Reklama

Doświadczenie miłosierdzia Boga wyzwala człowieka

2016-06-15 11:08

Ks. Piotr Bączek
Edycja bielsko-żywiecka 25/2016, str. 4-5

PB
Misjonarz miłosierdzia ks. dr Przemysław Sawa

Z ks. dr. Przemysławem Sawą – misjonarzem miłosierdzia w naszej diecezji i dyrektorem Szkoły Ewangelizacji Cyryl i Metody – o miłosierdziu Bożym i głoszeniu Słowa Bożego rozmawia ks. Piotr Bączek

KS. PIOTR BĄCZEK: – Najpierw pytanie bardzo oczywiste. O miłosierdziu Bożym wiele napisano, jeszcze więcej mówi się o nim w związku z Rokiem Miłosierdzia. Proszę jednak powiedzieć, czym dla Księdza osobiście jest Boże miłosierdzie, jak Ksiądz go doświadcza, rozumie.

KS. PRZEMYSŁAW SAWA: – Miłosierdzie Boże dla mnie jest przede wszystkim spotkaniem z Bogiem, który mnie kocha, przebacza, pomaga i wciąż daje szansę. W gruncie rzeczy doświadczenie miłosierdzia, albo, mówiąc inaczej, łaski, jest od lat siłą mojego życia, zmagania się z moimi trudnościami. To doświadczenie sprawia też, że nie muszę się sobą dołować, bo Bóg mnie podnosi i przez lata widzę efekty Jego pracy we mnie.

– Jakie są najbardziej namacalne znaki Bożego miłosierdzia w Księdza posłudze kapłańskiej?

– To są np. osoby, które współtworzą naszą wspólnotę Szkoły Ewangelizacji. Kiedyś były zupełnie poza Kościołem, były niewierzące, żyjące bez Boga, więcej: żyły w grzechach ciężkich. Orędzie, które ci ludzie usłyszeli, doprowadziło ich do decyzji najpierw na wiarę, potem na nawrócenie, wreszcie sakrament pokuty i radykalną przemianę życia. Dziś są gorliwymi katolikami, którzy dużą część swojego czasu wolnego poświęcają ewangelizacji. Dla mnie to są największe znaki miłosierdzia, bo to są konkretne twarze, konkretni ludzie ze swoją historią. Można by także wspomnieć o różnych przypadkach uzdrowień, nawet fizycznych, które w naszej posłudze regularnie się pojawiają. To byłyby te dwa najbardziej rzucające się w oczy znaki. Ale najbardziej do mnie przemawiają ludzkie nawrócenia.
Patrząc nieco szerzej, zauważmy, że o miłosierdziu można mówić w dwóch aspektach. Pierwszy to porządek pobożności, kultu. W Polsce, choć nie powszechnie, jest z tym całkiem dobrze. Generalnie wszyscy wiedzą, że jest obraz, Koronka, „Dzienniczek”, święto Miłosierdzia. W gronie osób wierzących te cztery praktyki są znane. Trochę gorzej jest z piątym przejawem kultu Miłosierdzia, czyli z naszym miłosierdziem wobec człowieka. To znaczy, my miłosierdzie czynimy, ale niekoniecznie łączymy to z „Dzienniczkiem”, z kultem. A przecież pomoc potrzebującemu jest formą kultu Bożego miłosierdzia. Generalnie mówiąc: porządek pobożności mamy jakoś opanowany, załatwiony. Ale jest jeszcze drugi porządek, w którym jest wiele do zrobienia. Chodzi o takie doświadczenie miłosierdzia Bożego, które człowieka osobiście dotyka, przemienia, chodzi o całą duchowość związaną z Bożym miłosierdziem. W gruncie rzeczy to jest to, o czym mówimy w związku z ewangelizacją: brakuje nauczania kerygmatycznego. Głoszenie kerygmatu to głoszenie prawdy, że Jezus mnie zbawił, daje mi nowe życie, ja je przyjmuję jako dar dany darmo. Doświadczenie tego daru jest doświadczeniem Miłosierdzia.

– Czasem daje się słyszeć głosy, że mocne akcentowanie Bożego miłosierdzia sprawi, że ludzie zapomną o Bożej sprawiedliwości, która za dobro wynagradza, a za zło każe. Jakby miłosierdzie było „furtką”, „wyłomem” w całym wychowawczym projekcie Boga wobec człowieka. Co Ksiądz powie na takie głosy?

– Najpierw chciałbym zaznaczyć, że, moim zdaniem, w sześciu prawdach wiary brakuje wskazania na prawdę, że Bóg jest miłosierny. Wiemy oczywiście, że łaska Boża jest do zbawienia koniecznie potrzebna, ale o czynnym miłosierdziu Boga nie ma wyraźnej wzmianki. Jest prawda o Bogu, który za dobre wynagradza, a za złe karze, czyli jest perspektywa sprawiedliwości, a nie ma akcentu na Boże miłosierdzie. To jest jakiś brak w katechizmie. Mówię to jako teolog.
Odnośnie do pytania, nie podzielam takiej obawy, dlatego, że mówienie o Bożej sprawiedliwości nie zmienia ludzkiego serca. Z kolei danie ludziom doświadczenia miłości i to miłości miłosiernej potrafi serce otworzyć. Gdy to się dokona, ludzie sami odkrywają, że są grzesznikami.
Powiedzmy wyraźnie: nie ma miłosierdzia bez sprawiedliwości. Głoszenie orędzia o Miłosierdziu Bożym bez prawdy, że jesteśmy grzeszni, bez tego wezwania do zmiany życia, jest nieprawdziwe, niechrześcijańskie. Oczywiście nie znaczy to, że mamy akcentować grzech w każdym kazaniu. Tak samo z niepokojem słuchałbym orędzia, które akcentowałoby tylko przebaczenie. Wszytko jest przebaczone, ale temu, kto żałuje, kto zwraca się do Pana Boga. Patrząc na całość chrześcijańskiego orędzia, trzeba stwierdzić, że te dwie płaszczyzny się dopełniają.

– Może to wynika z faktu, że przypisujemy Bogu rolę ludzkiego wychowawcy, któremu potrzebny jest system kar i nagród? Boga mierzymy ludzką miarą...

– Za grzechy my sami ponosimy karę w tym, co dzieje się z naszym życiem, co dzieje się złego w naszych ludzkich relacjach. Sami się doprowadzamy do ruiny. W mojej posłudze czy to ewangelizatora, czy egzorcysty, spotykałem często osoby niekoniecznie zniewolone, ale z bardzo poharatanym życiem. Ci ludzie raczej już byli świadomi własnych błędów. Zmieniały ich słowa: oddaj to Chrystusowi, który cię ukochał i jest miłosierny. Doświadczenie miłosierdzia Boga bardzo wyzwala człowieka. Kiedy myślimy tylko w kategoriach sprawiedliwości, to jaka z tego może być konsekwencja? Gdy doświadczam upadku to pojawiają się myśli: jestem do niczego, niedoskonały, nie potrafię wypełniać tych zasad. Często ludzie wycofują się z dobrych inicjatyw, albo nawet z zaangażowania we wspólnotach, przy parafii, bo po grzechu, po upadku, nie czują się godni, aby to dalej robić. Doświadczenie miłosierdzia wzmacnia, wyzwala. Jeśli Bóg mnie nie przekreśla, to ja też nie mogę siebie przekreślić. Zmienia się więc moje patrzenie na siebie samego. To jest bardzo wyzwalające.

– Nie da się chyba oderwać tej nowej posługi wyznaczonej przez Papieża, od tego, co Ksiądz robił dotychczas, czyli Szkoły Ewangelizacji Cyryl i Metody i posługi egzorcysty? Dlaczego założy Ksiądz taką szkołę?

– Bo Bóg mi kazał (uśmiech). Autentycznie, tak to widzę. Po pierwsze, od dziecka znam Kościół jako wspólnotę wspólnot. Najpierw byłem we wspólnocie Dzieci Bożych, potem w oazie, w seminarium też organizowałem grupę modlitewną, bo takiej wspólnoty mi brakowało. Podobnie było w pierwszych latach mojego kapłaństwa. Po prostu takie jest moje myślenie: Kościół jest wspólnotą wspólnot.

– Czy istnienie szkół ewangelizacji oznacza, że można się nauczyć ewangelizować? Zadajmy też inne pytanie: czy trzeba się uczyć ewangelizacji?

– Oczywiście można funkcjonować bez szkoły ewangelizacji, bo to nie jest jedyna droga. Ale dla mnie szkoła jest przekonująca. Uważam też, że ewangelizowania można i trzeba się uczyć. Ja to robię np. podczas rekolekcji parafialnych. Zawsze proszę ludzi, by byli rekolekcjonistami dla tych, których nie ma w kościele.
Podczas święta patronalnego naszej wspólnoty przeprowadzono quiz, który mnie poruszył. Zadano pytanie: Ile osób nie praktykuje wiary w diecezji bielsko-żywieckiej? Ja w tym względzie zawsze operowałem procentami. Powiedzmy, że powyżej 50% chodzi do kościoła. Ale gdy odpowiedź została podana w liczbach, okazało się, że żyje obok nas kilkaset tysięcy ludzi, którzy nie mają kontaktu z Chrystusem i Kościołem. I to mnie mocno poruszyło, bo nie chodzi o procenty, to jest rzesza ludzi. Także wielu księży przy różnych okazjach pyta: co wobec tego robić? Co robić, gdy coraz mniej ludzi odnajduje się w tradycyjnie pojętym Kościele? Na pytanie dlaczego tak jest, najpierw trzeba odpowiedzieć: bo nie są wierzący. Odchodzą, bo nie wierzą i nie ma przymusu przynależności do Kościoła. Dopiero wtórnie możemy pytać, czy stosujemy dobre metody, czy mamy odpowiedni poziom duszpasterstwa, bo to jest także bardzo istotne. W gruncie rzeczy jednak sprawa rozbija się o brak wiary, a to związane jest z brakiem doświadczenia. Jeśli ktoś ma wiarę, to nawet jeśli mu coś w parafii nie pasuje, to pójdzie do sąsiedniej... Jeśli wiarę traci, odchodzi.

– Jak zatem dotrzeć do ludzi?

– Sam misjonarz miłosierdzia temu nie zaradzi. Jako duszpasterze, jako wspólnoty wierzących potrzebujemy poważnie ruszyć temat. Odwołam się do słów kard. Nycza, że dziś już nie wystarczy zadzwonić w dzwony, trzeba z kościoła wyjść do ludzi. Swoją misję widzę zatem następująco: służę pomocą proboszczom, by w ich środowiskach, w wioskach i miastach docierać do ludzi. A to nie jest takie proste. Trzeba odważnie wyjść ze schematów tradycyjnego duszpasterstwa i wejść w temat nawrócenia pastoralnego, do którego wzywał nas papież Franciszek. Moje doświadczenie jest takie, że gdy głosi się kerygmat, to ludzi wierzących przybywa. Człowiek, który doświadczył Boga będzie misjonarzem. Ewangelia, choć ma element nauki, nie jest tylko nauką, jest przede wszystkim doświadczeniem. Zatem z ludźmi, którzy praktykują w parafii, możemy wychodzić do tych, którzy nie praktykują, nie wierzą, nie chodzą do kościoła. W takiej perspektywie Rok Miłosierdzia może być okazją choćby do rozmowy o tym wyjściu. Tak naprawdę miłosierdzie musimy przenosić dalej, nawet jeśli jubileuszowy rok minie.

– Czy istnienie wspólnot „nowej ewangelizacji” nie sugeruje, że jest jakaś „stara ewangelizacja”, że istnieją dwie „prędkości” głoszenia Słowa Bożego w Kościele?

– Wierzymy w Kościół powszechny. A to oznacza, że różne grupy się w nim odnajdują. Także historia Kościoła uczy, że zawsze małe wspólnoty były zaczynem czegoś większego. Mamy duży Kościół, duże parafie, a Bóg wzbudza dla ożywienia dużych wspólnot małe grupy, małe wspólnoty. Poza tym wiara w powszechność Kościoła zakłada także świadomość, że różni ludzie mogą mieć różną wrażliwość. Dlatego Pan Bóg wzbudza różne kierunki duchowości, różne wspólnoty, różne drogi, by wszyscy byli przy tym samym źródle, ale w inny sposób przeżywają swoją wiarę.

Wreszcie najważniejsza rzecz: Pan Jezus budował wspólnoty. Lubię to podkreślać, na co inni robią wielkie oczy: Chrystusowi najwięcej czasu nie zabierało wcale nauczanie ani przebywanie z tłumami. Najwięcej czasu spędzał On razem z apostołami, tworzył i formował wspólnotę uczniów.
Odpowiadając na pytanie o dwie prędkości: nie bałbym się tego, jeśli te dwie rzeczywistości widzą wzajemną potrzebę współistnienia. Potrzebują się nawzajem. Drżę jeśli jest taka parafia, gdzie się słyszy: nie potrzebujemy wspólnot. Nie może tak być, bo wspólnoty ożywiają parafie. Drżę, kiedy widzę wspólnotę, w której mówi się, że nie są potrzebne tradycyjne struktury Kościoła, albo ich członkowie uważają się za lepszych katolików. Te dwie rzeczywistości muszą sobie podać rękę. Jeśli odrzucimy te dwie skrajności to mamy całe bogactwo Kościoła. Wtedy jedni z drugimi się odnajdą.

– Wśród zadań wyznaczonych przez Franciszka misjonarzom miłosierdzia jest i takie: „być przekonującym głosicielem”. Co według Księdza znaczy to stwierdzenie? Czy istnieją jakieś kryteria bycia przekonującym?

– Myślę, że takich kryteriów nie ma poza wiarą. Ja osobiście podchodzę do swojej posługi z pokorą: nie wszystko potrafię, może coś zawalę, ale Ty, Panie Boże, mi pomożesz. Jestem sam grzeszny, sam potrzebuję miłosierdzia, pomóż więc to miłosierdzie czynić, przekazywać, głosić. To nie może być po prostu teoria. Dlatego też bardzo konsekwentnie w moim głoszeniu Ewangelii używam osobistego świadectwa, dzielę się z ludźmi tym, jak sam coś przeżywam, doświadczam. Gdy mam wykład to podaję teorię, trochę przeplataną praktyką. Jak mówię kazanie, konferencję – to w dużej mierze dzielę się tym, jakie jest moje doświadczenie – to dobre i to trudne. Kluczem „bycia przekonującym” jest po prostu autentyczne świadectwo.

Tagi:
wywiad

Reklama

Zaszczyt i zobowiązanie

2019-12-10 10:48


Edycja warszawska 50/2019, str. VI

Z przeorem o. Markiem Tomczykiem OSSPE, kustoszem nowo powołanego sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia przy ul. Długiej 3 w Warszawie, rozmawia Andrzej Tarwid

Łukasz Krzysztofka
Sanktuarium posłuży propagowaniu Dzieła Duchowej Adopcji i ekspiacji za grzechy przeciwko życiu – mówi o. Marek Tomczyk OSSPE

Andrzej Tarwid: – Od 8 grudnia kościół Ducha Świętego ma tytuł sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. Co ta zmiana nazwy świątyni oznacza?

O. Marek Tomczyk OSSPE: – Ustanowienie sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia oznacza przede wszystkim jeszcze większe zaangażowanie w szerzeniu kultu Najświętszej Maryi Panny oraz w rozwój duchowości i pobożności maryjnej. Ponadto specyfika tego miejsca posłuży propagowaniu Dzieła Duchowej Adopcji i ekspiacji za grzechy przeciwko życiu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święty Mikołaj - „patron daru człowieka dla człowieka”

Ks. Paweł Staniszewski
Edycja łowicka 49/2004

6 grudnia cały Kościół wspomina św. Mikołaja - biskupa. Dla większości z nas był to pierwszy święty, z którym zawarliśmy bliższą znajomość. Od wczesnego dzieciństwa darzyliśmy go wielką sympatią, bo przecież przynosił nam prezenty. Tak naprawdę zupełnie go wtedy jeszcze nie znaliśmy. A czy dziś wiemy, kim był Święty Mikołaj? Być może trochę usprawiedliwia nas fakt, że zachowało się niewiele pewnych informacji na jego temat.

pl.wikipedia.org

Wyproszony u Boga

Około roku 270 w Licji, w miejscowości Patras, żyło zamożne chrześcijańskie małżeństwo, które bardzo cierpiało z powodu braku potomka. Oboje małżonkowie prosili w modlitwach Boga o tę łaskę i zostali wysłuchani. Święty Mikołaj okazał się wielkim dobroczyńcą ludzi i człowiekiem głębokiej wiary, gorliwie wypełniającym powinności wobec Boga.
Rodzice osierocili Mikołaja, gdy był jeszcze młodzieńcem. Zmarli podczas zarazy, zostawiając synowi pokaźny majątek. Mikołaj mógł więc do końca swoich dni wieść dostatnie, beztroskie życie. Wrażliwy na ludzką biedę, chciał dzielić się bogactwem z osobami cierpiącymi niedostatek. Za swoją hojność nie oczekiwał podziękowań, nie pragnął rozgłosu. Przeciwnie, starał się, aby jego miłosierne uczynki pozostawały otoczone tajemnicą. Często po kryjomu podrzucał biednym rodzinom podarki i cieszył się, patrząc na radość obdarowywanych ludzi.
Mikołaj chciał jeszcze bardziej zbliżyć się do Boga. Doszedł do wniosku, że najlepiej służyć Mu będzie za klasztornym murem. Po pielgrzymce do Ziemi Świętej dołączył do zakonników w Patras. Wkrótce wewnętrzny głos nakazał mu wrócić między ludzi. Opuścił klasztor i swe rodzinne strony, by trafić do dużego miasta licyjskiego - Myry.

Biskup Myry

Był to czas, gdy chrześcijanie w Myrze przeżywali żałobę po stracie biskupa. Niełatwo było wybrać godnego następcę. Pewnej nocy jednemu z obradujących dostojników kościelnych Bóg polecił we śnie obrać na wakujący urząd człowieka, który jako pierwszy przyjdzie rano do kościoła. Człowiekiem tym okazał się nieznany nikomu Mikołaj. Niektórzy bardzo się zdziwili, ale uszanowano wolę Bożą. Sam Mikołaj, gdy mu o wszystkim powiedziano, wzbraniał się przed objęciem wysokiej funkcji, nie czuł się na siłach przyjąć biskupich obowiązków. Po długich namowach wyraził jednak zgodę uznając, że dzieje się to z Bożego wyroku.
Biskupią posługę pełnił Mikołaj ofiarnie i z całkowitym oddaniem. Niósł Słowo Boże nie tylko członkom wspólnoty chrześcijańskiej. Starał się krzewić Je wśród pogan.
Tę owocną pracę przerwały na pewien czas edykty cesarza rzymskiego Dioklecjana wymierzone przeciw chrześcijanom. Wyznawców Jezusa uczyniono obywatelami drugiej kategorii i zabroniono im sprawowania obrzędów religijnych. Rozpoczęły się prześladowania chrześcijan. Po latach spędzonych w lochu Mikołaj wyszedł na wolność.
Biskup Mikołaj dożył sędziwego wieku. W chwili śmierci miał ponad 70 lat (większość ludzi umierała wtedy przed 30. rokiem życia). Nie wiemy dokładnie, kiedy zmarł: zgon nastąpił między 345 a 352 r. Tradycja dokładnie przechowała tylko dzień i miesiąc tego zdarzenia - szósty grudnia. Podobno w chwili śmierci Świętego ukazały się anioły i rozbrzmiały chóry anielskie.
Mikołaj został uroczyście pochowany w Myrze.

Z Myry do Bari

Wiele lat później miasto uległo zagładzie, gdy w 1087 r. opanowali je Turcy. Relikwie Świętego zdołano jednak w porę wywieźć do włoskiego miasta Bari, które jest dzisiaj światowym ośrodkiem kultu św. Mikołaja. Do tego portowego miasta w południowo-wschodniej części Włoch przybywają tysiące turystów i pielgrzymów. Dla wielu największym przeżyciem jest modlitwa przy relikwiach św. Mikołaja.

Międzynarodowy patron

Biskup z Myry jest patronem Grecji i Rusi. Pod jego opiekę oddały się Moskwa i Nowogród, ale także Antwerpia i Berlin. Za swego patrona wybrali go: bednarze, cukiernicy, kupcy, młynarze, piekarze, piwowarzy, a także notariusze i sędziowie. Jako biskup miasta portowego, stał się też patronem marynarzy, rybaków i flisaków. Wzywano św. Mikołaja na pomoc w czasie burz na morzu, jak również w czasie chorób i do obrony przed złodziejami. Opieki u niego szukali jeńcy i więźniowie, a szczególnie ofiary niesprawiedliwych wyroków sądowych. Uznawano go wreszcie za patrona dzieci, studentów, panien, pielgrzymów i podróżnych. Zaliczany był do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli.

Święty zawsze aktualny

Od epoki, w której żył św. Mikołaj, dzieli nas siedemnaście stuleci. To wystarczająco długi czas, by wiele wydarzeń z życia Świętego uległo zapomnieniu. Dziś wiedza o nim jest mieszaniną faktów historycznych i legend. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nawet w fantastycznie brzmiących opowieściach o św. Mikołaju tkwi ziarno prawdy.
Święty Mikołaj nieustannie przekazuje nam jedną, zawsze aktualną ideę. Przypomina o potrzebie ofiarności wobec bliźniego. Pięknie ujął to papież Jan Paweł II mówiąc, że św. Mikołaj jest „patronem daru człowieka dla człowieka”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najświętsza Maryja Panna z Guadalupe

2019-12-11 20:58

O. Gabriel Garcia

Aztecy zaczęli się tam osiedlać w roku 1325. Tenochtitlan (obecnie miasto Mexico) było wyspą na jeziorze Texcoco. W listopadzie 1519 r. wraz ze swoim wojskiem zdobył je Hiszpan Hernan Cortes.

Graziako/Niedziela

Musiał jednak toczyć boje aż do 13 sierpnia 1521 r., nim zwyciężył ostatniego króla Azteków - Guatemoca. Azteccy mieszkańcy byli przerażeni tą klęską i zachłannością Hiszpanów. Między tymi dwoma narodami istniały olbrzymie różnice w kulturze, mowie, religii i zwyczajach. Trudno było znaleźć wspólny język. Zwycięzcy siłą zmuszali Azteków do przyjęcia wiary katolickiej. Byli jednak również i tacy misjonarze, którzy próbowali wprowadzić nową religię w sposób pokojowy i przy pomocy dialogu. 10 lat po hiszpańskim podboju miały miejsce objawienia Matki Bożej w Guadelupe. Przytaczamy tekst tubylca Nicana Mopohuna, przypisany Antoniemu Valeriane, jako najbardziej wiarygodny i dokładny oraz posiadający historyczną wartość.

Objawienie

9 grudnia 1531 r., w sobotni poranek, Dziewica ukazała się Juanowi Diego, tubylcowi z Cuauhtitlan, świeżemu konwertycie, ochrzczonemu krótko przed tym zdarzeniem. Juan Diego był w drodze na lekcję religii i gdy znajdował się w pobliżu wzgórza Tepeyac, doszedł go przepiękny śpiew ptaków. Nagle ptaki przestały śpiewać, a on usłyszał ze wzgórza głos wołający go po imieniu: „Juanito, Juan Diegnite”. Ujrzałem Panią o ponadnaturalnej piękności. Jej suknia błyszczała jak słońce. Głaz, na którym stały jej stopy, wyglądał jak z kamieni szlachetnych, a ziemia błyszczała jak tęcza. W tym pierwszym objawieniu Dziewica wyraziła Juanowi swe życzenie wybudowania kościoła na wzgórzu Tepeyaca. Juan Diego udał się natychmiast do biskupa - franciszkanina Juana de Zumarraga, by mu przekazać to, co się zdarzyło, lecz tenże nie uwierzył mu. Tubylec powrócił do domu smutny i zniechęcony. Tego samego dnia Juan Diego jeszcze raz wstąpił na wzgórze i spotkał tam Panią Nieba, która na niego czekała. Poprosiła go, by ponownie dotarł w następnym dniu do biskupa, by można było mu dokładnie przekazać życzenie. Wreszcie w następnym dniu, po długim oczekiwaniu, biskup przyjął go. Aby się przekonać, czy rzeczywiście mówi prawdę, skierował do niego wiele pytań i zażądał od niego przyniesienia znaku.

Juan Diego przekazał odpowiedź biskupa Pani, która prosiła go o przyjście ponowne w następnym dniu, by mogła przekazać mu znak. Jednakże Juan Diego nie stawił się w oznaczonym terminie na rozmowę z Panią Nieba, ponieważ poważnie zachorował jego wujek, musiał więc sprowadzić lekarza.

12 grudnia, we wtorek, Juan Diego udał się w drogę do Tlatelolco, aby sprowadzić kapłana, gdyż wujek chciał się wyspowiadać. Aby zdążyć do miasta, wybrał inna drogę, gdyż nie chciał zostać zatrzymanym przez Panią. Ona jednak spotkała go i Juan Diego opowiedział, co stało się z wujkiem. W odpowiedzi usłyszał, że nie ma się martwić stanem swego wujka, gdyż on wyzdrowieje. Uspokojony tymi słowami Juan Diego wypełnił życzenie Dziewicy i wspiął się na wzgórze, aby przynieść świeże róże. Dziewica uporządkowała kwiaty własnymi rękoma i złożyła w zagłębienie jego peleryny. On sam udał się ponownie do biskupa i na kolanach przekazał mu prośbę Dziewicy, rozpościerając swą pelerynę, pozwalając wypaść z niej różom. Nagle na pelerynie ukazał się obraz Dziewicy Matki Bożej. Biskup wraz z obecnymi osobami ujrzeli ten piękny i cudowny obraz. Dla Indian była to ogromna radość, jakby wybawienie. Objawienia, które miał Indianin, oraz obraz na pelerynie były znakami, że tubylcy zostali mocno włączeni do nowej wiary. W ciągu następnych 10 lat dokonało się około 8 milionów nawróceń.

Peleryna zrobiona jest z grubego lnu i z włókien maguey, na których utrzymują się silne, błyszczące kolory. Jej pierwsze naukowe badania zostały przeprowadzone w roku 1936. Niemiecki chemik, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, Ryszard Kühn stwierdził, że farby te nie pochodzą ani z mineralnych, ani roślinnych, ani ze zwierzęcych materiałów.

W roku 1951 rysownik Carlos Salinas odkrył, że w oczach Dziewicy widać postać mężczyzny z brodą. Od tego czasu badało obraz wielu optyków i specjalistów. W roku 1956 doktor Javier Torroella, optyk i chirurg, wydał lekarskie orzeczenie, w którym potwierdził, że w oczach Dziewicy widać ludzką postać. Do dziś do dziewicy z Guadelupe pielgrzymowało ponad 20 milionów ludzi i w ten sposób Guadelupe stała się najczęściej odwiedzanym sanktuarium świata. Wszyscy: biedni i bogaci, intelektualiści i robotnicy, rolnicy i studenci, mężczyźni i matki zdążają tam z wielka miłością i wiarą, aby odwiedzić naszą Matkę Nieba w bazylice Guadelupe i powiedzieć jej głośno lub cicho: „Bądź pozdrowiona, Maryjo, pełna łaski...”.

Z niem. tł. B. Gniotowa

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem