Reklama

Świat

Front jest miejscem, gdzie człowiek odczuwa potrzebę obecności Pana Boga

Jedną z najszczęśliwszych chwil w swoim życiu kapłańskim przeżyłem wtedy, gdy musiałem iść na pozycje bojowe z Najświętszymi Darami na sercu pod ostrzałem – powiedział KAI ukraiński kapłan greckokatolicki ks. Andrij Zelinskij, który od dziesięciu lat pełni posługę duszpasterską w siłach zbrojnych Ukrainy. Po wybuchu wojny z Rosją uznał za oczywiste, żeby być na froncie, gdyż większość młodych oficerów, walczących w strefie operacji antyterrorystycznej na Wschodzie Ukrainy, to jego wieloletni przyjaciele. Wspierał ich duchowo w miejscach najkrwawszych walk z separatystami – w Słowiańsku, Kramatorsku, Piskach (pod lotniskiem Donieckim) i w Debalcewie.

[ TEMATY ]

wywiad

Ukraina

wojna

pict rider/fotolia.com

"Doświadczenie zniszczonej przestrzeni i czasu"

KAI: Czy w czasie, gdy na Ukrainie panował pokój, można było wyobrazić sobie, że trzeba będzie pełnić misję duszpasterską na pozycjach bojowych?

- Oczywiście, że nie. Ani sama Ukraina nie była przygotowana do wojny, ani duszpasterze. Jeszcze parę lat temu wojna była czymś niewyobrażalnym. Toteż obecnie stworzyła ona nowe wyzwania także w kontekście przemyślenia na nowo posługi i przygotowania do jej pełnienia kapelanów wojskowych. W czasie pokoju chodzi przede wszystkim o działalność oświatowo-wychowawczą, o rozwiązywanie spraw dotyczących psychologicznego i duchowego stanu człowieka. Teraz zaś, gdy dochodzi do wojny, wszystkie te problemy pogłębiają się, bo mamy do czynienia z napięciami i z poszukiwaniem niezbędnych wskazówek do zrozumienia tego wszystkiego, co się dzieje wokół.

- Jak często ksiądz jeździ na front?

- Gdy Rosjanie zajęli Półwysep Krymski w marcu ub.r., utrzymywałem kontakt telefoniczny z żołnierzami ukraińskimi. Przed rozpoczęciem aktywnej fazy operacji antyterrorystycznej (ATO) byłem z nimi, a od końca czerwca, gdy już się ona zaczęła – czyli od czasu walk pod Słowiańskiem – byłem tam jako pierwszy kapelan. Później wyjechałem do Kramatorska, od końca grudnia do początku stycznia byłem w Piskach pod lotniskiem Donieckim, a następnie – pod Debalcewem.

- Jak przyjmują na polu bitwy kogoś, kto głosi Ewangelię miłości i przebaczenia?

- Bardzo pozytywnie. Misją kapelana jest przychylenie nieba żołnierzom, żeby każdy z nich poczuł się umiłowanym dzieckiem Bożym, nawet z bronią w ręku, bo „nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół”. Żołnierze znajdują się na linii frontu nie z powodu nienawiści bądź zemsty, ale żeby bronić życia, ojczyzny i własnej rodziny przed wrogiem. Rolą duszpasterza jest pomóc żołnierzowi w uświadomieniu sobie tej misji. Bo tylko miłość prowadzi do zwycięstwa, tylko ona rodzi nowe życie, buduje nowe społeczeństwo, państwo, może dodać żołnierzom sił, wytrwałości i cierpliwości, aby przetrwać wszystkie te próby i pozostać na pozycjach bojowych do końca. Oczywiście, ludziom z bronią w ręku trudno uświadamiać takie rzeczy i jest to poważnym wyzwaniem dla kapelanów wojskowych, ale też wezwaniem do poszukiwania odpowiednich rozwiązań.

- Jakie jest nastawienie żołnierzy do Boga? Czy naprawdę modlitwa potrafi podtrzymywać ich na duchu w takich okolicznościach?

- Nie można powiedzieć, że na froncie nie ma ateistów, ale byłem też świadkiem, jak radykalnie ludzie zmieniają system wartości życiowych. Wielu z nich zaczęło się modlić na froncie, tak jak pewien oficer w starszym wieku, który poprosił mnie, żebym nauczył go słów modlitwy. Pamiętam też młodego oficera, który przyjechał na front jako przekonany ateista, a w czasie nocnych starć bojowych, po raz pierwszy pomodlił się. Front jest miejscem, gdzie człowiek zmienia własne wartości życiowe, gdzie głęboko odczuwa potrzebę obecności Pana Boga. Ale są też tacy, którzy pozostają wierni swoim przekonaniom. Na froncie, jak i w społeczeństwie, są ludzie o różnych poglądach i światopoglądach. Front ukraiński to ikona społeczeństwa, jego nastrojów, dążeń, problemów, ale też szlachetności.

- Jak wygląda życie modlitewne żołnierzy? I przede wszystkim jak sprawuje się Bezkrwawą Ofiarę w miejscach masowego przelewu krwi ludzkiej?

- Miałem szczęście być pierwszym duszpasterzem w sztabie ATO. Jeszcze w czasie starć pod Słowiańskiem trzeba było organizować miejsca dla modlitwy, aby wojskowi, wracając z misji bojowych, mogli uciec od wojennej codzienności, porozmawiać z Bogiem w ciszy. Przypominam sobie, jak wyjeżdżając z Debalcewa, czułem ogromną i niezwykłą wdzięczność, której nie da się doświadczyć w czasach pokoju, za to, że mogłem sprawować Mszę Świętą pod ostrzałem.

- Czy wojna ukazała księdzu nową perspektywę życia duchowego? Czy w jej obliczu zmienił się obraz Pana Boga, postrzeganie Jego woli?

- W moim przypadku nie było radykalnej zmiany osobistego doświadczenia religijnego. Z pewnością mogę powiedzieć o niezwykłym doświadczeniu, jakie daje wojna. Jedną z najszczęśliwszych chwil w swoim życiu kapłańskim przeżyłem wtedy, gdy miałem iść na pozycje bojowe z Najświętszymi Darami na sercu pod ostrzałem. Wiedziałem, że to jest niebezpieczne, mogłem zawrócić. Lecz pamiętając o tym, że ludzie czekają na Chrystusa, nie mogłem dopuściłem, aby pozbawić ich tego prawa do spotkania z Nim. W czasie starć bojowych liczy się każda chwila. Teren operacji antyterrorystycznej to inny wymiar kategorii, które kształtują naszą rzeczywistość, osobowość, interakcje. I gdy te zasady giną, człowiek w inny sposób postrzega siebie, swoją podstawową pozycję życiową. Nazywa się to doświadczeniem zniszczonej przestrzeni i czasu, które potrafi zmienić każdego, kto znajduje się w strefie wojny. To wszystko odkryło mi inną twarz ludzi, którym służę i służyłem. Poczułem ogromną wdzięczność za powołanie kapłańskie. Obszar działań bojowych jest światem całkowicie równoległym, skrzywionym przemocą, okrucieństwem, a więc dlatego bardziej autentycznym. Wartości, którymi kierują się ludzie na froncie – to wartości prawdziwych ludzi. Wartości drugorzędne znikają, jak np. walka o własną tożsamość.

- "Można powrócić do Kijowa, ale nie można wrócić z frontu"

- Jak udaje się powrót do życia cywilnego, do strefy pokoju? Czy utrzymujecie kontakt z żołnierzami na froncie?

- Można powrócić do Kijowa, ale nie można wrócić z frontu. Żyjemy w społeczeństwie, w którym toczy się prawdziwa wojna, nie możemy więc grzeszyć obojętnością. Już wspominałem, że wielu oficerów, znajdujących się w strefie ATO, to moi przyjaciele, utrzymuję więc z nimi kontakt, gdziekolwiek jestem. Staram się odwiedzać szpitale wojskowe, wspólnie z wolontariuszami reagować i zaspokajać potrzeby wojskowych. Nie mamy prawa w takich okolicznościach tracić kontaktu ze sobą.

- Jak musi “uzbroić” się kapłan, który wybiera się na front?

- Przede wszystkim chodzi o przygotowanie duchowe. Zależy jeszcze, gdzie kapelan miałby pełnić swoją posługę, ponieważ ATO to nie tylko front. Spokojniejsze życie toczy się na tyłach, a co innego na pozycjach bojowych. W każdym razie kapłanowi musi towarzyszyć poczucie wewnętrznej wolności i gotowość do pełnienia służby tak, jak tego potrzebują ludzie i wymaga sytuacja. Oczywiście niezbędny jest zestaw liturgiczny, księgi, różne przedmioty religijne (ikonki, literatura duchowa), olej do namaszczenia chorych, no i konieczne jest „uzbrojenie” w modlitwę, w szczere, hojne i wierne do końca serce.

- W jaki sposób kapłani, nie będąc na miejscu, mogą pomagać frontowi?

- Najpierw trzeba pomóc wiernym w pokonaniu muru obojętności wobec tego, co się dzieje na wschodzie Ukrainy. Ta nieobojętność musi być czynna: należy do końca i wiernie bronić tych wartości, które łączyły nas jeszcze od czasów Majdanu. To ich bronią teraz żołnierze na pierwszej linii frontu. A zatem musimy się jednoczyć, modlić się o to, żebyśmy byli czujni w obliczu tego, co się dzieje, choćby w naszym mieście, nawet gdy znajduje się ono daleko od linii frontu. Każdy musi odnaleźć swój okop na własnym polu bitwy: informacyjnym, gospodarczym, społecznym – wszędzie tam, gdzie człowiek potrzebuje pomocy, czyli po prostu być szczerym, hojnym i wiernym do końca powierzonej sprawie. I to musi być istotnym elementem kazań kapłanów w parafiach; chodzi też o umocnienie nadziei, wiary i miłości. Bo ta ostatnia potrafi wszystko zwyciężyć.
"Na froncie nie ma sporów wyznaniowych"

- Jak ksiądz radzi sobie z pluralizmem wyznaniowym na froncie? Wiadomo przecież, że Ukraina jest bardzo podzielona pod tym względem.

- Kiedy pada pytanie o to, jaki Kościół reprezentuję, odpowiadam, że nie reprezentuję interesów żadnego Kościoła, lecz tylko i wyłącznie odpowiadam na potrzeby duchowe sił zbrojnych. I w tym kryje się interes Kościoła Chrystusowego – zaspokajać potrzeby ludzkiej duszy. Na froncie nie ma żadnych sporów wyznaniowych. Nie ma nawet ani czasu, ani możliwości, aby myśleć o takich sprawach, istnieje natomiast potrzeba doświadczenia obecności Boga.

- A ile i jakie wyznania mają swych duchownych na froncie?

- W strefie operacji antyterrorystycznej posługę pełni około 10-15 księży greckokatolickich: na pierwszej linii, na tyłach, w szpitalach polowych. Aktywnie działają też protestanci i prawosławni Patriarchatu Kijowskiego. Natomiast większość księży prawosławnych Patriarchatu Moskiewskiego posługuje niestety po drugiej stronie frontu.

- I na czym polega ich misja?

- Dość aktywnie udzielają błogosławieństwa nielegalnym ugrupowaniom zbrojnym. Biorą nawet broń do rąk, chociaż w myśl ustawodawstwa ukraińskiego i rozporządzenia ministra obrony o posłudze kapelanów ksiądz nie ma prawa tego robić.

- Jak Kościół greckokatolicki radzi sobie z wojną?

- Ukraina nie była przygotowana do wojny. Dla Kościoła greckokatolickiego tego rodzaju doświadczenie nie jest czymś obcym, bo zawsze dzieliliśmy los narodu w czasach prób i prześladowań. Musimy oczywiście uczyć się, jak skutecznie odpowiadać na wyzwania współczesności. I działamy w tym kierunku wraz z państwem przez kursy organizowane wspólnie z Ministerstwem Obrony, na rzecz wprowadzenia posługi kapelanów wojskowych w Ukrainie. Społeczeństwo musi nauczyć się żyć w rzeczywistości wojennej, aby mogła zwyciężyć prawdziwa miłość.

- Wyzwaniem może się stać też okres powojenny...

- Już dziś z pewnością możemy mówić o konieczności pojednania społeczeństwa. Musimy być świadomi tego, że rany na ciele goją się szybciej niż rany pamięci, a więc wielkim zadaniem i wyzwaniem jest przezwyciężanie problemu adaptacji żołnierzy, związanej z ich powrotem do życia cywilnego. Misją Kościoła jest bycie rzecznikiem pokoju.

- O co walczą Ukraińcy na froncie?

- Walczymy o pokój, o prawo do życia, o człowieka, który padł ofiarą wypaczonej Prawdy. Bo wojna zaczęła się nie od pierwszego strzału, ale od bezlitosnej propagandy ze strony sąsiedniego kraju – taką świadomie zniekształconą rzeczywistość wykorzystywano jako broń.

- W jaki sposób Polska może pomóc Ukrainie w tych dramatycznych czasach?

- Nie sposób zapomnieć o solidarności Polski z Ukrainą w tym trudnym okresie czy to na poziomie przywódców kraju, czy wśród zwykłych obywateli Polski. W kontekście konkretnych decyzji Unii Europejskiej, dotyczących Ukrainy, wsparcie Polski jest bardzo istotne. Najważniejsze to uświadamiać Europie całą prawdę o wydarzeniach w naszym kraju. Na tym właśnie polega ważne zadanie polskiego społeczeństwa. Bo wojna na Ukrainie jest wyzwaniem rzuconym również wartościom europejskim. A zatem dziękujemy za akty solidarności z Ukrainą, których doznaliśmy ze strony Polski.
Rozmawiała Krystyna Garasymiw

2015-05-21 20:41

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Simoncelli: bez zawieszenia broni trudno będzie wygrać z koronawirusem

2020-07-12 16:32

[ TEMATY ]

wojna

koronawirus

Vatican News/ANSA

W starożytności przerywano wojny na czas igrzysk olimpijskich. W tym roku pandemia spowodowała przeniesienie olimpiady, ale wojny trwają nadal. W wielu krajach działania zbrojne uniemożliwiają walkę z koronawirusem, leczenie chorych, a nawet dostarczanie podstawowej pomocy humanitarnej.

Najtrudniejsza sytuacja jest obecnie w Jemenie i Syrii. Podobnie jest w Kamerunie, Republice Środkowoafrykańskiej czy Nigerii. Stąd niedawny apel papieża Franciszka o bezwarunkowe i natychmiastowe zawieszenie broni. „Bez poważnego potraktowania tego wezwania będzie trudno wygrać z pandemią” – uważa prof. Maurizio Simoncelli, specjalista w dziedzinie rozbrojenia, współzałożyciel międzynarodowego instytutu badawczego IRIAD zajmującego się promowaniem wiedzy naukowej na temat praw człowieka, rozbrojenia i zarządzania konfliktami bez użycia przemocy.

„Wojny nigdy nie wybuchają bez powodów, a powody są zazwyczaj takie same: kontrola terytoriów i ich zasobów. Tak stało się w Libii, gdzie pragnienie pokoju ustąpiło przed konfliktem międzynarodowym. Spójrzmy na Zatokę Perską i Syrię. Te konflikty nie mogłyby trwać tyle lat, gdyby wciąż nie była tam dostarczana broń i amunicja. Warto pamiętać, że konflikty są również poważnym biznesem. W historii wiele razy widzieliśmy, jak państwa, które domagały się zawieszenia broni, kończyły na eksporcie uzbrojenia na tereny objęte wojną – powiedział w wywiadzie dla Radia Watykańskiego Maurizio Simoncelli. – Dlatego bardzo trudne będzie wprowadzenie zawieszenia broni, aby pomóc ludności zagrożonej koronawirusem na terenach objętych konfliktem. Jest ich bardzo wiele, od Afryki po Bliski Wschód. Niedobór leków, słaba kondycja zdrowotna mieszkańców, brak wody i żywności sprawiają, że zagrożenie jest niezwykle poważne. Nie wystarczy potakiwać papieżowi, kiedy mówi o rozbrojeniu. Wiele państw to robi, ale nie zachowują się niestety konsekwentnie”.

W ubiegłym miesiącu biskupi Kamerunu i Republiki Środkowoafrykańskiej potępili kontynuację działań wojennych w obu tych krajach. Podobna sytuacja ma miejsce w Nigerii. „Wciąż jesteśmy na łasce bojówek terrorystycznych Boko Haram, zwłaszcza na północy kraju”– alarmuje arcybiskup Abudży, Ignatius Ayau Kaigama, podkreślając również zagrożenie koronawirusem, który jest jego zdaniem najniebezpieczniejszy dla najbiedniejszej części populacji.

Sytuacja jest tragiczna także w Syrii i w Jemenie, borykającymi się z najpoważniejszym kryzysem humanitarnym na świecie. Bp Paul Hinder, wikariusz apostolski w Arabii Południowej, zwraca uwagę na zniszczenie połowy infrastruktury medycznej w Jemenie oraz na brak bezpieczeństwa, który „utrudnia, a czasem uniemożliwia transport pomocy”. „Bez rozejmu między walczącymi stronami wszystkie operacje humanitarne pozostaną sparaliżowane” – uważa bp Hinder.

CZYTAJ DALEJ

Polski film nominowany do Oscara

2020-08-10 14:12

[ TEMATY ]

film

Oskar

Kadr z filmu

"Śniegu już nigdy nie będzie" w reżyserii Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta jest polskim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. Werdykt ogłosiła w poniedziałek w Warszawie Komisja Oscarowa pod przewodnictwem kompozytora Jana A.P. Kaczmarka.

Światowa premiera filmu odbędzie się we wrześniu podczas festiwalu w Wenecji. Obraz jest jednym z 18 pretendentów do Złotego Lwa. Jak podaje "Variety", "Śniegu już nigdy nie będzie" to opowieść o mieszkającym w Polsce Ukraińcu, który - pracując jako masażysta - odwiedza aspirujących do klasy średniej mieszkańców podwarszawskich miejscowości. "Zostaje wtajemniczony we wszystkie ich problemy, obawy i tajemnice. Ugruntowana duchowość Zeni, pozorne moce uzdrawiające i szerokie ramiona sprawiają, że jest obiektem pożądania wielu zagubionych dusz w społeczności" – czytamy.

W obsadzie znaleźli się m.in. znany z serialu "Stranger Things" Alec Utgoff, a także m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Andrzej Chyra i Łukasz Simlat. Za scenariusz - obok Szumowskiej - odpowiada jej wieloletni współpracownik, operator Michał Englert.

W skład Komisji Oscarowej, która wyłoniła polskiego kandydata do statuetki, obok Kaczmarka weszli dyrektor PISF Radosław Śmigulski, producent Leszek Bodzak, reżyser Dorota Kobiela, operator Łukasz Żal oraz szefowa działu produkcji filmowej i rozwoju projektów filmowych PISF Małgorzata Szczepkowska-Kalemba.

93. gala wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej odbędzie się 25 kwietnia 2021 r. Nominacje zostaną ogłoszone 15 marca. (PAP)

CZYTAJ DALEJ

Ostatni dzień na Pieszej Pielgrzymce Wrocławskiej

2020-08-11 00:16

Michalina Stopka

40. Piesza Pielgrzymka Wrocławska na Jasną Górę dobiegła końca. Ostatniego dnia pątniczego szlaki w “Sztafetę Maryi” włączyła się grupa 6 - Brzeg, Brzeg Dolny, Wołów oraz grupa 7 - Strzelin, Kąty Wrocławskie, Wrocław - Nowy Dwór.

Pielgrzymi musieli wcześnie rano wyjechać ze swoich domów, aby na 6:30 stawić się w kościele pw. św. Michała Archanioła w Blachowni. Tam po otrzymaniu błogosławieństwa od ks. bpa Jacka Kicińskiego wyruszyli na pielgrzymkowy szlak.

Pierwszy etap prowadził do Częstochowy - Gnaszyna:

GALERIA ZDJĘĆ nr 1

Drugi etap z Częstochowy Gnaszyna do Częstochowy Kawodrza:

Trzeci etap prowadził na Jasną Górę:

GALERIA ZDJĘĆ nr 2

I pielgrzymi na Jasnej Górze:

GALERIA ZDJĘĆ nr 3

Pozdrowienia od "Orzecha".

Po Mszy św. w sali o. Kordeckiego odbyło się dziękczynienie za 40 lat pielgrzymowania z Wrocławia. Prowadził je o. Krzysztof Piskorz oraz zespół N.O.E,

GALERIA ZDJĘĆ 4

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję