Reklama

Przeciw operacji kłamstwa

2016-06-15 11:44

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 25/2016, str. 21-23

Grzegorz Boguszewski
Joanna Lichocka

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Znamy Panią jako odważną dziennikarkę polityczną, od kilku lat związaną z mediami spoza tzw. głównego nurtu. Co sprawiło, że porzuciła Pani zawód na rzecz bezpośredniego zaangażowania się w politykę? Dziennikarska niemoc, bezradność wobec dominującej i wszechwładnej narracji politycznej wielkich mediów?

JOANNA LICHOCKA: – Nie, zupełnie nie o to chodziło. W istocie o wszystkim zdecydował Smoleńsk. Wtedy, po 10 kwietnia 2010 r., postanowiłam bardziej zaangażować się w to, by odsunąć od władzy PO i PSL. To moja niezgoda na to, co zaczęło się dziać wokół tej tragedii, na barbarzyńskie wręcz zachowania obozu rządzącego rozpoczęła wówczas moją drogę do polityki.

– I dziennikarski radykalizm, który wywoływał nieżyczliwe komentarze kolegów po fachu?

– Trudno było nie stać się radykalnym. Byłam wówczas w Rosji, w Smoleńsku, i zobaczyłam – chyba szybciej niż moi koledzy – całą tę ohydną operację wielkiej manipulacji. Na cmentarzu w Katyniu miałam razem z Janem Pospieszalskim prowadzić transmisję uroczystości dla TVP, w planie było sześć wywiadów, m.in. z Lechem Kaczyńskim, z panią Marią Kaczyńską, z Januszem Kurtyką, panią Bożeną Mamontowicz-Łojek... Siedziałam już w zaaranżowanym studiu, podpięta do mikrofonu, z słuchawkami na uszach, za pięć minut transmisja miała się zacząć od rozmowy z Januszem Kurtyką, który miał specjalnie wcześniej przyjechać z lotniska... Ale wciąż go nie było. Tymczasem obecni na cmentarzu ludzie zaczęli skupiać się w grupach, o czymś intensywnie rozmawiać. Przechodzący obok pan rzucił do mnie: samolot spadł...

– Szok?

– Jeszcze nie. Postukałam się w czoło, myśląc, że to wyjątkowo głupi żart. Chwilę potem wydawca programu, Rafał Porzeziński, zmienionym głosem poprosił przez słuchawkę, bym odpięła mikrofon. Wyszedł z wozu transmisyjnego, by powiedzieć mi, że były problemy przy lądowaniu, że trzy osoby nie żyją. Odpowiedziałam: – Jeżeli ten samolot tu, w Rosji, miał wypadek, to wszyscy nie żyją.

– Trudno było prowadzić dziennikarską relację, gdy to okazało się prawdą?

– Pamiętam, że to było moje najtrudniejsze zadanie dziennikarskie, gdy musiałam zadawać pytania obecnym tam wtedy posłom... Jak prosić o komentarz w takiej sytuacji?! Wszyscy płakali. To było takie manewrowanie mikrofonem pomiędzy łzami... A ja czułam się jak kamień, zero emocji...

– To był dziennikarski profesjonalizm?

– Może... Ale proszę pamiętać, że nikt nie wiedział, z czym mamy do czynienia. Co to oznacza, że w Rosji ulega katastrofie samolot z polskim prezydentem na pokładzie? Jak to w ogóle możliwe? Oczywiście, natychmiast pojawiła się u większości z nas myśl, że to nie jest zwykła katastrofa. Po Mszy św. ludzie z Rodzin Katyńskich ułożyli ze zniczy krzyż, a po obu jego stronach napisy: Katyń II.

– Były strach, panika?

– Nie. Ale wszyscy mieli poczucie grozy. Polskie służby nakazały ewakuację wszystkich osób z cmentarza; jak najszybciej starano się wywieźć przedstawicieli Rodzin Katyńskich i parlamentarzystów z Rosji. Czekający na parkingu na naszą ekipę kierowca busa prasowego, sympatyczny młody Rosjanin, gdy przyszliśmy, słuchał skocznej muzyki. Na naszą prośbę szybko, z empatią, ją wyłączył. Spytaliśmy, czy wie, co się stało. Odpowiedział: wasz prezydent uparł się, żeby lądować, cztery razy podchodzili do lądowania, kto to słyszał, żeby lądować w taką mgłę! Już godzinę po katastrofie rosyjska telewizja nadawała tego rodzaju komunikaty!

– W Polsce też niemal od razu słyszeliśmy podobne...

– Zaraz po powrocie ze Smoleńska usłyszałam to w TVN-ie – czysta kopia rosyjskiej propagandy. Od tamtej pory nie mam najmniejszych wątpliwości co do charakteru tej stacji. Zrozumiałam, że mamy do czynienia z jakąś upiorną, szeroko zakrojoną operacją kłamstwa.

– Telewizja publiczna nie brała w tym kłamstwie udziału?

– W ramach naszego zespołu w „Jedynce” – nie. „Wiadomości” zarządzane przez Jacka Karnowskiego także wtedy jeszcze nie kłamały. Relacjonowaliśmy to, co działo się na Krakowskim Przedmieściu; w specjalnym studiu w Kordegardzie prowadziliśmy wielogodzinne pasmo rozmów o tym, co się dzieje. Powstała, a raczej pokazała się wielka wspólnota Polaków. I niemal natychmiast widoczne przerażenie nią establishmentu. Wtedy dość wnikliwie śledziłam operację rozbijania tej wspólnoty. Już w lecie 2010 r. straciłam możliwość pracy w TVP. Ale trzeba było coś robić właśnie w sprawie Smoleńska, uznałam to za najważniejszy dziennikarski temat.

– Inni z czasem zaczęli na ten temat ironizować, nie chcieli dociekać prawdy, a w najlepszym razie uznali, że jest to zbyt trudne zadanie. Trudne było gromadzenie materiałów?

– Tak, większość dziennikarzy nie zdało wtedy tego egzaminu... Także część tych, których nazywa się prawicowymi. Ja wiedziałam, że ta wielka operacja kłamstwa i pogardy wobec śmierci polskiego prezydenta i polskiej elity musi znaleźć odpór. Gdy w czerwcu na spotkaniu w Klubie Ronina Jacek Sasin opowiadał o przygotowaniach do wizyty prezydenta w Katyniu, o grze, którą podjął Donald Tusk z Władimirem Putinem przeciwko prezydentowi Kaczyńskiemu, o rozdzieleniu wizyt, wiedziałam, że tej opowieści nie ma i nie będzie w żadnych mediach mainstreamu... To trzeba rejestrować – powiedziałam do siedzącej obok Majki Dłużewskiej, to trzeba grać! I zaczęłyśmy robić dokumentację, jeszcze nie film.

– Bo taki film byłby z góry skazany na ograniczony obieg?

– Jasne było, że żadna z wielkich telewizji go nie wyemituje. W lipcu i sierpniu 2010 r. nagrywałyśmy świadectwa urzędników prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tych, którzy byli zaangażowani w przygotowanie wizyty i byli też w Katyniu. Prosiłyśmy, by opowiedzieli wszystko, co wiedzą i pamiętają. Ważne było to, by nagrać ich na świeżo, póki emocje są prawdziwe, pamiętane są szczegóły. A potem – myślałyśmy – może oddamy te materiały do IPN... Jedno było dla nas ważne: ludzie muszą się kiedyś dowiedzieć, jak to naprawdę było. Z ekranów telewizorów lało się tymczasem kłamstwo, kremlowska propaganda. Myślałyśmy, że może za jakieś 10 lat będzie można te nagrania pokazać publiczności, że wcześniej nie ma szans.

– A jednak udało się.

– To dzięki Tomkowi Sakiewiczowi, naczelnemu „Gazety Polskiej”, dla którego Smoleńsk był także najważniejszym tematem. Bez wahania powiedział: Róbcie film, ja wam go wyprodukuję i wydam. I tak film „Mgła” mógł mieć swoją premierę już w styczniu 2011 r. Od razu też zapadła decyzja, że musimy zrobić kolejny film. Pogarda, z jaką rząd Tuska odnosił się do pamięci ofiar tej katastrofy i do ich rodzin, też wymagała zarejestrowania. Zwłaszcza że bariera medialna tego tematu nadal była totalna. Ktoś musiał tej strasznej władzy powiedzieć: nie pozwalam, non possumus! Zrobiliśmy więc „Pogardę”.

– I od razu był też jakiś pomysł na rozpowszechnianie, skoro wielkie media odmawiały emisji?

– To były pierwsze filmy nowego „drugiego obiegu”. Jeździłam z nimi po całej Polsce. W krótkim czasie powstało wtedy ponad 300 klubów „Gazety Polskiej”, których pierwszą misją było szerzenie prawdy o katastrofie smoleńskiej. Widziałam, jak ludzie budzą się, chcą się organizować, zmieniać Polskę. Dlatego wkrótce zrobiłam film „Przebudzenie” – o ludziach z Krakowskiego Przedmieścia przychodzących na miesięcznice, o wspólnocie i próbach jej rozbijania, o kłamstwie w debacie publicznej.

– Można powiedzieć, że misją niemainstreamowych dziennikarzy było mozolne, niemal syzyfowe odkłamywanie prawie całej rzeczywistości III RP?

– Ta misja wcale się nie skończyła. Jednym z ważnych jej elementów było i jest nadal odkłamanie tego, co mainstream robił z postacią Lecha Kaczyńskiego. Mój film „Prezydent” po raz pierwszy pokazywał zapis z wiecu w Gruzji, gdy po świetnym przemówieniu Prezydent Polski był długo fetowany przez Gruzinów; film przypomina o tym, że Lech Kaczyński zatrzymał rosyjskie czołgi, z czego politycy PO się wyśmiewali. A potem się zatrzymałam – po zrobieniu w trzy lata czterech filmów i napisaniu trzech książek...

– Dlaczego?

– Zajmowałam się publicystyką w „Gazecie Polskiej Codziennie”, pisałam własne teksty, ale pomyślałam sobie, że skoro już się tak mocno zaangażowałam w walkę polityczną – bo oprócz realizowania misji dziennikarskiej to była rzeczywiście permanentna walka polityczna: o wolność słowa, o prawdę, ale też o odsunięcie od władzy barbarzyńców – to w momencie, gdy dostałam propozycję, żeby startować w wyborach, uznałam, że to logiczna konsekwencja tego, co dotychczas robiłam.

– Przyszło znużenie dziennikarstwem i zbyt częstą jego nieskutecznością?

– To nie to. Uważam, że moja praca nie była nieskuteczna. Ale pomyślałam, że mogę swych sił spróbować w bardziej bezpośredniej pracy dla zmian w Polsce.

– Niektórzy koledzy nazwali Panią żołnierką PiS!

– Którzy?

– Jacek Żakowski, Tomasz Lis...

– To nie są moi koledzy. Lisowi po tym, co robił w sprawie Smoleńska, z całą pewnością nie podałabym ręki.

– Środowisko dziennikarskie jest bardziej podzielone niż reszta społeczeństwa, bo to ono konserwuje ten podział na dwie Polski?

– Myślę, że nie można mówić o jednym środowisku dziennikarskim... Środowisko dziennikarskie składa się obecnie z funkcjonariuszy medialnych na usługach establishmentu III RP oraz z pewnej grupy dziennikarzy rozrzuconych po wielu mediach, którzy zachowują się przyzwoicie. Problem jest z propagandystami, którzy zachowują się jak medialni terroryści.

– I odwracają kota ogonem, mówiąc, że to prawicowi dziennikarze uprawiają propagandę PiS!

– Nie biorę pod uwagę opinii ferowanych na łamach gazet, których się nie kupuje, lub w telewizjach, których się nie ogląda. Teraz, jako polityk, nie przyjmuję zaproszeń ani do TOK FM, ani do TVN-u, ani do „Gazety Wyborczej”.

– Zapraszają?

– Tak, ale konsekwentnie odmawiam. I wiem już, że można być politykiem popularnym, nie chodząc do TVN-u. Niestety, nie wszyscy prawicowi politycy to wiedzą.

– I chodzą do Moniki Olejnik wyłącznie dla popularności?

– Bardzo często właśnie dlatego, bo zazwyczaj niewiele dobrego z tego wynika.

– Może tylko chcą się przebić ze swoim zdaniem do szerszej opinii publicznej, mieć na nią realny wpływ, czego nie zapewniają wciąż niszowe media prawicowe?

– Tyle że skutki tych usiłowań bywają raczej mizerne... A do dziś te właśnie skromne prawicowe media zapewniają Polakom dostęp do prawdziwych informacji, do opinii opartych na faktach, o których trudno usłyszeć w mediach głównego nurtu. Mimo blokady propagandowej i medialnej, którą wprowadziło PO, nasze prawicowe media przebiły się przez ten totalitarny mur i tworzyły „drugi obieg”. Płyty z naszymi filmami krążą po Polsce do dzisiaj... Dzięki prawicowym mediom, tak lekceważonym przez mainstream, nastąpiło w Polsce przebudzenie... Postkomuna bardzo się pomyliła, to miłe.

– Dzisiejsza opozycja kalkuje ten mechanizm...

– ...przez marsze KOD-u? Tak, starają się kopiować nasze wzorce. Tylko że my działaliśmy z autentycznych pobudek, wobec prawdziwie zdefiniowanych problemów. Oni, jak dotąd, teatralizują rzeczywistość – nie ma dziś ani cenzury, ani zagrożenia demokracji. Dopóki nie będą formułować autentycznych problemów, nie mają szans na sukces. Nie są prawdziwi w tym, co robią.

– Jako polityk bierze Pani udział w reformowaniu mediów publicznych, trwają prace nad nową ustawą; naprawdę można będzie w końcu skutecznie doprowadzić do tego, żeby te media mogły mówić prawdę i nie manipulowały opinią publiczną?

– Mam nadzieję, już jest przecież znacznie lepiej. Ale mediom publicznym przydałaby się solidna dekomunizacja i lustracja, podobnie jak środowiskom sędziowskim i akademickim. I nie chodzi tu o zemstę, lecz o to, że media w wolnym kraju powinny rządzić się innymi prawami niż media w systemie totalitarnym. Tę operację już dawno udało się przeprowadzić Czechom i Niemcom, u nas z biegiem czasu opór wydaje się coraz większy. W naszych mediach publicznych trzeba radykalnie przełamać patologię wpisaną w ich strukturę – że każdy tam pracujący musi być podwieszony pod jakiś układ, że do dziś rządzą klany i dynastie wywodzące się z PRL-u.

– Tego nie uda się przełamać nawet najlepszą ustawą?

– Nie uda się, bo gdy zaproponowaliśmy w ustawie zapis, który zaledwie dawałby możliwość wygaszenia wszystkich umów o pracę, żeby telewizja mogła od nowa zawierać umowy, zostało to oprotestowane przez Solidarność. Myślę, że będzie duży kłopot z przeforsowaniem tego rozwiązania.

– Prawda musi więc po Polsce wciąż krążyć głównie w „drugim obiegu”?

– Bez przesady. Jacek Kurski bardzo wiele zmienia w TVP, wiele dotąd zakazanych tam teamów i filmów już się pokazuje. Ale jest wiele problemów. Choćby to, w jaki sposób uwolnić z więzów finansowo-politycznych media lokalne, które mogłyby ten obieg znakomicie uzupełniać. Teraz, z tego, co widzę, także w swoim okręgu wyborczym, niektóre są uzależnione od samorządów i dominującej w nich opcji, czyli PO... Trzeba by wymyślić mechanizm, który dałby więcej wolności i niezależności mediom lokalnym. Byłaby to prawdziwa obrona demokracji.

Joanna Lichocka - Dziennikarka telewizyjna, publicystka, autorka filmów dokumentalnych („Mgła”, „Pogarda”, „Przebudzenie”, „Prezydent”) oraz książek, m.in. „III RP. Kulisy systemu” (wywiad rzeka z prof. Andrzejem Zybertowiczem), posłanka na Sejm VIII kadencji.

Tagi:
wywiad media rozmowa

Reklama

Nikt za nas tego nie zrobi

2019-05-28 13:30

Michał Karnowski
Niedziela Ogólnopolska 22/2019, str. 35

Mogą nas być miliony, ale bez mediów (i prawych ludzi w redakcjach) będziemy tylko masą ludności do przerobienia

wellphoto/fotolia.com

Lata mijają, a ja wciąż nie mogę pojąć mechanizmu, który powoduje ściganie za każdy niewłaściwie postawiony przecinek obecnych „Wiadomości” telewizji publicznej, a komercyjnej głównej konkurencji pozwala uprawiać codzienny łomot z użyciem medialnych kijów. Albo maniakalne wręcz skupienie mediów liberalnych na Radiu Maryja. Pomijam już, że większość krytyków stacji tej nie słucha i opowiada jakieś bzdury. Dlaczego jednak prawdziwe, największe nawet obrzydlistwa w rozgłośniach komercyjnych przechodzą bez komentarza? Bo to publiczne, a tamto prywatne? Bzdura. Ktoś najwyraźniej zapomniał, że koncesja na nadawanie ogólnopolskie to również dobro publiczne, a zapisy koncesyjne są jasne – rzetelność wymagana jest od każdego. Myślę, że nie o jakość programów tu tak naprawdę chodzi, a o wymuszenie monopolu.

Dyskryminacja mediów konserwatywnych, chrześcijańskich, a jeszcze szerzej patrząc, zwyczajnie innych niż lewicowe ma w dzisiejszej Polsce wiele wymiarów. Z automatu niejako, na podstawie jakichś tajnych prawideł w stylu ustaw norymberskich, wykluczane są one z 99 proc. (i więcej) dużych kampanii reklamowych zlecanych przez producentów. W związku z tym ich redakcje są uboższe, a promocja tych tytułów wśród potencjalnych odbiorców jest słabsza, podobnie dystrybucja. Za tym idą mniejsze „zasięgi” – czyli kolejny argument, by nie dawać im reklam. I kółko się zamyka.

Osobną sprawą jest tzw. dystrybucja prestiżu – wszystkie większe nagrody dziennikarskie (z chwalebnym wyjątkiem Nagród Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) są jakby zarezerwowane dla redakcji lewicowych i liberalnych. Gdy przegląda się spisy nagrodzonych, można by pomyśleć, że tytuły konserwatywne nic ciekawego i wartego pochwalenia nigdy nie opublikowały, a ich czytelnicy to masochiści, którzy katują się nudnymi pismami. To, oczywiście, nieprawda. Źródłem tego przechyłu jest przyjęcie fałszywego założenia, że rzetelność dziennikarska równa się lewicowemu podejściu. Plus towarzyskie powiązania nagradzających i nagradzanych.

Co zatem robić? Jak działać? Strona próbująca przerobić Polaków na ludzi bez właściwości ma jeszcze jedną przewagę, którą my sami im dajemy. To nawyk wspierania własnych mediów. Nie od czasu do czasu, nie „później” – ale regularnie, konsekwentnie. Gazeta czy rozgłośnia reprezentujące bliski mi światopogląd są nie tylko elementami do użycia, przeczytania. To także mózg i organizacja, która walczy o nasze wartości, która działa w imieniu czytelników na scenie publicznej.

Rozumieli to nasi przodkowie na początku XIX wieku, jeszcze pod zaborami. Rozumie dziś lewica. Musimy rozumieć i my, bo inaczej nic nie zatrzyma pukającej do drzwi szkół demoralizacji, nic nie zastopuje ataku na Kościół. Mogą nas być miliony, ale bez mediów (i prawych ludzi w redakcjach) będziemy tylko masą ludności do przerobienia. Inną dziedziną, w której trzeba się wziąć do pracy, jest samoorganizacja społeczna. Nikt za nas tego też nie uczyni, nikt inny nas nie obroni. Ale to już temat na kolejny felieton.

* * *

Michał Karnowski
Publicysta tygodnika „Sieci” oraz portalu internetowego wPolityce.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Konrad Krajewski: trzeba pamiętać o tym, co nam mówił Jan Paweł II

2019-08-24 17:10

Ks. Mariusz Frukacz

Jan Paweł II jest świętym i myślę, że bardziej niż na rocznice, to trzeba nam zwrócić uwagę na to, co nam mówił – podkreślił 24 sierpnia w rozmowie z „Niedzielą” kard. Konrad Krajewski, papieski jałmużnik, który po raz kolejny uczestniczył w Pieszej Pielgrzymce Łódzkiej na Jasną Górę. Kard. Krajewski odniósł się w ten sposób do zbliżającej się setnej rocznicy urodzin św. Jana Pawła II.

Ks. Mariusz Frukacz/Niedziela

– Stolica Apostolska nie jest Polską. Żyje swoimi problemami i kiedy przyjdzie czas stulecia urodzin św. Jana Pawła II na pewno będzie ten czas godnie obchodzony. W żadnym kraju Jan Paweł II nie był tyle razy, co w Polsce – zaznaczył kard. Krajewski i dodał: „Św. Jan Paweł II napisał encyklikę o miłosierdziu a papież Franciszek ogłosił Rok Miłosierdzia. Obaj się uzupełniają. Bez jednego nie byłoby drugiego”.

Zobacz zdjęcia: Kard. Konrad Krajewski: trzeba pamiętać o tym, co nam mówił Jan Paweł II

Zapytany o to, jakie znaczenie dla niego ma pielgrzymowanie Papieski Jałmużnik powiedział: – Najpierw byłem pielgrzymem, potem księdzem, biskupem i kardynałem. Papież Franciszek każdego roku mi przypomina o pielgrzymce. Ojciec Święty uważa, że to, co nas stworzyło nigdy nie może nam być obojętne i nigdy nie możemy tego porzucić, co dało nam fundament – podkreślił kardynał i dodał: „Ja się wychowałem na pielgrzymkach. I gdybym przestał to robić, wówczas pokazałbym, że to wszystko było nieważne. Idę na pielgrzymkę, by nie oderwać się od korzeni”.

– Pielgrzymka to ciągłe zmaganie się. To kierunek na pewno jest dobry. Patrzę też na innych. Do nieba nikt nie dostanie się osobiście. Tylko wspólnotowo idzie się do nieba. Jeśli ktoś chce zobaczyć czym jest Kościół, to wystarczy wyruszyć na pielgrzymkę. Ja pielgrzymką oddycham, a tlen jest nam bardzo potrzebny. Dlatego czekam na pielgrzymkę, wspólny różaniec, świadectwa ludzi. Te świadectwa pomagają mi także rozwiązywać różnego rodzaju problemy. Pielgrzymka jest manifestacją wiary. Podczas drogi jest także dużo gestów miłości, kiedy ludzie pomagają sobie wzajemnie – kontynuował kardynał.

Kard. Krajewski wyznał, że niesie ze sobą intencje ludzi bezdomnych – Z naszą grupą idzie 12 osób bezdomnych z ośrodka sióstr św. Matki Teresy z Łodzi. A zatem jestem pośród swoich – podkreślił Papieski Jałmużnik.

Piesza Łódzka Pielgrzymka na Jasną Górę po raz pierwszy wyruszyła w 1926 roku i odtąd zawsze udaje się na Uroczystość Matki Boskiej Częstochowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Kaszak: Cóż złego zrobiła Wam Maryja? Za co Ją tak straszliwie obrażacie? To nas bardzo boli

2019-08-25 22:24

jc / Częstochowa (KAI)

"Niestety, z bólem i trwogą musimy stwierdzić, że Maryja, Matka Boga Najwyższego i nasza ukochana Matka, na naszej polskiej ziemi jest obrażana, i to poprzez profanację cudownego, od wieków świętego dla wielu Polaków Jej wizerunku ‒ obrazu Matki Bożej Częstochowskiej" – mówił biskup sosnowiecki Grzegorz Kaszak w homilii wygłoszonej na Jasnej Górze w przeddzień uroczystości NMP Częstochowskiej.

M. Sztajner/Niedziela

Odnosząc się do niedawnych wydarzeń biskup podkreślał, że "jesteśmy świadkami podejmowania dalszych akcji przeciwko najukochańszej osobie, jaką Jezus miał na ziemi. Są to działania wyjątkowo haniebne i groźne, niosące ze sobą bardzo konkretne konsekwencje ‒ karę Bożą".

Zobacz zdjęcia: Procesja z Obrazem Matki Bożej z Archikatedry Częstochowskiej na Jasną Górę

- W trosce o szacunek dla naszej Królowej i o dobrobyt naszej ukochanej Ojczyzny nie możemy milczeć, tylko na rożne sposoby musimy wyrażać swój sprzeciw przeciwko tym skandalicznym zachowaniom oraz podejmować czyny pokutne, by zadośćuczynić Panu Bogu za bluźnierstwa wobec Maryi i Jego osoby - podkreślał.

"Pytamy autorów i uczestników ataków na Przenajświętszą Panią: Cóż złego zrobiła Wam Maryja? Za co Ją tak straszliwie obrażacie? To nas bardzo boli. Maryja jest Matką Boga i naszą ukochaną Matką, którą bardzo szanujemy. Tymi haniebnymi czynami obrażacie także nasze uczucia religijne. Dlatego nie ma i nigdy nie będzie naszego przyzwolenia na takie niedopuszczalne zachowanie" - pytał bp Kaszak.

Nawiązując do orędzia Matki Bożej z Fatimy, wzywał do praktykowania wynagradzającego nabożeństwa pierwszych sobót miesiąca. Podkreślał, że w zaistniałej sytuacji katolikom nie wolno milczeć – muszą stanowczo przeciwstawiać się moralnie złym działaniom oraz brać w obronę tych, którzy w trosce o dobro Polski głoszą prawdę o zagrożeniach ideologii LGBT.

W tym kontekście przypomniał osobę abp. Marka Jędraszewskiego. Zachęcał też rodziców do podpisywania deklaracji sprzeciwiającej się wychowywaniu dzieci zgodnie z ideologią LGBT.

"Jasnogórska Pani, wspieraj nas, abyśmy byli w stanie naszymi modlitwami i ofiarami wynagrodzić Bogu bluźnierstwa, jakich doznaje On od ludzi. Pomóż nam uśmierzyć sprawiedliwy gniew Boży, do którego sami zmuszamy Stwórcę grzechem i nieposłuszeństwem, bo kiedy zapłonie jego ogień, nikt i nic się nie ostoi" – zakończył homilię bp Kaszak.

25 sierpnia w południe na Jasną Górę przybyło ponad tysiąc pielgrzymów z Zagłębia Dąbrowskiego. To druga część diecezjalnej pielgrzymki – 13 sierpnia do Częstochowy weszło prawie 1500 osób z regionu olkuskiego. Obu pielgrzymkom towarzyszył na trasie biskup Grzegorz Kaszak.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem