Reklama

GPS na życie

Wierzący, święty i... szczęśliwy!

2017-07-12 10:07

Z dr. Piotrem Kwiatkiem rozmawia Małgorzata Czeka
Niedziela Ogólnopolska 29/2017, str. 50-51

Remains/fotolia.com

Iluzją jest utożsamiać szczęście ze stanem błogosławionym, w którym człowiek nie przeżywa zmagań i cierpień. Osobiście interpretuję je jako sposób podróżowania przez życie, gdzie obok siebie można spotkać radość i smutek, entuzjazm i znużenie, świętość i grzech, nadzieję i załamanie. Jedni pomimo licznych przeciwności potrafią przeżywać radość i poczucie sensu życia, a inni, mimo licznych błogosławieństw, nie wydają się być szczęśliwymi. Wręcz przeciwnie, koncentrują się na negatywach i porażkach.
O szczęściu i świętości z br. dr. Piotrem Kwiatkiem, kapucynem, psychologiem i psychoterapeutą, zajmującym się m.in. psychologią pozytywną, rozmawia Małgorzata Czekaj

MAŁGORZATA CZEKAJ: – W książce „Kochaj Boga i nie bój się być szczęśliwym” pisze Brat o pragnieniu szczęścia, nazywając je uniwersalnym marzeniem każdego człowieka. Jak definiuje szczęście psychologia pozytywna, a jak wiara chrześcijańska?

BR. DR PIOTR KWIATEK: – Istnieje wiele wyobrażeń i definicji szczęścia nie tylko na poziomie spontanicznej i subiektywnej refleksji przeciętnego Kowalskiego, ale również na poziomie nauki. Od kilkunastu lat psychologia pozytywna bada to zagadnienie. Zastanawia się, jakie czynniki odgrywają kluczową rolę w poczuciu szczęścia oraz czy można je zmierzyć i opisać za pomocą definicji. Jedną z bardziej interesujących współczesnych koncepcji dobrostanu (szczęścia) przedstawił założyciel psychologii pozytywnej prof. Martin Seligman. Składa się ona z pięciu wymiarów, które autor opisał za pomocą akronimu PERMA (P – pozytywne emocje, E – zaangażowanie, R – relacje pozytywne, M – sens życia, A – osiągnięcia). Teoria ta jest na tyle kompleksowa, że łączy wymiary hedonistyczny oraz eudajmonistyczny – ujęcia dobrostanu szeroko dyskutowane już w starożytności. Filozofowie greccy widzieli szczęście bowiem w doczesności, w tym, co chwilowe, przyjemne, ale również w tym, co związane z trudem, kształceniem charakteru, życiem wartościami i cnotami. Psychologia pozytywna integruje tę wizję szczęścia. Przez badania naukowe próbuje je zrozumieć i określać.
Oprócz filozofii i psychologii, zagadnieniem szczęścia zajmuje się również teologia. Oznacza to, że jest to temat uniwersalny i fundamentalny w życiu każdego człowieka bez względu na rasę, wiek, kulturę, status społeczny czy, w końcu, wiarę. Niewątpliwie, bycie człowiekiem wierzącym wprowadza dodatkowe akcenty w sposobach rozumienia i przeżywania szczęśliwego życia. Na przykład chrześcijanie, w tym katolicy, opierają swoją wizję świata i Boga na Objawieniu, czyli Piśmie Świętym, Tradycji i nauczaniu Kościoła. Szczęście będzie więc rozumiane jako zjednoczenie z Bogiem, źródłem każdego dobra i miłości. Osoby wierzące poszerzają definicje szczęścia o wymiar duchowy, do którego nauka nie ma dostępu bezpośredniego. Dlatego można mówić o wielości sposobów definiowania i przeżywania szczęścia. Więcej o konieczności wzajemnego wsłuchiwania się i ubogacania. Zarówno współczesna nauka może pomóc w rozumieniu szczęścia, jak i doświadczenie wiary może przyjść z pomocą uchwycenia tego, czego zmysły i rozum nie ogarniają.

– Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani do świętości. Wielu z nas jednak obawia się, że gdy zdecyduje się być świętymi, nie będzie szczęśliwymi.

– Istnieje tylko pozorny konflikt między szczęściem a świętością. Jest on związany z tym, że albo źle rozumie się świętość, albo nie pojmuje się, czym naprawdę jest prawdziwe szczęście. Świętość prowadzi do poczucia szczęścia, a prawdziwe szczęście otwiera na Boga – Źródło pokoju, bezpieczeństwa i miłości. Pułapką jest więc interpretowanie szczęścia jedynie w pryzmacie hedonistycznym, doznania i przyjemności, ale tak samo złudne jest ukazywanie go wyłącznie w wymiarze duchowym czy ascetycznym. Szczęście realizuje się w życiu człowieka, a jego natura jest duchowo-materialna.
Te same pułapki stoją za słowem świętość. Dla niektórych będzie to ascetyzm, mistycyzm albo formy rygorystycznego oderwania się od życia „tu i teraz” na rzecz wyłącznie „tego tam i później”. W integracyjnym podejściu do człowieka i jego natury, można powiedzieć, że święty to człowiek radosny, stąpający twardo po ziemi, ale patrzący też w niebo. W Piśmie Świętym mamy przecież piękne zdanie: „radosnego dawcę miłuje Bóg” (2 Kor 9, 7b). Dzisiaj potrzeba nam przykładów radosnej świętości, a nie takiej odrealnionej od ciała, kultury i czasów, w których żyjemy. Świętości atrakcyjnej i szczęśliwej. Pomagającej w pełnym przeżywaniu człowieczeństwa i zdrowej, dojrzałej duchowości. Kiedy połączy się zdrową duchowość ze zdrową antropologią, czyli wizją człowieka, nie powinno być konfliktu między szczęściem a świętością. Połączenie tych wymiarów jest sztuką, nie dzieje się to automatycznie bez formacji i poszukiwań.

– Czyli to jest jakaś droga... Trudność polega na tym, że jednak często szczęście kojarzy się ze stanem idealnym, raz osiągniętym i trwającym.

– Tak jak już wspomniałem, szczęście to sposób podróżowania przez życie, to nie miejsce, gdzie się przybywa. Iluzją jest utożsamiać je ze stanem błogosławionym, w którym nic mnie już nie boli, nie kosztuje, nie doskwiera. Droga do szczęścia nie jest wolna od przeciwności, porażek i grzechów. Nie można odkryć Ameryki, siedząc jedynie w porcie albo wypływając tylko gdzieś blisko od lądu. Osobiście rozumiem szczęście jako sposób podróżowania przez życie, gdzie obok siebie można spotkać: radość i smutek, entuzjazm i znużenie, świętość i grzech, nadzieję i załamanie, pogodę ducha i frustrację. Szczęście jest kategorią pozytywną, nie oznacza braku zmartwień, ale umiejętność życia, o którym pisze św. Paweł: „Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować” (por. Flp 4,12a). Do tego natomiast nie wystarcza „mieć”, potrzeba „być”. Dlatego słowo naukowe na określenie szczęścia – „dobrostan” – wiąże się z jakością bycia, a nie posiadania, kumulowania albo konsumpcji.
Ważnym jest więc zadać sobie fundamentalne pytania: czym jest szczęście? Co prawdziwie prowadzi mnie do niego? Czy w mojej koncepcji szczęścia jest nadzieja na życie wieczne? Każda zła odpowiedź na te pytania sprawia, że w złym kierunku podążamy. Wtedy nie tylko nie osiągamy tego, co chcielibyśmy, ale marnujemy własny czas i energię. Wiara może pomóc nam w odkrywaniu szczęścia. Bo jako wierzący wiemy, że choć nauka może nam udzielić cennych odpowiedzi na wiele istotnych tematów, to ostateczne pełne i trwałe szczęście znajdziemy tylko w Panu Bogu.

– Czyli chodzi o to, żeby dążyć do życia w bliskości z Nim?

– Tak, na pewno, i trzeba zaznaczyć, że istnieją różne drogi do szczęścia i świętości. Niejednokrotnie wystarczyć może samo doświadczenie Pana Boga. Św. Franciszek mawiał: „Bóg mój i wszystko”, a św. Paweł „wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, mojego Pana. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa” (Flp 3, 8). Wtedy nie trzeba zgłębiać naukowych analiz dotyczących dobrostanu. Można jednak też iść inną drogą, na której korzystamy z wiedzy psychologii pozytywnej i ona współpracuje z doświadczeniem wiary. Wtedy nauka pomaga nam w poznawaniu siebie i innych. Pośrednio może również wspomagać rozwój duchowy. O tym właśnie staram się pisać w książkach z cyklu „Psychologia pozytywna i wiara”.

* * *

Piotr Kwiatek OFMCap
psycholog, psychoterapeuta, kapucyn. Doktorat z psychologii uzyskał na Uniwersytecie Salezjańskim w Rzymie. Członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Psychologii Pozytywnej i Gestalt Therapy Institute of Philadelphia. Prowadzi warsztaty z psychologii pozytywnej, wykłada w kapucyńskim seminarium w Krakowie oraz w Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Sopocie i we Wrocławiu.
Prowadzi blog: piotrkwiatek.blogspot.com. Autor cyklu książek „Psychologia pozytywna i wiara”: „Kochaj Boga i nie bój się być szczęśliwym”, „Ucieszyć się życiem. Cztery okna wdzięczności”, w przygotowaniu: „W świetle cienia. Przeszkody na drodze do szczęścia”.

Tagi:
wywiad

Reklama

Zamiast muzycznej kariery wybrał kapłaństwo

2019-06-26 18:39

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

"Jestem przekonany, że spełniam wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica" - mówi diakon Maciej Czaczyk, który wraz z dwójką innych kandydatów przyjmie święcenia prezbiteratu w szczecińskiej katedrze. W 2011 roku 17-letni wówczas licealista z Gryfina wygrał telewizyjne "Must be the music". Potem jednak wybrał inną drogę życiową.

Screenshot/www.youtube.com

Piotr Kołodziejski (KAI): Po wygranej w programie była nagrana płyta, a potem... decyzja o wstąpieniu do seminarium. Nie żałujesz tej decyzji z perspektywy lat?

Maciej Czaczyk: - Nie żałuję. To po prostu mega duża przygoda, potężna otwierająca życie. Szczęśliwe życie. Także nie sposób żałować.

KAI: Pamiętam moment, kiedy ogłosiłeś, że wstępujesz do seminarium. W mediach była duża konsternacja. Czy docierały do Ciebie komentarze w stylu "Co ty robisz człowieku?"

- Nie czytałem tych komentarzy, ale przyznam, że w prywatnych wiadomościach docierały do mnie głosy niezrozumienia. Niektórzy krytykowali bardzo mocno i czuli się zawiedzeni. Poniekąd ja sam byłem zaskoczony tą decyzją.

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „realizacja pasji dla pasji jest pusta”. Co to oznacza?

- Myślę, że na każdym etapie trochę inaczej to rozumiałem. Dziś myślę po prostu, że sam dla siebie nie jestem celem. Moje realizowanie siebie, choć jest piękne i potrzebne, żeby się rozwijać i realizować swoje pasje, jest bardzo potrzebne, ale to nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Bo człowiek jest kimś więcej i potrzebuje relacji do drugiego człowieka i miłości do drugiej osoby, żeby dawać z siebie. A nie tylko dziś każdy bardziej realizuje siebie, dla siebie, do siebie. Żeby jednak odbić w drugą stronę. Nie w stronę pasji i realizacji siebie, ale bardziej w stronę bycia dla innych. Jeśli pasja jest tak rozwijana, to jak najbardziej, ale ona wtedy nie staje się celem.

- Mówiłeś też, że jako dziecko chciałeś być księdzem, a więc u Ciebie to chyba nie był taki strzał, że nagle po sukcesie medialnym w konkursie telewizyjnym zdecydowałeś się zostać księdzem, tylko to w Tobie dojrzewało.

- Tak i to od malucha. Nim poszedłem do I Komunii Świętej i bliżej podszedłem do ołtarza, to już były zabawy w księdza. Bawiłem się w moim życiu i to pragnienie było. Tak jak dzieci bawią się w różne zawody. To była jedna z takich zabaw, ale okazuje się, że potem coraz bardziej chciałem iść w tę stronę.

- W tych zabawach bardziej skupiałeś się na głoszeniu kazań, czy to już były pierwsze próby grania na gitarze?

- Nie. Grania na gitarze wtedy nie było. Nie pamiętam czy wygłaszałem wtedy kazania. Pamiętam, że było „przeistoczenie”. Była taka śnieżnobiała cieniutka gąbeczka, materiał okrągły pod różańcem, który miałem. To był taki różaniec z Częstochowy. Spod różańca wyciągnąłem to i to pięknie wyglądało jak hostia. Było takie śnieżnobiałe i wyglądało jak hostia. Pamiętam podnosiłem się to do góry w tej zabawie.

- Wygrywasz konkurs, nagrywasz płytę. Czym dla Ciebie było wtedy szczęście, a czym jest teraz?

- Czułem wtedy na pewno radość. Było wiele emocji, stresu, a szczęście to nie emocje, bo te emocje później opadły, zaczęła się kariera i okazuje się, że to było jakieś puste głębiej. To opierało się tylko na doznaniach, emocjach, które ulatywały. Żyłem od fajerwerków do fajerwerków, od wywiadu do wywiadu, od koncertu do koncertu, żeby zapewnić sobie kolejne radochy życia, od imprezy do imprezy, a szczęście było cały czas niedostępne, nieosiągalne. No i zacząłem szukać.

- Powiedziałeś, że była w pewnym momencie doświadczyłeś pustki. Nie żałujesz więc tego doświadczenia na scenie. Czy ono było potrzebne w twoim życiu?

- Bardzo potrzebne i jestem wdzięczny najpierw Panu Bogu, a potem tym innym, których spotkałem. Wiele mnie nauczyli i to było bardzo cenne. Dziękuję im, że mogłem tego doświadczyć. To było wspaniałe doświadczenie.

- Czy to może być wskazówką dla tych młodych, którzy dziś poszukują swojej drogi i chcieliby jeszcze czegoś spróbować zanim podejmą ostateczną decyzję?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że warto rozwijać swoje pasje, talenty i też iść za tym, co w jakiś sposób odkrywamy w swoim życiu i czego pragniemy. Pan Bóg też często w tym jest. Często podsuwa takie pragnienia. Jeśli to są rzeczy, które nas prowadzą do dobrego, to trzeba za tym iść. Na pewno trzeba rozwijać talent i szukać szczęścia, ale polecam to robić z Panem Bogiem.

- Masz poczucie, że spełniasz Wolę Bożą na co dzień?

- Jestem przekonany, że spełniam Wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica. Mimo różnych uczuć każdego dnia, bo przecież uczucia się zmieniają, mam szczęście i pokój, że bez względu na to, co będzie się działo na morzu, jaka burza przyjdzie, to ta kotwica jest zakotwiczona. To jest mega ważne w momencie wybierania swojej drogi życiowej, żeby zakotwiczyć i wybrać drogę swojego powołania.

- Jak się Ciebie słucha, można stwierdzić, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Skoro się tak spełniasz, to nigdy nie było kryzysów?

- Szczęście to też kryzysy. Uczucia są różne. Miałem kryzysy. Myślę, że będę miał jeszcze nie jeden i nie dwa w swoim życiu, ale w seminarium, jak miałem kryzysy, to po nich siłą rzeczy stawałem bardziej w prawdzie o rzeczywistości o mnie i stawałem w realnym świecie, stawałem się mocniejszy. Szczęście nie wyklucza się z kryzysem.

- Czasem grasz na gitarze i pojawiasz się na scenie. Czy jest coś w diakonie Macieju Czaczyku z tego Maćka, który wygrywał „Must be the music”?

- Na pewno jest sporo rzeczy w tym Maćku Czaczyku, bo to tak naprawdę ten sam Maciek Czaczyk, chociaż niedługo kompletnie duchowo zmieni się moje życie, bo Chrystus przejmie stery oficjalnie, ale moje cechy charakteru, moje życie i patrzenie na wiele spraw ciągle wymaga nawrócenia, ale też cennych rzeczy nie zabrał mi Pan Bóg, a myślę, że jeszcze je pomnożył i rozwinął. Takie mam przeświadczenie.

- Jakie, Twoim zdaniem, są dziś motywacje kandydatów na księży?

- Wydaje mi się, że mogą być bardzo różne. Ale po to jest seminarium, aby rozeznać. Seminarium to nie jest „szkoła na księdza” ale czas rozeznawania. Niektórzy stwierdzają, że to nie jest ta droga i odchodzą. I o to chodzi. Lepiej być dobrym mężem i ojcem niż złym księdzem.

- Jak postrzegani są dziś kapłani w obliczu prób dyskredytowania Kościoła i tworzenia wizerunku Kościoła będącego w kryzysie?

- To nie jest raczej pytanie do mnie ale do jakichś sondażowni. Ja wiem, kim powinien być kapłan i jakim chcę być kapłanem. Każdy z nas ma być alter Christus, drugim Chrystusem. Można powiedzieć, że kryzys wizerunkowy był w Kościele od początku. O Jezusie współcześni też źle mówili, że żarłok i pijak, że siada przy stole z celnikami i grzesznikami. Patrząc na historię Kościoła można rzec, że gdy nas za bardzo chwalą to nie jest dobrze, bo to znak, że ulegamy panu tego świata. Kościół ma nie tyle dbać o wizerunek, ale o świętość swoich członków. A wszelki grzech widzimy jako ranę na ciele Chrystusa i nie możemy obok niej przechodzić obojętnie.

- Widzisz młodych ludzi na co dzień, którzy szukają swojej drogi życiowej. Czy są zagubieni, boją się odkryć swoją drogę? Jak patrzysz na nich?

- Patrzę na nich trochę jak na swoich młodszych kolegów i koleżanki. Widzę w nich też siebie. Wydaje mi się, że świetnie ich rozumiem. Szczególnym darem dla mnie była rodzina i rodzice. Dziś to często jest źródłem problemu, że rodziny się sypią. W tych relacjach. I ciężko to potem czymkolwiek uzupełnić. Coś, co jest fundamentalnym brakiem. Widzę, że są zagubieni. Widzę, że szukają szczęścia i nadziei w życiu. Szukają miłości. Myślę, że to się nigdy nie wyczerpie. Każdy szuka tego samego. Ktokolwiek będzie chciał spotkać się ze mną i rozmawiać na ten temat, to będę dzielił się swoim życiem. Jeżeli komuś to pomoże, to chwała Bogu.

- Co Maciej Czaczyk powie komuś, kto coś usłyszy w swoim sercu, ale boi się pójść za tym głosem dalej?

- Co ja mogę powiedzieć? Nie bój się. Mogę nawet zaśpiewać. (tu Maciej Czaczyk śpiewa) Nie bój się, chodźmy tam. To mój pierwszy singiel i jest blisko ze mną. Moja pioseneczka. Nie bój się, że ktoś ci powie, że coś, że ktoś będzie o tobie gadał. To zawsze będzie. Po prostu rób to, co Pan Bóg w sercu ci podsuwa i do przodu.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Sutanna, w której zginął ks. Jerzy Popiełuszko ma zostać udostępniona wiernym

2019-07-16 16:26

Informacja prasowa

W Parafii Świętego Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu znajdują się bezcenne przedmioty będące świadkami dramatycznych wydarzeń sprzed blisko 35 lat. Sutanna, którą w dniu śmierci miał na sobie ksiądz Jerzy Popiełuszko, koloratka, koszula i inne przedmioty, dzięki wparciu Ministerstwa Kultury oraz Polskiej Fundacji Narodowej poddane zostały konserwacji. Na 35. Rocznicę śmierci męczennika czasu komunizmu, będą one umieszczone w specjalnych gablotach, aby w ważnych momentach mogły być udostępniane wiernym.

Informacja prasowa

Przedmioty, o których mowa noszą ślady dramatycznych wydarzeń z 19 października 1984 roku, kiedy agenci służby bezpieczeństwa uprowadzili, a następnie w bestialski sposób zamordowali kapelana Solidarności. Tkaniny wciąż są poszarpane, pobrudzone, ze śladami błota. Przedmioty te po zakończeniu śledztwa i procesu toruńskiego zostały ostatecznie przekazane Archidiecezji Warszawskiej i dziś znajdują się w Sanktuarium Błogosławionego Księdza Jerzego Popiełuszki mieszczącym się w Parafii Świętego Stanisława Kostki. Ich konserwacja została dokonana tak, żeby zachować wszelkie ślady dramatu. Działanie to przeprowadziła konserwatorka Joanna Sielska, współpracująca z Muzeum Auschwitz i z Muzeum Powstania Warszawskiego. Kiedy badając tkaniny napotykałam na ślady dramatu, zdawałam sobie sprawę, z jak niezwykłymi przedmiotami mam kontakt. Była to trudna praca – powiedziała specjalistka. Są to relikwie a kontakt z nimi jest wstrząsający, powinny przypominać dzisiejszym pokoleniom o odpowiedzialności za bliźnich i o aktualności sporu dobra ze złem – powiedział ksiądz Marcin Brzeziński, proboszcz Parafii Świętego Stanisława Kostki.

Specjalistyczne gabloty będą odporne na uszkodzenia fizyczne, niepalne oraz regulujące temperaturę i wilgotność. Koszt ich wykonania to 60 tys. zł. Z założenia nie chcemy aby zakup finansował zewnętrzny sponsor. Zwracamy się z prośbą do zwykłych ludzi – jeśli jest to dla nich ważne – projekt zostanie ukończony – powiedział Paweł Kęska z działającego w Sanktuarium i Muzeum księdza Jerzego Popiełuszki.

Więcej informacji o projekcie na stronie: Zobacz

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Stanowisko szkoły z Torunia pomija opinię szkolnego wychowawcy chłopca

2019-07-17 16:24

ordoiuris.pl

Przed Sądem Rejonowym w Toruniu toczy się sprawa o ograniczenie władzy rodzicielskiej wobec rodziców Maćka. Do wszczęcia postępowania doszło na skutek zawiadomienia złożonego w marcu przez szkołę. W oświadczeniu przesyłanym mediom przez szkołę podstawową nr 10 w Toruniu pojawiły się nierzetelne informacje dotyczące Maćka, którego rodzinę reprezentuje Instytut Ordo Iuris.

Kzenon/Fotolia.com
Zdaniem ks. prof. Krzysztofa Pawliny, współczesna młodzież bardziej „koncentruje się na własnym życiu, a mniej zajmuje się przyszłością swojego kraju”

Oświadczenie szkoły sugeruje, że Maciek był prowokatorem agresywnych zachowań. Szkoła informuje, że „chłopiec, uczeń klasy czwartej, wielokrotnie naruszał nietykalność innych dzieci, a także stosował przemoc słowną, wyrażając jednocześnie niechęć do cudzoziemców”.

Tymczasem wychowawczyni chłopca w swoim pisemnym oświadczeniu już pod koniec października 2018 roku podkreślała, że „zachowanie chłopca na zajęciach lekcyjnych nie budzi zastrzeżeń. Maciek stara się pracować na miarę swoich możliwości, często jest bardzo aktywny. Potrafi nawiązywać poprawne relacje z rówieśnikami, choć zdarzało mu się uczestniczyć w konfliktach z kolegami. Warto jednak podkreślić, że zawsze były to sytuacje związane z obustronną prowokacją. Jego zachowanie nie odbiega od zachowania rówieśników. Warto też podkreślić duże zaangażowanie rodziców chłopca w kształtowaniu właściwej postawy syna i we współpracy ze szkołą”. Wyraźnie widać zatem, że konflikt narastał od dawna i nie był zawiniony przez Maćka.

Szkoła pomija również inne okoliczności sprawy. Korespondencja mailowa rodziców Maćka ze szkołą potwierdza, że ich syn był prowokowany przez kolegę. W oświadczeniu szkoły nie pojawia się także informacja o zasadnych obawach rodziców o bezpieczeństwo dzieci. W czerwcu tego roku wyszło bowiem na jaw, że młodszy brat chłopca, z którym miał zatarg Maciek, nosił do szkoły nóż, co spotkało się z reakcją dyrekcji szkoły pominiętą w dzisiejszym oświadczeniu.

„Interwencja Ordo Iuris i wsparcie udzielone rodzinie Maćka wynika z nieproporcjonalnej reakcji szkoły, która bez dostatecznego uwzględnienia wszystkich okoliczności rówieśniczego konfliktu z wątkami narodowościowymi, najpierw groziła jednemu z chłopców sądem, a następnie zainicjowała sprawę o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Warto podkreślić, że pomoc prawników Instytutu świadczona jest w innych sprawach także dzieciom z obywatelstwem ukraińskim. Trzeba stanowczo odrzucić wszelkie próby wykorzystania sprawy nieuzasadnionej ingerencji szkoły w życie rodzinne Macieja do budowy atmosfery konfliktu narodowościowego” – komentuje mec. Magdalena Majkowska, pełnomocnik rodziny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem