Reklama

Niedziela Częstochowska

Modlitwa zgiętych kolan

List pasterski Arcybiskupa Metropolity Częstochowskiego na czas pracy duszpasterskiej i katechetycznej w nowym roku szkolnym 2018/2019

Niedziela częstochowska 36/2018, str. I

[ TEMATY ]

abp Wacław Depo

modlitwa zgiętych kolan

Bożena Sztajner/Niedziela

Bracia i Siostry w Chrystusie, Jedynym Odkupicielu człowieka!

Wraz z całym Narodem i Kościołem w Polsce przeżywamy Jubileusz 100-lecia odzyskania niepodległości. Wielkość daru wolnej Ojczyzny i całe dziedzictwo, które kryje się pod drogim każdemu słowem „Polska”, nie pozwala ograniczyć naszego dziękczynienia Bogu i Maryi do jednego dnia czy wydarzenia. Liczne inicjatywy podejmowane w jubileuszowym roku mają nie tylko wzmocnić naszą tożsamość narodową, ale również przypomnieć, że wolność przez Boga jest nam wszystkim nie tylko dana, ale również zadana. Szczególnymi adresatami daru niepodległości narodowej i wolności osobistej są ludzie młodzi. To od nich zależy kształt przyszłej Polski, to czy Ojczyzna nasza pozostanie wierna Bogu, Chrystusowemu Krzyżowi i Jego Ewangelii, czy też ulegnie pokusie źle pojętej wolności.

Potrzeba świadków

Na drodze chrześcijańskiego wychowania, a także rozeznania życiowego powołania, oprócz głoszonego i rozważanego słowa Bożego, potrzebne jest świadectwo ewangelicznego życia. Wielu młodych ludzi zapragnęło wejść na drogę życia małżeńskiego i założyć szczęśliwą rodzinę, spotykając na swojej drodze świadectwo małżonków, którzy darząc się miłością i zaufaniem, na fundamencie sakramentu małżeństwa założyli kochającą się rodzinę. Podobnie większość księży spotkała w młodości kapłana, który zachwycił ich przeżywaniem swego powołania. Nie inaczej bywa w przypadku powołania do życia zakonnego. To przez radosne świadectwo osób konsekrowanych, którzy w sposób radykalny praktykują ubóstwo, posłuszeństwo i czystość, wielu młodych ludzi rozpoznało i odpowiedziało na łaskę powołania zakonnego. Jako rodzice, księża, katecheci i nauczyciele bądźmy zatem wiarygodnymi świadkami wprowadzającymi słowo w czyn, bo inaczej będziemy „słuchaczami oszukującymi samych siebie” (Jk 1, 22).

Reklama

Szczególnym przykładem wyboru drogi życiowej dla młodych ludzi jest nasz polski patron – św. Stanisław Kostka. Świadectwo św. Stanisława, choć jego ziemskie życie zakończyło się 450 lat temu, jest wciąż żywe i aktualne. Św. Stanisław Kostka odznaczał się wieloma cnotami i dobrymi cechami charakteru. Był pobożnym młodzieńcem, który zawsze znajdował czas na modlitwę i pielęgnował nabożeństwo do Matki Bożej, a przede wszystkim żył w komunii z Panem Jezusem przez dar Eucharystii. Pracował i uczył się, jak sam napisał, „aby podobać się Bogu i ludziom, by w przyszłości służyć Ojczyźnie i sobie samemu przynieść korzyść”. Jego dewizą życiową były słowa: „do wyższych rzeczy jestem stworzony i dla nich winienem żyć”.

To, co wyjątkowo zdumiewa w życiu św. Stanisława, to jego odpowiedź na łaskę powołania. Przekonany, że Pan Jezus powołuje go do życia konsekrowanego w zakonie Ojców Jezuitów, z wielką determinacją dążył do wypełnienia woli Bożej. Z powodu sprzeciwu rodziców nie mógł zrealizować swojego powołania w Wiedniu, gdzie uczył się w kolegium Księży Jezuitów. Dlatego wyrzekł się znacznej ojcowizny i przebrany w zwykłe płócienne, pospolite ubranie wyruszył w podróż, mając nadzieję, że w innym miejscu zostanie przyjęty do zakonu. Przeszedł pieszo setki kilometrów, by poprzez Augsburg dotrzeć do Dylingi, a później do Rzymu. Tam realizując powołanie, zakończył ziemskie życie 15 sierpnia 1568 r., mając zaledwie 18 lat.

Proście Pana żniwa

W procesie wychowania chrześcijańskiego i towarzyszenia młodym w wyborze drogi życiowej, oprócz słowa i świadectwa, równie ważna jest modlitwa. Niedawne wspomnienie św. Moniki, a dzień później jej syna, św. Augustyna, przypominają, że „każde dobro, jakie otrzymujemy, i wszelki dar doskonały zstępują z góry, od Ojca świateł” (Jk 1, 17). Nie inaczej jest w przypadku dobrego wychowania i łaski powołania. Św. Monika, pomimo swojego autentycznie chrześcijańskiego życia i matczynego trudu wychowania, cierpiała z powodu grzesznego życia swojego syna Augustyna. Nie tracąc nigdy nadziei, przez kilkanaście lat prosiła Boga o jego nawrócenie. Jej ufna modlitwa została wysłuchana. Św. Augustyn dzięki łasce Bożej nie tylko się nawrócił, ale został biskupem i doktorem Kościoła.

Na wzór św. Moniki, jako rodzice i wychowawcy, módlmy się za powierzone nam dzieci i młodzież. Nieustanna modlitwa za młodych nabiera szczególnego znaczenia w kontekście kryzysu powołań do życia kapłańskiego, którego doświadczamy również w naszej archidiecezji. Dziękuję za odważne świadectwo publicznej modlitwy, pokuty i postu kapłanów. Proszę, by w miejsce zakończonej inicjatywy o nazwie „Modlitwa serc i stóp kapłańskich” została podjęta w ciągu roku szkolnego „Modlitwa zgiętych kolan”.

Modlitwa zgiętych kolan

„Modlitwa zgiętych kolan” to modlitwa na kolanach przed Najświętszym Sakramentem. Jej celem jest w pierwszym rzędzie uwielbienie i adoracja Pana Jezusa prawdziwie obecnego w darze Eucharystii. Obecność przed Panem Jezusem Eucharystycznym to również najlepsza okazja, by dziękować za dar kapłaństwa i modlić się o nowe powołania do życia kapłańskiego. Sakrament kapłaństwa bowiem jest nierozerwalnie związany z Eucharystią. Wierzę, że uszanowanie naszych kościołów i kaplic jako miejsc świętych, godne sprawowanie Najświętszej Ofiary i uwielbienie Jezusa Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie będzie owocować nowymi powołaniami kapłańskimi.

Postawmy sobie pytanie: jaka jest nasza wiara w rzeczywistą obecność Pana Jezusa pośród nas? Jaka jest nasza wdzięczność, czy owocuje ona świadectwem codziennego życia? Wielki święty naszych czasów – św. Ojciec Pio w jednym ze swoich listów przekazał skargę Pana Jezusa, który powiedział: „Zostawiają mnie w kościołach samego w nocy, samego w dzień. Nie troszczą się więcej o Najświętszy Sakrament Ołtarza. Nie mówi się o tym Sakramencie Miłości (...) Dla wielu ludzi mój dom stał się teatrem rozrywek...”.

Proszę, by modlitwa adoracji i uwielbienia była często podejmowana we wszystkich wspólnotach parafialnych i zakonnych. Zachęcam wszystkich do praktyki częstego nawiedzania Najświętszego Sakramentu. Zarządzam, by we wszystkich parafialnych kościołach były nadal odprawiane nabożeństwa pierwszych czwartków miesiąca. Proszę także, by na miarę możliwości poszczególnych parafii, zostało odprawione triduum ku czci św. Stanisława Kostki. Niech w miesiącu wrześniu nie zabraknie także modlitwy za ofiary II wojny światowej, a w Międzynarodowym Dniu Modlitwy o Pokój, czyli 21 września br., jako Kościół częstochowski zjednoczmy się na modlitwie do miłosierdzia Bożego.

Z serca udzielam pasterskiego błogosławieństwa: W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen!


Częstochowa, 29 sierpnia 2018 r.
List został odczytany w kościołach i kaplicach archidiecezji częstochowskiej 2 września 2018 r.

2018-09-04 13:45

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

„Dar i szansa” – przesłanie abp. Wacława Depo do ludzi mediów

2020-01-23 08:08

[ TEMATY ]

media

dziennikarze

abp Wacław Depo

dziennikarstwo

Red.

Tam, gdzie życie wydaje się jedynie ciężarem, a nie darem błogosławieństwa, katolickie media pozostają niezwykłą szansą rozpoznawania prawdy i świadectwem odważnej przemiany społeczeństwa na fundamencie Ewangelii Chrystusa - napisał abp. Wacław Depo, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu KEP w swoim przesłaniu do ludzi mediów, które ukazało się w tygodniku „Niedziela” (nr 4/26.01.2020), w związku z 54. Światowym Dniem Środków Społecznego Przekazu.

Publikujemy treść przesłania abp. Wacława Depo:

Wspomnienie Św. Franciszka Salezego, patrona dziennikarzy, który żył w latach 1567 – 1622, jest dobrą okazją do przypomnienia, że „media: prasa, radio, telewizja, internet, sieć społecznościowa, stanowią zarówno dar, jak i wielką szansę, którą ludzie mają do dyspozycji” (papież Franciszek).

Temat tegorocznego, już 54. Światowego Dnia Środków Społecznego Przekazu brzmi: „Abyś opowiadał dzieciom i wnukom (Wj 10, 2). Życie tworzy historię”. Wybierając to hasło, papież mocno zaznaczył, jak szczególnie ważne i cenne jest dziedzictwo pamięci w komunikacji. A ona ma się stać narzędziem budowania mostów, zjednoczenia i współdzielenia się pięknem bycia braćmi w czasach niepokojów i podziałów.

W obliczu dramatycznych napięć społeczno-politycznych oraz upadku cywilizacji zachodniej - którą prof. Wojciech Roszkowski – odważnie nazwał „roztrzaskanym lustrem” - Kościół, będąc wspólnotą Boga z ludźmi, jest nieustannym zaproszeniem do doświadczenia Boga w Chrystusie. Tam, gdzie życie wydaje się jedynie ciężarem, a nie darem błogosławieństwa, katolickie media pozostają niezwykłą szansą rozpoznawania prawdy i świadectwem odważnej przemiany społeczeństwa na fundamencie Ewangelii Chrystusa, wspartej światłem Ducha Świętego.

P.T. Wszystkim Współpracownikom Prawdy wyrażam wdzięczność za codzienny trud, życząc wzrastania w łasce i darów Ducha Świętego, ażeby wszystkie drogi i mosty świata stały się otwarte dla Chrystusa.

Z błogosławieństwem

Abp Wacław Depo

Przewodniczący Rady ds. Środków Społecznego Przekazu KEP

Częstochowa, 24.01.2020 r.

Abp. Wacław Depo do ludzi mediów – wypowiedź dla NIEDZIELA TV:

CZYTAJ DALEJ

Cud z Auschwitz

2020-01-21 09:37

Niedziela Ogólnopolska 4/2020, str. 62-63

[ TEMATY ]

Auschwitz

obóz

Adobe.stock.pl

Stefania i Jan Wernikowie mieszkają w Osieku k. Olkusza. Ich dzieciństwo to tematy na dwa osobne filmy o tragedii Polaków w czasie II wojny światowej

Na czarno-białej fotografii z 1962 r. piękna dziewczyna. Delikatne rysy twarzy, mocne kreski brwi, wyraźne usta. Uroda modelki, twarz z żurnala. I tylko oczy patrzą daleko poza ściany atelier fotografa. To Stefania Piekarz. Ma 18 lat i robi zdjęcie do pierwszego dowodu. Urodziła się w Auschwitz.

Nazywam się Stefania Wernik, po mężu, bo z domu Piekarz. Urodziłam się w piekle, tzn. w Auschwitz. Bóg uczynił cud i przeżyłam. Wiem, że to On mnie ocalił, bo po ludzku nie da się wytłumaczyć tego, co tam się stało. Mama trafiła do obozu, gdy była w drugim miesiącu ciąży. Na początku to ukrywała, ale gdy w sierpniu Niemcy chcieli ją wywieźć do Ravensbrück, współwięźniarka namówiła ją, żeby się przyznała. I mama, już w ciężarówce do transportu, powiedziała. Niemka kazała jej zejść na dół i wrócić do obozu. Wtedy przenieśli ją z baraku 11. do 15., dostawała tam nawet zupę z zabielanej wody, a nie wywar z cuchnącej, zgniłej brukwi – wspomina pani Stefania, która cztery miesiące później przyjdzie na świat. Siedzimy przy rodzinnym stole w domu państwa Werników. Ściany pełne fotografii uśmiechniętych dzieci, wnuków i prawnuków. – Razem jest nas trzydzieścioro czworo – mówi pan Jan, a jego niebieskie oczy, pełne łagodnego spokoju, spotykają mój wzrok.

– Żona zaraz wszystko opowie, ale niech Pani spróbuje babki, to wnuczka upiekła. U nas wszystko robi się razem i dla innych. Jak jednemu dzieje się bieda, to robimy rodzinną naradę i zastanawiamy się, jak pomóc. Rodzina jest najważniejsza. My z żoną już 57 lat jesteśmy razem, a łatwo nie było...

Stukamy talerzykami, brzęczą łyżeczki. Wybieram sypaną kawę z mlekiem, ale słucham i zapominam, że przede mną stoi filiżanka, i beżowy płyn szybko stygnie. Historia, która słowo po słowie kapie z ust pani Stefanii, paraliżuje mnie i tracę smak. Po chwili próbuję ukryć płynące po policzkach łzy. Niepotrzebnie. Pan Jan też ma mokre oczy.

Wyjdziesz przez komin

Był maj 1944 r., Anna Piekarz oczekiwała na narodziny pierwszego dziecka. W wojennej biedzie co rusz czegoś brakowało i – ulegając ciążowej zachciance – wybrała się do rodziców, którzy mieszkali w Osieku k. Olkusza. Z Czubrowic, gdzie mieszkała z mężem, do rodzinnego domu było prawie 10 km, ale pokonywała tę trasę wielokrotnie, więc wyruszyła bez obaw. Tyle że Osiek należał do Rzeszy, a Czubrowice do Generalnej Guberni. By odwiedzić rodziców, Anna musiała przekroczyć granicę. – Złapali ją w czasie obławy na szmuglerki i razem z nimi aresztowano. Mama nic przy sobie nie miała, ale dla Niemców to było bez znaczenia – opowiada pani Stefania. Złapane kobiety zawieźli do Olkusza, stamtąd, po jednodniowym uwięzieniu, pojechały do Auschwitz. Nikt w ciężarówce nie wiedział, że Anna boi się za dwie osoby i drżą w niej ze strachu dwa serca. Kiedy dojechały, na rampie czekała Niemka: „Wiecie, gdzie trafiłyście, zugangi?! Tu jest obóz śmierci! Stąd możecie wyjść tylko przez komin!”. Potem wzięli je do łaźni, ogolili i kazali włożyć pasiaki. – Woda cuchnęła, ubranie było sztywne od brudu, drewniane chodaki raniły gołe stopy i były ciężkie – mówiła mi mama. Ale przecież to był dopiero początek... – pani Stefania zawiesza głos. W dokumentach obozu zapisano: Piekarz Anna, numer 79414, urodzona 13 lipca 1918 r. Do KL Auschwitz przybyła 14 maja 1944 r.

A właściwie: przybyły, bo przecież obie. Maleńka Stefcia, ukryta pod serem mamy, przekroczyła koszmarną bramę z napisem: „Arbeit macht frei” razem z nią.

Nie pytaj, żyj

Zaczęła się dramatyczna walka o przetrwanie. Najpierw szok, potem próba ratowania resztek nadziei. I ciągły lęk o dziecko. – Mama nie chciała mówić o obozie. Byłyśmy tam razem dwa razy, ale niewiele opowiadała. Dopiero niedługo przed śmiercią, gdy traciła kontakt z rzeczywistością, często krzyczała przez sen: że stoi po kolana w wodzie, że oni idą, że strasznie bolą ją nogi, że jest zimno, że on zabierze jej Stefcię... – mówi pani Stefania. – Kto? Kto miał panią zabrać? – ośmielam się zapytać.

– Mengele. Po urodzeniu zabierał mnie na swoje eksperymenty, ale na szczęście niczego nie pamiętam. Mama mówiła, że gdy mnie stamtąd przynosili, to płakałam przez wiele godzin i nikt nie mógł mnie uspokoić – szepcze. Pani Anna miała do końca życia numer wytatuowany na lewej ręce, poniżej łokcia. Stefci wytatuowano numer na udzie, ale teraz pozostał tylko siniak. – Mama bardzo płakała, gdy mnie przynieśli z tym numerem – dodaje. Stefania Piekarz, numer obozowy 89136. Cała dokumentacja dotycząca jej narodzin i pobytu w obozie spłonęła.

Narodziny w piekle

Poród trwał 3 dni. Anna była tak słaba, że nie miała siły rodzić. Żeby przeć i wydać dziecko na świat, trzeba mieć siłę oddychać, napinać mięśnie i walczyć z bólem. A ona nie miała! Trawiona głodem od wielu miesięcy, wychudzona i zziębnięta leżała w obozowym szpitalu. Nie pamiętała, by ktoś przy niej był. Nie pamiętała ani tego, co myślała, ani tego, co czuła. Panicznie bała się, jak każda matka, o los dziecka. Czy się modliła? Co czuła w jednej z najważniejszych chwil w życiu kobiety? Urodzić dziecko w obozie koncentracyjnym i nie oszaleć, nie stracić nadziei, nie rzucić się na druty z bezsilności... „Do maja 1943 r. dzieci urodzone w obozie były w okrutny sposób mordowane: topiono je w beczułce. Po każdym porodzie (...) dochodził do uszu położnic głośny bulgot i długo się niekiedy utrzymujący plusk wody. Wkrótce po tym matka mogła ujrzeć ciało swojego dziecka rzucone przed blok i szarpane przez szczury” – zanotowała w Raporcie położnej z Oświęcimia obozowa położna Stanisława Leszczyńska. Nie było pieluch, środków opatrunkowych, przeciwbólowych ani dezynfekujących. Nie było nawet wody. Stanisława Leszczyńska podaje, że zbierała z kubków niewypite przez więźniarki resztki gorzkich ziół i w tych resztkach obmywała noworodki, a pępowinę odcinała zardzewiałymi nożyczkami.

Z dostępnych dokumentów wiemy, że w obozie Auschwitz-Birkenau urodziło się co najmniej 700 dzieci.

„Zamiast opatrunków miałam brudny koc, który aż trząsł się od wszy. Kobiety suszyły pieluszki na brzuchu lub udach – wieszanie ich w baraku karane było śmiercią”. Co zrobiła po porodzie Anna? – Mama chorowała 2 tygodnie, miała dużo mleka, choć nie wiadomo dlaczego, bo ważyła tylko 28 kg – mówi pani Stefania. – Więźniarki uszyły dla mnie jakieś ubranka z pasiaków. Gdy przyszło wyzwolenie obozu, mama wyniosła mnie, ukrytą w taborecie, który ciągnęła po śniegu, aż do Libiąża, a tam jacyś dobrzy ludzie udzielili nam schronienia. Potem ktoś zawiadomił tatę, ale on nie uwierzył! Wreszcie przyjechał i zabrał nas do domu. Zlecieli się wszyscy z okolicy, jakby jakiś cud się wydarzył... – mówi pani Stefania, a w jej oczach zapala się światło i rozjaśnia mroczne wspomnienia duszy, których nie sposób słuchać, a co dopiero nosić wdrukowane w ciało, serce i duszę. Patrzę na nią – żywy cud z Auschwitz. Leciutko drżą jej usta, a ja już nie wstydzę się płakać.

CZYTAJ DALEJ

Ks. Piotr Pawlukiewicz – o kryzysie i najsilniejszych markach (twarzach) w Kościele

2020-01-28 08:06

[ TEMATY ]

duchowość

ks. Piotr Pawlukiewicz

youtube.com

Jak ktoś w naszym towarzystwie zacznie wyśmiewać Kościół, to nie wpadajmy od razu w panikę: „O Jezu, krytykuje Kościół, ma rację, bo przecież faktycznie księża to i tamto…”. Kościół jest tak stabilną i silną firmą, że od błędu jednego czy drugiego księdza się nie rozleci.

Pamiętacie zapewne niedawną sprawę emisji filmu o pedofili w Kościele, prawda? Oglądałem go i w swojej małości myślałem, że nazajutrz mój kościół będzie świecił pustkami, że księży to pewnie będą zamykać w klatkach i gdzieś wywozić…

A co się zmieniło? Nic! Kościół w Polsce się nie zawalił. Miałem nawetspotkanie z młodzieżą raptem kilka dni po nagłaśnianej przez media emisji tego filmu. Spodziewałem się, że pomidory polecą w moim kierunku, bo faktycznie film sam w sobie jest wstrząsający i szokujący. Nic takiego się nie stało. Ci, co przed emisją filmu chodzili do kościoła, nadal chodzą, ci, co się modlili, modlą się.

Dziś myślę, że dobrze, iż ten film się ukazał. Bo może choć jednego księdza powstrzyma przed złymi uczynkami, może coś naprawi… To jest dobry film, bo piętnuje zło. I pokazał prawdę, choć – jak to w sztuce – pewne aspekty uwypuklił bardziej niż inne.

Gdyby ktoś zapytał mnie, kogo uważam za taką najsilniejszą markę – twarz Kościoła w Polsce czy w ogóle Kościoła, to miałbym chyba trudność z odpowiedzią. Ostatnio bliski stał mi się ksiądz Jerzy Popiełuszko. Swego czasu nie bardzo mi się jego kazania podobały. Wciąż tylko: Ojczyzna, wolność, zbawienie…

(Ja wolałem kazania à la ksiądz Twardowski). Ale potem zrozumiałem, że to wcale nie głoszenie wybitnych homilii było życiowym powołaniem księdza Popiełuszki – on miał coś innego, sto razy lepszego. Był odważny. Wiedział, że w każdej chwili może dostać kulkę w łeb, że mogą go skatować na śmierć w ciemnym zaułku, a jednak robił to, co robił. Ja bym chyba uciekł. A on się nie bał. I wlewał odwagę w serca ludzi. Stawał na ambonie i mówił jawnie to, co myślał. I temu robotnikowi, któremu groziło wyrzucenie z pracy, i temu studentowi, któremu bruździli ubecy. Jego postawa dodawała ludziom siły, widzieli w nim świadka.

Jeśli chcemy, by marka chrześcijanina znaczyła coś we współczesnym świecie, musimy znaleźć w sobie odwagę. Takim odważnym świadkiem był też ksiądz kardynał Stefan Wyszyński. Z pewnością miał świadomość, że w każdej chwili może zginąć (władza z łatwością wymyśliłaby sposób, żeby zatuszować zbrodnię), a jednak odważnie wrócił do archidiecezji warszawskiej.

Dziś także są wśród nas ludzie odważni. Nadal są odważni ludzie.

_____________________________________________

Artykuł zawiera treści z książki ks. Piotra Pawlukiewicza „Ty jesteś marką”, wyd. RTCK. Szczegóły:Zobacz

rtck.pl

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję