Reklama

To dawało radość

2017-07-06 10:26

Maria Fortuna-Sudor
Edycja małopolska 28/2017, str. 7-8

Mirosław Michalik
Zawsze chciałem głosić prawdę o Chrystusie – wyznaje ks. Henryk Kamiński

Jest wikariuszem w parafii pw. św. Michała w Sieprawiu. W czerwcu br. dziękował wraz z parafianami, a tydzień później z rodakami z Krzyżowej (z parafii pw. Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny k. Żywca) za srebrny jubileusz kapłaństwa. Co warte uwagi, z tych 25 lat służenia Bogu i ludziom, przez prawie 22 lata pracował na Ukrainie, gdzie miał wpływ na powstanie kilku parafii, wybudował dwa kościoły, dwie kaplice oraz dwa domy, w których sieroty znajdują opiekę i wsparcie.
Z ks. Henrykiem Kamińskim o jego pracy misyjnej rozmawia Maria Fortuna-Sudor

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Księże Henryku, co sprawiło, że wyjechał Ksiądz na misje na Ukrainę?

KS. HENRYK KAMIŃSKI: – Moim pragnieniem zawsze było służyć na misjach, ale myślałem o Afryce, Ameryce Południowej. A wyjazd na Wschód zawdzięczam tylko i wyłącznie św. Janowi Pawłowi II, który w 1991 r., podczas pielgrzymki w Polsce, powiedział do kapłanów i zakonników: „Jedźcie na Wschód”. Kiedy usłyszałem te słowa, to pomyślałem, że tam się otwiera nowy świat. To właśnie wtedy Jan Paweł II wyświęcił nowych hierarchów dla Ukrainy i Białorusi, a ja doszedłem do wniosku, że to być może jest właśnie moja droga.

– W jaki sposób przygotowywał się Ksiądz do tej pracy?

– Jako diakon pojechałem na praktykę wakacyjną do Nowogródka. To był wtedy jeszcze Związek Radziecki. Na miejscu spotkałem proboszcza parafii, ks. Antoniego Dziemiankę, który teraz jest biskupem pińskim. Gdy tam trafiłem, trwały przygotowania do wyjazdu młodzieży na spotkanie z Janem Pawłem II w Częstochowie. Ks. Antoni powiedział, że moim zadaniem będzie przygotowanie ich do tej wyprawy, co wcale nie było łatwe – głosiłem w niedziele katechezy, na które przychodziło ok. 500 młodych ludzi. Dla mnie to był taki cud, bo po 3 dniach zacząłem mówić pełnymi zdaniami po rosyjsku (śmiech).
W czasie tej praktyki wykonywaliśmy wszystkie posługi, które leżały w kompetencjach diakonów; udzielaliśmy ślubów, chrztów, katechizowaliśmy. I byłem zachwycony gorliwością spotkanych ludzi. Ich ogromnym pragnieniem, aby do nich wrócili kapłani. To właśnie w Nowogródku się przekonałem, zobaczywszy i przeżywszy wiele, w tym moment rozpadu Związku Radzieckiego, że trzeba jechać na Wschód. Tym bardziej, że tam wtedy brakowało księży.

– I rok po święceniach został Ksiądz skierowany do pracy duszpasterskiej na Ukrainie. Pamięta Ksiądz pierwsze wrażenia, przeżycia?

– Była połowa sierpnia, upał 40 stopni, gdy do Kijowa przyjechałem pociągiem. Na dworcu przesiadłem się do tzw. elektryczki, czyli osobowego pociągu, w którym panował okropny ścisk. Zmierzałem do Gniewania, gdzie miała być moja pierwsza parafia. Miałem ze sobą plecak z ubraniami, walizkę z książkami i jeszcze gitarę. I z tym bagażem jechałem ponad dwie godziny, stojąc dosłownie na jednej nodze – ledwo żywy. Gdy wreszcie tłok się zmniejszył, to usiadłem tam, gdzie stałem i zasnąłem. Obudził mnie głos człowieka mówiącego o Jezusie, ale zaraz potem usłyszałem kłótnię... W końcu dojechałem do Gniewania, gdzie miał ktoś na mnie czekać. Wysiadam, rozglądam się, nikogo nie widzę. I nagle dostrzegam dwóch chłopaków, którzy z rowerem biegną w moim kierunku. Potem rzucają się do moich bagaży, aby je zabrać, a następnie przede mną… klękają i całują mnie w rękę, mówiąc po ukraińsku: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. To, co wtedy zobaczyłem, czego doświadczyłem, było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Zacząłem się zastanawiać, gdzie ja przyjechałem. Początki były rzeczywiście bardzo trudne.

– Nie chciał Ksiądz uciekać?

– Nie, ja jestem człowiekiem wychowanym w górach. Potrafię, jak to góral, wszystko zrobić. A Pan Bóg w realizacji tych planów błogosławił, więc się nie miałem czego obawiać. A pół roku później zostałem skierowany do Czarnihowa, który znajduje się ok. 70 km od Czarnobyla. Tam była straszna bieda. Ich renty, w przeliczeniu stanowiły równowartość 8 dolarów, a i to czasem otrzymywali z półrocznym opóźnieniem. Dzieci chorowały. Nigdy nie zapomnę pierwszej kolędy, którą tam przeżyłem, a zależało mi bardzo, żeby moich parafian odwiedzić, zobaczyć, jak mieszkają.

– I jakie spostrzeżenia?

– Któregoś dnia wszedłem na piąte piętro do jednej babci. Rozmawiamy, a tu nagle pieje kogut. Zdziwiony rozglądam się wokół, a babcia spieszy z wyjaśnieniem, że to jej kurki na balkonie. Ona tam miała kilka kurek i koguta, i tym sposobem swoje jajka na śniadanie. Tam niektórzy nawet świniaki hodowali. Z jednej strony to było dziwne, wręcz przerażające, a z drugiej – zachwycające, jak ci ludzie potrafili sobie w tej biedzie radzić. I to mnie jeszcze bardziej utwierdzało w przekonaniu, że oni zasługują na to, aby im pomóc, aby im nieść Chrystusa, głosić Ewangelię.

– W tych trudnych czasach wybudował Ksiądz kościoły, kaplice, domy sierot. W jaki sposób pozyskiwał Ksiądz fundusze?

– Nigdy się o to nie martwiłem (śmiech). Jeśli wierzymy w Pana Boga, który ma wszystko, to po co się przejmować? Pan Bóg daje, jak Go prosimy. Oczywiście, trzeba się było natrudzić, trzeba było jeździć do Polski, żeby, głosząc homilie, wyżebrać pieniądze, a potem za nie kupić potrzebne materiały. Ale to dawało wielką radość.

– Podobno w krajach byłego Związku Radzieckiego nie można niczego załatwić bez łapówki...

– Ja tam tyle lat pracowałem, tyle kolejnych projektów realizowałem, ale nigdy nic nie dawałem. To jeszcze oni mi pomagali (śmiech).

– Zyskał Ksiądz ich sympatię i zaufanie, stwarzając możliwość wakacyjnych wyjazdów dla ich dzieci.

– Zauważyłem, że maluchy bardzo chorują, co moi parafianie tłumaczyli bliskością Czarnobyla. Ale stwierdziłem, że te dzieci są zwyczajnie niedożywione. I zacząłem organizować dla nich wakacyjne wyjazdy. Najpierw do Polski, a potem także do Austrii i Włoch. Dla tych dzieci to było przeniesienie się w inny świat. A na Ukrainie ludzie dostrzegli z naszej strony szczerość intencji, chęć pomagania. I to bardzo pozytywnie wpłynęło tam na postrzeganie Kościoła katolickiego.

– Co Księdzu dały prawie 22 lata pracy na misjach?

– Nigdy nie patrzyłem na misje przez pryzmat mojego rozwoju. Zawsze wiedziałem, że mam służyć i nieść Chrystusa i Ewangelię. Byłem przekonany, że właśnie po to jestem. Nie mam wiedzy ani intelektualnego przygotowania, jestem nieudolny, ale mam serce i szczerość wiary. I to jest najważniejsze. Zawsze chciałem głosić prawdę o Chrystusie. To Jego niosłem i niosę. Nie siebie.

Tagi:
wywiad

Zaszczyt i zobowiązanie

2019-12-10 10:48


Edycja warszawska 50/2019, str. VI

Z przeorem o. Markiem Tomczykiem OSSPE, kustoszem nowo powołanego sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia przy ul. Długiej 3 w Warszawie, rozmawia Andrzej Tarwid

Łukasz Krzysztofka
Sanktuarium posłuży propagowaniu Dzieła Duchowej Adopcji i ekspiacji za grzechy przeciwko życiu – mówi o. Marek Tomczyk OSSPE

Andrzej Tarwid: – Od 8 grudnia kościół Ducha Świętego ma tytuł sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia. Co ta zmiana nazwy świątyni oznacza?

O. Marek Tomczyk OSSPE: – Ustanowienie sanktuarium Jasnogórskiej Matki Życia oznacza przede wszystkim jeszcze większe zaangażowanie w szerzeniu kultu Najświętszej Maryi Panny oraz w rozwój duchowości i pobożności maryjnej. Ponadto specyfika tego miejsca posłuży propagowaniu Dzieła Duchowej Adopcji i ekspiacji za grzechy przeciwko życiu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zwyczaje ważniejsze od Boga

2019-11-19 12:16

Bp Andrzej Przybylski
Niedziela Ogólnopolska 47/2019, str. 20

Przyjęliśmy pobożne tradycje i zwyczaje, a zgubiliśmy w nich żywego Boga

Agnieszka Bugała
To Bóg wymyślił małżeństwo i tylko On może je naprawić

Mamy dużo kościelnych zwyczajów. Największe rzesze przychodzą do kościoła wtedy, gdy coś się dzieje, i to takiego, z czym wzrastaliśmy niemal od dziecka. Jeszcze lepiej, kiedy to pobożne wydarzenie przedłużone jest biesiadowaniem. Bo jak tu nie iść do kościoła w Wielką Sobotę, kiedy święcą pokarmy? Jak nie pojawić się na Pasterce, kiedy tak nostalgicznie brzmią kolędy, i jak nie podzielić się opłatkiem, bez którego trudno sobie wyobrazić Wigilię? Lubimy, kiedy na Mszy św. sypią popiół na głowę, święcą palmy albo przykładają dwie świece do szyi, żeby leczyć choroby gardła. Podobnie jest z I Komunią św., chrztem czy sakramentem małżeństwa. Pierwszeństwo w przygotowaniu do tych najważniejszych spotkań z Bogiem mają rzeczy, które... z Bogiem niewiele mają wspólnego. Chyba każdy duszpasterz marzy dziś o tym, żeby zamiast o sukienkach i garniturach móc poważnie i wyczerpująco porozmawiać z rodzicami i dziećmi o prawdziwej obecności Boga w Eucharystii; żeby zamiast ustalać kwestię dekoracji kościoła móc z młodymi szczerze porozmawiać o małżeństwie i o tym, jak żyć, żeby działanie tego sakramentu nie skończyło się po kilku miesiącach. Nawet nie zauważyliśmy, jak zaczęło nam być wszystko jedno, czy mówimy o chrzcie czy o chrzcinach – a może nawet to drugie stało się ważniejsze niż sam sakrament? I pomyśleć, że wszystkie te zwyczaje powstały dzięki Bogu, dla Boga i ze względu na Niego. W Bogu są ich moc, skuteczność działania i całe piękno. Bóg był potrzebny, żeby zaistniały i nabrały rangi – a teraz można już Panu Bogu podziękować, bo my postanowiliśmy je sobie przywłaszczyć i zorganizować po swojemu. Przyjęliśmy pobożne tradycje i zwyczaje, a zgubiliśmy w nich żywego Boga.

W pewnej parafii podczas całodziennego wystawienia Najświętszego Sakramentu ktoś wykradł monstrancję z Panem Jezusem. Kiedy proboszcz z ogromnym bólem w sercu i ze łzami w oczach wzywał swoich parafian do modlitwy przebłagalnej za tę profanację, usłyszał dziwne pocieszenie jednej z parafianek: „Niech ksiądz tak nie rozpacza, wprawdzie monstrancja była ładna i bardzo droga, ale szybko złożymy się na nową!”. Zwyczaje stają się ważniejsze od samego Boga, a przecież one mają znaczenie tylko wtedy, kiedy dzięki nim spotykamy się z żywym Bogiem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pierwsze „Okno Życia” w Ekwadorze

2019-12-11 17:30

ar, www.odoceanudooceanu.pl / Ekawador (KAI)

Siostry benedyktynki w Santo Domingo de los Colorados 10 grudnia otworzą pierwsze w Ekwadorze okno życia. W tamtejszej kulturze będzie się nazywało „Kołyska Życia” (Cuna de la Vida).

hli.org.pl

W Ekwadorze dość często zdarzają się porzucenia noworodków i niemowląt, zwłaszcza przez ubogie, młode matki. W mediach pojawiają się informacje o porzuceniu dziecka. Niektórym dzieciom udaje się przeżyć, pozostałe giną. Zdarzają się bulwersujące przypadki, np. 2 września matka zostawiła trzydniową dziewczynkę, kładąc ją do porzuconego pudełka na ruchliwej ulicy. Ktoś przez przypadek tam zajrzał i zobaczył dziecko. Policjanci bali się je dotknąć, bo sądzili, że już nie żyje. Pomoc jednak nadeszła w porę i dziecko ocalało. I trafiło do sierocińca, który prowadzą siostry benedyktynki. Dostała na imię Sofia (Zosia) i rozwija się dobrze.

W sierocińcu siostry opiekują się ok. czterdziestoma dziewczynkami. Siostry nieustannie poruszał los porzucanych dzieci: 28 listopada znaleziono chłopczyka, 29 listopada kolejnego, a 1 grudnia dziewczynkę. Myśl o założeniu okna życia na wzór tych, które są w Polsce, nurtowała siostry już od kilku lat, ale porzucenie Zosi zmobilizowało je do działania.

Kołyska dla Życia” powstaje przy domu sióstr benedyktynek. Udało się zainteresować i zaprosić do współpracy tamtejsze władze miasta i Ministerstwo Zdrowia. Uroczyste otwarcie wypadło na 10 grudnia br. z udziałem przedstawicieli miejscowych władz państwowych i Kościoła.

Siostry zadbały o reklamę swojego projektu, organizując konferencję prasową. Zainteresowanie tą inicjatywą jest bardzo duże.

Problem odpowiedniego zabezpieczenia dziecka jest w Ekwadorze poważny. Zdarzają się tam nawet zaginięcia i porwania dzieci „na narządy”. Nie można zostawić dziecka samego nawet na krótką chwilę, aby ktoś nie wykorzystał „Kołyski Życia” dla własnych celów. Dlatego wszystko zostało nowocześnie zautomatyzowane.

Matka, która podejmie decyzje o zostawieniu dziecka, musi nacisnąć przycisk, który automatycznie otwiera okno do kołyski. Jeżeli nie włoży dziecka, zamknie się ono po 40 sekundach. W środku jest umieszczona kołyska, która jest elementem inkubatora i zapewnia wygodę oraz bezpieczeństwo. Kołyska sama waży dziecko i wysyła sygnał alarmowy do sióstr. Dzięki zamontowanej kamerze siostra przełożona może też obserwować ją na swoim smartfonie. Po 60 sekundach od włożenia dziecka zbrojone okno zamyka się automatycznie, a kołyska ucieka z pola widzenia i „chowa” dziecko w bezpiecznym zakątku. Siostra przychodząca po dziecko musi wpisać kod zdejmujący alarm, aby mogła wejść do środka. Dzięki temu automatycznemu systemowi pozostawione dziecko na pewno będzie bezpieczne.

Po włożeniu dziecka „Kołyska” się zamyka, a matka automatycznie dostaje informację na piśmie, potwierdzającą zostawienie dziecka, jego bezpieczeństwo oraz jakie są jej prawa. Wszystko zgodnie z miejscowym systemem prawnym.

Siostry benedyktynki pracują w Santo Domingo w Ekwadorze od wielu lat. Jest ich sześć i jedna postulantka. Cztery z nich są Polkami, jedna jest Ukrainką mówiącą po Polsku, a dwie Ekwadorkami. Matka przełożona s. Karmela, prywatnie Ewa Pilarska z Płocka, jest bardzo operatywna i energiczna. To dzięki niej powstaje „Kołyska dla Życia” i to właśnie ona będzie miała bezpośredni podgląd internetowy, co się tam dzieje.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem