Reklama

Bóg za mną tęsknił

2016-05-25 08:49

Rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 22/2016, str. 44-45

Piotr Grzybowski
Stanisława Celińska

O czułej terapii piosenkami z płyty pt. „Atramentowa”, o samotności Boga, fundamencie z modlitwy „Jezu, ufam Tobie” i cudzie, który Bóg sprawił, ze Stanisławą Celińską rozmawia Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Czy to prawda, że w czasie realizacji spektaklu o Hiobie pokochała Pani Pana Boga, grając Jego głos, i odkryła, że jest On bardzo samotny? Jak to jest grać Pana Boga?

STANISŁAWA CELIŃSKA: – Tak, tak się zdarzyło. Miałam nagrać głos Boga. Długo się miotałam w tym pomieszczeniu, gdzie miałam nagrywać, nie byłam pewna, czy to powinnam być ja, kobieta. Zastanawiałam się, jak to zrobić, myślałam o Gustawie Holoubku do tej roli. Wreszcie doszłam do wniosku, że tu nie chodzi o płeć głosu, ale przede wszystkim o to, aby był to głos pełen miłości, cierpliwości, ciepła. I taki głos z siebie wydobyłam i nagrałam. I wtedy dotarło do mnie, że Bóg jest samotny. Bo gdy ktoś jest na szczycie, a On jest, to dmucha i wieje dookoła i jest to miejsce odosobnione. Wszyscy zadzierają głowy, patrzą w górę, modlą się, a On jest sam. I bardzo potrzebuje naszej miłości. Wtedy zrozumiałam, że ta miłość jest Mu potrzebna. Tak, Jemu. I prawdę mówiąc, zagrałam Go, wydobywając z siebie Jego głos – samotny i tęskniący. Ten moment wzięcia w siebie Boga był niesamowity. Koncentrowałam się przede wszystkim na tym, aby usłyszeć Go najpierw w sobie. I usłyszałam: Bóg tęskni też za mną. Ta tęsknota Boga za człowiekiem dała mi do myślenia. I naprowadziła na powstanie tekstu piosenki pt. „Drzwi odemknij”...

– ...autorstwa Wojciecha Młynarskiego. To piosenka o tym, że Bóg tęskni za człowiekiem tak bardzo, że czasem z tej tęsknoty nawet się do niego modli...

– I prosi go, żeby w Niego uwierzył. Tak, zagranie głosu Boga podsunęło mi pomysł na taką piosenkę, poprosiłam Młynarskiego o napisanie tekstu, a jego musiało to widocznie bardzo poruszyć, bo następnego dnia ten tekst był gotów.

– Bóg rzeczywiście tęskni za każdym człowiekiem, jednak każdy człowiek dochodzi do tego odkrycia we własny sposób. Nie da się sterować naszym docieraniem do Pana Boga. Droga, która nas do tego odkrycia prowadzi, często jest długa i wyboista. Pani też ma taką za sobą...

– Moja była wyboista. To jest droga, na której przede wszystkim trzeba przeżyć kilka rzeczy. Niekoniecznie każdy musi przeżyć rzeczy trudne, ale w przypadku moim i kilku innych osób myślę, że było tak: przychodzi moment, w którym nie mogę sobie poradzić z czymś, co wykracza poza ramy ludzkie. Walka o duszę człowieka rozgrywa się w nim samym, ale należy też do innego świata. Jest to walka dobra ze złem. Człowiek sam sobie nie poradzi i musi zgłosić się do Wyższej Instancji, żeby ktoś tego szatana, często zadomowionego w nim, zdeptał, żeby mu łeb urwał. Dlatego ta Siła Wyższa jest potrzebna. Pewne rzeczy są w podświadomości. Nie jesteśmy w stanie ich ogarnąć i sami zwalczyć. Potrzebujemy Boga, potrzebujemy modlitwy. Zwracając się do Niego, dajemy sobie szansę na ocalenie.

– Powiedziała Pani taką niezwykłą, szaloną wręcz, rzecz, gdy opowiadała o wychodzeniu z nałogu alkoholowego: „Poszłam do Niego i powiedziałam, żeby coś z tym zrobił”. I zrobił?

– Zrobił! Ale nie był nachalny. Modliłam się często i dużo. Właściwie wciąż, nie ustawałam. Fundamentem było: „Jezu, ufam Tobie”. Wzięłam to od św. Faustyny i powtarzałam z uporem. Zaufanie przyszło z czasem, ale ono jest chyba kluczowe w relacji, we współpracy z Panem Bogiem. Jeśli uważam, że sama dam radę, to nurzam się w pysze, która z pewnością pomoże mi, ale utonąć. Zaufanie do Boga jest z jednej strony bardzo ważne, a z drugiej – bardzo wygodne – zdaję się na Niego i sama nic nie robię. Ale to pozór. Tak naprawdę zaufanie do Niego jest bardzo trudne. To w swojej pysze człowiek uważa, że sam da radę – ale nie da. „To” zostało mi Odjęte. To był cud. To było Odjęcie przez duże „O”. Bóg interweniował naprawdę.

– „Słup ognisty”?

– To był dla mnie „słup ognisty” i On w nim był. Kolejny „słup ognisty” był wtedy, gdy miałam o tym powiedzieć innym, przyznać się. Niby prosta sprawa: piłaś – nie pijesz. Ale ci, którzy tego doświadczyli, wiedzą, że to wcale nie jest łatwe. To wręcz niemożliwe o własnych siłach. Gdy już dotarło do mnie, że ta zmiana przyszła spoza mnie, że ja prosiłam, a On rzeczywiście wysłuchał tej prośby – musiałam zmierzyć się z powiedzeniem o tym, z daniem świadectwa nie tyle o zmianie we mnie, ile o Jego interwencji, o cudzie, który się wydarzył. To był mój psi obowiązek mówić o tym, że Bóg dokonał cudu w moim życiu, że został mi odjęty nałóg. Ale trudny do wykonania. Podjęłam ten trud i to dopiero jest przygoda.

– Działa Pani jak terapeuta. Wiem, że także płyta pt. „Atramentowa” jest terapią dla wielu osób. Ludzie przychodzą do Pani po koncertach i wyznają, że gdy słuchają tych piosenek, to całe życie im się przesuwa przed oczami. Płaczą, naprawiają jakieś błędy, rozumieją nagle trudne doświadczenia, które przeżyli. Gdy śpiewała Pani w duecie z Muńkiem Staszczykiem piosenkę pt. „Wielka słota”, ja też się rozpłakałam. Czasem jedno słowo dotyka w nas takiego miejsca, o którym nie wiedzieliśmy, że istnieje.

– Właśnie, tak... Ale nie spodziewałam się, że tak będzie. W tych piosenkach chodzę na palcach, śpiewam szeptem do ludzi o trudnych czasem sprawach. Cieszę się, że ludzie przychodzą mi powiedzieć, że dałam im coś szczególnego. To nie jest moja nowa rola, nowa kreacja. Tu nikogo nie gram. Nie wchodzę w obcą skórę, której muszę nadać jakieś wiarygodne rysy. Nie udaję. To nie spektakl ani film, w których kontroluję emocje i sączę je po kropli dla określonego efektu. Jestem sobą, a więc jestem całkowicie odsłonięta. To ma swoją cenę. Ale przekazuję to, co chcę przekazać. Podpisuję się pod tym prawą i lewą ręką. Staję przed ludźmi po to, aby im po prostu pomóc; np. tekst pt. „Za małe serce”, który przyszedł mi do głowy, zachęca, aby wybierać słoneczną stronę ulicy. To czasem ryzyko, ale warto je podjąć. Albo to moje z Muńkiem wyznanie w „Wielkiej słocie”, które Panią wzruszyło – widać w nim, że nawet w najtrudniejszych sprawach może się udać ludziom wybaczyć sobie i zrozumieć. To nie są koncerty, w których popisuję się swoimi umiejętnościami. To są ciepłe spotkania, podczas których za pomocą piosenek mówię: Tak, wiem, bywa naprawdę ciężko. Życie nie należy do zadań łatwych. Czasem trudno się pozbierać, ale warto. Ja też mam dzieci, mnóstwo zwykłych problemów, codzienność mnie nie rozpieszczała. Walczyłam, przegrywałam, wstawałam i od początku. Zdarzył się cud. To już nie moja zasługa, ale o tym wszystkim opowiadam, zasłonięta trochę piosenkami i odsłonięta brakiem gry aktorskiej podczas śpiewania „Atramentowej”.

– W tej nierozpieszczającej rzeczywistości było jednak dużo niezwykłego blasku. Nie zapominajmy o Pani wielkich zawodowych sukcesach – nominacja do głównej nagrody w Cannes, główna nagroda za debiut w 1969 r. na festiwalu w Opolu.

– Tak, było Cannes, film „Krajobraz po bitwie” Andrzeja Wajdy, był wielki teatr. Ale teraz te sprawy schodzą na dalszy plan. Zrezygnowałam z zaangażowania w taki rodzaj teatru. Może jeśli zdarzy się jakaś „Boża” propozycja, to podejmę rękawicę. Teraz są koncerty, płyta i rola w „Barwach szczęścia”, którą bardzo lubię.

– Czyli nie zobaczymy już Pani w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego?

– Nie, już nie. Człowiek musi dokonać wyboru. Pewnych rzeczy nie da się ze sobą połączyć. I takiego teatru z taką mną teraz połączyć się nie da.

– Pani jest cała muzyczna. Gdy myślę o Pani mamie grającej na skrzypcach na ulicy, o tacie, który grał Chopina, a Pani siedziała pod fortepianem... Ta muzyczność nie mogła siedzieć w środku, musiała wyjść na zewnątrz. Co zamierza Pani muzycznego po „Atramentowej”?

– Będą kolejne płyty. Jest już kilka moich tekstów, które są taką odpowiedzią na różne ludzkie bolączki. Takie teraz mi się piszą i takie się śpiewają.

– Bardzo się cieszę, bo gdy widziałam Panią na scenie dmuchającą z dziecięcą radością w gliniane ptaszki i przypomniałam sobie Pani występ, zwycięski, w Opolu – też z ptaszkami – to zdałam sobie sprawę, że teraz w życiu muzycznym Stanisławy Celińskiej klamrowo wszystko się zamyka, łączy Bożym palcem w jedną całość. I że nie może Pani przestać śpiewać.

– Też tak to czuję w środku. I musiałabym być głucha, ślepa i uparta, żeby nie reagować na te piękne prośby wielu ludzi. A że ja lubię słuchać ludzi i lubię śpiewać – to da się to połączyć.

– A Stasia ze Stalowej na Pradze jaka jest dziś?

– Mam nadzieję, że nie zabrzmi to zarozumiale, ale czuję w sobie wielką świetlistość. Stasia ze Stalowej jest dziś pełna światła.

– A światło nie może stać pod korcem...

– Nie, trzeba je podzielić, dać innym. I to staram się robić moimi piosenkami. Dzielenie się światłem to też rozmawianie o Panu Bogu. Czasem niezbyt łatwe, ale konieczne. Mówienie, że On jest, że czeka, że jest samotny, że tęskni, że pomaga we wszystkim, gdy tylko zaufasz. Zło się bardzo panoszy, dlatego konieczne jest wnoszenie światła, gdzie się tylko da, wnoszenie Boga – wszędzie. Ania Dymna napisała mi kiedyś sms, po jednym z występów, że gdy śpiewam, świat jest dzięki mnie lepszy. I o to chodzi, żebyśmy robili coś, dzięki czemu naprawiamy świat, a nie psujemy bardziej.

Tagi:
muzyka

Reklama

Śpiewacy Pana Boga

2019-11-13 08:09

Marta Zeller
Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 50-51

O potrzebie istnienia muzyki w liturgii nie trzeba nikogo przekonywać. W przededniu wspomnienia patronki muzyków kościelnych – św. Cecylii warto przypomnieć, że śpiew liturgiczny to nie tylko sztuka, ale przede wszystkim modlitwa. Bo jak mówił św. Augustyn: kto śpiewa, dwa razy się modli

Archiwum scholi Domine Jesu

Nie lubią, gdy mówi się o nich: występują. Oni posługują. Swoim śpiewem chcą pociągać innych do modlitwy i pokazywać piękno Pana Boga. Dotykać nie tylko zmysłów, ale też serc – i swoich własnych, i ludzi, którzy ich słuchają. Choć z pewnymi rotacjami w składzie, śpiewają razem od 8 lat. A wszystko się zaczęło od zachwytu pewną dominikańską scholą...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

USA: tuż przed Bożym Narodzeniem odbędzie się beatyfikacja abp. Fultona J. Sheena

2019-11-21 20:39

kg (KAI) / Peoria

W sobotę 21 grudnia w katedrze pw. Niepokalanego Poczęcia Matki Bożej w Peorii, stan Illinois w Stanach Zjednoczonych, odbędzie się beatyfikacja abp. Fultona J. Sheena na zakończenie obchodów setnej rocznicy jego święceń kapłańskich. Obrzędowi przewodniczyć będzie w imieniu papieża kard. Angelo Becciu, prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Przyszły błogosławiony żył w latach 1895-1979, zasłynął jako znakomity mówca i kaznodzieja a w latach 1951-69 był czynnym biskupem, w tym przez 3 lata stał na czele diecezji Rochester.

Fred Palumbo / Wikipedia
abp. Fulton J. Sheen w 1952 r.

Wiadomość o beatyfikacji ogłosił 18 listopada „z wielką radością i wdzięcznością” podczas Mszy św. w katedrze w Peorii miejscowy biskup Daniel R. Jenky, powołując się na pismo z Watykanu. Ujawnił, że 6 marca br. dowiedział się, że 7-osobowy zespół ekspertów lekarskich, działający przy Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, uznał jednogłośnie cud przypisywany wstawiennictwu sługi Bożego, wymagany do ogłoszenia go błogosławionym. W lipcu br. Franciszek zatwierdził tę decyzję, co bezpośrednio otworzyło drogę do beatyfikacji.

Uroczysta Msza św. beatyfikacyjna rozpocznie się o godz. 10 rano czasu miejscowego w katedrze pw. Niepokalanego Poczęcia Maryi, „w tej samej, w której sto lat temu [przyszły arcybiskup] Sheen przyjął święcenia kapłańskie” – powiedział z zadowoleniem bp Jenky. Tam też, w marmurowym grobowcu spoczywają obecnie doczesne szczątki kandydata na ołtarze.

Wspomniany cud dotyczy niewytłumaczalnego z naukowego punktu widzenia uzdrowienia Jamesa Fultona Engstroma, który urodził się martwy 16 września 2010. Jego rodzice – Bonnie i Travis Engstromowie natychmiast zaczęli się modlić za przyczyną abp. Sheena, zachęcając też innych do szukania wstawiennictwa u niego. Dokładnie w chwili, gdy lekarze ze szpitala św. Franciszka w Peorii mieli ogłosić śmierć chłopca, jego delikatne serce zaczęło bić w rytmie, typowym dla noworodków. Do tego czasu przez 61 minut chłopczyk nie miał tętna. Wzruszona matka opowiedziała o tym w 2011 w katedrze w Peorii przed wielkim portretem abp. Sheena obok ołtarza.

Mimo złych rokowań co do przyszłości malca, łącznie z przewidywaniami, iż prawdopodobnie będzie on niewidomy i nie będzie mógł chodzić, zaczął się on normalnie rozwijać. Obecnie 8-latek lubi zjeść udka kurczaka, oglądać „Gwiezdne wojny” i jeździć na rowerze.

Dekret o uznaniu uzdrowienia ukazał się mniej więcej w tydzień po przeniesieniu prochów arcybiskupa z Nowego Jorku do katedry w Peorii. „To naprawdę wspaniałe, jak Bóg nadal tworzy cuda” – skomentował bp Jenky dokument papieski.

Peter (Fulton) John Sheen urodził się 8 maja 1895 w El Paso w stanie Illinois jako najstarszy z czterech synów w średniozamożnej rodzinie rolniczej. Rodzice byli bardzo pobożni i w tym duchu wychowali swoje dzieci, które odznaczały się dużą inteligencją. Przyszły biskup ukończył studia w St. Paul oraz na uniwersytetach w Waszyngtonie i Lovanium, na którym jako pierwszy Amerykanin uzyskał w 1923 Nagrodę im. Kard. J. Merciera za najlepszą rozprawę filozoficzną. Święcenia kapłańskie przyjął 20 września 1919, po czym pracował duszpastersko w swej rodzimej diecezji Peorii i jako wykładowca w Waszyngtonie.

Szybko zasłynął jako znakomity kaznodzieja, rekolekcjonista, nauczyciel i wychowawca. W latach 1930-50 wygłaszał wieczorne pogadanki religijne w radiu, a w latach 1952-57 w telewizji. W szczytowym okresie jego audycji słuchało i oglądało ponad 30 mln Amerykanów. Pod wpływem jego nauk nawróciło się wiele sławnych osobistości, w tym działacze komunistyczni, agnostycy, aktorzy, np. producent samochodów Henry Ford II czy skrzypek i kompozytor Fritz Kreisler.

W 1948 na ks. Sheena zwrócił uwagę ówczesny arcybiskup Nowego Jorku kard. Francis Spellman. Na jego wniosek Pius XII mianował 28 maja 1951 (sakra – 11 czerwca) 56-letniego kapłana biskupem pomocniczym archidiecezji. Wkrótce potem rozpoczął on cykl cotygodniowych programów telewizyjnych pt. „Life is Worth Living”, cieszących się ogromną popularnością. Biskup mówił na żywo na różne tematy. Cykl ten trwał w latach 1951-57 i 1961-68.

21 października 1966 Paweł VI przeniósł go na stolicę biskupią Rochester, którą kierował prawie 3 lata – do 6 października 1969. Gdy hierarcha na własną prośbę ustąpił z tego urzędu, papież Montini obdarzył go godnością arcybiskupa. Mimo przejścia na emeryturę był nadal bardzo aktywny, pozostał znakomitym mówcą, którego nauki i kazania przyciągały tłumy. Zachowało się wiele nagrań z jego wystąpień. Napisał 66 książek, z których co najmniej 9 ukazało się też po polsku, i wiele artykułów. Tempa życia nie zwolnił nawet wtedy, gdy okazało się, że jest chory na serce. Podczas swej wizyty w Nowym Jorku w październiku 1979 św. Jan Paweł II nazwał arcybiskupa Sheena „wiernym synem Kościoła”. Zmarł on 9 grudnia tegoż roku w swej nowojorskiej kaplicy przed Najświętszym Sakramentem.

Jego zwłoki złożono w krypcie pod głównym ołtarzem katedry św. Patryka w Nowym Jorku, skąd 27 czerwca br., na prośbę jego bratanicy Joan Sheen Cunningham przewieziono je do nowego grobowca w katedrze w Peorii.

W 2002 rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny. 28 czerwca 2012 roku Benedykt XVI zatwierdził dekret o heroiczności cnót arcybiskupa, a 5 lipca 2019 Franciszek podpisał wspomniany dekret uznający cud za wstawiennictwem sługi Bożego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Wyszyńskiemu zawdzięczamy wielki autorytet prymasostwa w Polsce

2019-11-22 07:45

archwwa.pl

Za nami pierwsza debata z cyklu "Myśląc z Wyszyńskim" inaugurująca przygotowanie do beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego.

Łukasz Krzysztofka

O tym, co mu zawdzięczamy i dlaczego nazywany jest Prymasem Tysiąclecia dyskutowali 21 listopada prof. Antoni Dudek, prof. Jan Żaryn i dr Ewa Czaczkowska.

Debata spotkała się z dużym zainteresowaniem zarówno starszych jak i młodszych słuchaczy, którzy wywpełnili salę konferencyjną i mieli wiele pytań do prelegentów.

Pierwszą debatę przygotowało środowisko Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Moderował ją odpowiedzialny za cały cykl spotkań pt. “Myśląc z Wyszyńskim” bp Piotr Jarecki, który jak wyznał – należy do ostatnich roczników księży wyświęconych w 1980 r. przez Prymasa Wyszyńskiego.

Łukasz Krzysztofka

Kard. Kazimierz Nycz inaugurując w Domu Arcybiskupów Warszawskich cykl “Myśląc z Wyszyńskim” podkreślił, że osoba Prymasa Tysiąclecia wciąż budzi zainteresowanie, czego potwierdzeniem może jest liczna obecność na tym spotkaniu. – Pragniemy dotknąć siedmiu tematów z życia, dzieła i świętości. Wokół nich chcemy odbyć rozmowę, która będzie się przeradzała w dialog i dyskusję, ale będzie też jakś formą refleksji i medytacji nad drogą świętości kard. Stefana Wyszyńskiego – tak metropolita warszawski nakreślił w swoim wprowadzeniu perspektywę całego cyklu pt. “Myśląc z Wyszyńskim”.

Łukasz Krzysztofka

Z postawionym w tytule spotkania pytaniem “Co zawdzięczamy kard. Wyszyńskiemu?” zmierzyli się jest historycy. Według prof. Antoniego Dudka, kluczem do zrozumienia tego jest pojęcie charyzmatycznego przywództwa. Jego zdaniem, pierwszą zasługą Prymasa Wyszyńskiego było to, że był charyzmatycznym przywódcą. “Ludzie potrzebują lidera, człowieka – symbolu – mówił, podkreślając zarazem, że kard. Wyszyński był przywódcą świadomym swojej roli, doskonale rozumiejącym brzemię odpowiedzialności jakie na niego spadło. Był całkowicie oddany i skoncentrowany na misji duszpasterskiej, ale jednocześnie uważnie śledził sytuację polityczną”.

Inną jego zasługą – według prof. Dudka – była umiejętność wykorzystania przywódczego charyzmatu do zawierania mądrego kompromisu. – To umiejętność dostrzeżenia, co w konkretnej sytuacji jest możliwe, co będzie lepiej służyło wspólnocie polskich katolikow – wyjaśnił prelegent podając przykłady zawartego w 1950 r. Porozumienia czy słynnego kazania na Jasnej Górze w sierpniu 1980 r., które zostało odczytane jako niewystarczające poparcie strajkujących. – Zabiegał o kompromis, bo rozumiał, że sytuacja była dramatycznyczna, rodził się potężny ruch wolnościowy, ale nie było jasne jaka bedzie reakcja Kremla i czy Polska nie podzieli losu Węgier lub Czechosłowacji – zaznaczył prof. Dudek.

Jego zdaniem, zasługą Prymasa Wyszyńskiego było także pokazywanie, iż w dążeniu do mądrego kompromisu istnieje nieprzekraczalna granica. Non possumus. Nie godził się na ingerencję władz państwowych w politykę personalną Kościoła i obsadzanie stanowisk kościelnych.

Z kolei dr Ewa Czaczkowska zwróciła uwagę, że kard. Wyszyński miał wizję prowadzenia Kościoła w czasach totalitarnych, wizję budowania więzi między Kościołem a narodem, a zarazem siłę i zdolności intelektualne, by przetworzyć tę wizję na program działania oraz siłę, by konsekwentnie wymagać realizacji tego programu. Prelegentka wskazała na program milenijny złożony z trzech elementów, jakimi były Jasnogórskie Śluby Narodu, Wielka Nowenna 1957-1966 i Milennium Chrztu Polski. W jej ocenie był to największy program duszpasterski w historii Kościoła i osiągnął dwa cele: zarówno w sensie narodowym jak i ocalenia wiary Kościoła w Polsce, nie tylko umożliwił jego przetrwanie ale także wzmocnienie.

– Prymas postawił na katolicyzm ludowy i formy z tym związane: pielgrzymki, wielkie celebracje. Wiedział, że jeżeli wiara ma się ostać wobec ateizmu to musi być to wiara prostego ludu, który jest gotów stanąć pod krzyżem i cierpieć – mówiła dr Czaczkowska. Zwróciła też uwagę, że Prymas Wyszyński prowadził Kościół w Polsce w sposób centralistyczny, wymagał jedności biskupów, jedności między duchowieństwem a biskupami a powolne wprowadzanie reform Soboru Watykańskiego II okazało się jedynym właściwym sposobem na tamte czasy. Była to odnowa dostosowana do warunków życia Kościoła.

W ocenie dr Ewy Czaczkowskiej kard. Wyszyńskiemu zawdzięczamy wielki autorytet prymasostwa w Polsce, udział w – jak się wyraziła – “budowaniu lobby”, które doprowadziło do wyboru Jana Pawła II na papieża. Wskazała też na zaufanie, jakie okazał ósemkom (Marii Okońskiej i założonemu przez nią Instytutowi Prymasa Wyszyńskiego) i proponowanym przez nie inicjatywom.

Prof. Jan Żaryn odpowiadając na tytułowe pytanie: Co zawdzięczamy Prymasowi Wyszyńskiemu? dodał, że “związał on dziedzictwo narodu z dziedzictwem katolicyzmu polskiego”. – On nas uczy polskości – podkreślił prelegent, dodając, że Prymas Tysiąclecia “zebrał to dziedzictwo i przeniósł w nowe tysiąclecie” poprzez narzędzia duszpasterskie, ale też socjologiczne. W jego ocenie, peregrynacja obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej jest niesamowitym “związaniem w jedno” całęgo narodu.

Po wystąpieniach historyków i ich dyskusji pytania mogli zadać przysłuchujący się debacie uczestnicy z sali. Pytali m.in o rolę Prymasa jako interrexa, jak również o to jak czerpiąc z nauczania kard. Wyszyńskiego wychowywać młode pokolenia? Były pytania o maryjność, o relacje kard. Wyszyńskiego z Janem Pawłem II, ale także o to czy znane są przypadki nawrócenia wśród funkcjonariuszy UB/SB inwigilujących Prymasa Wyszyńskiego.

Następne spotkanie w ramach cyklu “Myśląc z Wyszyńskim” odbędzie się w czwartek 19 grudnia o godz. 18.00 w Domu Arcybiskupów Warszawskich. Wstęp wolny

Beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńkiego odbędzie się 7 czerwca 2020 r. w Warszawie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem