Reklama

Dr Szałata: dopóki nie wygramy walki z biedą - nie wygramy walki z trądem

2018-01-28 07:26

Rozmawiała Paulina Godlewska / Warszawa (KAI)

ARCHIWUM KAZIMIERZA SZAŁATY

Problem trądu będziemy mieli tak długo, jak długo nie zlikwidujemy trądów moralnych, biedy, niesprawiedliwości społecznej. Dopóki nie wygramy walki z biedą nie wygramy walki z trądem – powiedział w rozmowie z KAI dr Kazimierz Szałata, prezes Fundacji Polskiej Raoula Follereau. Dziś obchodzony jest Światowy Dzień Trędowatych.

Paulina Godlewska (KAI): - 28 stycznia obchodzony jest Światowy Dzień Trędowatych. W Polce obchody tego Dnia organizuje Fundacja Polska Raoula Follereau. Na czym skupia się jej działalność?

Dr Kazimierz Szałata: - Nawiązuje ona do tradycji wielkiego ruchu zainicjowanego przez francuskiego misjonarza i filozofa Raoula Follereau. Przy okazji pisania artykułu o Karolu de Foucauld spotkał on na Saharze dziwnych ludzi zamkniętych w swego rodzaju obozie koncentracyjnym. To było jego pierwsze spotkanie z trędowatymi. Kiedy pytał czy można im jakoś pomóc, towarzyszący mu ludzie mówili, że trędowaci umarli już za życia i nie warto się nimi zajmować. Kiedy wrócił do Francji stwierdził, że jeżeli w ten sposób traktujemy tych, którzy potrzebują pomocy, to nie mamy prawa nazywać się ludźmi kulturalnymi, a tym bardziej chrześcijanami.
Follereau podjął więc najpierw inicjatywy dla ratowania chrześcijańskiej kultury Europy, która była zagrożona różnymi postaciami trądu duchowego. W roku 1943 spotkał siostrę Eugenię, która wróciła z Wybrzeża Kości Słoniowej i opowiedziała mu o losie ludzi pozbawionych jakiejkolwiek opieki. Razem podjęli decyzję, że trzeba wreszcie coś zrobić, wywołać powszechną rewolucję, która zmieni nasz stosunek do ludzi trędowatych, ludzi, którzy od najdawniejszych czasów byli wyrzucani na margines życia społecznego i religijnego. Wymarzyli sobie, że zaczną budować wioski dla trędowatych, w których można by było ich pielęgnować, leczyć ale też byłoby to miejsce, gdzie mogliby normalnie żyć - zakładać rodziny czy uczyć się. Pierwsza taka wioska powstałą w Adzopé na północ od Abidjanu. Później podobne wioski pojawiały się na całym świecie.
Żeby zdobyć środki na leczenie trędowatych Raoul Follereau objechał ponad 32 razy kulę ziemską głosząc proste orędzie o miłości Boga do człowieka. Inicjator obchodów Światowego Dnia Trędowatych Raoul Follereau podkreślał, że 28 stycznia, to dzień walki z „wszelkim trądem” a więc nie tylko tym wywołanym bakterią Hansena, ale też z bezbożnością, relatywizmem moralnym czy egoizmem. To przez ten trąd, który rozwija się w krajach bogatych, ludzie cierpią na tę straszną chorobę, chociaż od lat ’80 – trąd jest uleczalny.
Ojciec Święty Jan Paweł II mówił, że także w Polsce trzeba mówić o trędowatych, bo oni potrzebują naszej pomocy i to jest jedno z ważniejszych dzieł Kościoła katolickiego w jego historii. Zajmowali się nimi przecież ludzie święci św. Franciszek z Asyżu, św. Damian, czy Matka Teresa z Kalkuty. Zajmował się nimi również francuski rycerz św. Maurycy, który podobno miał leczyć trędowatych pocałunkiem. To piękna metafora, która jest wciąż aktualna dlatego, że mamy leki na trąd, ale jak się okazuje nie wszyscy mają do nich dostęp. Trzeba to zmienić, dotrzeć do tych ludzi, otworzyć dla nich nasze serca. Trzeba złożyć ten pocałunek – czyli zająć się człowiekiem, ukochać go, nawet jeżeli jest odrażający.

- Dlaczego Pan zajął się polską gałęzią tej Fundacji?

- Przed rokiem 1995, podobnie jak większość z nas, nie miałem pojęcia, że istnieje trąd. Nie znałem takiego myśliciela jak Follereau, chociaż zajmuję się filozofią. Z perspektywy czasu widzę, że to była pewna logiczna, konsekwentna droga, którą prowadzi nas Bóg. Wykładałem wtedy etykę na ówczesnej Akademii Medycznej i razem ze studentami założyliśmy konwersatorium etyki „Medycyna na miarę człowieka”. Bardzo szybko doszedłem do wniosku, że mówienie o etyce i podawanie wzruszających przykładów to za mało.
Zaczęliśmy więc podejmować pierwsze akcje charytatywne. Zająłem się też pracą formacyjna w Międzynarodowym Centrum Formacji Chrześcijańskiej założonym przez prof. Patricka de Laubier. Podczas jednej z sesji tegoż centrum spotkałem w Genewie pana André Récipon, który – jak się później okazało, był synem duchowym Raoula Follereau i kontynuatorem jego dzieła. Po krótkiej rozmowie powiedział mi wtedy, że ktoś taki, jak ja jest mu bardzo potrzebny. Ktoś, kto potrafi z filozofii uczynić wiedzę praktyczną. Tydzień później w Paryżu wręczył mi misję tworzenia fundacji Raoula Follereau w Europie Środkowo-Wschodniej. Bardzo szybko zafascynowała mnie postać Follereau i jego dzieło. Dzięki tekstom tego francuskiego humanisty zrozumiałem, że wbrew pozorom, filozofia jest nauką praktyczną. Prowadzi ona do mądrości. A cóż jest bardziej praktycznego, niż mądrość, która poprzez doświadczenie prawdy kieruje nas do dobra, manifestującego się w zapełnianiu uczynków miłosierdzia.

- Kiedy po raz pierwszy wyjechał Pan spotkać się z trędowatymi i jak wyglądało to spotkanie?

- Pierwszy raz wyjechałem na afrykański Sahel, gdzie bieda i zagrożenie życia ludzi jest powodowana przez choroby, susze i brak dostępu do wody. Dotyka to Mali, Wybrzeża Kości Słoniowej, Nigru czy Burkina Faso. Podczas tej wizyty uświadomiłem sobie jak bardzo nie rozumiemy tych krajów. Pamiętam, że zabrałem ze sobą cukierki dla dzieci, które mi się roztopiły po drodze. Zresztą niektóre z dzieci, które spotykałem na bezdrożach sawanny, wolałyby żebym miał w kieszeni proso albo torbę ryżu, bo z cukierkami nie bardzo wiedziały co zrobić. Zdziwiło mnie również bardzo, że siostry, które niedawno założyły swój dom, mają problem z dostępem do wody. Jedna z nich, żeby utrzymać ogródek, woziła wodę na rowerze z miejsca oddalonego o kilka kilometrów. Okazało się, że 10 lat temu wybudowały one klasztor nad rzeką, w której od kilku lat nie pojawia się woda. Dramat Sahelu, gdzie wciąż trąd jest groźny, łączy się w sposób szczególny z biedą i coraz trudniejszymi warunkami sanitarnymi. Europa uwolniła się przecież od trądu nie dzięki antybiotykom, które jeszcze nie były znane, ale dzięki temu, że podniósł się poziom życia na Starym Kontynencie.

- Jak wygląda codzienność osób, które pracują w ośrodkach dla trędowatych?

- Przede wszystkim misjonarze mieszkają razem z chorymi dzieląc ich los, tak jak to robił o. Bejzyn i o. Damian. Są jakby jednymi z nich. Ważną rolę pełnią również ludzie świeccy, ale mając rodziny, nie mogą do końca poświecić chorym swojego czasu.
Dlatego Follereau swoją akcję na rzecz trędowatych oparł na współpracy z siostrami zakonnymi, które są z nimi na co dzień. Zajmują się chorymi, ale również ich rodzinami. Uczą ich uprawy roli, szycia, rzemiosła, żeby człowiek wyleczony z trądu mógł zarabiać na życie, bo bardzo często nie może on już wrócić do normalnej pracy. Ludzie boją się go i bardzo często łatwiej jest wyleczyć trędowatego z trądu, niż świadomość ludzką z lęku przed tym, kto był trędowaty, i po wyleczeniu nikomu już nie zagraża. W wielu rejonach świata raz „naznaczony” człowiek nie może się z tego uwikłania uwolnić do końca życia.
W ośrodkach dla trędowatych jest zazwyczaj kaplica, ośrodek duszpasterski, szpital, ale również szkoła i warsztaty, gdzie trędowaci uczą się zawodu i zarabiają na życie. Wśród zajmujących się trędowatymi nie brakuje też polskich misjonarzy i misjonarek. Siostra Noemi Świeboda ze zgromadzenia św. Józefa prowadzi szpital z oddziałem dla trędowatych w Kongo Brazzaville, siostra Róża Gąsior ze zgromadzenia służebnic Ducha Świętego opiekuje się trędowatymi w ośrodku Funda w Kongo, siostra Stefania Gembalczyk wspiera swoją posługą ośrodek Ramgarh w Indiach, siostra Marcela Deptuła misjonarka Świętej Rodziny opiekuje się trędowatymi w Zambii, dr Helena Pyz leczy chorych na trąd w ośrodku założonym przez polskiego pallotyna o. Adama Wiśniewskiego Jeevodaya w Indiach.

- Wracając na grunt polski, co Fundacja Raoula Follereau w ramach swojej działalności robi w naszym kraju?

- Od 16 lat, we współpracy z Komisją Episkopatu Polski do spraw Misji, organizujemy w Zielonce k. Warszawy Festiwal misyjny „Bóg mnie kocha”, który jest największą cykliczną imprezą misyjną w Polsce. Przy fundacji działa także Misyjne Apostolstwo Niepełnosprawnych Dzieci, poszerzone rok temu o Misyjne Apostolstwo Chorych Dzieci. Dzieci losują misjonarza i składają przyrzeczenie, że będą się za niego modlić i poszerzać swoją wiedzę o kraju, w którym przebywa i o jego zgromadzeniu. To ruch zainicjowany przez moją śp. córkę Anię Szałatę, która od najmłodszych lat jeździła na wózku inwalidzkim. W 2002 roku Ania zginęła na przejściu dla pieszych zostawiając nam wiele cennych pomysłów na aktywność misyjną dzieci na wzór św. Tereski z Lisieux. Organizujemy również co roku obchody Światowego Dnia Chorych i Światowego Dnia Trędowatych. Jesteśmy zaangażowani także w pomoc na Ukrainie, gdzie wspieramy ośrodki pomocy przy parafiach katolickich. Od pięciu lat wspieramy funkcjonowanie Szkoły Katedralnej UO UKSW w Łucku. Jeśli chodzi o Afrykę, to wspieramy ośrodki dla trędowatych, ale również ośrodki dzieci dotkniętych chorobą głodową. Realizujemy m.in. program „Kozy dla Afryki”. W jego ramach dziecko wychodząc z ośrodka dożywiania dostaje kozę, która żywi całą rodzinę.

- Co w tym roku w Polsce złoży się na obchody Światowego Dnia Trędowatych?

- W tym roku zorganizowaliśmy szeroką akcję informacyjną. Niewiele osób wie o tym szczególnym Dniu obchodzonym w Kościele. Akcja ma przypomnieć ludziom, że w najbiedniejszych krajach żyją jeszcze i cierpią ludzie chorzy na zapomnianą chorobę. Przypomnieć, że powinniśmy im pomóc i modlić się zarówno za trędowatych, jak i za niosących im pomoc misjonarzy. To także okazja do wsparcia materialnego dzieła na rzecz trędowatych. Dlatego w ostatnia niedzielę stycznia na całym świecie, przed kościołami. zbierane są pieniądze na ten cel. Do każdej diecezji przekazaliśmy materiały informacyjne. Informacje będą również w mediach. Każdego roku tego dnia jestem w jakiejś parafii, by mówić o trądzie oraz o wielkim, trwającym od wieków dziele Kościoła katolickiego na rzecz opieki nad trędowatymi. W tym roku będzie to parafia w Gołąbkach. Wieczorem wybieram się do Bychawy, gdzie od lat w obchody dnia trędowatych angażuje się miejscowa szkoła i parafia. Każdego roku, po każdej Mszy św. dzieci prezentują w kościele spektakl poświęcony ludziom chorym na trąd i niosących im pomoc misjonarzy.

- Czy tego dnia w Polsce będą organizowane zbiórki na rzecz chorych na trąd?

- Z pewnością będą organizowane zbiórki przez parafie, które każdego roku włączają się w dzieło pomocy chorym na trąd. Pieniądze trafiają na konto Fundacji a następnie za pośrednictwem Międzynarodowej Unii Stowarzyszeń Raoula Follereau z siedzibą w Paryżu trafią tam, gdzie są najpilniejsze potrzeby. Są to środki niezbędne dla utrzymania ośrodków leczniczo-opiekuńczych funkcjonujących dzięki funduszowi Dnia Trędowatych.
Co prawda, podstawowe leki na trąd są bezpłatnie dystrybuowane przez Światową Organizację Zdrowia, ale chorzy wymagają szerokiego, kompleksowego leczenia, co wiąże się z kosztami, na które nie stać chorych pozostających bez wsparcia socjalnego ze strony biednych społeczeństw. Trędowaci wyleczeni z trądu często mają nigdy nie gojące się rany. W wielu wypadkach konieczna jest interwencja chirurgiczna i skomplikowane leczenie neurologiczne. Potrzebna jest rehabilitacja i protezowanie.
Część pieniędzy zebranych w ostatnią niedzielę stycznia trafia na wsparcie koniecznych badań naukowych. W tym roku Międzynarodowa Komisja Medyczna chce zorganizować misje diagnostyki mobilnej, realizowane przez ekipy, które pójdą w głąb lasów tropikalnych, na bezdroża pustyni, do najdalszych wiosek po to, aby szukać tam chorych. Trędowaci często ignorują objawy choroby, bo trąd nie boli. Najpierw wygląda to niegroźnie, pojawiają się plamy na ciele, ale przy braku świadomości, że trzeba natychmiast podjąć leczenie, chorzy trafiają na nie za późno dlatego zostają kalekami na całe życie. Pilotażowy program takich ekip realizowany na Madagaskarze pokazał, że osób chorych na trąd może być nawet 4 razy więcej niż podają oficjalne dane. Konieczne jest też kontynuowanie badań nad opracowaniem mniej skomplikowanej i szybszej terapii. Obecnie trwa ona od 6 do 12 miesięcy i wymaga stałego przyjmowania leków, bo nawet drobne odstępstwa mogą zniweczyć działanie antybiotyków. Nie ma też do tej pory szczepionki na trąd.

- Co mówią dane statystyczne na temat trędowatych?

- Jeszcze w latach 70. szacowano, ze na świecie jest kilkanaście milionów trędowatych. Dziś wiemy dokładnie, że od tamtej pory wyleczono 16 mln osób. Wśród wyleczonych z trądu ponad 4 mln stanowią ludzie ciężko okaleczeni, którzy do końca życia muszą pozostać pod opieką specjalistycznych ośrodków zwanych leprozoriami. Nie wiemy dokładnie ilu aktualnie jest trędowatych na świecie. Wiemy, że każdego roku rejestruje się około 200- 250 tys. nowych przypadków - tyle bowiem osób trafia co roku na leczenie. W ciągu pierwszych piętnastu lat po zastosowaniu skutecznej terapii liczba 16 mln chorych spadła do 0.5 mln a potem do 250 tys. Od kilku lat nie notujemy jednak żadnego postępu, który dawałby nadzieje na całkowite wyeliminowanie tej strasznej choroby. Nie mamy więc złudzenia, że pewnego dnia pozbędziemy się problemu trądu. Trzeba by było zmobilizować wszystkie kraje, wszystkie międzynarodowe organizacje, żeby osiągnąć lepsze rezultaty. Trąd pojawił się nawet w Europie wraz z napływem uchodźców, ale tu, gdzie mamy dostęp do medycyny, nie stanowi on szczególnego zagrożenia.
Problem trądu będziemy mieli tak długo jak długo nie zlikwidujemy trądów moralnych, biedy, niesprawiedliwości społecznej. Dopóki nie wygramy walki z biedą - nie wygramy walki z trądem.

Tagi:
wywiad

To Duch Święty daje papieża

2019-12-14 08:16

Rozmawiał Paweł Bieliński (KAI) / Warszawa

W tym pontyfikacie chodzi o ewangelizację, o pokazanie wszystkim ludziom, że są kochani i że Chrystus jest przy nich, a nie o rewolucję - ocenia Deborah Castellano Lubov, watykanistka agencji Zenit. Autorka książki „Franciszek nieznany. Papież w oczach bliskich” przyznaje jednocześnie, że Franciszek czasem mógłby mówić jaśniej o wierze i doktrynie katolickiej.

Grzegorz Gałązka

Paweł Bieliński (KAI): Masz możliwość obserwowania Franciszka na co dzień, nie tylko w Watykanie, ale także podczas jego zagranicznych podróży apostolskich. Jaki - z Twojego punktu widzenia - jest obecny papież? Czy go lubisz?

Deborah Castellano Lubov: - Lubię go, bo jest bardzo kapłański. W jego obecności czujesz się jak w swojej parafii. Uważam, że jest świadomy presji, jaką mogą na niego wywierać dziennikarze w niektórych kwestiach. Rozmawiając z nimi w samolocie dzieli się z nimi tym, co leży mu na sercu, co go zajmuje. Jest prawdziwy, pokorny, przyjacielski, przystępny i serdeczny.

- Zdarza się jednak, że niektóre jego słowa czy działania bywają źle rozumiane. Jak myślisz - dlaczego?

- Ponieważ czasem rozmawia z nami otwarcie, jak przyjaciel, z którym siedzimy przy stole. Nie myśli wtedy: jestem papieżem Kościoła powszechnego i to, co powiem może być źle zrozumiane i wywołać problemy błędną interpretacją. Być może byłoby bardziej roztropne, gdyby przemyślał używane sformułowania w niektórych delikatnych kwestiach, zanim je wypowie. Ale właśnie to u niego lubimy, że jest po argentyńsku szczery, spontaniczny, otwarty. I w swej otwartości spontanicznie mówi coś, czego konsekwencji nie rozważył.
Były dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej o. Federico Lombardi powiedział mi, że gdyby odpowiedzi na pytania dziennikarzy w czasie powrotnych lotów do Rzymu były przygotowane wcześniej, straciłyby swą spontaniczność. Rodzi ona jednak ryzyko złego rozumienia jego słów. Dlatego o. Lombardi prosi zarówno dziennikarzy, jak i czytelników, by zawsze starali się wyłuskać istotę wypowiedzi Franciszka.

- Jaki jest, Twoim zdaniem, główny kierunek tego pontyfikatu?

- W tym pontyfikacie chodzi o ewangelizację, o pokazanie wszystkim ludziom, że są kochani i że Chrystus jest przy nich. Nie chodzi natomiast o rewolucję, jak się czasem sądzi. Niektóre media i niektórzy ludzi mieli nadzieję na wielkie zmiany w Kościele, na przykład w kwestii celibatu. Są postępy, gdy chodzi o rolę kobiet, ale nie ma mowy o święceniach kapłańskich dla nich, nic się tu nie zmieniło.
Papież mniej się skupia na doktrynie, niż to robili jego poprzednicy. Bardziej zależy mu na słuchaniu ludzi i byciu blisko nich. Ma inne podejście, ale jego pontyfikat zasadniczo stanowi kontynuację poprzednich, nawet jeśli niektóre jego wypowiedzi i dokonywane zmiany niewątpliwie wywołały obawę w niektórych kręgach.

- Jakiego Kościoła chce papież Franciszek?

- Kościoła miłosiernego, Kościoła bliskiego, Kościoła, w którym ubodzy czują się kochani i wiedzą, że Kościół jest z nimi. Widzimy, że papież podróżuje do krajów, w których katolicy stanowią mniej niż jeden procent mieszkańców, a nie jedzie tam, gdzie jest ich dziewięćdziesiąt procent.
Siedzi w nim jezuita, który każe mu wyjść i podejmować dialog nawet w takich miejscach, jak Zjednoczone Emiraty Arabskie. Jedzie na przykład tam, gdzie prawa człowieka są zagrożone, przekonany, że trzeba się włączyć i wejść w kontakt, otworzyć drzwi i zacząć rozmawiać, aby zapoczątkować zmiany, których na razie, ale może zobaczą je ci, którzy przyjdą po nas. Przykładem takiego działania jest dokument o braterstwie międzyludzkim, podpisany przez papieża i wielkiego imama uniwersytetu Al-Azhar, w którym znajdują się konkretne sugestie w takich kwestiach, jak: praca na rzecz wolności religijnej, obywatelstwa, potępianie radykalizacji religii. Powstał już komitet zajmujący się wcielaniem w życie tego dokumentu, z udziałem Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego.
Podjęto więc konkretne kroki w dialogu, mimo że niełatwo przełożyć ten dokument na czyny, gdyż w przeciwieństwie do katolicyzmu w innych religiach nie ma nadrzędnej władzy. Imam al-Azharu nie reprezentuje wszystkich muzułmanów. Mimo to jest to bardzo dobry krok, tym bardziej że nie ogranicza się już tylko do chrześcijaństwa i islamu, lecz zaczyna obejmować także żydów i wyznawców innych religii...

- KAI:...na przykład buddystów.

- Widzieliśmy to podczas papieskiej wizyty w Tajlandii. Papież mówi: zróbmy ten krok i zobaczymy, co się będzie działo, jak odpowiedzą inni, nie zamykajmy drzwi do dialogu, który pozwala nam pójść naprzód. To inne podejście niż papieża Benedykta XVI, którego też kocham. W swoim wykładzie w Ratyzbonie rzucił on wyzwanie dialogowi z islamem [mówiąc o relacji między islamem i przemocą - KAI]. Nie ma nic złego w tym, co jasno i zgodnie z prawdą powiedział wówczas Benedykt, ale jeśli chce się zrobić postęp w dialogu, trzeba nawiązać relacje na nowo i papież Franciszek właśnie tak postępuje. Ale czasem mógłby mówić jaśniej o wierze i doktrynie katolickiej. Nieraz może się wydawać, że interesują go głównie sprawy migracji i ludzi ubogich.

- Tylko że to zainteresowanie jest zakorzenione w jego głębokiej wierze.

- To prawda. Jest zakorzenione w wierze katolickiej. Ale prawdopodobnie papież byłby lepiej rozumiany, gdyby tyle samo mówił o innych sprawach, np. o obronie życia nienarodzonych. Oczywiście Franciszek wypowiedział bardzo mocne słowa przeciwko aborcji, nazywając ją zabójstwem i mówiąc, że nie można jej niczym usprawiedliwić, nieraz opowiadał się także za tradycyjnym małżeństwem kobiety i mężczyzny. Ale przeważnie nie był wtedy słyszany, mimo że w istocie głosił to samo, co Benedykt XVI i Jan Paweł II - bo o wiele częściej mówi o czymś innym.

- Czy dostrzegasz dużą opozycję w Kurii Rzymskiej wobec pontyfikatu Franciszka, o której tyle piszą media?

- Taka opozycja bez wątpienia istnieje. Do dziennikarzy docierają „zagubione” watykańskie dokumenty, do których nie powinni mieć dostępu. Przekazują je ludzie, którym nie podobają się pewne zmiany czy nominacje. Niektóre nominacje rzeczywiście bywają zagadkowe, ale trudno oczekiwać, by papież był w stanie tak się na tym koncentrować i w tym orientować, mieć tyle czasu i sił, by wszystkie te decyzje podejmować absolutnie samodzielnie. Naturalnie musi zaufać ludziom, którzy mu w tym pomagają. Podobnie dzieje się także w innych instytucjach i zasadniczo nie ma nic złego w tym, że polega się na rekomendacjach innych osób.

- Wśród tych, którzy sprzeciwiają się Franciszkowi są niektórzy amerykańscy intelektualiści, mówiący o „niejasnościach” w papieskim nauczaniu, które wywołują zamieszanie...

- Krytykują oni zwłaszcza rozdział ósmy adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”. Ale nie biorą pod uwagę kontekstu tego, co zostało tam napisane. Papież wcale nie zezwolił na udzielanie Komunii świętej katolikom, którzy po rozwodzie zawarli nowe cywilne związki małżeńskie! Zaproponował im natomiast pewną drogę do przebycia razem ze swoim biskupem, trwającą w czasie, obwarowaną określonymi kryteriami. Problem polega na tym, że gdy ci intelektualiści proszą o wyjaśnienie w obliczu faktu, że niektórzy biskupi i księża udzielają tym ludziom Komunii, papież milczy. „Niejasność” polega nie na tym, że papież zezwala na udzielanie im Komunii (bo nie zezwala), lecz na tym, że sprawy nie wyjaśnia. A brak tego wyjaśnienia powoduje zamieszanie.

- Kiedy kard. Jorge Mario Bergoglio został papieżem, mówił, że spodziewa się, iż jego pontyfikat będzie krótki, potrwa nie dłużej niż cztery, pięć lat. Tymczasem zbliżamy się do siódmej rocznicy wyboru Franciszka, a ja odnoszę nawet wrażenie, że jesteśmy dopiero na początku tego pontyfikatu i że papież wciąż ma wiele do zrobienia...

- Nie wiemy, jak długo jeszcze potrwa jego pontyfikat. Jestem jednak pewna, że Franciszek jeszcze wiele dokona.

- Nie zakończyła się jeszcze reforma Kurii Rzymskiej. Finanse watykańskie wciąż sprawiają kłopoty...

- Ale miejmy nadzieję, że po niedawnej nominacji prefekta Sekretariatu ds. Gospodarki będzie mniej skandali w watykańskich finansach. Zresztą już podjęto wielki wysiłek dostosowania ich do standardów międzynarodowych.
Natomiast reforma Kurii Rzymskiej powinna się wkrótce zakończyć wraz z publikacją nowej konstytucji apostolskiej. Jej projekt nie wszystkich zadowolił, ale jest obecnie poprawiany.
Można się spodziewać, że papież pojedzie do Iraku, o czym sam mówił. Miało to nastąpić w pierwszej połowie 2020 roku, ale nie wiadomo czy do tej podróży dojdzie w związku z przemocą w tym kraju.

- Franciszek dwukrotnie zapowiadał też swą podróż do Sudanu Południowego.

- Byłby to milowy krok w procesie pokojowym. Papież chciałby tam pojechać z anglikańskim arcybiskupem Canterbury Justinem Welby.

- A czy pojedzie do Chin?

- To bardzo ambitny projekt, którego realizacja stanowi wielkie wyzwanie z powodu samej natury komunizmu. Leciałam z papieżem z Japonii, gdy mówił, że kocha Chiny i chciałby je odwiedzić. Ale pamiętajmy, że gdy prezydent Chin był w Rzymie, nie poprosił o spotkanie z papieżem, choć Watykan zapowiadał, że gdy tylko prezydent się w tej sprawie skontaktuje, drzwi staną przed nim otworem. Jednak on nie był tym zainteresowany, wolał rozmawiać z włoskimi politykami.
Poza tym chińskie władze nie przestrzegają niektórych postanowień tymczasowego porozumienia ze Stolicą Apostolską. Dlatego musiała ona opublikować list do tamtejszych księży wyjaśniający, jak mają reagować, gdy wymaga się od nich składania problematycznych przysiąg, stojących w sprzeczności z posługą księdza Kościoła katolickiego.

- A czy Franciszek zdoła przygotować wybór swego następcy?

- Już teraz z jego nominacji pochodzi połowa kardynałów-elektorów.

- Ale wciąż nie ma ich trzech czwartych, potrzebnych do wyboru papieża!

- Można się jednak spodziewać przynajmniej jeszcze jednego konsystorza. Zresztą to nie papież Franciszek wybierze swego następcę, To Duch Święty kieruje konklawe. To On wiedział, kiedy Kościołowi potrzebny był Benedykt XVI. To On wiedział, kiedy Kościołowi potrzebny był Franciszek. To On wie, kto ma być jego następcą.
Z pewnością kolegium kardynalskie będzie świadome, że potrzebny jest ktoś, kto ma taką miłość do Chrystusa, jaką okazuje Franciszek, sprawiając, że ludzie czują bliskość Boga, Jego miłosierdzie i miłość. A jednocześnie ktoś, kto bardzo jasno, ale i konkretnie mówi o sprawach wiary.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: Maryja jest kobietą, uczennicą i metyską

2019-12-13 09:44

kg (KAI) / Watykan

Maryja jest kobietą, uczennicą i metyską, ale też jako Pani z Guadalupe Matką i Królową ludu Ameryki Łacińskiej, jak również całego Kościoła – przypomniał Franciszek w kazaniu podczas Mszy św., której przewodniczył w bazylice św. Piotra w Watykanie 12 grudnia, w uroczystość Matki Bożej z Guadalupe. Koncelebrowali ją wraz z nim liczni kardynałowie, biskupi i księża, głównie z Ameryki Łacińskiej, w tym dwaj kardynałowie kurialni: Marc Ouellet - prefekt Kongregacji ds. Biskupów i przewodniczący działającej w jej ramach Papieskiej Komisji dla Ameryki ŁŁacińskiej i Leonardo Sandri - prefekt Kongregacji Kościołów Wschodnich.

Grzegorz Gałązka

Liturgia była sprawowana niemal w całości po hiszpańsku, z wyjątkiem pierwszego czytania - z Listu św. Pawła do Galatów - które wygłoszono po portugalsku, psalmu responsoryjnego - po włosku i aklamacji "Alleluja" - po łacinie. Oprawę muzyczną zapewniły chór Kapeli Sykstyńskiej oraz zespoły wokalno-muzyczne rzymskich uczelni - Kolegium Latynoamerykańskiego i "Mater Ecclesia".

W krótkim improwizowanym kazaniu Ojciec Święty podkreślił na wstępie, że dzisiejsza uroczystość, przygotowane na nią teksty liturgiczne i wystawiony przy ołtarzu obraz Matki Bożej z Guadalupe nasunęły mu trzy dotyczące Jej określenia: pani-kobieta, matka i metyska.

"Maryja jest kobietą i panią, jak mówi Nican mopohua [dokument z połowy XVII, dotyczący objawienia guadalupańskiego - KAI]. Ukazała się jako kobieta i ukazuje się z innym jeszcze orędziem, to znaczy jest kobietą, panią i uczennicą" – tłumaczył kaznodzieja. Zwrócił uwagę, że św. Ignacy Loyola lubił nazywać Ją Naszą Panią i "tak jest rzeczywiście, nie próbuje być kimś innym, ale jest kobietą i uczennicą".

W ciągu wieków pobożność ludowa zawsze próbowała Ją wielbić nowymi tytułami: synowskimi i wynikającymi z miłości ludu bożego, które jednak w żadnym wypadku nie odbierały Jej tego bycia kobietą-uczennicą – zaznaczył Ojciec Święty. Dodał, że św. Bernard z Clairvaux uważał, iż gdy mówimy o Maryi, nigdy nie jest dość wielbienia Jej, nadawania Jej tytułów pełnych chwały, nie ujmujących Jej jednak bycia pokorną uczennicą. Wierna swemu Nauczycielowi, który jest Jej Synem, jedynym Odkupicielem, nigdy nie chciała dla siebie czegokolwiek od swego Syna. "Nigdy nie przedstawiała się jako współodkupicielka, nigdy, była tylko uczennicą" – podkreślił mówca.

Zauważył, że pewien Ojciec Święty powiedział na tej podstawie, że bycie uczniem jest godniejsze niż macierzyństwo. Teologowie się spierają, ale Ona jest uczennicą, nigdy nie "ukradła" dla siebie czegokolwiek od swego Syna, służyła Mu, bo jest matką, daje życie w pełni czasów, jak usłyszeliśmy o tym Synu, zrodzonym z kobiety – dodał z mocą Franciszek.

Zwrócił następnie uwagę, że Maryja jest Matką naszych narodów, nas wszystkich, Kościoła, ale jest również wizerunkiem Kościoła. I jest matką naszych serc, naszej duszy. Pewien papież powiedział, że to, co mówi się o Maryi, można też powiedzieć na swój sposób o Kościele i o naszej duszy, Kościół bowiem jest kobiecy a nasza dusza ma tę zdolność przyjmowania od Boga łaski i w pewnym sensie Ojcowie Kościoła postrzegali ją na sposób kobiecy. Nie możemy myśleć o Kościele bez tej maryjnej zasady, która się na niego rozciąga – zauważył papież.

Jego zdaniem, gdy szukamy roli i miejsca kobiety w Kościele, możemy iść drogą funkcjonalności, jako że kobieta pełni funkcje, które pełni w Kościele. Ale nie powinno to nas zatrzymywać w połowie drogi – dodał. Podkreślił, że w Kościele idzie ona dalej, zgodnie z tą zasadą maryjną, która niejako "umatczynia" Kościół i przeobraża go w Świętą Matkę Kościół.

Zasadniczymi tytułami Maryi są kobieta i matka i nawet Jej wezwania z Litanii Loretańskiej pochodzą od zakochanych dzieci, które opiewają Ją jako matkę, nie naruszając jednak istoty bycia Maryi jako kobiety i matki – tłumaczył dalej papież.

Trzecim określeniem jest, według niego, metyska, Patrząc na obraz Pani z Guadalupe, widać, że chce Ona uczynić z nas metysów, a więc wymieszać. Ona sama się wymieszała, aby być Matką wszystkich, wymieszała się z ludzkością, gdyż wymieszała się z Bogiem, prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem w Jego Synu.

Na zakończenie swych rozważań Franciszek przestrzegł przed uleganiem żądaniom ogłoszenia takiego czy innego dogmatu, nazywając to "głupotami". I dodał: "Maryja jest kobietą, jest Naszą Panią, jest Matką swego Syna i Świętej Matki Kościoła hierarchicznego, jest metyską, matką naszych narodów, ale która zmieszała się z Bogiem". "Niech mówi do nas tak, jak przemawiała do Jana Diego, wychodząc od tych trzech tytułów: czułości, kobiecego ciepła i z bliskości zmieszania" – zakończył kazanie Ojciec Święty.

Następnie trzy rodziny - z Filipin, Ekwadoru i Kolumbii - złożyły na ołtarzu dary ofiarne i rozpoczęła się główna część liturgii. Po komunii papieżowi podziękował – w imieniu narodów Ameryki Łacińskiej i całego Kościoła – kard. Marc Ouellet. Życzył jednocześnie Franciszkowi z okazji przypadającej jutro 50. rocznicy jego święceń kapłańskich obfitych łask Bożych, zapewniając go jednocześnie o stałych modlitwach w jego intencji. Podkreślił, że "Twoje kapłaństwo jest darem dla Ciebie i podarkiem dla całego Kościoła".

Po końcowym błogosławieństwie Ojciec Święty pomodlił się chwilę przed wizerunkiem Matki Bożej z Guadalupe, po czym przy śpiewie hymnu ku Jej czci "La Guadalupana" opuścił procesjonalnie bazylikę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież: trzeba być wiernym otrzymanej misji

2019-12-14 16:46

Paweł Pasierbek SJ /vaticannews / Watykan (KAI)

Wasz instytut nie narodził się przy zielonym stoliku, ale jest owocem życia, doświadczenia apostolskiego, współpracy z kapłanami w duszpasterstwie. W ten sposób Papież przypomniał historię powstania instytutu Pomocnic Diecezjalnych, który założony został w Mediolanie. Jego członkinie oraz inne kobiety zaangażowane w duszpasterstwo parafialne i diecezjalne przyjął dziś na audiencji. Zwrócił się do nich w improwizowanych słowach.

vaticannews.va

Natomiast w przemówieniu, które zostało wcześniej przygotowane i które zostało im wręczone Franciszek podkreślił, że ich szczególnym charyzmatem jest współpraca z biskupami i kapłanami w ich misji na terenie diecezji. Dodał, że to skoncentrowanie się na działalności na terenie konkretnej diecezji nie ma charakteru ograniczającego, ale oznacza głębokie wrośnięcie w nią oraz wierność i poświęcenie.

„Ten aspekt wierności nie odnosi się do jakiegoś ludu w ogólności, ale do tego konkretnego ludu, z jego historią, bogactwem i biedą, i jest cechą charakterystyczną misji Jezusa, posłanego przez Ojca do «owiec, które poginęły z domu Izraela»” (Mt, 15, 24) – napisał w przemówieniu Ojciec Święty. Zaznaczył, że Jezus oddał życie za wszystkich i to w oczywisty sposób odnosi się do dania go za te konkretne osoby, za wspólnotę, za przyjaciół i nieprzyjaciół. „Taka wierność kosztuje, nosi w sobie ciężar krzyża, ale jest owocna, płodna, według Bożych planów” – dodał Papież.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem