Reklama

Zioła na zazdrość

2017-03-08 12:54

Anna Skopińska
Edycja łódzka 11/2017, str. 6-7

Kl. Kamil Gregorczyk
Mieszanie ziół to wielka umiejętność

Z Janem Kubiakiem, honorowym bonifratrem, zielarzem, spadkobiercą tajników leczenia ziołami braci bonifratrów z Wilna, rozmawia Anna Skopińska

ANNA SKOPIŃSKA: – Z jakimi sprawami do pana Jana – honorowego bonifratra, który wie, jakie zioła i na co, przychodzą najczęściej ludzie?

JAN KUBIAK: – Większość osób przychodzi po prostu zestresowana. I to jest zatrważające. Są zmęczeni, przemęczeni i nie oczekują ode mnie tak wiele. Potrzebują uśmiechu, chwili rozmowy i wysłuchania. Jest tyle problemów powodowanych przez codzienny pośpiech. Z rozmów z ludźmi wynika, że na co dzień nie mają wcale ośmiogodzinnego dnia pracy, tylko jest on znacznie dłuższy. I nikt nie protestuje. Coraz częściej pojawiają się też jakieś żale. Do wszystkiego i wszystkich. I do sąsiadów, i do lekarzy, i do nauczycieli. Taki jakiś niespokojny czas, taka nerwowość powstała niesamowita. Tego nie było nigdy. Było może biednie, ale ludzie sobie wzajemnie pomagali. Dzisiaj jeśli ktoś coś zrobi za darmo, bezinteresownie, to jest zdziwienie, że można w ten sposób. Raczej ludzie nastawieni są na zarobek. Stali się podejrzliwi, zazdrośni. A gdy, nie daj Boże, sąsiad czegoś się dorobił, ma coś więcej niż my, to od razu pojawia się ukłucie w sercu. Czasem rozmawiam z paniami ze skarbówki, które mówią, że otrzymują tysiące donosów, które, co gorsza, trzeba sprawdzić. Więc zupełnie niepotrzebne prace się wykonuje. I jeśli ktoś jest niewinny – co dotyczy znacznej większości przypadków – to się denerwuje i pojawia się następny nerwicowiec.

– Jaka jest przyczyna takiej zawiści, zazdrości?

– Wydaje mi się, że to chęć dorównania tym nieskazitelnym idolom pokazywanym w telewizji, w prasie. Choć gdy dowiadujemy się o nich więcej, okazuje się, że nie ma się co na nich wzorować. Ale wszyscy chcieliby być młodzi, piękni i bogaci. Zatracamy poczucie tego, co najważniejsze i wtedy gdy spotykamy obok osoby, które mają więcej, wiedzą więcej i coś osiągną – pojawia się zazdrość.

– Co Pan radzi tym z ukłuciem w sercu? Jakieś zioła na pewno Pan przepisuje.

– Oczywiście. Przede wszystkim te wyciszające. Podstawowe to melisa i kozłek lekarski. Nerwice bywają różne i trzeba się dokładnie dowiedzieć, jakie są objawy. Bo wtedy skład mieszanki buduje się także w oparciu o inne zioła. Ale zawsze można dodać marzankę wodną, kwiat wrzosu, werbenę czy chmiel. Bardzo dużo jest takich ziół, które można z powodzeniem stosować we wszystkiego rodzaju nerwicach. Choćby kwiat róży, który wspaniale wspomaga układ nerwowy.

– Czyli gdy chcemy wyleczyć zazdrość , to leczymy nerwicę?

– Przede wszystkim. Bo jak to jest z tą zazdrością? To przecież jeden z siedmiu grzechów głównych. Teraz w Wielkim Poście może trzeba o nim głośno powiedzieć, by w ramach umartwienia, wyrzeczeń postarać się wyciszyć. Gdy rozmawiam z młodymi, to oni przez okres Wielkiego Postu coś sobie postanawiają. Albo nie będzie ktoś jadł słodyczy, albo nie będzie pił alkoholu czy nie zapali papierosa. To dobrze, bo to jest i takie trochę umartwienie i też taki duchowy trening. I wiem też, na przykładzie choćby mojego śp. brata, który przeszedł gehennę, bo i więzienie we Wronkach i dwa lata w kopalni, że można wytrwać. On, znerwicowany przeżyciami, w Wielkimi Poście odstawiał papierosy.

– Może kiedyś ludzie byli bardziej wytrwali?

– Kiedyś były inne czasy, była większa serdeczność między ludźmi, choć, jak już wspomniałem, była większa bieda. Ludzie byli jednak życzliwi, przychodzili, odwiedzali się. Rodzinne spotkania nie mogły obyć się bez tańców, śpiewu. Przy każdej parafii odbywały się lekcje śpiewu, istniały chóry. Ludzie znali piosenki. Czasem nieważne było, czy ktoś jest garbaty, czy ślepy, byle tylko miał głos. I z tego wspólnego obcowania ze sobą było zawsze tyle radości.

– Teraz tego brakuje?

– Brakuje. Co gorsza – teraz nawet trudno jest się spotkać. A jeśli się kogoś zaprasza, to zaczynają się problemy, wymówki. Bo to przecież trzeba się zastawić, potem zrewanżować. A przecież można spotkać się choćby przy szklance herbaty, posiedzieć, porozmawiać, dowiedzieć się, co gra w duszy tego drugiego człowieka.

– Można. Pewnie dlatego tak lgną do Pana ludzie, przychodzący do Konwentu Bonifratrów. W tej pracy musi być Pan też psychologiem...

– Często udaje mi się nim być. Trzeba się zastanowić, coś przemyśleć. Ta praca tutaj daje mi dużo satysfakcji i te spotkania z ludźmi, w wielu bardzo trudnych wypadkach, z dziwacznym podejściem do życia, także. Bo w miarę możliwości trzeba każdego pocieszyć i każdemu pomóc.

– Te terapie ziołami działają?

– Myślę, że gdyby nie działały, tak dużo osób by się tu nie pojawiało. Poza tym osoby, którym pomagam, okazują mi swoją miłość, swoją wdzięczność. A jeśli przychodzi ktoś i dziękuje, i często w policzek pocałuje i serdecznie życzy zdrowia, pomyślności, to człowieka to dopinguje. Lepiej się czuje – to dla mnie największa satysfakcja, że zrobiłem coś, co dało jakiś efekt w leczeniu.

– A skąd Pan wie, jak pomieszać zioła, by zadziałały?

– Mam mniej więcej opracowane receptury na rozmaite typowe schorzenia. Najtrudniej jest leczyć, gdy schorzeń jest na raz dużo. Ale w każdej sytuacji można sobie poradzić. Pacjent dostaje zioła na miesiąc leczenia i musi pić je systematycznie, by zobaczyć, jakie będą efekty. Po tym czasie zapraszam na konsultację i wówczas w zależności od tego, jak się chory czuje, albo coś do receptury dodajemy albo z czegoś rezygnujemy.

– Przyjmuje Pan dwa razy w tygodniu, więc jeśli poczujemy ukłucie zazdrości, a Pana akurat nie ma, to co najpierw robimy? Bierzemy melisę czy kubeł zimnej wody?

– Zdecydowanie melisa, choć i kubeł też można (śmiech). I zmieńmy tryb życia. Zachęcam do spacerów, gimnastyki, i choć krótkiej chwili dla drugiego człowieka, sąsiada, nieznajomego na ulicy. Proszę zamienić parę słów, może trzeba kogoś pocieszyć, może komuś pomóc. Bo uśmiech i okazywanie życzliwości to najlepsze lekarstwo na zazdrość.

– A ile trwa leczenie?

– Niestety, do starości.

Tagi:
wywiad zielarstwo

Zioła na zadarty nos

2017-05-18 10:53

Anna Skopińska
Edycja łódzka 21/2017, str. 4

Z Janem Kubiakiem, honorowym bonifratrem, zielarzem łódzkiego Konwentu Bonifratrów, spadkobiercą tajników leczenia ziołami wileńskich braci, rozmawia Anna Skopińska

Kl. Kamil Gregorczyk
Jan Kubiak

ANNA SKOPIŃSKA: – Często jest tak, że gdy ktoś awansuje, to uderza mu woda sodowa do głowy, zadziera nos do góry. I co wtedy? Jak go sprowadzić na ziemię?

JAN KUBIAK: – To nie tylko awans na wielkie stanowisko, wystarczy, że ktoś zostanie portierem. Są ludzie podatni na pychę. I jeśli już uda się pójść w górę, to przestają się dla nich liczyć jakiekolwiek ludzkie odruchy. Pamiętam przed laty, gdy szpital na Kosynierów był jeszcze w rękach państwa, pracował tu portier. Pan był tak wymagający, że nikogo z pracowników bez specjalnej przepustki nie wypuścił nawet na moment poza teren szpitala. Zdarzały się i zabawne sytuacje, gdy przyjechała kontrola i portier skrupulatnie sprawdzał, legitymując, kim są ci ludzie i czy mówią prawdę. I długo nie mogli wejść do środka. Dyrekcja była zadowolona, bo pan muchy nie przepuścił, ale przecież do szpitala przychodzą ludzie, pracują też ludzie. A tu na wejściu stawał taki nieprzejednany człowiek, który myślał, że to on jest najważniejszy.
Dlatego do wszelkich prac, jakie się wykonuje, trzeba podchodzić z uczuciem, do ludzi. I nie tylko kierować się przepisami, ale i pozostawić w sobie odrobinę człowieczeństwa. Do mnie ludzie przychodzą w różnych sprawach. Trzeba porozmawiać, dowiedzieć się dokładnie, może dopomóc, bo czasem jest ktoś bezradny, nie umie się znaleźć. Choćby teraz w Łodzi, gdy zmieniono rozkład i siatkę komunikacji miejskiej. Ludzie są zagubieni, stoją, czekają. A tu nie ma kogo zapytać. Dobrze, jak ktoś się zainteresuje, jak dostrzeże, że ktoś zbłąkany. Ale dziś wielu nawet jak widzi, że ktoś leży, to nie podejdzie, ale ominie. Bo po co mam popatrzeć komuś w oczy? Przecież nie wiadomo, jakie kłopoty potem z tego. Dlatego to już nie tylko pycha, ale i lekceważenie. A przecież trzeba także kierować się sercem.

– A może wtedy też odchodzi miłość do drugiego człowieka?

– Chyba coś w tym jest. Ludzie zapominają, że mają przede wszystkim kochać tego obok.

– Na takie zachowania bonifraterski zielarz może coś poradzić?

– Możemy napić się ziołowej herbatki. Ostatnio bardzo sobie cenię herbatkę z owocem róży, odrobiną mięty, melisy i czegoś zapachowego. Więc i lawenda jak najbardziej wskazana. Można też dosypać serdecznika, o którym nie tylko sama nazwa mówi, że człowiek robi się od tego serdecznym. Po wypiciu takiej mieszanki powinno być lepiej. Teraz jest czas pokrzywy, tej świeżej, kwiatów i liści mniszka lekarskiego. Nawet niedawno dzwoniła pani z informacją, że kwiaty mniszka są takie nieciekawe z rana. Ale przecież mniszka zbieramy nie o wschodzie słońca, gdy rosa, czy ostatnio przymrozek, ale w godzinach popołudniowych.

– To jeśli kogoś dopadnie pycha, a mieszka w mieście, to może poradzimy, by wyjechał gdzieś na łąkę poszukać ziół?

– Jak najbardziej. Bardzo wskazane są też rowery. Więc można za miasto wybrać się na wycieczkę. A jeśli komuś rower nie odpowiada, to można pójść na spacer.

– Panie Janie, a skoro ten serdecznik tak działa, to może i coś na uśmiech? Nim chyba przełamie się wszystko...

– Zdecydowanie tak. Dobrze, jeśli potrafimy z kimś pysznym rozmawiać. Bo jeśli uśmiechniemy się, nawet gdy zostaniemy źle potraktowani, to może ten ktoś zmięknie. Ale to różnie bywa. Bo najczęściej, jak ktoś jest takim, to już na niego nie ma siły. Wszędzie tak jest. I na poczcie, i w urzędzie. Miałem takie zdarzenie, że zapomniałem odebrać ważnego listu. Zadzwoniłem więc na pocztę. Pan był tak uprzejmy, że przyniósł mi go do domu. I uważam, że tak trzeba. Ale w innym miejscu spotykam się z obojętnością, albo wręcz wrogością. To wszystko zależy od danego człowieka.

– Już tyle lat spotyka się Pan z różnymi ludźmi, obserwuje ich zachowania – pycha jest czymś, co mamy w sobie, czy czymś, co przychodzi?

– W pewnym momencie raczej dopada. Jednak to zależy też od tego, co wynosimy z domu. Jeśli jesteśmy nauczeni grzeczności, serdeczności do drugiego człowieka i tego, by się do niego uśmiechnąć, nawet gdy go nie znamy, to możemy się przed nią uchronić. Jednak dziś wiele osób nie wie, jak się zachować. Czy to ten młody ma powiedzieć „dzień dobry” pierwszy, czy mężczyzna ukłonić kobiecie? To są dla mnie dziwne rzeczy. Bo tego uczy się albo w domu, albo w szkole.

– Żeby nie wychować dziecka na pyszałka, to poza zasadami, można się jakoś wspomóc ziołami?

– Trzeba do diety włączyć wszystkie możliwe owoce. Począwszy od róży, jarzębiny, czarnego bzu, po czarną porzeczkę czy aronię. Maliny, niedługo sezon na truskawki, potem jabłka. To są takie podstawowe owoce, które powinno się każdemu dziecku podawać. Ale nie można uciec od wychowania, do którego potrzebne są rozmowy z dziećmi.

– A gdyby trzeba było dać ziołowy prezent osobie owładniętej pychą, która już tak wysoko poszybowała, że nie poznaje ludzi. To co jej zanieść, żeby rozweselić i ściągnąć na ziemię?

– Ziołami nie wszystko uda się załatwić, ale ja bym zaniósł zwykły kosz wyplatany z wikliny. Można wypełnić go nie tylko rozmaitymi ziołami, ale także zadbać, by było tam też wiele owoców i warzyw. Kiedyś takie prezenty robiło się na imieniny. I one były miło przyjmowane, bo nie wymagały aż tak wielkiego wysiłku ani nakładu finansowego. Kładło się i kapustę, cebulę, kalafiory i inne świeże warzywa. Jeszcze było tak, że te warzywa hodowało się u siebie w ogródku, więc wystarczyło wyjść i uciąć, nie trzeba było tego kupować. A taki świeży kosz na każdym robił wrażenie. Bo sprawiał przyjemność i wywoływał uśmiech na twarzy.

– Czyli róbmy tak, by nie stracić w sobie empatii, to wtedy pycha nas nie dopadnie?

– Tak mi się wydaje. A jako profilaktyka – uśmiech.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jasna Góra: wigilijne kolędowanie z plejadą gwiazd

2019-12-12 17:16

it / Jasna Góra (KAI)

W wigilię Bożego Narodzenia odbędzie się rodzinny koncert kolęd z Jasnej Góry w wykonaniu plejady polskich gwiazd. W inicjatywie udział wezmą polscy artyści, którzy zapraszają do wspólnej modlitwy tradycyjnymi świątecznymi utworami. Widowisko religijne przygotowuje Program Pierwszy Telewizji Polskiej.

Monika Książek/Niedziela

Reżyser Bolesław Pawlica podkreśla, że to wielki zaszczyt móc w tak wyjątkowym miejscu realizować świąteczny koncert. Jego formuła jest bardzo prosta. - Chcieliśmy, aby artyści zaprosili do wspólnego śpiewania swoich najbliższych, tak, aby było to rzeczywiście rodzinne kolędowanie - wyjaśnia reżyser. Dodaje, że „każda z gwiazd zaśpiewa jedną kolędę sama, po czym zaprosi kogoś bliskiego ze swojej rodziny, żeby razem z nim kolędować. - Mam nadzieję, że ta idea państwu się spodoba i koncert będzie piękny - mówił Pawlica.

Koncert przygotowywany jest z dużym rozmachem z wykorzystaniem różnorakiego sprzętu: światła, nagłośnienia, kamer, rekwizytów. - Jeśli już dostąpiliśmy tego zaszczytu, by móc tutaj koncertować, chcielibyś my to zrobić jak najlepiej, żeby tą cudowną bazylikę pokazać jak najpiękniej, by w kamerach telewizyjnych wieczorem wyglądała tak, jak widzimy ją w ciągu dnia - powiedział reżyser.

O wielkim przeżyciu, którym jest kolędowanie na Jasnej Górze mówi też Zygmunt Kukla, dyrygent orkiestry Kukla Band. - Robiliśmy już wiele koncertów, ale nigdy tutaj. To jest wyjątkowe miejsce, odczuwamy to już na próbach, zauważyłem atmosferę w orkiestrze inną niż zwykle - powiedział dyrygent. Podkreślił, że „po raz kolejny przekonuje się o tym, że kolędy to prawdziwe arcydzieła”. - To miniaturki, które są nie tylko ładnymi melodiami, ale są wartością samą w sobie a wykonywane w takim miejscu mają wartość unikalną - zauważył.

-Kolędy śpiewane wspólnie z mamą, ojcem, bratem czy siostrą to jest coś, co na pewno stworzy wyjątkową atmosferę, dlatego mam nadzieję, że państwo będziecie nie tylko słuchać, ale i oglądać – powiedział Zygmunt Kukla.

Przypomniał, że Polska jest chyba jedynym krajem, gdzie w tak uroczysty sposób obchodzi się wigilię, śpiewając wtedy głównie kolędy. - Mamy nadzieję, że koncert nadawany w czasie gdy wiele rodzin zasiądzie do wspólnego stołu, też zachęci do kolędowania, że przypomnimy sobie wszystkie zwrotki tych jakże pięknych utworów - powiedział dyrygent.

Na scenie pojawi się prawie 40 osób. Najliczniejszą będzie 7- osobowa rodzina Justyny Steczkowskiej. Po raz pierwszy wystąpi mama barci Golców. Będzie też ojciec Sebastiana Karpiela Bułecki, zespół kolędników z Podkarpacia. W orkiestrze zasiądzie 20 osób, a chór gospelowy liczyć będzie 18 artystów. Reżyser Bolesław Pawlica pięć lat temu przygotowywał na Jasnej Górze koncert kolęd w wykonaniu zespołu Golec uOrkiestry a dwa lata temu realizował koncert na jubileusz 300-lecia koronacji Cudownego Obrazu Matki Bożej. - Chciałem podkreślić swój artystyczny związek z tym miejscem, które jest dla mnie naprawdę szczególne – powiedział artysta. Rodzinny koncert kolęd z Jasnej Góry w wykonaniu plejady polskich gwiazd m.in. braci Golców, Justyny Steczkowskiej, Rafała Brzozowskiego, Mateusza Ziółko, Sebastiana Karpiela Bułecki czy zespołu Pectus zostanie pokazany w dwóch częściach w programie I TVP w wigilię Bożego Narodzenia. Początek ok. 17.20.

Nagranie tego niezwykłego widowiska odbędzie się dziś wieczorem w bazylice jasnogórskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Historyczny triumf Polek

2019-12-13 20:36

Zespół wPolityce.pl

Marlena Karwacka i Urszula Łoś wygrały sprint drużynowy podczas zawodów o Puchar Świata w kolarstwie torowym w australijskim Brisbane. Drugie miejsce w zmaganiach mężczyzn w tej konkurencji zajęli Krzysztof Maksel, Mateusz Rudyk i Maciej Bielecki.

wPolityce.pl/youtube TEL-KAB Telewizja Kablowa Pruszków
Urszula Łoś

Karwacka i Łoś, rekordzistki Polski (32,791), miały najlepszy czas w kwalifikacjach (33,189), a w pierwszej rundzie wygrały z Ukrainkami Ołeną Starikową i Liubow Basową. W finale Polki minimalnie zwyciężyły Rosjanki Jekaterinę Rogową i Anastazję Wojnową, choć obu parom zapisano jednakowy wynik - 33,029.

Z kolei Rudyk, Bielecki i Patryk Rajkowski kwalifikacje zakończyli na czwartej pozycji, a w pierwszej rundzie Biało-czerwoni, już z Makselem w miejsce Rajkowskiego, okazali się lepsi od zespołu z Trynidadu i Tobago. W finale uzyskali 45,408 i byli wyraźnie słabsi od Japończyków, do których stracili prawie dwie i pół sekundy.

Wcześniej w wyścigu drużynowym Daria Pikulik, Nikol Płosaj, Katarzyna Pawłowska i Łucja Pietrzak miały ósmy czas kwalifikacji, ale w pierwszej rundzie uległy reprezentantkom Francji. Zostały sklasyfikowane na ósmej pozycji. Zwyciężyły Australijki, które w finale pokonały ekipę Nowej Zelandii.

W rywalizacji mężczyzn w tej konkurencji również najlepsi okazali się reprezentanci gospodarzy, a drugie miejsce zajęła Nowa Zelandia. Polacy nie startowali.

Zawody w Brisbane to przedostatnia runda o PŚ. Ostatnia odbędzie się w kanadyjskim Milton 24-26 stycznia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem