Reklama

W świecie i dla świata

2019-01-30 10:37

Anna Cichobłazińska
Niedziela Ogólnopolska 5/2019, str. 28-29

Bożena Sztajner/Niedziela

Spotykamy je w szkołach, przychodniach, szpitalach, kancelariach parafialnych, na stanowiskach wymagających specjalistycznej wiedzy w dziełach prowadzonych przez ich macierzyste zgromadzenia zakonne. Wykształcone, uśmiechnięte, troskliwe. Współczesny świat stawia przed siostrami zakonnymi nowe wyzwania. Prowadzą budowy, obsługują zaawansowany technologicznie sprzęt, kierują dużymi zespołami ludzi.
Realizują jednocześnie dwa charyzmaty: zakonny i zawodowy. Wymaga to niemałego wysiłku, ale daje ogromną satysfakcję.

Dzieła prowadzone przez zgromadzenia zakonne muszą dziś spełniać ostre normy stawiane przez instytucje europejskie. Dotyczy to nie tylko wymogów technicznych i budowlanych, ale również kapitału ludzkiego. Domy opieki dla osób niepełnosprawnych, dorosłych i dzieci prowadzone przez zgromadzenia to dziś instytucje o wysokim standardzie z wysoko specjalistyczną kadrą. Jednak okazuje się, że ich największym atutem jest duchowość. Ponad specjalistyczną wiedzę i kwalifikacje sióstr zakonnych świeccy stawiają ich walory duchowe i formacyjne. Przełożone pilnie przyglądają się nowicjuszkom i rozeznają ich talenty. Siostry kończą specjalistyczne studia prawnicze, finansowe, medyczne, nauczycielskie. Pracują w świecie i dla świata, realizując przede wszystkim swoje charyzmaty.

Lekarz i siostra zakonna w jednym

S. Urszula Janiec, franciszkanka Rodziny Maryi, od 20 lat jest lekarzem w Zespole Domów Pomocy Społecznej prowadzonym przez jej zgromadzenie w Wieleniu n. Notecią i przyjmuje w przychodni lekarskiej. W postulacie ukończyła szkołę pielęgniarską. Później matka prowincjalna zaproponowała jej 6-letnie studia stacjonarne na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. W charyzmacie zgromadzenia jest opieka nad ludźmi opuszczonymi, chorymi i niepełnosprawnymi, stąd potrzeba fachowej kadry pielęgniarskiej i lekarskiej – u źródeł zgromadzenia był sierociniec utworzony dla polskich dzieci w Petersburgu przez założyciela Zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi – św. Zygmunta Szczęsnego Felińskiego. Studia s. Urszuli przypadły na pierwsze lata formacji zakonnej. Śluby wieczyste złożyła po 5. roku studiów. Ma drugi stopień specjalizacji z chorób wewnętrznych. Ukończyła też studia specjalistyczne z gerontologii.

Po latach pracy w zawodzie lekarskim widać, jak trafne były decyzje przełożonych. – Nieraz spotykam się z takim odbiorem społecznym, że czuję się zawstydzona pokładanymi we mnie nadziejami. Czasem trudno pogodzić te dwa powołania: medyczne i zakonne. Cały czas się uczę, jak temu sprostać, i szukam optymalnych rozwiązań. By dawać, iść do chorych z fachową wiedzą, ale przede wszystkim z cierpliwością i pokorą, muszę mieć czas na modlitwę i wyciszenie. Chorzy i ich rodziny czekają na obecność drugiego człowieka. W pierwszej kolejności widzą we mnie siostrę zakonną, dopiero później lekarza. „Nie lubimy, jak siostra wyjeżdża” – mówią mi pacjenci. To oznacza, że chcą mojej obecności, że daję im poczucie bezpieczeństwa. Ale muszę też nieraz wyjechać i odpocząć. Tu, w tym domu w Wieleniu, mieszkam, tu pracuję, tu się modlę, tu realizuję powołanie. Wciąż uczę się bycia lekarzem i siostrą zakonną w jednym.

Reklama

W drogę z niepełnosprawnymi

S. Teresa Jacek, franciszkanka Rodziny Maryi, od 4 lat jest przełożoną domu zakonnego w Częstochowie i prowadzi jego rozbudowę. Wciąż jednak wspomnieniami wraca do parafii w Niedźwiedziu, gdzie włączyła się w pracę grupy wolontaryjnej. Cieszy się, że wolontariat się rozwija i obejmuje kolejne pokolenia, a niepełnosprawni z Niedźwiedzia wciąż wyruszają w świat.

Zwiedzanie świata s. Teresa ma już we krwi. Trzy lata temu została wytypowana na wyjazd do Peru, na beatyfikację franciszkanów z Pariacoto. W samolocie były 2 wolne miejsca i franciszkanie zaproponowali je 2 siostrom franciszkankom Rodziny Maryi. Jedną z nich była s. Teresa. – Nie wiedzieli, że mam osobistą łączność z bł. Zbigniewem Strzałkowskim. Jeszcze jako seminarzysta oddał krew rannemu w wypadku kapłanowi, mojemu bratu, który spieszył do chorej siostry. Do mnie... – uśmiecha się s. Teresa.

– W mojej rodzinnej parafii w Horyńcu-Zdroju było wiele powołań: 10 kapłanów, w tym bp Mariusz Leszczyński, i 24 siostry zakonne, w tym 18 w Zgromadzeniu Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Te powołania zrodziły się po modlitwie różańcowej zarządzonej przez proboszcza po nawiedzeniu obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej – s. Teresa mówi z dumą o parafii pochodzenia. W zgromadzeniu ukończyła wyższe studia teologiczne. 36 lat pracowała jako katechetka, w tym 8 lat w parafii w Niedźwiedziu. Gdy usłyszała, że parafia organizuje wigilię dla samotnych i niepełnosprawnych, zaproponowała pomoc i dołączyła do już istniejącego wolontariatu prowadzonego przez nauczyciela i niepełnosprawnego pana. Wraz z s. Teresą do wolontariatu dołączyła pedagog szkoły, a także ksiądz wikariusz. Szkolny wolontariat zaczęli wspierać: proboszcz, wójt gminy i sponsorzy. Powszechne stały się kwesty po Mszach św. w kościołach położonych na terenie gminy. Dzieci, z opiekunami, zaczęły również odwiedzać domy rodzinne osób niepełnosprawnych, by proponować tym rodzinom pomoc. Osoby niepełnosprawne dowoził na zajęcia w świetlicy prezes Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych. W wakacje wolontariat organizował 2-tygodniowe kolonie „U św. Alberta”, czyli w budynku starej plebanii, dla dzieci niepełnosprawnych i z ubogich rodzin. Parafianie, widząc, co się czyni dla ich środowiska, sami przynosili żywność, proponowali pomoc w prowadzeniu zajęć, organizowali wycieczki krajoznawcze bryczkami. – Gdy chodziłam z dziećmi po kolędzie misyjnej, wśród osób niepełnosprawnych odkryłam dorosłe osoby bez sakramentów świętych – mówi s. Teresa. – Udzielono im tylko sakramentu chrztu św. Podjęłam się przygotowania do przyjęcia przez nie sakramentów pokuty i Eucharystii (w domu rodzinnym) oraz bierzmowania. Sakramentu bierzmowania udzielił w kościele parafialnym ks. inf. Janusz Bielański z katedry wawelskiej.

Z niepełnosprawnymi wyruszyli w świat: do Włoch (3 razy), do samego Rzymu (2 razy), do Pragi, Lewoczy, Lourdes, Fatimy. – Nasz orszak z niepełnosprawnymi na wózkach inwalidzkich budził powszechne zainteresowanie i podziw mieszkańców Europy – mówi z uśmiechem s. Teresa. – Żyję w pięknych czasach. Z moimi niepełnosprawnymi zwiedziłam Europę. Byłam na beatyfikacji w Peru. Dziś codziennie patrzę z mojego domu na Jasną Górę. To więcej, niż mogłam oczekiwać. Dziękuję Bogu za te doświadczenia i zgromadzeniu, że wypełniając nasz charyzmat, doznaję tylu duchowych przeżyć. Obecnie wszystkich duchowo przyprowadzam przed Cudowny Obraz Pani Jasnogórskiej.

W parafii ludzi cierpiących

S. Wacława Karwowska, zmartwychwstanka z częstochowskiego domu zgromadzenia, to rocznik przedwojenny. Od 5 lat posługę apostolatu chorych pełni telefonicznie, listownie i kontynuuje wizyty domowe. Dostarcza czasopisma katolickie, szczególnie „Niedzielę”, książki, teksty modlitw i dewocjonalia, przekazywane bezinteresownie przez ofiarodawców. Zawsze jest otwarta na pomoc duchową choremu i jego rodzinie. Przez 21 lat pełniła tę posługę w Szpitalu Najświętszej Maryi Panny w Częstochowie na Parkitce. Przygotowywała się do niej w Chicago na kursie organizowanym dla apostolatu chorych. W czasie stażu w chicagowskim szpitalu pisała szczegółowe konspekty ze spotkań i rozmów z chorymi.

– Służyć to być do dyspozycji temu, komu się służy – mówi s. Wacława. – Chory przede wszystkim potrzebuje wysłuchania, a cierpliwe, choć niełatwe, słuchanie jest formą służby duchowej, z której wynika dobro obopólne – zaznacza. Chorzy ufają osobie konsekrowanej. Na co dzień nie uświadamiamy sobie tego faktu. Obecność siostry zakonnej zmienia ludzi, otwiera. Dzielą się swoim bólem i swoimi troskami. – Staram się mówić mało, a nawet nic. Tylko słuchać, przytulić, trzymać za rękę. Być – podkreśla. Szpital to miejsce wielkiego cierpienia: fizycznego, ale też duchowego i psychicznego. Niektórzy chorzy mają nieuporządkowane życie duchowe, rodzinne. Te cierpienia kumulują się w szpitalu, gdy obok ich łóżka jest pustka, nie ma odwiedzin bliskich. A dramat pojawia się wtedy, gdy samotnie umierają albo gdy przy łóżku chorego wybuchają złe emocje rodziny. Ale pobyt w szpitalu może też być czasem łaski – zastanowienia nad życiem, prostowania ścieżek, nawrócenia, pojednania z Bogiem i bliskimi. I na tej drodze potrzebne są osoby, które wysłuchają, rozeznają potrzeby, poradzą, przygotują do spowiedzi, do Eucharystii, sakramentu chorych, przywołają kapłana.

– W tym ogromnym częstochowskim szpitalu kapelanem był ks. Wacław Kuflewski, ale wspierali go w posłudze ojcowie z Jasnej Góry – miałam do nich telefony od kustosza. Jeżeli chory miał inne wyznanie, to proponowałam wspólną modlitwę – mówi s. Wacława. – Służąc choremu, jestem w centrum charyzmatu Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstanek – jest nim współuczestnictwo w tajemnicy męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Jestem szczęśliwa, że wciąż w tym charyzmacie jestem obecna. Chorzy lękają się śmierci, ale jeszcze bardziej boją się umierania na szpitalnym łóżku. Dlatego gdy lekarz mówi, że już nic więcej nie można pomóc, radzę rodzinie, by wzięła chorego do domu. Oni chcą umierać w otoczeniu rodziny. Nieraz ostatnia wola umierającego oddziałuje na nią uzdrawiająco. Bliscy biorą ślub, spowiadają się po wieloletniej przerwie, przystępują do stołu Pańskiego. To jest łaska. Modlitwa ludzi cierpiących i umierających ma wielką moc.

***

Trzy kobiety, trzy różne drogi życia konsekrowanego, aktywnego, pełnego zaangażowania i poświęcenia w wypełnianiu woli Bożej. Znakiem dzisiejszych czasów jest wymóg wysokich kwalifikacji, które częstokroć nabywane są przez siostry już podczas służby w zgromadzeniu. Siostry zakonne, poświęcając swoje życie Bogu, tylko z pozoru zamykają się w murach klasztoru lub prowadzonych przez zgromadzenie placówek. Te czasy to już historia. Dzisiaj, mając wysokie wykształcenie, pracują dla świata, dla ludzi. Realizują przy tym swoje powołanie duchowe i zawodowe, które stają się nierozdzielne. Bez powołania, pracy i oddania sióstr świat byłby dużo gorszy.

Tagi:
zakonnice

Agata Puścikowska: siostry zakonne to kobiety o licznych zdolnościach i pasjach

2019-10-15 15:38

maj / Warszawa (KAI)

Elita, kobiety bardzo wykształcone, o licznych zdolnościach, wierne sobie, idące za swoją pasją – takich jest wiele sióstr zakonnych, które znam – mówiła Agata Puścikowska, autorka książki „Wojenne siostry” podczas prezentacji, która odbyła się dziś w Centrum Medialnym KAI. Dziennikarka podkreśliła, że ukazane w książce fascynujące postaci sióstr zakonnych czasów wojennych i powojennych to poruszająca historia stanowiąca tło również fascynującej pracy współczesnych zgromadzeń.

Bożena Sztajner/Niedziela

-Piszę o kobietach - bohaterskich, często wyprzedzających swoją epokę i jednocześnie bardzo zwyczajnych – powiedziała Agata Puścikowska podczas prezentacji książki „Wojenne siostry”, przedstawiającej 19 sylwetek sióstr zakonnych, bohaterek czasów wojennych i powojennych. Podkreśliła, że wybrane przez nią 19 postaci, to zaledwie wycinek ogromnej liczby historii sióstr zakonnych, które zasługują na upamiętnienie i które watro byłoby ocalić od zapomnienia. Wyraziła też radość, że napisana przez nią książka stała się dla kilku zgromadzeń inspiracją do podjęcia poszukiwań związanych z własną przeszłością.

Dziennikarka zaznaczyła przy tym, że wiele zgromadzeń dobrze zna historię bohaterstwa własnych członkiń i że jest ona tłem współczesnych, często równie fascynujących działań. – Siostry zakonne mnie interesują. Znam wiele z nich, są dla mnie często autorytetem, inspiracją – podkreśliła Agata Puścikowska. – Moim zdaniem to jest elita, kobiety energiczne, często świetnie wykształcone, wierne sobie, które poszły za swoją pasją i realizują się w niej – dodała.

Odpowiadając na pytanie, czy jej książka może pomóc przezwyciężyć negatywny stereotyp związany z postrzeganiem sióstr zakonnych podkreśliła, że nie było to jej celem i że siostry przede wszystkim same mówią o sobie. Wyraziła natomiast nadzieję, że jej książka dotrze do młodych, zwłaszcza do młodych kobiet.

Red. Marek Zając, prowadzący spotkanie, podkreślił wartość pracy Agaty Puścikowskiej, która od lat konsekwentnie pokazuje życie sióstr zakonnych w Polsce. Zwrócił też uwagę na znaczenie jej najnowszej książki, która ocala od zapomnienia to, co bez niej bezpowrotnie odeszłoby w przeszłość.

Zastanawiając się nad pytaniem, skąd bohaterki książki czerpały siłę do swojej często nadludzkiej pracy, skąd brała się ich odwaga, dlaczego potrafiły znieść tortury a wreszcie – oddać życie – uczestnicy spotkania mówili o tym, jak trudno jest pisać o duchowości i że ostatecznie otoczona jest ona tajemnicą.

Kolejne spotkanie z Agatą Puścikowską, autorką książki „Wojenne siostry”, odbędzie się 22 października o godz. 18 w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal 3/5 w Warszawie. Spotkanie poprowadzi Piotr Legutko.

„Wojenne Siostry”, Agata Puścikowska, Wydawnictwo ZNAK 2019.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy chrześcijanin może być smutny?

2019-10-29 12:47

Ks. Adrian Put
Niedziela Ogólnopolska 44/2019, str. 10-11

Popularna piosenka zespołu Arka Noego przypomina, że każdy święty chodzi uśmiechnięty. Niektórzy rozwijają tę myśl, dodając, że prawdziwy chrześcijanin nie powinien się smucić. Bo przecież dlaczego mielibyśmy być smutni, skoro Jezus nas zbawił? Czy zatem w naszym chrześcijańskim życiu jest miejsce na smutek?

stock.adobe.com

Jest, a nawet dodałbym, że jest on jednym z istotniejszych doświadczeń, których jako chrześcijanie potrzebujemy. By móc zasmakować prawdziwej radości, powinniśmy doświadczyć także doliny smutku.

Sam smutek jest częścią życia każdego człowieka. Wraz z radością, strachem i złością tworzy emocjonalne bogactwo naszego życia. Nie można w pełni przeżyć życia bez doświadczenia tych stanów, one są potrzebne do prawidłowego rozwoju. Nie wszystkie powinny występować w takim samym natężeniu, jednak przejście przez każdy z nich tworzy bogactwo doświadczeń emocjonalnych każdego z nas. Smutek ma zatem swoje miejsce w naszym życiu, nie tylko emocjonalnym.

Smutek w Starym Testamencie

Temat smutku pojawia się na kartach Pisma Świętego. Trudno w krótkim tekście zaprezentować, co na ten temat mówi Boże Objawienie, wybrałem więc kilka fragmentów, aby pokazać, że Biblia nie przedstawia smutku tylko w negatywnej perspektywie.

Stary Testament wiąże ten stan bardzo mocno z wezwaniem do pokuty i nawrócenia. Przypisuje go człowiekowi pokutującemu za swoje czyny. W Księdze Koheleta (7, 3) znajdziemy następujące słowa: „Lepszy jest smutek niż śmiech, bo przy smutnym obliczu serce jest dobre”. W tym przypadku autor natchniony stara się zwrócić naszą uwagę na potrzebę brania życia bardzo poważnie. Podpowiada nam, że cechą prawdziwej mądrości jest umiejętność dostrzeżenia, iż życie to nie tylko śmiech i zabawa. Prorok Joel (2, 13) nie tyle mówi o samym smutku, co wzywa do pokuty. Nie proponuje radości i wesela, ale obrazowo zachęca grzeszników, by rozdzierali swoje serca. Jeremiasz (6, 26) w tym samym duchu zachęca grzesznika: „wdziej wór i tarzaj się w prochu; urządź sobie żałobę jak po jedynaku, gorzki lament”. Również w tym przypadku prorok zachęca grzeszników, by podjęli pokutę. Ta zaś powinna być czyniona nie tyle w radości i weselu, ile bardziej ze skruszonym sercem.

Smutek w Nowym Testamencie

Nowy Testament ujmuje smutek w perspektywie zbawienia. W Liście św. Jakuba (4, 8b-9) jest wezwanie do smutku skierowane do grzeszników: „Oczyśćcie ręce, grzesznicy, uświęćcie serca, ludzie chwiejni! Uznajcie waszą nędzę, smućcie się i płaczcie! Śmiech wasz niech się obróci w smutek, a radość w przygnębienie!”. Ten temat zostaje pogłębiony w Kazaniu na Górze – ewangelista Mateusz przytacza słowa Pana: „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni” (Mt 5, 4). To orędzie skierowane jest do wszystkich, którzy na tym świecie doznają smutku i cierpienia. Jeśli jednak nadzieję pokładają w Bogu, ich smutek przyniesie błogosławiony plon. Święty Paweł w Drugim Liście do Koryntian powie wprost: „(...) raduję się – nie dlatego, żeście się zasmucili, ale żeście się zasmucili ku nawróceniu. Zasmuciliście się bowiem po Bożemu, tak iż nie ponieśliście przez nas żadnej szkody. Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje nawrócenia ku zbawieniu” (7, 9-10). Święty Jan wysiłki, które podejmujemy, by kroczyć drogą Boga na tym świecie, widzi również w kontekście smutku. Pozorny brak radości z powodu dóbr tego świata Ewangelista tłumaczy oczekiwaniem na dostąpienie łaski zbawienia: „Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat” (16, 20-21).

Dla słowa Bożego smutek związany jest z marnością tego świata i wezwaniem do pokuty. Należy go jednak zawsze przeżywać z nadzieją, którą na ten świat przyniósł Jezus Chrystus. Obecne nasze życie podobne jest do czasu porodu. Doznajemy smutku tej chwili, gdy narodzi się w nas nowy człowiek, wówczas smutek przerodzi się w radość.

W perspektywie wiary

Taką biblijną perspektywę myślenia o smutku przyjęli chrześcijanie. Smutek nigdy nie był celem samym w sobie. Nie był też rozumiany jako cnota, o której osiągnięcie powinno się zabiegać. Musi być jednak przeżywany w powiązaniu z chrześcijańską radością, a ta swe źródło czerpie z chrześcijańskiej nadziei. Można nawet zaryzykować tezę, że nie sposób mówić o chrześcijańskiej radości bez wskazania jej odwrotności, czyli chrześcijańskiego smutku. To pewna droga, która wyznaczała rytm życia: od smutku do radości, od ciemności do nadziei, od pokuty do wolności dzieci Bożych.

Czasem smutek może też być cechą całych społeczeństw. Bardzo zaintrygowało mnie słowo św. Jana Pawła II, który gdy pierwszy raz przybył na Węgry w 1991 r., witając się z wiernymi, zacytował słowa poety Józsefa Eötvösa: „Niebo daje każdemu krajowi jakiś skarb”, i wskazał, że skarbem Węgrów jest „święty smutek”. Nie oznacza to przecież, że w narodzie tym nie ma radości czy wesela. Jest to bardziej stan pełnego ufności oczekiwania na Bożą łaskę i dar szczęścia.

Radości, do której jesteśmy zaproszeni po smutku, nigdy nie możemy zatrzymać tylko dla siebie. Na ten misyjny wymiar radości zwrócił uwagę papież Franciszek, który w homilii wygłoszonej 10 maja 2013 r. w Domu św. Marty powiedział: „(...) jeśli chcemy mieć tę radość tylko dla siebie, (to – dop. A.P.) na koniec się (ona – dop.) psuje i nasze serce staje się trochę przygnębione, a nasza twarz już nie wyraża tej wielkiej radości, ale nostalgię, ów smutek, który nie jest zdrowy”. W ten sposób Ojciec Święty chce nam podpowiedzieć, że smutek tylko wówczas będzie dobry, gdy będzie zakorzeniony w chrześcijańskiej nadziei. Ta zaś, by pozwoliła nam doświadczyć autentycznej radości, musi być przeżywana misyjnie. Bez dzielenia się nią z innymi popadniemy znów w smutek, który tym razem będzie bardzo groźny dla naszego życia. To smutek, na którego końcu nie ma już żadnej nadziei.

Smutek a pesymizm

Smutek pozbawiony nadziei jest bardziej pesymizmem. Między smutkiem a pesymizmem istnieje jednak wyraźna różnica, a często te dwa stany są błędnie ze sobą mylone. Pesymizm to postawa wyrażająca się w skłonności do dostrzegania tylko ujemnych stron życia, negatywnej oceny rzeczywistości oraz przyszłości. To jest właśnie ten „czarny” smutek, w którym nie ma już nadziei. Należy wyraźnie podkreślić, że nie jest to smutek w rozumieniu chrześcijańskim. Pesymizm wiedzie nas prostą drogą ku pokusie rozpaczy, a naszym życiem zaczyna wówczas kierować coraz bardziej czarna melancholia.

Smutek jest zatem niezbędnym doświadczeniem w naszym życiu. Jest częścią świata naszych emocji. W perspektywie wiary smutek pokuty i nawrócenia odgrywa jednak dużą rolę. Smutek będący przede wszystkim tęsknotą za Bogiem i życiem wiecznym będzie cechą naszego obecnego życia tu, na ziemi. Jednak ten bez chrześcijańskiej nadziei prowadzi do rozpaczy, a ona jest przeciwna wierze. Smutek jest nam potrzebny – oczywiście, w zdrowych proporcjach. Ale tylko ten, który wiedzie ku nadziei.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Indie: Kościół ratuje wdowy, już nie od stosu, ale od odrzucenia

2019-11-19 18:03

Łukasz Sośniak SJ/vaticannews.va / Koczin (KAI)

Kościół katolicki w Koczinie w południowych Indiach zamierza pomóc wdowom w ponownym małżeństwie. Są one poddawane w tym kraju ostracyzmowi i dlatego nawet młode wdowy bardzo rzadko ponownie wychodzą za mąż. Właśnie w tym celu biskupi ze stanu Kerala stworzyli specjalną stronę internetową, gdzie kobiety mogą się rejestrować, aby uzyskać wsparcie.

youtube.com

Bez pomocy ponowne wyjście za mąż w Indiach jest praktycznie niemożliwe. Kobieta bez męża nie przedstawia w tym kraju żadnej wartości. Często zaraz po śmierci mężczyzny jest ona wyrzucana na ulice bez środków do życia. Choć dziś nie musi już spłonąć razem z ciałem męża na jego pogrzebowym stosie, to tę tradycję zastąpił powszechny ostracyzm i pogarda. „Uważamy, że wdowy w żaden sposób nie powinny być dyskryminowane. Chcemy zmienić ich postrzeganie w naszej wspólnocie” – powiedział ks. Paul Madassery, sekretarz Komisji ds. Rodziny przy radzie biskupów stanu Kerala.

Pierwszym krokiem było stworzenie „Forum dla wdów”. Na spotkaniu, które odbyło się w Koczinie, ustalono ich najpilniejsze potrzeby. „Zaczynamy tworzyć listę wdów. Ponieważ pierwszy raz zbieramy dane w takiej skali, z każdej diecezji, zajmie nam to przypuszczalnie ponad rok” – powiedział ks. Madassery. Stworzono też specjalną stronę internetową, na której wdowy mogą się zarejestrować same. Wybrane kobiety zostaną podzielone na grupy i otrzymają odpowiednie przeszkolenie. „Niektóre z nich nie mają pojęcia, że przysługuje im rządowa pomoc, będziemy je szkolić, aby wiedziały, jak ją uzyskać” – wyjaśnił ks. Madassery.

Los indyjskich wdów jest bardzo ciężki. Rytuał Sati, czyli samospalenie wdowy na stosie pogrzebowym męża, jest silnie zakorzeniony głównie wśród starszych lub bardzo religijnych mieszkańców Indii. Choć zwyczaj ten został prawnie zakazany w Indiach ponad 30 lat temu, jest jeszcze czasami praktykowany. Sama jego obecność pokazuje, jakie miejsce w społeczeństwie indyjskim zajmuje wdowa – powinna zniknąć. Dziś Indie zmieniły się. Nakłanianie wdowy do samobójstwa nie jest już tak częste. Rytuał samospalenia zastąpiło jednak powszechne odtrącenie – wykluczenie społeczne i rodzinne. W Indiach kobieta staje się istotą społeczną dopiero po wyjściu za mąż. Dlatego pozbawiona mężczyzny nie przedstawia żadnej wartości. Nikt jej nie chce, nawet jej synowie. Powszechne jest wyrzucanie wdów na ulice bez środków do utrzymania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem