym efektem, ktoś rezygnuje ze snu po to, by drugi człowiek mógł odzyskać pokój serca. To gest cichy, ale przejmujący. I może właśnie on mówi o Kościele więcej niż najbardziej błyskotliwe debaty o jego „nowoczesności”.
Wielki Czwartek jest chyba najbardziej uczciwym dniem roku. Nie pozwala już człowiekowi schować się za opowieścią, że „kiedyś się wyspowiadam”. To „kiedyś” właśnie się kończy. Dziś jest ten moment, w którym trzeba albo pójść, albo znowu zacząć tłumaczyć się przed sobą.
Może więc najuczciwsze pytanie na ten dzień nie brzmi: „czy zdążę?”, ale: „przed czym jeszcze uciekam?”. Przed wstydem? Przed prawdą o własnym grzechu? Przed decyzją, że trzeba coś odciąć, naprawić, przebaczyć, wrócić? Konfesjonał nie jest przecież miejscem upokorzenia. Jest miejscem ratunku.
Jeśli więc ktoś dziś wieczorem będzie mijał oświetlony kościół, niech nie myśli, że to tylko element wielkotygodniowego pejzażu. To znak. Być może jeden z ostatnich przed Wielkanocą.
