Reklama

Polska naszych marzeń

2016-06-08 11:27

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 24/2016, str. 22-24

Jacek Dominski/East News

W lata 90. ubiegłego wieku wkroczyliśmy z przetrąconym kręgosłupem Solidarności, nie tylko jako organizacji, ale też solidarności jako idei, jako mitu budowania nowej Polski, mitu, który był wyraźnie wspierany przez ogromną większość całego narodu polskiego, ale którego urealnienie, niestety, nie udało się, głównie za sprawą komunistów i postkomunistów tamtych czasów

Podczas majowego spotkania w Klubie Ronina Mateusz Morawiecki – wicepremier i minister rozwoju – omawianie swego „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” rozpoczął od analizy najgłębszych przyczyn kiepskiego – mimo podkreślanych przez poprzedni rząd „niezwykle korzystnych” parametrów rozwojowych – stanu nie tylko polskiej gospodarki, ale także złej jakości państwa i jego instytucji. Bez tego rodzaju analizy trudno zrozumieć te wyzwania rozwojowe, przed którymi stoi dziś Polska.

Oligarchowie III RP

Wtedy, czyli na początku wolnej Polski, jak to ujął wicepremier, Polacy byli jakby trochę ogłupiali, nie wiedzieli, jaki system budować. Zdaniem Mateusza Morawieckiego, można było i należało wtedy przynajmniej spróbować powalczyć o trochę inny model gospodarki, lepiej dostosowany do ówczesnego stanu Polski, lepiej służący dobru wszystkich Polaków, a nie tylko wybranej grupy. Tymczasem niemal bezdyskusyjnie zgodzono się na narzuconą przez postkomunistów „reglamentowaną rewolucję”.

Wicepremier Morawiecki, podobnie jak wielu recenzentów chorego polskiego kapitalizmu, uważa, że jego genezy można się doszukiwać w tzw. ustawie Wilczka z 1988 r., która oprócz pewnych dobrych elementów – uwolnienia polskiej przedsiębiorczości i pobudzenia pierwszej fali polskiego kapitalizmu – niosła w sobie bardzo groźny potencjał. I ten właśnie potencjał na nieszczęście Polski został wykorzystany perfekcyjnie; już w 1988 r. zaczęły się zawiązywać pierwsze tzw. spółki nomenklaturowe, przyczółki kapitalizmu postkomunistycznego. – Ten postkomunistyczny kapitalizm – mówi wicepremier Morawiecki – zdecydowanie nie był taki, jaki mógłby się rozwinąć w solidarnościowej Polsce.

Reklama

Efektem „reglamentowanej rewolucji” był wzrost nierówności społecznych, podczas gdy społeczeństwo było karmione sukcesem wzrostu PKB, rozwoju, mirażem „zielonej wyspy”. – Skoro od kilku lat słyszymy, że w Grecji jest kryzys, a u nas „zielona wyspa”, to powinniśmy też wiedzieć, że w Polsce majątek przypadający na jednego obywatela jest 3 razy mniejszy niż w Grecji! – tak puentuje dokonania minionych 27 lat wicepremier i minister rozwoju w rządzie PiS.

Jest ogromna różnica – podkreśla Morawiecki – czy chwalimy się wzrostem produktu krajowego brutto (PKB), czy produktu narodowego brutto (PNB). W całej polskiej transformacji gospodarczej niewątpliwie zabrakło gospodarczego patriotyzmu. Jak wielu z nas wtedy bardzo cierpiałem z powodu braku polityki patriotycznej, budzącej wiarę w Polskę, w to, że warto tu zostać... Filozofią tamtych lat było jednak „róbta, co chceta”, była też pedagogika wstydu, oczernianie własnego państwa, oczernianie własnej historii.

Prywatyzacja i kapitał zagraniczny

Bardzo szybko beneficjentem polskiej transformacji stał się kapitał zagraniczny, ponieważ mantrą tzw. konsensusu waszyngtońskiego było prywatyzowanie wszystkiego, a w Polsce nie było odpowiedniego kapitału. – Absolutnie nie podzielam poglądu, że należało w całości utrzymać własność państwową, ale trzeba było dać czas i szanse polskim menadżerom oraz pracownikom na to, aby przez kilka lat rozsądnie transformowali się w kierunku gospodarki wolnorynkowej – mówi obecny wicepremier. Podaje przykład drugiego co do wielkości zakładu celulozowo-papierniczego w Europie, który powstał w latach 80. ubiegłego wieku w Kwidzyniu ogromną krwawicą całego społeczeństwa, a został sprzedany International Paper, i to w taki sposób, że parę lat później wiceprezes tej wielkiej amerykańskiej spółki chwalił się, iż kompletnie nie rozumie, jak mogło dojść do tej sprzedaży, skoro wartość samych maszyn czterokrotnie przewyższała cenę zakupu całego zakładu!

– W taki to sposób ten nasz majątek był prywatyzowany – konkluduje Mateusz Morawiecki. – Bolesne jest, że tak naiwnie ufaliśmy, iż przedsiębiorstwa kupuje się tylko po to, żeby je rozwijać, a nie po to, jak się, niestety, zbyt często zdarzało, żeby je „zaorać” i przejąć tylko udział w rynku. Taki los spotkał m.in. dzierżoniowską Diorę, elbląski Zamech czy bydgoski Zachem i wiele innych.

Gdy przyjmowaliśmy bezkrytycznie, jako pewną zasłonę, tzw. konsensus waszyngtoński, nie chroniliśmy naszego rynku, odwrotnie niż te wszystkie kraje, które w swoim czasie budowały swoją potęgę gospodarczą. A przecież jeszcze przed wejściem do Światowej Organizacji Handlu i do Unii Europejskiej mieliśmy prawo i obowiązek chronić swój cherlawy rynek, ale dobrowolnie z tego zrezygnowaliśmy.

Polskie „dopalacze”

Mieliśmy kilka „dopalaczy”, które dopingowały rozwój gospodarczy. Pierwszym była znakomita zdolność naszych przedsiębiorców do adaptowania zachodnich rozwiązań. – Budowaliśmy ten nasz oddolny kapitalizm w pocie czoła – przyznaje z uznaniem wicepremier – nie tylko oligarchiczny, nie tylko oparty na zachodnim kapitale, ale również ten normalny, naturalny. Niestety, dzisiaj ten „dopalacz” działa już w znacznie mniejszym stopniu.

Drugim paliwem, które wykorzystywaliśmy do imentu przez 27 lat, był kredyt. – Dzisiaj nasze państwo jest zadłużone na 920 mld zł! A w dodatku – podkreśla Morawiecki – aż 66 proc. obligacji jest w posiadaniu zagranicznych wierzycieli. W zbyt dużym stopniu jesteśmy uzależnieni od obecności tegoż kapitału w Polsce. Dlatego sygnały agencji ratingowych, na które się tak zżymamy, musimy jednak brać pod uwagę. No cóż – złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn...

Jak długo jeszcze możemy się „tak rozwijać”? – pyta wicepremier.

Nie za długo. Ponieważ z tytułu międzynarodowej ujemnej pozycji walutowej co roku musimy wypłacać za granicę ok. 90 mld zł. To prawie dwukrotność rocznego deficytu państwa. Miło przynajmniej pomyśleć, że nie mielibyśmy tego deficytu, a do tego jeszcze ogromną nadwyżkę, gdyby nie zadłużenie za granicą.

– Oczywiście, potrzebowaliśmy w Polsce obcego kapitału i znam takie przypadki – przyznaje wicepremier – że odegrał on bardzo pozytywną rolę, i sam dzisiaj staram się przyciągać ten obcy kapitał, jednakże pod warunkiem, że będzie tworzył miejsca pracy, wnosił nowe technologie.

Trzecim paliwem rozwoju kraju powinny być oszczędności. Niestety, tego paliwa ciągle Polsce brakuje. Na inwestycje trzeba więc było stale pożyczać, i to przeważnie za granicą. Zwłaszcza że uprawialiśmy politykę gospodarczą, po sarmacku mówiąc: „zastaw się, a postaw się”; w latach 90. ubiegłego wieku konsumowaliśmy zdecydowanie zbyt dużo w stosunku do naszych możliwości.

Pułapki rozwoju

Wykorzystując te dobre, ale przede wszystkim złe „paliwa” – wykłada Morawiecki – dzisiaj znaleźliśmy się w kilku pułapkach.

Mamy pułapkę demograficzną, z której wyjść coraz trudniej. Pułapkę przeciętnego produktu; pracujemy w pocie czoła, ale za produkty, które sprzedajemy, uzyskujemy dużo niższe marże niż nasi główni konkurenci na całym świecie. Mamy wielką pułapkę rozwoju zależnego, czyli brak równowagi między kapitałem krajowym i zagranicznym. I wreszcie tę, którą widać dosłownie na każdym kroku: pułapkę słabości instytucji, słabości państwa.

Pułapka słabości instytucjonalnej polega na tym, że co roku państwo traci duże pieniądze. Dlatego trzeba ją rozbroić natychmiast, co nie będzie najłatwiejsze, ponieważ trwające w Polakach od czasu zaborów po komunę przekonanie o wrogości państwa w ostatnich latach było szczególnie pielęgnowane i umacniane. Szeroko kolportowano hasło, że państwo nie jest potrzebne, że podatki to haracz, a więc niepłacenie podatków to nie przestępstwo.

Kiedy PiS opuszczał gabinety rządowe w październiku 2007 r., państwo polskie ściągało 17 proc. (w stosunku do PKB) w podatkach CIT, VAT i PIT. Dzisiaj pozyskuje 13,5 proc. Od kilku lat co roku tracimy więc ok. 70-80 mld zł. W 2007 r. państwo polskie zbierało 33 mld zł w podatkach od zysków firm, dzisiaj – 28 mld. A przecież w międzyczasie obroty firm wzrosły dwukrotnie, zyski zaś tylko o 60-70 proc. – Gdzie się podziały te zwiększone zyski? – pyta wicepremier. – Bahama, Cypr, Panama?

Istotną pułapką rozwoju jest też brak, wprost nieistnienie polskiej marki w świecie. Poprzednie rządy chwaliły się dobrym wizerunkiem Polski, jednak – zdaniem Morawieckiego – myliły one tani, wykreowany przez PR wizerunek z solidną marką państwa.

Promowano Polskę w sposób zupełnie nieprofesjonalny – mówi wicepremier – przez filmiki w BBC, CNN za grube miliony; lata bocian, ktoś tam je kiełbasę na stogu siana – to miał być wizerunek prostego, swojskiego kraju... Tymczasem kraje dobrze rozwinięte pokazywały swoją markę poprzez konkretne produkty. Niemcy np., kraj z kompletnie zszarganą reputacją po II wojnie światowej, odbudowywały tę reputację poprzez „niemiecką jakość” swoich samochodów, maszyn, precyzyjnej optyki...

Nowa ekipa przejmuje stery

– I co się teraz dzieje? – pyta Mateusz Morawiecki, autor „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. – Bardzo szybko nasi szeroko rozumiani przeciwnicy, nie tylko polityczni, ale też właśnie ci, którzy byli beneficjentami dotychczasowego systemu gospodarczego, tej „reglamentowanej rewolucji”, zrozumieli, że tym razem już będzie inaczej. Próbują więc wszelkimi sposobami bronić tego, co było, ostro atakują nowy polski rząd.

Wicepremier nie kryje satysfakcji, że mainstreamowi ekonomiści nagle tak bardzo krytykują Polskę za to, że... jest za bardzo uzależniona od zagranicznego kapitału. – Nawet Sarah Carlos, analityk Moody’s, powiedziała niedawno – śmieje się Morawiecki – że Polska ma kilka słabości, m.in. za małe oszczędności i za dużą zależność od kapitału zagranicznego. Jakie to ciekawe, że teraz nagle wszyscy to zauważają! Przez ostatnich kilka miesięcy!

Wicepremier radykalnie wypowiada się w politycznej sprawie Trybunału Konstytucyjnego, wiążąc ją z reformami gospodarczymi, które uderzają bezpośrednio w krajowe i zagraniczne grupy interesów ekonomicznych. – To jest ostatnia reduta, którą nasi adwersarze próbują wykorzystać, by utrudnić i zdeprecjonować konkretne działania nowego rządu.

Mówiąc półżartem, dodaje, że opozycja ma program obrony kilkunastu prawników, a rząd ma program dla całego społeczeństwa, ale już bardzo poważnie przywołuje paralelę historyczną. – Możni doby Konstytucji 3 maja, choć mam jak najgorsze zdanie o ówczesnej elicie i, pożal się Boże, arystokracji, potrafili pozbyć się swoich własnych przywilejów... Dziś marzy mi się taki ruch, jaki zrobił marszałek Piłsudski w 1926 r., gdy w Nieświeżu spotkał się z ówczesną arystokracją i wyjaśnił, że teraz mamy już inną Rzeczpospolitą niż ta Pierwsza, a więc, panowie, trzymajcie swoje apetyty arystokratyczne na wodzy, bo walczymy o dużo bardziej zdemokratyzowany porządek prawny.

Filary rozwoju

Silne państwo, przełamanie jego niemożności, jest niezwykle ważne, żeby tak naprawdę budować tę zdrową, bardziej demokratyczną, republikańską, kolejną falę polskiego kapitalizmu, falę, która przyniesie więcej polskiej własności w polskiej gospodarce. Taki jest długofalowy cel „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”.

Głównym filarem dobrej zmiany w gospodarce jest reindustrializacja, rozumiana jako uprzemysłowienie wysokomarżowe, promujące branże wiedzochłonne. Wiele jest do nadrobienia, bo przez 27 lat dorobiliśmy się przede wszystkim branż pracochłonnych i kapitałochłonnych, na których najbardziej wygrywają ci, którzy mają kapitał, czyli nie Polska.

Jak najpilniej należy w Polsce zadbać o tworzenie oszczędności wewnętrznych. – W ciągu najbliższych 2-3 miesięcy – zapowiada wicepremier – zaproponujemy bardzo przekrojowy program wzmocnienia polskich oszczędności, bezpieczne mechanizmy oszczędzania w bankach i firmach ubezpieczeniowych, funduszach inwestycyjnych, emerytalnych. Bo właśnie w taki żmudny sposób tworzy się bogactwo wewnętrzne nieuzależnione od zagranicy.

Mimo złych doświadczeń Polska nie powinna rezygnować z przyciągania kapitału zagranicznego. Wicepremier Morawiecki wiąże duże nadzieje z nadciągającą trzecią falą kryzysu globalnego, która już sprawia, że kapitał jest dostępny po rekordowo niskich cenach. Plan Morawieckiego przewiduje też ekspansję polskich firm i polskiego kapitału za granicą, a przede wszystkim mocniejsze wspieranie eksportu.

Jak podkreśla wicepremier, najważniejszym filarem jego planu będzie jednak dbałość o bardziej zrównoważony rozwój, o polską solidarność, o dużo bardziej sprawiedliwą Polskę. – To będzie bardzo ważny znak firmowy naszej ekipy rządowej – mówi.

Przez 27 lat królował polaryzacyjno-dyfuzyjny paradygmat rozwoju, czyli taki, w którym – wicepremier cytuje Jana Sztaudyngera – „Polska A Polsce B każe się całować w...”. A my będziemy łączyć np. Polskę Wschodnią, do dziś nieposiadającą odpowiedniej infrastruktury komunikacyjnej, z bardziej rozwiniętymi ośrodkami w kraju, w nadziei na wzmocnienie mechanizmów handlowych, biznesowych i pozytywnie rozumianą mobilność społeczną.

Wspólnym mianownikiem wszystkich działań rządu ma być budowa jakości państwa. – Warunkiem sine qua non powodzenia naszego planu gospodarczego będzie odwrócenie paradygmatów obowiązujących przez ostatnie 25, 125 czy nawet 225 lat w kierunku służby państwa szerokim rzeszom Polaków, całemu społeczeństwu. Taka jest Polska naszych marzeń, o którą, ja to Państwu obiecuję – zapewnia autor „Planu na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, wicepremier Mateusz Morawiecki – będę się starał walczyć ze wszystkich sił.

Tagi:
polityka rozmowa

Reklama

Poprawność polityczna rządzi światem

2019-07-16 11:47

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 29/2019, str. 38-39

magna-carta.it
Eugenio Capozzi

Czym jest poprawność polityczna, dlaczego wyklucza się jej przeciwników i dlaczego nienawidzi ona chrześcijaństwa. Na pytania Włodzimierza Rędziocha odpowiada prof. Eugenio Capozzi

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Jak zdefiniowałby Pan Profesor poprawność polityczną?

PROF. EUGENIO CAPOZZI: – Jako „katechizm cywilny”, sumę nakazów, zakazów, cenzur, które są wyrazem bardzo precyzyjnej ideologii – możemy ją nazwać neoprogresywizmem, ideologią „Innego”, „utopią różnorodności”. Chodzi o ideologię, która w całości potępia kulturę zachodnioeuropejską jako imperialistyczną i dyskryminującą i planuje zmienić mentalność ludzkości – zastąpić ją radykalnym relatywizmem kulturowym i etycznym.

– Neoprogresywizm został narzucony przez rewolucję 1968 r. i inne ruchy młodzieżowe. Do czego dążyli młodzi ludzie?

– Celem buntu młodych „baby boomers” (ludzie z powojennego wyżu demograficznego – przyp. W. R.) na Zachodzie było nie tylko ustanowienie wolności, równości czy sprawiedliwości za pomocą środków ekonomicznych lub politycznych, ale przede wszystkim usunięcie „korzeni” dominacji z historii zachodniej kultury przez radykalną zmianę sposobu myślenia, pojęć i języka. To cel, który w rzeczywistości reprezentował „ojcobójstwo”, prawdziwe zresetowanie zachodnich korzeni kulturowych. Jeśli człowiek zachodni był w historii wcieleniem przemocy, represji, imperializmu – musi zostać ponownie „uformowany”, z zaakceptowaniem wszystkich modeli kulturowych i wszystkich grup mniejszościowych, które podporządkowywał w przeszłości, aby w ten sposób się odnowić i zregenerować. „Inny”, sprowadzony do abstrakcyjnej koncepcji, staje się „odkupicielem” złej historii i fundamentem nowej i tolerancyjnej cywilizacji, w której znikną konflikty, gdy zostanie wyeliminowany „grzech pierworodny” dominacji i hierarchii.

– Jak to się stało, że ideologii poprawności politycznej udało się zastąpić tradycyjne ideologie liberalno-demokratyczne?

– Silna hegemonia „narracji różnorodności” wkradła się w dialektykę społeczeństw liberalno-demokratycznych; zdestabilizowała i zniszczyła jej filozoficzne podstawy – ten „najniższy wspólny mianownik” kulturowy, który przez wieki określał wspólną koncepcję świętości osoby ludzkiej, faktycznie wprowadził prawdziwą dyktaturę relatywizmu. Dyktaturę, przeciwko której prawie niemożliwe jest zbuntowanie się – grozi to ośmieszeniem społecznym i marginalizacją, ponieważ już w końcu XX wieku poprawność polityczna stała się charakterystyczną cechą elit politycznych, intelektualnych, medialnych i przemysłu rozrywkowego, uzyskała monopol na język i etykę publiczną.

– Wspomniał Pan Profesor o postawie „ojcobójstwa”. Papież Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał, mówił natomiast o Zachodzie, który nienawidzi siebie...

– To prawda, ponieważ jeśli Zachód jest korzeniem zła, „zbawienie” może przyjść tylko w procesie „odzachodnienia” świata. Jeśli „my” jesteśmy winni zła na świecie, musimy odpokutować za nasze grzechy, wyrzekając się naszej tożsamości, „rozpuścić się” w wielkiej magmie świata o płynnych tożsamościach. Krótko mówiąc, wszystko, co należy do zachodniego kanonu, jest złe. „Inny” jest zawsze na wyższym poziomie i jest lepszy etycznie. A zatem – kultury pozaeuropejskie, religie niechrześcijańskie, islam i środowiska LGBTQ są etycznie lepsze. W tym sensie możemy również mówić o „autofobii” (autofobia to lęk przed samym sobą – przyp. W. R.).

– Jakie są założenia tego, co nazwał Pan Profesor „katechizmem cywilnym”?

– W skrócie można powiedzieć, że zasadza się on na czterech dogmatach. Pierwszym z nich jest relatywizm kulturowy, co oznacza, że wszystkie kultury, tradycje i religie mają jednakową wartość i muszą być traktowane na tym samym poziomie. Drugi dogmat to równoważność pragnień i praw. W tej perspektywie każde pragnienie jest uzasadnione, a nawet święte, a każdy rodzaj represji jest niewłaściwy (zabrania się zabraniać). To hedonistyczna i radykalna interpretacja Freuda, a także Marcusego. Podmiot ludzki jest zredukowany do czystego popędu i pragnień. Tendencje te przekładają się na eksplozję konfliktów, ponieważ nie ma ograniczeń dla pragnień, ich sprzeczności i ciągłej zmienności. Trzecim dogmatem jest przekonanie, że człowiek dla świata nie jest konieczny. Człowiek jest jednym z wielu elementów równowagi w środowisku, ale nie jest głównym celem. Czwarty dogmat to powiązanie tożsamości z samostanowieniem. Prawa są oparte nie na powszechnie podzielanej koncepcji człowieka, ale na przynależności do grup i stylów życia, które jako takie muszą być chronione. Warunki te nie są uważane za naturalne, ale są wynikiem subiektywnego wyboru. Ten ostatni dogmat można podsumować wyrażeniem: „Chcę, więc jestem”.

– Jak to się stało, że ideologia poprawności politycznej odniosła sukces w podboju środowisk politycznych, gospodarczych, kulturowych i dziennikarskich, dzięki czemu ma hegemonię medialną?

– Aby to zrozumieć, należy spojrzeć na jej ekonomiczne korzenie. Poprawność polityczna wyraża interesy klasowe „burżuazji wiedzy”, którą stanowią ludzie z wyżu demograficznego. Nie jest to już burżuazja związana z tradycyjnym przemysłem ani własnością ziemi. Trzeba przywołać na myśl branżę hi-tech i ludzi takich jak Steve Jobs, Bill Gates czy Mark Zuckerberg, którzy mogą być uważani za spadkobierców „baby boomers” i „kontrkultury”. Ta burżuazja odgrywa wiodącą rolę w organizacjach międzynarodowych i w zglobalizowanym systemie mediów, a szczególnie mediów społecznościowych. Stąd wynika ich monopolistyczna rola w świecie kultury, mediów i uniwersytetów. Do tej burżuazji należy, oczywiście, większość przedstawicieli zachodnich elit politycznych, zwłaszcza w ostatnich trzydziestu latach.

– To wyjaśnia ogólnoświatową propagandę i rozpowszechnianie ideologii poprawności politycznej. Zastanawiam się jednak, dlaczego przeciwnicy tej ideologii są tak bezwzględnie i systematycznie zwalczani.

– Musimy wyjść od założenia, że dla zwolenników poprawności politycznej „prawda” tkwiąca w tej doktrynie musi być zaakceptowana przez wszystkich. Z tego powodu tych, którzy jej nie akceptują, trzeba demonizować, zepchnąć do przestrzeni całkowitego wykluczenia bez jakiejkolwiek możliwości poprawnej dyskusji, napiętnować jako szerzycieli nienawiści i dyskryminacji. Dlatego przeciwnik poprawności politycznej musi być ukazywany jako rasistowski, nietolerancyjny, seksistowski, homofobiczny, islamofobiczny itd.

– Dlaczego Kościół katolicki jest postrzegany jako główny wróg ideologii poprawności politycznej?

– Progresywizm „różnorodności” jest ze swej natury radykalnym relatywizmem, który odrzuca etyczno-polityczne podstawy Zachodu. Z tego powodu postrzega chrześcijaństwo jako najgorszego wroga. W szczególności identyfikuje jako wroga Kościół katolicki, który dziś jest praktycznie ostatnią filozoficzną barierą dla relatywizmu. Jednak wszystkie totalitarne ideologie nienawidziły chrześcijaństwa, ponieważ opierają się na gnostyckim twierdzeniu, że budują niebo na ziemi i nowego człowieka.

– Jak możemy przeciwdziałać dyktaturze poprawności politycznej?

– Należy ukazywać to zjawisko w kontekście historycznym – próbowałem to zrobić na swój sposób w mojej książce – aby pokazać, że miało ono konkretne przyczyny, jest związane z ewolucją pewnych uwarunkowań ekonomicznych, społecznych, politycznych i kulturowych – i dlatego nie jest ani wieczne, ani nieuniknione. A z tego wynika, że może ewoluować lub się skończyć – jak każde zjawisko, którego twórcami są ludzie – gdy zmieni się konkretny kontekst historyczny.

– W jaki sposób zatem powinien się zmienić kontekst historyczny, aby skończyła się dyktatura ideologii poprawności politycznej?

– Hiperrelatywistyczna ideologia „Innego” i nakazy poprawności politycznej były wyrazem hegemonii określonej klasy społecznej, zglobalizowanej „burżuazji wiedzy”, zachodniej elity „płynnej nowoczesności”, która przez tę ideologię narzuciła ludziom swoją wizję świata. Ale proces ten przypuszczalnie się skończy, gdy ta klasa zacznie tracić swoją centralną rolę. Nic dziwnego, że narracja poprawności politycznej zaczęła pokazywać pierwsze poważne pęknięcia, kiedy – począwszy od wielkiego kryzysu gospodarczego i finansowego w 2008 r. – ta dominująca klasa zaczęła przeżywać kryzys i była kontestowana przez ludzi, którzy „przegrali” na globalizacji, i kiedy uaktywniły się ruchy domagające się suwerenności i tożsamości lub ruchy neonacjonalistyczne.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rzecznik KEP: biskupi zobowiązali Caritas Polska do wyjaśnienia zarzutów

2019-09-21 11:39

BPKEP / Warszawa (KAI)

Biskupi obecni na zebraniu Rady Biskupów Diecezjalnych 27 sierpnia br. zobowiązali Komisję Nadzorczą Caritas Polska do wyjaśnienia zarzutów dotyczących kwestii zarządzania Caritas Polska – napisał w przesłanym KAI komunikacie ks. Paweł Rytel-Andrianik, rzecznik Konferencji Episkopatu Polski.

Caritas

Caritas Polska jest instytucją charytatywną Konferencji Episkopatu Polski. Caritas Polska koordynuje pracę 44 Caritas diecezjalnych i archidiecezjalnych w Polsce. Udziela pomocy doraźnej i długofalowej, materialnej i finansowej osobom bezrobotnym, bezdomnym, chorym, starszym, a także imigrantom i uchodźcom. Pomaga ofiarom wojen, kataklizmów i nieszczęść naturalnych poza granicami Polski. Dyrektorem Caritas Polska od 2017 r. jest ks. Marcin Iżycki. Przewodniczącym Komisji Nadzorczej jest bp Wiesław Szlachetka.

Publikujemy pełną treść komunikatu:

Biskupi obecni na zebraniu Rady Biskupów Diecezjalnych 27 sierpnia br. na Jasnej Górze zobowiązali Komisję Nadzorczą Caritas Polska do wyjaśnienia zarzutów dotyczących kwestii zarządzania Caritas Polska.

ks. Paweł Rytel-Andrianik

Rzecznik Konferencji Episkopatu Polski

Warszawa, 21 września 2019

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Syria: nie widać końca wojny, bomby wciąż spadają

2019-09-22 21:47

(KAI/Vaticannews) / Aleppo

Wojna w Syrii ciągle jeszcze trwa, a embargo gospodarcze, nałożone na ten kraj, przysparza jego mieszkańcom kolejnych cierpień, ponieważ sankcje najbardziej dotykają najbiedniejszych. Wskazuje na to wikariusz apostolski dla katolików obrządku łacińskiego w Aleppo bp Georges Abou Khazen, który po raz kolejny wezwał wspólnotę międzynarodową do zniesienia embarga i do podjęcia konkretnych działań na rzecz zakończenia konfliktu.

Archiwum Papieskiego Stowarzyszenia Pomoc Kościołowi w Potrzebie
Krajem, w którym rozgrywa się największy dramat humanitarny ostatnich lat, jest Syria

Biskup zwrócił uwagę na dramatyczne warunki życia Syryjczyków. Są oni pozbawieni pracy, brakuje żywności, na wielu obszarach nie ma elektryczności i nie działają wodociągi. Wciąż trwające walki sprawiają, że nikt jeszcze nie myśli o odbudowie. Wikariusz apostolski Khazen przypomniał, że Turcja miała doprowadzić do rozbrojenia rebeliantów, tymczasem jeszcze bardziej ich uzbroiła, dlatego tak bardzo zaciekłe walki toczą się o znajdujący się w rękach islamskich dżihadystów Idlib i nasiliły się ataki w innych częściach Syrii.

Zdaniem mieszkającego w Aleppo hierarchy wojna nie tylko spowodowała wiele ofiar i ogromne straty, ale jednocześnie pokazała, że współistnienie chrześcijan i muzułmanów jest możliwe. „Kiedy fundamentaliści weszli do naszego miasta, poderżnęli gardło miejscowemu imamowi, który krytykował ich działania, a jego głowę zawiesili na minarecie. Wielu wyznawców islamu mówiło mi wówczas, że to nie jest religia, jaką wyznają” – podkreślił syryjski biskup. Wskazał, że miejscowi muzułmanie często apelują, by chrześcijanie nie wyjeżdżali i zostali w Syrii.

„Przez lata wojny poruszyło ich świadectwo chrześcijańskiego miłosierdzia. Doświadczyli, że nieśliśmy pomoc wszystkim bez względu na wyznawaną wiarę. Pomagaliśmy nawet żonom i dzieciom rebeliantów” – przypomniał biskup. Przyznał, że dialog życia z islamem jest możliwy i może się stać zaczątkiem nowej Syrii. „Nie możemy się łudzić, że kiedykolwiek będzie możliwy dialog dogmatyczny. Możliwe jest jednak wzajemne spotkanie wokół wartości dotyczących osoby ludzkiej, rodziny czy spraw bioetycznych” – zaznaczył wikariusz apostolski Aleppo. Podkreślił zarazem, że dialog zawsze oznacza otwarcie się na drugiego przy zachowaniu własnej tożsamości i dawaniu świadectwa temu, w co się wierzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem