Reklama

Felieton optymistyczny

2017-11-08 11:45

Witold Gadowski, dziennikarz
Niedziela Ogólnopolska 46/2017, str. 28

fotolia.com

Życzę Państwu długich lat szczęścia!

– Dziękujemy, ale czy mogę o coś Księdza zapytać?

– Tak, proszę.

Reklama

– Czego właściwie Ksiądz nam życzy?

– Szczęścia.

– No właśnie, czyli czego?...

Taki dialog – niechcący – usłyszałem niedawno w jednym z krakowskich kościołów. Było to w czasie wieczornej Mszy św., która była sprawowana w intencji młodych małżonków w 1. rocznicę zawarcia przez nich sakramentu.

Piszę ostatnio o sprawach nieco przygnębiających, więc tym razem postanowiłem zastanowić się nad tym dialogiem. Z pozoru pytania młodego małżonka wydają się nawet impertynenckie. No bo czego on właściwie chce, skoro ksiądz tak dobrze mu życzy. Kiedy jednak zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać, to rezultatem była bezsenna noc i intensywne przypominanie sobie uniwersyteckich zajęć z filozofii. Czymże bowiem jest to szczęście, do którego wszyscy dążymy, za którym się rozbijamy i o którym tak ciągle – skrycie lub jawnie – marzymy? To słowo, którego tak często używamy, które świechtane jest w nieomal każdej telewizyjnej reklamie.

Okazuje się, że zastanawiając się nad fenomenem szczęścia, intuicyjnie jesteśmy w stanie wypowiedzieć własną definicję szczęścia jako stanu zadowolenia, przyjemności i braku cierpienia. Dalej – zaskoczeni – będziemy napotykali coraz większe problemy. Okaże się, że istnieje wiele definicji szczęścia, niektóre z nich stoją nawet w jaskrawej sprzeczności ze sobą. Szczęście chodzi bowiem tak wieloma drogami, że zdefiniować je to jak porwać się na znalezienie lapidarnego opisu fenomenu istnienia człowieka.

Szczęście to – w ujęciu minimalistycznym – brak nieszczęścia, cierpienia, smutku, jednak maksymaliści gardzą takim rozumowaniem i znajdują opis szczęścia jedynie jako nadzwyczajnej harmonii pomiędzy intuicją etyczną i egzystencjalną – którą w sobie mamy – a życiem i odczuciami ludzkiej osoby.

Taki np. Max Scheler zastawia pierwszą pułapkę, dopuszczając sytuację, w której człowiek spiskuje sam przeciwko sobie. Scheler twierdził, że człowiek właśnie jest jedynym bytem, który sam sobie może powiedzieć: „nie”. To jakby fraza wyjęta z genialnego sonetu Mikołaja Sępa Szarzyńskiego „O wojnie naszej, którą wiedziemy z szatanem, światem i ciałem”, gdzie kilka wieków wcześniej Sęp ujmuje sedno filozoficznego odkrycia Schelera, pisząc o naturze człowieka: „Wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie”.

Szamoczemy się z pojęciem szczęścia od starożytności. Arystoteles, a za nim św. Tomasz z Akwinu nadawali szczęściu sens o wiele większy niż chwilowe odczucie przyjemności. Arystoteles wymagał od szczęścia znacznie więcej – chciał, aby było eudajmonią, a więc zrównoważonym, dojrzałym zaspokojeniem potrzeb duchowych i cielesnych, które rodzi poczucie harmonii i obcowania z czymś więcej niż tylko światem materialnym. Św. Tomasz zdefiniował to znacznie prościej – szczęście to jak najbliższe zespolenie się z Bogiem, absolutem niepojmowalnym, w którym wszystko ma swój początek i zakorzenienie.

Hedoniści zredukowali to pojęcie do odczuwania przyjemności, a twórca utylitaryzmu – angielski filozof Jeremy Bentham twierdził, że szczęściem jest wszystko to, co powoduje stan odczuwania przyjemności i uwalnia od lęku przed czymś bolesnym i smutnym.

Tak filozofując, możemy zapędzić się w rejony kompletnie już dla nas abstrakcyjne i spytać, jaką definicję szczęścia przysposobił nam Marks, jaką Adorno lub Jean-Paul Sartre.

Tylko czy to posunie nas choćby o milimetr w poszukiwaniu znaczenia słów, które katolicki ksiądz wypowiedział do młodej pary w krakowskim kościele w roku Pańskim 2017?

Chcąc napisać o czymś budującym, optymistycznym i dającym nadzieję, sam przygotowałem na siebie i Was, Drodzy Czytelnicy, pułapkę, która – jak widać – może wwieść nas w tarapaty poważniejsze niż zastanawianie się nad współczesnymi okolicznościami przyrody, polityki i przemian społecznych.

Zatem – czem prędzej – udałem się do swojego tajnego warsztatu i przyniosłem dwa przyrządy, które ułatwią nam wyjście z problemów, które rodzi rozdrabnianie sensów i badanie pod lupą terminu: „szczęście”.

Przyniosłem brzytwę Willa Ockhama (nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę) oraz mocno kontrowersyjny „Młot na czarownice”, rozumiany jednak nie tak, jak nakazali to Heinrich Kramer i Jakob Sprenger, ale na mój sposób.

„Młot” nie służy mi bowiem do wynajdowania czarownic, ale porządkuję nim te stwierdzenia i przekonania, które nijak nie wytrzymują próby zmierzenia się z myśleniem logicznym i oparte są na nowych zabobonach, a te są jeszcze bardziej głupie i pozbawione sensu niż średniowieczne zmagania z czarownicami.

Tak więc rach-ciach – tu młotem, a tam brzytwą – zabrałem się za „szczęście”.

Po drodze zatrzymałem się nad pięknie napisanym traktatem „O szczęściu” Władysława Tatarkiewicza, który uczciwie stara się uporządkować i rozjaśnić tradycję filozofowania o tym najlepszym z ludzkich stanów istnienia.

Tatarkiewicz przypomniał cztery definicje tego stanu: szczęście jako „wybitnie dodatnie wydarzenie”, jako „wybitnie dodatnie przeżycie”, jako „posiadanie największej miary dóbr dostępnej człowiekowi” oraz jako „zadowolenie z życia”. W tej ostatniej definicji bliscy jesteśmy Arystotelesowi, który wręcz twierdził, że dzieci nie są w stanie odczuwać szczęścia, bowiem ten stan dostępny jest dopiero osobom, które potrafią spoglądać na swoje życie z pewnego już dystansu.

No, dobrze – jak na telewizyjnej reklamie paliw zamroziłem przed wami scenę, w której kapłan składa życzenia młodym małżonkom: Kapłan wciąż stoi z uniesioną dłonią, a młody małżonek intensywnie wpatruje się w jego spojrzenie.

Pora odmrozić kadr i tchnąć w niego odrobinę zwykłego życia.

Załóżmy przy tym, że nasz kapłan jest człowiekiem wrażliwym, mądrym, wierzącym w Pana Boga i życiowo doświadczonym.

Chwilę – nie ukrywam, że w pewnym napięciu – oczekujemy wspólnie na zakończenie tego dialogu.

Ksiądz uśmiecha się życzliwie do młodego człowieka i spokojnie opuszcza dłoń.

W jego umyśle trwa jednak prosta modlitwa do Ducha Świętego. Tak zwykle się dzieje, gdy kapłan otrzymuje pytanie, od którego może bardzo wiele zależeć, a jest to pytanie generujące odpowiedź, dającą uczciwą okazję do wejrzenia za kulisy stwórczej mocy Pana.

– Duchu Święty, spraw, abym potrafił odpowiedzieć uczciwie, prawdziwie i dobrze – modli się dusza naszego kapłana.

Teraz spojrzenie księdza staje się jasne, spokojne – tak jakby właśnie nadeszła długo oczekiwana odpowiedź.

– Dziękuję – niespodziewanie odzywa się młody małżonek. – Właśnie pojąłem definicję tego, czego Ksiądz nam życzy. Mam nadzieję, że przed śmiercią znów przyjdziemy do Księdza i opowiemy o tym, co nas spotkało.

– Bóg zapłać, Kochani! – spokojnie odpowiada im kapłan.

Długo spogląda na oddalającą się długim krużgankiem parę.

Jest bardzo podekscytowany.

Pojął coś, o czym wcześniej przeczytał na tysiącach pracowicie zapisanych stron.

***

– Czym jest szczęście?

– Już wiecie?

Tagi:
felieton

Reklama

Portret księcia Konstantego

2019-11-13 08:09

Piotr Grzybowski
Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 38

Ostatnie decyzje radnych Białegostoku i Żyrardowa świadczą nie tylko o nieświadomości czy niewiedzy historycznej, ale także o niepodporządkowaniu się ustalonym zasadom

pl.wikipedia.org

Zaczęło się w Białymstoku. Po gorszącym sporze i burzliwej dyskusji radni miejscy przegłosowali zmianę nazwy ulicy mjr. Zygmunta Edwarda Szendzielarza „Łupaszki”, dowódcy V Wileńskiej Brygady AK, na Podlaską.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nabierzcie ducha!

2019-11-13 08:09

O. Krzysztof Osuch SJ
Niedziela Ogólnopolska 46/2019, str. 31

stock.adobe.com

Zapowiedź zburzenia świątyni i podboju Jerozolimy przez pogan już dawno się spełniła. Czekamy na spełnienie obietnicy co do powtórnego przyjścia Chrystusa. To dla nas intrygujące, jak dużo mówi Pan o tym, co poprzedzi Jego powrót i jakie „zjawiska” będą się intensyfikować w końcu dziejów. Znaki zwiastujące koniec dopełniających się „czasów ostatecznych” trudno jest interpretować. Obserwując to, co się dzieje w kilku ostatnich dekadach (czy paru wiekach), możemy twierdzić, że liczne są znaki końca i bliskiej Paruzji. Nikt jednak nie wie – i wiedzieć nie może – jakie zamiary ma jeszcze Bóg wobec świata i ludzkiej historii. Znamy rzecz najważniejszą – historia ludzkości nie jest linią biegnącą z nieskończoności w nieskończoność. Ma ona swój początek i kres. Nie jest też zamkniętym kręgiem z cyklicznymi powrotami...

Życie człowieka kończy się śmiercią. Koniec mieć będzie też ludzkość jako całość. Także ziemia, mimo osadzenia w potężnym i genialnym akcie stwórczym Boga, jest tylko czasowa (nie wieczna). Bezpowrotnie przeminie. Niezależnie od naszej woli (wyobrażeń czy oczekiwań) nadchodzi ostatnia godzina ludzkich dziejów. Stoimy przed kurtyną, która w każdej chwili może zostać podniesiona! Ukaże się wtedy wspaniałość naszego Zbawiciela!

Tak, jeszcze jesteśmy tu, unoszeni wartkim strumieniem zdarzeń... Uczniowie Jezusa liczą się z tym, że zanim powróci Pan „z wielką mocą i chwałą”, będą musieli wiele wycierpieć. Owszem, bywały dla wierzących okresy spokojniejsze, ale w czasach ostatecznych nic nie będzie im oszczędzone. Pojawią się fałszywi prorocy i religijni szarlatani. Będą wojny, rewolucje, trzęsienia ziemi, głód i zarazy, prześladowania i więzienia, rozdarcia i zdrady, także ze strony bliskich. Blisko końca „ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie” (Łk 21, 11). Wierzący w Chrystusa już doświadczają tego wszystkiego w nadmiarze! Co za ból i współczucie!

Ale pociechą i ostoją są słowa Jezusa: „(...) nie trwóżcie się (...). To najpierw musi się stać” (Łk 21, 9). „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie” (Łk 21, 28).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Boliwia: wiele rodzin nie ma co włożyć do garnka

2019-11-17 20:18

Ks. Szymon Zurek (Vaticanews) / Santa Cruz del Sierra (KAI)

W Boliwii kontekst Światowego Dnia Ubogich w tym roku jest zupełnie wyjątkowy. Trwający trzy tygodnie kryzys rządowy, spowodował zwiększenie niepokoju w społeczeństwie i masowe protesty. W kraju rośnie bieda i wiele rodzin nie ma co jeść. W pomoc potrzebującym aktywnie włączają się Caritas i inne organizacje kościelne.

Galyna Andrushko/pl.fotolia.com

Pokojowy, ale jednak protest, blokady, niemożność realizowania codziennych obowiązków, podjęcia pracy: wszystko to przyczyniło się do tego, że w peryferyjnych dzielnicach np. dwumilionowego miasta Santa Cruz de la Sierra, wiele rodzin nie ma co włożyć do garnka. Należałoby właściwie wskazać, że Dzień Ubogich trwa w tutejszych parafiach od ponad dwóch tygodni. Sąsiedzi organizują między sobą tzw. „olla común” czyli wspólne gotowanie, mając na względzie przede wszystkim te rodziny, którym nie starcza pieniędzy na zakup żywności. "Jest to piękne świadectwo solidarności między sąsiadami, bez względu na wyznanie wiary czy przekonania polityczne" – uważa pracujący tam polski kapłan ks. Szymon Zurek.

W parafiach grupy Caritas rozeznawały w tych dniach konkretne potrzeby najbardziej potrzebujących rodzin, by móc przygotować na Niedzielę Ubogich obiady i zanieść je do dzielnic. Np. w parafii św. Franciszka z Asyżu przygotowano ponad 450 porcji obiadów. W całe to dzieło byli zaangażowani członkowie wszystkich grup parafialnych: katechiści, grupa młodzieżowa, grupy muzyczne, lektorzy, animatorzy Kościelnych Wspólnot Podstawowych, Legion Maryi.

Ks. Zurek podkreślił, że w tym szczególnie trudnym czasie dla Boliwijczyków, możliwość podzielenia się z najbardziej potrzebującymi braćmi i siostrami, jest piękną okazją do praktykowania przykazania miłości, przelania wiary, którą żyją, która im dała tyle siły w trudnych dniach kryzysu, w konkretny czyn miłosierdzia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem