Reklama

Rowerem po Podlasiu

Anna Kraska
Edycja podlaska 44/2004

W dniach 4-10 lipca br. odbył się Rowerowy Rajd Pielgrzymkowo-Turystyczny: „Sanktuaria Podlasia”. Pomysł tej wycieczki rowerowej zrodził się w grupie młodzieży, która w czasie wakacji chciała wyjechać choć na kilka dni. Zobaczyć coś nowego, nieznanego, doświadczyć nowych sytuacji, ubogacić się. Dla większości z nas był to jedyny wakacyjny wyjazd.

Jako niewielka grupa, bo ośmioosobowa, prowadzona przez naszych dwóch przewodników: ks. Józefa Gierczyńskiego i Katarzynę Niedźwiedź, wyjechaliśmy zwiedzać znane i mniej znane sanktuaria na Podlasiu. Nasi opiekunowie stawili czoła nie lada zadaniu, gdyż mieli pod opieką „niesforną” gromadkę: Anię, Ulę, Asię, Anię, Łukasza, Pawła.
I tak 4 lipca, po Mszy św. odprawionej w naszym sanktuarium w Łazówku, wyruszyliśmy w drogę z niepokojem patrząc w niebo; zaczęło bowiem lekko siąpić. Uznaliśmy to jednak za „pokropienie” na szczęśliwą podróż.
Pierwszy etap był bardzo długi - 81 km - do Konstantynowa. Po drodze zwiedzaliśmy pałac w Korczewie, podziwialiśmy piękną panoramę Drohiczyna, a potem spokojną, leśną drogą zmierzaliśmy w kierunku Serpelic i Kalwarii Podlaskiej. Tu wysłuchaliśmy historii kościoła i po modlitwie ruszyliśmy na upragniony nocleg, gdzie oczekiwał nas ks. Mieczysław.
Drugiego dnia, po nocnej burzy, powitał nas piękny ranek. Po śniadaniu, po modlitwie w kościele, ruszyliśmy na kolejny etap naszej „wędrówki” - droga wiodła do Janowa Podlaskiego. Tu głównym punktem naszego pobytu była kolegiata janowska. Ks. Tadeusz, miejscowy proboszcz, opowiedział nam bogatą historię kościoła i parafii. Dzięki jego uprzejmości zeszliśmy do podziemi świątyni i modliliśmy się przy trumnie bp. Adama Naruszewicza. W kolegiacie są też relikwie św. Wiktora, mogliśmy je ucałować i prosić o wstawiennictwo w naszych potrzebach. Następnie udaliśmy się do słynnej, nie tylko w Polsce, ale na całym świecie stadniny. Zobaczyliśmy mnóstwo pięknych koni, stajnie i rozległe janowskie łęgi.
Pokrzepieni pięknymi widokami ruszyliśmy dalej. Na chwilę zatrzymaliśmy się przy kościele rektoralnym (obecnie w remoncie). Wtedy też doszło do spotkania z drugą grupą zapaleńców, którzy jechali z Rzeszowa do Augustowa - oczywiście rowerami! Po wymianie doświadczeń życzyliśmy sobie nawzajem szczęśliwej drogi i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. My kierowaliśmy się na Pratulin do sanktuarium bł. Wincentego Lewoniuka i 12 Towarzyszy. Jechaliśmy dość szybko, po nowej asfaltowej drodze.
W Pratulinie swoją wiedzą podzielił się z nami nasz Ksiądz Przewodnik i oprowadził nas po miejscach związanych z męczeństwem unitów. Niestety nie zastaliśmy Kustosza, który miał na nas czekać i nie było możliwości odprawienia Mszy św. Tu też mieliśmy okazję zobaczyć ołtarz papieski - przewieziony z Siedlec - na którym Ojciec Święty Jan Paweł II sprawował Eucharystię 10 czerwca 1999 r.
Następnym miejscem, które nas zatrzymało był czołg, pomnik przypominający czasy II wojny światowej. Prawie wszyscy wdrapaliśmy się na niego. Poczuliśmy się jak załoga „Rudego”.
Za kilka minut powitały nas Neple, gdzie w maleńkim kościółku, nasz ksiądz odprawił Mszę św. Pokrzepieni Eucharystią ruszyliśmy w kierunku Terespola. Tu był nasz kolejny nocleg. Ks. Ryszard, który sam w przeszłości doświadczał trudów pielgrzymowania, zatroszczył się, abyśmy mieli ciepłą wodę. Po gorącej kąpieli i gorącym posiłku ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Nogi zaniosły nas aż na przejście graniczne. Panowie celnicy wykazali ogromną wyrozumiałość dla naszej grupy, bo pomimo późnej pory oprowadzili nas po przejściu i opowiedzieli o swojej pracy, chętnie udzielając odpowiedzi na zadawane pytania. Było już bardzo późno kiedy dotarliśmy na miejsce odpoczynku. Wszyscy marzyli tylko o tym, aby jak najszybciej zasnąć.
Trzeci dzień naszego pielgrzymowania rozpoczęliśmy od zwiedzania kościoła parafialnego. Jego cechą charakterystyczną jest to, że składa się on jakby z dwóch kościołów: starego i nowego. Całość została ładnie rozbudowana i teraz stanowi ogromny, przestrzenny obiekt. Po porannej modlitwie, w tejże świątyni, udaliśmy się na ogromną wieżę kościoła. Samo wchodzenie może nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, ale było warto. Widok jaki roztaczał się z góry na cały Terespol i Brześć, na piękną panoramę okolicy wynagradzał wszelkie trudy i napawał optymizmem przed czekającą nas drogą, dziś krótką, bo tylko 25 km. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie na granicy miasta i skierowaliśmy się w stronę Kostomłotów.
Jest to jedyna w Polsce parafia unicka. Wysłuchaliśmy barwnie opowiedzianej historii parafii, dowiedzieliśmy się o różnicach obrządku rzymsko- i greckokatolickiego. Pooglądaliśmy piękne ikony, a nawet mogliśmy zajrzeć za ikonostas, który zwykle nie jest dostępny, zwłaszcza dla kobiet. W Kostomłotach spotkaliśmy grupę ludzi niepełnosprawnych, którzy wraz ze swymi opiekunami byli tu na „obozie”.
Przed nami ostatni odcinek jazdy na dziś. Szybko mkniemy do Kodnia, do Matki, by u Jej stóp prosić o łaski potrzebne dla nas i dla naszych rodzin. Jest jeszcze jeden powód dla którego jedziemy tak śpiesznie - dziś śpimy na łóżkach! Po zakwaterowaniu poszliśmy na obiad do klasztornego baru (kanapki trochę nam się przejadły). Po obiedzie zwiedziliśmy bazylikę Matki Bożej i wysłuchaliśmy historii Kodnia opowiedzianej przez Ojca Przewodnika. Potem udaliśmy się na Kalwarię, zwiedziliśmy kościół Świętego Ducha i odprawiliśmy Drogę Krzyżową. Uczestniczyliśmy w wieczornej Mszy św. w bazylice, zakończonej Apelem. Wieczór był jeszcze długi, wykorzystaliśmy go maksymalnie: kolacja, lody i krzyżówki - to dopiero był ubaw!
Czwartego dnia, po porannej Mszy św. u Matki Bożej, ruszyliśmy do Jabłecznej. Zwiedziliśmy kościół rzymskokatolicki i prawosławny monastyr. Tamtejszy mnich opowiedział nam ubarwioną historię miejsca. Wysłuchaliśmy go w cerkwi, obejrzeliśmy bardzo bogate wnętrze i piękne ikony. Poszliśmy też nad Bug, podziwiając wspaniałe dęby, które królowały nad okolicą.
Następnie dotarliśmy do Romanowa, w którym znajduje się Muzeum Józefa Ignacego Kraszewskiego. Pani przewodnik ciekawie opowiedziała nam jego biografię. Zobaczyliśmy wnętrza i rzeczy które miały bezpośredni związek z życiem i twórczością pisarza. Wokół pałacu rozciąga się piękny park, w którym oprócz drzew i kwiatów znajduje się również pałacowa kaplica. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy na nocleg do Wisznic - rodzinnej parafii Księdza Proboszcza.
Ks. Krzysztof przyjął nas z otwartymi ramionami. Nocowaliśmy na starej plebanii, gdzie jeszcze przed rokiem mieszkały i pracowały siostry albertynki. Wieczór upłynął w miłej i sympatycznej atmosferze przy ognisku i kiełbaskach.
O godz. 6.00 obudziły nas dzwony wołające na Mszę św. Chętnie skorzystaliśmy z tego zaproszenia.
W tym dniu mieliśmy w planach dwa sanktuaria Maryjne: Kolembrody i Leśną Podlaską. Matka Boża z Kolembród przypomniała nam o naszej Pani z Łazówka, obraz jest jakby podobny i też jest to Matka Boża Pocieszenia. Natomiast Leśna to ogromne sanktuarium, z Matką Bożą, która przed wiekami ukazała się na gruszy i króluje po dziś dzień. Przewodnik ciekawie opowiedział bogatą historię, pełni nadziei wysłuchaliśmy jej, a potem udaliśmy się do źródełka. Jeszcze modlitwa różańcowa, która towarzyszyła nam każdego dnia o różnych porach - i ostatni trudny etap, pod wiatr, na nocleg do Kornicy. Nocujemy w szkole, w sali gimnastycznej. Ks. Józef, miejscowy proboszcz, uznał, że będzie nam tam wygodniej niż w salce katechetycznej. Miał rację!
Ostatniego dnia naszej wyprawy byliśmy w Szpakach - sanktuarium św. Józefa. Tu została odprawiona Msza św. dziękczynna za całą naszą grupę. Potem, ks. Krzysztof zaprosił nas na kanapki i herbatę na plebanię. Po drodze do domu odwiedziliśmy jeszcze parafie w Niemojkach i w Przesmykach. Ostatnim miejscem na trasie było sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Hołubli. Tego dnia przejechaliśmy najwięcej, bo 90 km.
Podczas całego rajdu pogoda bardzo nam sprzyjała, była odpowiednia do jazdy rowerem. Wiatr i słońce zostawiły nam pamiątkę na skórze, na początku dosyć bolesną. Do domu wróciliśmy opaleni i zadowoleni.
Nasze noclegi będą chyba najmilej wspominane. Co się wtedy nie działo! Spaliśmy na podłogach, mając do dyspozycji karimaty i śpiwory - pełen komfort. Jednak były też luksusy: w Kodniu wygodne łóżka, a w Kornicy grube, szkolne materace.
Wieczory mijały nam bardzo miło, ubogacone w ogniska w Konstantynowie i Wisznicach. Tu mieliśmy słodką niespodziankę. Na deser były pączki i wafle, a także czereśnie. Te spotkania jeszcze bardziej zacieśniały przyjazną atmosferę. Był też czas, gdy sprawdzaliśmy swoją wiedzę rozwiązując krzyżówki. Zawsze, o każdej porze, towarzyszył nam śmiech, nawet rano jak trzeba było wstawać bardzo wcześnie.
Posiłki były wspólne, może mało urozmaicone, ale za to do syta. Głównie zajadaliśmy bułeczki, ser żółty i pomidory, ale bywało też coś na gorąco. Piliśmy ogromne ilości wody i ratowaliśmy się czekoladą.
W czasie naszego rajdu przytrafiły się nam dwie awarie - przebite dętki. Pierwsza gdy dojeżdżaliśmy do Romanowa. Z tą dziurą poradziliśmy sobie sami, gdy okazało się, że jedna z naszych koleżanek jest wspaniałym „mechanikiem”. Niestety w drodze do Leśnej, w Rogoźnicy, nie było już tak łatwo. W dętce było aż pięć dziur! Okazało się jednak, że wszędzie są bardzo życzliwi ludzie. Wulkanizator zakleił dziury, a w jakimś warsztacie samochodowym przeczekaliśmy ogromną burzę, która nie pozostawiłaby na nas suchej nitki, gdyby nas dorwała. Nasz Ksiądz Przewodnik mówił bardzo często, że jedziemy pod płaszczem Matki Bożej, tej naszej, z Łazówka. Zwłaszcza w takich momentach trudno było nie przyznać mu racji.
Jazda upływała szybko i miło, czasami dziwiliśmy się, że już przejechaliśmy jakiś odcinek. Chociaż pojawiały się górki, których czasem mieliśmy dość, to wszyscy dzielnie pokonywali trasę, narzekając jedynie na „siedzenia”.
I tak bardzo szybko minęło tych kilka dni, musieliśmy wracać do domów. Łącznie przejechaliśmy 400 km. Byliśmy z siebie dumni, że nam się udało: zorganizować, wyjechać i dojechać. Mieliśmy okazję poznać piękne miejsca naszej rodzinnej, podlaskiej ziemi i ludzi, którzy na niej mieszkają. Taka wyprawa zbliża, uczy, ubogaca. Patrząc z perspektywy czasu wszyscy wspominamy naszą przygodę z uśmiechem na twarzy i z niecierpliwością czekamy na kolejny wyjazd.

Dobry jak chleb – św. brat Albert Chmielowski

2018-11-28 11:04

Al. Rafał Oleksiuk
Edycja podlaska 48/2018, str. VII

Wrażliwość na piękno pozwoliła mu zostać świetnym artystą. Jeszcze bardziej niż sztuka, poruszał go jednak Chrystus, którego potrafił dostrzec w biedakach na krakowskich ulicach. Dla Niego rzucił karierę malarską i przywdział ubogi habit

Archiwum

Trudna młodość

Święty przyszedł na świat 20 sierpnia 1845 r. w Igłomi k. Krakowa. Niedługo po porodzie dziecko zachorowało. Obawiano się, że nie przeżyje. Józefa Chmielowska, matka chłopca, poprosiła ubogich, którzy stali przed kościołem, by wraz z chrzestnymi trzymali go do chrztu świętego. W ten sposób zapewniła mu tzw. błogosławieństwo ubogich. 28 sierpnia 1845 r. przyjął chrzest z wody w Igołomi. Ceremonii chrztu dopełniono 17 czerwca 1847 r. w kościele Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Warszawie. Na chrzcie otrzymał imiona Adam Bernard Hilary. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Bardzo wcześnie został osierocony. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka. W wieku osiemnastu lat Adam przyłącza się do powstania styczniowego. W przegranej bitwie pod Miechowem zostaje ranny i trafia do niewoli. W prymitywnych warunkach, bez znieczulenia, przechodzi amputację lewej nogi. Dzięki staraniom rodziny udało mu się jednak opuścić carskie więzienie i wyjechać do Francji.

Artysta – zakonnik

W Paryżu rozpoczął studia malarskie. Po amnestii w 1865 r. przyjechał do Warszawy, gdzie dalej kształcił się artystycznie. Nauki malowania pobierał również w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Obrazy Chmielowskiego zdobywały liczne nagrody, był jednym z prekursorów polskiego impresjonizmu, z czasem zaczęła coraz częściej pojawiać się w nich tematyka religijna. Jeden z jego najlepszych i najsłynniejszych obrazów „Ecce Homo”, który dziś możemy oglądać w Krakowie u sióstr albertynek, jest owocem głębokiego przeżycia przez autora tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka. W 1880 r. następuje zwrot w życiu Adama. Jak sam mówi: „Już nie mogłem dłużej znosić tego złego życia, którym nas świat karmi. Świat, jak złodziej, wydziera co dzień i w każdej godzinie wszystko dobre z serca, wykrada miłość dla ludzi, wykrada spokój i szczęście, kradnie nam Boga i niebo. Dlatego wstępuję do zakonu. Jeżeli duszę bym stracił, cóż by mi zostało?”. Porzuca życie artysty i wstępuje do nowicjatu jezuitów. Wytrzymał tam jednak tylko przez pół roku. Wyjechał na Podole do swojego brata Stanisława, gdzie związał się z tercjarzami św. Franciszka i prowadził pracę apostolską wśród ludności wiejskiej. W 1884 r. wrócił do Krakowa, gdzie poświęcił się służbie bezdomnym i opuszczonym.

Apostoł krakowskiej biedoty

25 sierpnia 1887 r. Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie albertynami. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała bł. s. Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem albertynek. Ogrzewalnie miejskie dla bezdomnych przemieniał w przytuliska. Nie dysponując środkami materialnymi kwestował na ulicach Krakowa. Zakładał domy dla sierot, kalek, starców i nieuleczalnie chorych, bez względu na ich narodowość czy wyznanie. Pomagał bezrobotnym organizując dla nich pracę. Przykładem swego życia brat Albert uczył, że trzeba być „dobrym jak chleb”. Zmarł, wyniszczony trudami pracy i poważną chorobą żołądka, 25 grudnia 1916 r. Odszedł do Domu Ojca na prostej drewnianej pryczy, w otoczeniu nędzarzy, w jednym z przytulisk. W 1938 r. prezydent Polski Ignacy Mościcki nadał mu pośmiertnie Wielką Wstęgę Orderu Polonia Restituta za wybitne zasługi w działalności niepodległościowej i na polu pracy społecznej. 22 czerwca 1983 r. Jan Paweł II – podczas Mszy św. na krakowskich Błoniach – ogłosił brata Alberta Chmielowskiego błogosławionym, a 12 listopada 1989 r. w Rzymie – świętym. Na terenie diecezji drohiczyńskiej znajdują się dwie kaplice pod wezwaniem św. Alberta: w Mniu (parafia Domanowo) oraz w Toporze (parafia Stoczek). Największym dziełem świętego są jednak jego duchowe córki i synowie. W naszej diecezji możemy spotkać siostry albertynki w Jabłonnie Lackiej, gdzie kontynuują dzieło swojego założyciela prowadząc Dom Pomocy Społecznej dla Kobiet.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Modlitewna obrona Jasnej Góry

2019-06-17 17:30

Marian Florek

Wszystkie ogólnopolskie media, które komentowały II Marsz Równości w Częstochowie, koncentrowały się na spektakularnych wątkach związanych z tym wydarzeniem. A szkoda. Jakoś bez echa przeszła inicjatywa częstochowskiej Akcji Katolickiej, aby przy figurze Matki Bożej, stojącej na wejściu na plac jasnogórski, zorganizować modlitewną redutę.

Setki, jeśli nie tysiące ludzi z wielu stron Polski przyjechało w dniu 16 czerwca br., aby pokojowo z pełnym szacunkiem dla innych zamanifestować swoje przekonania i obronić przed profanacją Królową Polski - Matkę Bożą Częstochowską.

Wyrażnie podkreślił taki właśnie charakter zgromadzenia Artur Dąbrowski, prezes Diecezjalnego Instytutu Akcji Katolickiej w Częstochowie. Modlitwę poprowadził ks. Ryszard Umański, proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny Częstochowskiej w Częstochowie i kapelan NSZZ „Solidarność” w Częstochowie. Przebiegała ona w atmosferze skupienia i powagi.

Biorący udział w II Marszu Równości i modlący się ludzie zostali sprawnie rozdzieleni przez policję. Incydenty dziejące się na obrzeżach zgromadzenia nie zakłócały atmosfery modlitwy. Wniosek z tego wydarzenia jest zatem jeden i chyba optymistyczny. W dobie prób rozhuśtania społecznych nastrojów, siła modlitwy stanowi jedyne i skuteczne remedium, aby zbudować miedzyludzką zgodę w naszej ojczyźnie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem