Paradoks tej historii polega na tym, że największy wysiłek na rzecz pojednania podjął papież, którego wielu katolickich liberałów przez lata przedstawiało jako nieprzejednanego konserwatystę. Tymczasem to właśnie Benedykt XVI okazał się człowiekiem dialogu. Nie próbował nikogo upokorzyć ani złamać. Chciał budować mosty.
Arcybiskup Georg Gänswein, przez dwadzieścia lat osobisty sekretarz Josepha Ratzingera, przypomina dziś słowa, które powinny wybrzmieć w całym Kościele. „Benedykt XVI wielokrotnie mówił mi, że właśnie przy ołtarzu – w centrum naszej wiary – brakuje jedności i pokoju. Musimy zrobić wszystko, aby je odzyskać”. To nie są słowa człowieka pragnącego zwycięstwa nad przeciwnikiem. To słowa ojca cierpiącego z powodu podziału własnej rodziny.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Epitafium dla zmarnowanej szansy
To właśnie Benedykt XVI za swojego pontyfikatu podjął najbardziej śmiałą próbę odbudowyA jedności z Bractwem św. Piusa X, zdejmując ekskomunikę z jego biskupów i otwierając szerzej drogę dla tradycyjnej liturgii. Gdy w 2009 roku zdjął ekskomunikę z czterech biskupów Bractwa, nie zrobił tego dlatego, że zgadzał się z ich stanowiskiem. Nie dlatego, że lekceważył znaczenie Soboru Watykańskiego II. Jak przypomina Gänswein: „Zniósł ekskomunikę czterech biskupów nie z pobłażliwości, lecz jako ojciec pragnący pokoju. Wyciągnął rękę, ale jej nie przyjęli”.
Trudno zarzucić Benedyktowi brak dobrej woli.
Reklama
Papież wydał dokument Summorum Pontificum, który znacząco poszerzył możliwość sprawowania Mszy świętej według Mszału Rzymskiego z 1962 roku, czyli tzw. Mszy trydenckiej. Papież pokazał, że w Kościele jest miejsce zarówno dla tych, którzy wybierają Mszę posoborową, jak i dla wiernych przywiązanych do klasycznego rytu rzymskiego. Nie kazał nikomu wybierać między Tradycją a jednością z następcą św. Piotra.
Jednak – jak przyznaje dziś Gänswein – zwyciężyła radykalna frakcja w samym Bractwie. „Wyciągnął rękę, ale jej nie przyjęli. Zwyciężyła frakcja radykalna, która nie chciała pojednania wtedy i nie chce go również dziś”. To niezwykle mocne oskarżenie. Zwłaszcza że wypowiada je człowiek doskonale znający kulisy tamtych negocjacji.
Abusus non tollit usum
Nie oznacza to jednak, że po stronie Rzymu wszystko przebiegało bezbłędnie. Sam Gänswein uważa, że ograniczenie celebracji Mszy trydenckiej przez papieża Franciszka było błędem. Przypomina również, że przez ponad dziesięć lat rozwiązania Benedykta XVI przynosiły dobre owoce. Cytuje przy tym starą zasadę prawa: nadużycie nie znosi właściwego użycia (abusus non tollit usum). Innymi słowy: pojedyncze wypaczenia nie powinny prowadzić do odebrania czegoś wszystkim wiernym.
Jednak nawet ten błąd nie tłumaczy decyzji Bractwa o kolejnych nielegalnych konsekracjach biskupich. Sedno problemu nie dotyczy przecież wyłącznie liturgii. Gänswein mówi to wprost: „Problem Bractwa św. Piusa X nie jest przede wszystkim problemem liturgicznym”. Jeszcze mocniej brzmi jego diagnoza, że część środowiska zatrzymała się na pontyfikacie Piusa XII, uznając niemal wszystko, co wydarzyło się później w Kościele, za ciąg błędów.
Niszcząca siła egoizmu
Tu właśnie przebiega granica. Można kochać liturgię łacińską. Można krytykować niektóre reformy. Można dyskutować o sposobie wdrażania Soboru Watykańskiego II. Ale nie można jednocześnie twierdzić, że Kościół przez ponad sześćdziesiąt lat niemal nieprzerwanie trwał w błędzie, a jedynym strażnikiem prawdziwej Tradycji pozostaje niewielka wspólnota pozostająca poza pełną jednością z papieżem.
Czy tego rozłamu można było uniknąć? Być może tak. Gdyby gest Benedykta XVI spotkał się z równie odważną odpowiedzią. Gdyby zwyciężyło pragnienie jedności, a nie logika wzajemnych podejrzeń. Historia potoczyła się jednak inaczej.
Pozostaje jedynie gorzka refleksja, że Benedykt XVI za życia zrobił wszystko, co mógł i właśnie dlatego słowa jego najbliższego współpracownika brzmią dziś tak przejmująco: „Wyciągnął rękę, ale jej nie przyjęli.” W tym tkwi tragedia rozłamu.
