Reklama

Kobieta ze Wschodu

Władysław Burzawa
Edycja kielecka 13/2011

Przychodzą do niej w nocy. Najczęściej gdy wpada w głęboki sen. Nagle słyszy ujadanie psów, a później zgiełk, tupot nóg i krzyki albo raczej wycie. Wycie ludzi. Słyszy rozpaczliwy głos matki: - Zosiu, gdzie jesteś? Zosiu!!! Słyszy płacz kobiet i szlochanie dzieci. Ucieka po omacku, przed siebie. Potyka się, mama ciągnie ją za rękę. Wokoło płomienie, bucha od nich żar i gryzący dym. Te straszne sny ma często. Za często. Budzi się w środku nocy zlana potem i chwyta za różaniec albo szepce: Maryjo, pod Twoją obronę uciekamy się… Nie może tego wszystkiego zapomnieć. Nie może tych przeżyć wymazać z pamięci. Takie sny ma od blisko 80 lat

Urodziła się w 1940 r. w małej wiosce na wschodzie Polski. Był drugi rok wojny. Jej rodzinna miejscowość Huta-Poręby zagubiona pośród lasów, znajdowała się jakby na uboczu tego potwornego piekła, które Polakom zgotowali Niemcy.

Razem

Od zachodu płynął niebieski San, szumiały lasy, a pola dawały dobre plony. Mimo obowiązkowych kontyngentów, jakoś dało się wyżyć. Polacy mieszkali razem z Ukraińcami. Polacy na małym pagórku, a Ukraińcy poniżej. Znali się od lat. Od lat ich życie było złączone pracą, radościami i smutkami - ot, spokojna wieś, normalne wiejskie życie.
Tato wojny nie przeżył. W pierwszych latach wojny zamordowali go Ukraińcy. W jednej z polskich wiosek na wschodzie zgonili wszystkich mieszkańców do kościoła i kazali właśnie jemu podpalić świątynię z ludźmi. Nie podpalił. Został bestialsko zamordowany, a mężczyźni, kobiety i dzieci zostali przez bandytów spaleni żywcem w drewnianym wiejskim kościółku. Te straszne wydarzenia mimo wszystko wydawały się jej odległe. Rzezie na Wołyniu, w których tysiącami ginęli Polacy z rąk Ukraińców, po wojnie ustały. Rodziła się nowa Polska. Był rok 1945. Ustalono nowe granice. Nasz kraj „przesunął się” na zachód. Huta-Poręby pozostała w jego obrębie. Zaczynało się nowe życie. Przynajmniej taką mieli nadzieję.

Uważajcie, Polacy

Zaczęło się od rozmów. Ktoś, kto był gdzieś na targu „w świecie”, przynosił dziwne, przerażające wiadomości, że Ukraińcy wymordowali całą polską wieś, że gdzieś kogoś spalili żywcem, że wymordowali kilka rodzin. Nikomu nie chciało się w to wierzyć. Jak to? Wojna się przecież skończyła, jest nowy porządek, nowe granice… To niemożliwe! - mówili. Szybko jednak przekonali się, że to prawda. Wieści o pogromach było coraz więcej. Również zaprzyjaźnieni z nimi Ukraińcy przestrzegali: - Uważajcie na siebie i wasze rodziny, może być „gorąco”.
Ukraińscy bandyci, aby wzbudzić w ukraińskich mieszkańcach ich wioski nienawiść do Polaków i zachęcić ich do współpracy, do mordowania swoich sąsiadów, obiecywali, że gdy zabiją wszystkich Polaków, to będą mogli przejąć ich domy i ziemię. Gdy na drzwiach niektórych chałup pojawiły się narysowane kredą krzyże, uwierzyli, że te straszne opowieści to prawda. Zrozumieli, co oznaczają te krzyże. Strach padł na wszystkich. Zaczęło się nocne pilnowanie domów i ukrywanie dzieci. Całe rodziny spały w zamaskowanych ziemiankach i piwnicach, na strychach i w stodołach. Matki w obawie o najmłodsze dzieci przywiązywały je opatulone w ciemne materiały w koronach drzew. Żeby nie kwiliły, dawały im mak do ssania. W takim paraliżującym strachu mijały kolejne dni.

Reklama

A jednak…

Krowy strasznie ryczały u gospodarzy pod lasem. Ktoś zwrócił na to uwagę. Ta chata była oddalona od wsi. Tuż za nią rosły drzewa i krzaki i zaczynał się las. Kilku gospodarzy poszło sprawdzić, co się dzieje. Gdy weszli do zabudowań gospodarskich, nic nie wskazywało na tragedię. Kury spokojnie spacerowały po podwórku, garnki wisiały na płocie, tylko te krowy… Ryczały i ryczały. Pewnie nikt im nie dał pić, więc spragnione zwierzęta rycząc, domagały się wody. Gdy mężczyźni zajrzeli do izby, struchleli. Za stołem siedziała cała rodzina. Wszyscy zamordowani. Ukraińcy, słynący z bestialstwa, wszystkim członkom rodziny przybili języki gwoździami do stołu. - Wie pan co? Niemcy to chociaż mordowali „po ludzku”: zastrzelili człowieka, zadźgali bagnetem, a Ukraińcy zachowywali się jak zwierzęta. Zanim człowieka zabili, to wcześniej jeszcze go musieli zmasakrować, zedrzeć skórę, wypruć wnętrzności. Wrzucali ludzi do studni albo zawijali w drut kolczasty. Żeby matka przed śmiercią oszalała, to na jej oczach dziecko nabijali na sztachetę od płotu. Potwory - mówi pani Zofia Konieczna. Czas ich tragedii zbliżał się nieuchronnie.

Nowy Rok 1946

Zosia miała sześć lat. Był pierwszy dzień stycznia 1946 r. W środku nocy usłyszała gwałtowne ujadanie psów, później ich wycie i nieludzkie krzyki mordowanych ludzi. - Zosiu, gdzie jesteś? Zosiu!!! - usłyszała wołanie matki. Mama złapała pod rękę niewidomego dziadka i czteroletnią córeczkę siostry. I tak jak stali, wyskoczyli w czwórkę za chałupę i uciekli w pola, w mrok nocy. Buchał ogień i gryzący dym, słychać było strzały i jęki konających ludzi, zawodzenie kobiet. Nie pamięta, jak długo uciekali. Pędzili co tchu, przez las. Byle dalej od wsi, byle szybciej. Nie czuli zmęczenia, strach dodawał im sił. Matka dziękowała Panu Bogu za ocalenie i za to, że jej drugiej córki nie było w domu. Była „na służbie” w odległej wsi i to ją uratowało. Mała siostrzenica nie zobaczyła już swojej mamy ani ojca. Matkę zamordowali Ukraińcy. Przed śmiercią łamali ją kołem, żeby powiedziała, gdzie jest jej mąż. Nie powiedziała. Niestety, ukraińscy bandyci i jego znaleźli, i zamordowali. Siostrzenicę wychowywała mama Zosi i druga ciotka. Ocalenie znaleźli we wsi Dylągowa. Tu otrzymali nakaz wyjechania do Przeworska, ale szybko opuściły to miejsce i znalazły się w Jaworznie. Później trafiły na Śląsk. Mama ponownie wyszła za mąż, z tego związku urodziły się kolejne dzieci. Po wielu perypetiach Zofia znalazła pracę w Kielcach na kolei.

Nie wracać

Nigdy nie chciała wracać do swojej rodzinnej wioski nad Sanem, do miejsca tragedii, którą zapamiętała. Pamięć o wydarzeniach sprzed lat była tak silna, że na samą myśl o powrocie do Huty-Poręby wzdrygała się. Kiedy w latach tułaczki powodziło się im coraz gorzej, jej mama z piątką dzieci postanowiła wrócić w rodzinne strony. Zofia, przeszło dwudziestoletnia panna, nie chciała wracać. Po rozmowach z matką stanęło na tym, że jednak wyjadą do rodziny do Dylągowa - miejscowości, w której znalazły ratunek po rzezi. Pojechali. Zosia długo tam nie wytrzymała. Mieszkanie kilka kilometrów od miejsca, gdzie rozegrała się tragedia, było koszmarem. Spakowała się i uciekła do Krakowa. Dowiedziała się z gazety, że pod Krakowem jest praca na kurzej fermie. Nie zastanawiała się dwa razy. Gdy materialnie jakoś stanęła na nogi, szybko ściągnęła mamę i rodzeństwo. Znowu byli razem. To tu, w Krakowie, spędziła najpiękniejsze dni swojego życia. W Krakowie, a później w Kielcach, gdzie znalazła pracę na kolei. Była sumienna, pracowita, lubiana przez przełożonych. Przez pierwsze miesiące dojeżdżała codziennie do pracy w Kielcach z Krakowa. Z czasem zamieszkała z mężem we Włochach niedaleko Pińczowa. Tu zakończyła się jej życiowa podróż. Gdy po przeżytych latach poszła na emeryturę i miała więcej czasu na podróże i odwiedziny, kilka razy wybierała się do rodziny w Dylągowej. Chociaż ciekawskie dzieci zachęcały: - Mamo, odwiedźmy Hutę-Poręby, to tylko kilka kilometrów stąd... Nie pojechała. Dopiero niedawno przełamała się i odwiedziła to miejsce z rodziną. Wszystko się zmieniło. Do wsi wróciło życie, pobudowano nowe, piękne domy, a na jej polu, w miejscu, gdzie stał jej rodzinny dom, stoi nowy kościółek. - To bardzo dobrze, to jedyna rzecz, która mnie cieszy. Niech służy ludziom na chwałę Bożą. Dobrze, że wybudowali tam kościół, niech ludzie się w nim modlą, bo ta ziemia potrzebuje modlitwy.

W Bogu nadzieja

Jest na emeryturze, ma dużo czasu, więcej myśli o Bogu i wieczności. Należy do kółka różańcowego od chwili jego powstania. Codziennie odmawia Różaniec, codziennie się modli. Pokazuje katolickie czasopisma, uwielbia je czytać. Siostra przysyła jej nowe egzemplarze „Niedzieli”, gazety wydawane przez zakonników oraz katolickie książki. To jest jej świat. Część dzieci rozjechała się po świecie, ale jeden syn, ten, który pracował z nią na kolei, mieszka z rodziną obok, po przeciwnej stronie drogi. Opiekuje się matką. Jest coraz starsza, schorowana, nie może już chodzić. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Chwil, które sprawiają jej radość, jest coraz mniej. Największą radość sprawiały jej peregrynacje figury Matki Bożej i kopii obrazu Czarnej Madonny z Jasnej Góry. Pokazuje zdjęcia. - O tu, ja z całą rodziną. Doczekałam się pięcioro dzieci, czternastu wnuczków i siedmiu prawnuczków i mam za co Panu Bogu dziękować. Gdy odbywa się peregrynacja figury czy obrazu Maryi, przychodzą sąsiadki i sąsiedzi, wspólnie się modlą, śpiewają pieśni. Później w ramach rewizyty odwiedza się ich domy. To piękny czas zastanowienia się nad przemijaniem i nad swoim życiem. Niedawno miała szczęście, że kopia Cudownego Wizerunku Maryi trafiła do jej małej chatki. W Wigilię Bożego Narodzenia. - Siedziałyśmy tu sobie razem, ja i Matka Boża - mówi - i „rozmawiałam” z nią o moich problemach, przeżyciach, o swoich troskach i kłopotach w ten cudowny czas Narodzenia Pana Jezusa.

Żeby nie zapomnieć

Gdy kończymy rozmowę, pani Zofia mówi: - Wie pan co, chciałam panu coś dać. Wyciąga małą pożółkłą i poklejoną kartkę z jakimiś czerwonymi pieczątkami. Czytam. „Niniejszym zaświadcza się, że Ob. Baran Karolina (matka pani Zofii) (…) była mieszkańcem Huty-Poręby gminy Nozdrzec, jej cały dobytek został spalony przez bandy ukraińskie dnia 1 stycznia 46 r. Dokumenty też zostały spalone. Uprasza się władze i ludność cywilną o wszelkie poparcie”. Nieczytelny podpis wójta gminy Nozdrzec, pieczątka jeszcze z orłem w koronie oraz druga pieczątka Milicji Obywatelskiej z tejże miejscowości. - Niech pan to zabierze i przekaże do jakiegoś muzeum, i jeszcze jedno, ten zardzewiały tasak. Mamusia go zachowała na pamiątkę. Takimi tasakami Ukraińcy mordowali Polaków…

Wzywamy do zaprzestania publikowania informacji naruszających dobre imię kard. Gulbinowicza

2019-05-24 10:49

wpolityce.pl

BP KEP
Kard. Henryk Gulbinowicz

Na specjalnej konferencji prasowej zorganizowanej przed budynkiem Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego we Wrocławiu, pełnomocnicy kard. Henryka Gulbinowicza wydali oświadczenie w sprawie ostatnich doniesień medialnych. Karol Chum, poeta i informatyk, oskarżył kardynała Henryka Gulbinowicza o molestowanie seksualne w 1989 roku. Sprawę we wtorek opisała „Gazeta Wyborcza”.

Kard. Gulbinowicz trafił do szpitala. Zasłabł i przechodzi badania. Korol Chum oskarża go w „Wyborczej” o molestowanie

Celem naszego spotkania jest wezwanie do zaprzestania publikowania i rozpowszechniania nieprawdziwych, niepotwierdzonych i, co za tym idzie, naruszających dobre imię Jego Eminencji kard. Henryka Gulbinowicza, informacji pochodzących od pana posługującego się pseudonimem Karol Chum -poinformował adwokat Mateusz Chlebowski.

Zaznaczył, że jego kancelaria prowadzi obecnie analizy prawne treści zawartych w materiałach prasowych, które do tej pory zostały na ten temat opublikowane.

Te analizy mają na celu podjęcie decyzji co do dalszych działań prawnych w sprawie - dodał.

Zignorowanie niniejszego wezwania spotka się z reakcją, wysunięciem stosownych roszczeń na drodze sądowej - podkreślił prawnik.

Pełnomocnicy kardynała zaapelowali także, by uszanować prywatność kardynała. Chcielibyśmy, by w spokoju wrócił do zdrowia i pełni sił. To jest w tej chwili najważniejsze, by nie robić sensacji i umożliwić drugiej stronie zajęcie stanowiska - oświadczył jeden z pełnomocników.

Karol Chum (pseudonim Przemysława Kowalczyka) to wrocławski informatyk i poeta w rozmowie z ”Gazetą Wyborczą” opowiedział, że jako nastolatek spędził noc w pałacyku kardynała Henryka Gulbinowicza i padł ofiarą molestowania. Wrocławska kuria podkreśla, że chce dokładnie zbadać tę sprawę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Księża diecezji włocławskiej wyrazili sprzeciw wobec profanacji wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej

2019-05-24 12:21

ks. an / Osięciny (KAI)

„Kapłani diecezji włocławskiej ze swoimi biskupami, (…) dotknięci w swoich uczuciach religijnych profanacją czcigodnego wizerunku Matki Bożej z klasztoru jasnogórskiego, do 1925 roku znajdującego się na ówczesnym terenie naszej diecezji, wyrażamy swoje potępienie tego bluźnierczego czynu” – głosi protest, jaki 24 maja br. jednogłośnie przyjęli biskupi i księża podczas tradycyjnej pielgrzymki kapłanów diecezji włocławskiej w ramach obchodów diecezjalnego dnia modlitw o uświęcenie kapłanów.

Duchowni zobowiązali się do osobistej modlitwy wynagradzającej i o nawrócenie sprawców tej profanacji oczekując jednocześnie od właściwych organów Rzeczypospolitej przewidzianych prawem działań wobec osób odpowiedzialnych za sprofanowanie czcigodnego wizerunku maryjnego.

Tegoroczne spotkanie odbywa się w Sanktuarium Błogosławionych Kapłanów Wincentego Matuszewskiego i Józefa Kurzawy, Męczenników Eucharystii i Jedności Kapłańskiej w Osięcinach, z okazji 20. rocznicy beatyfikacji 108. Męczenników z czasów II wojny światowej.

Publikujemy tekst protestu:

Protest kapłanów Diecezji Włocławskiej po profanacji wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej

Kapłani diecezji włocławskiej ze swoimi biskupami, zgromadzeni na pielgrzymce w Osięcinach, w związku z rocznicą męczeństwa i dwudziestą rocznicą beatyfikacji miejscowych duszpasterzy – błogosławionych ks. Wincentego Matuszewskiego i ks. Józefa Kurzawy – dotknięci w swoich uczuciach religijnych profanacją czcigodnego wizerunku Matki Bożej z klasztoru jasnogórskiego, do 1925 roku znajdującego się na ówczesnym terenie naszej diecezji, wyrażamy swoje potępienie tego bluźnierczego czynu. Żadne naruszenie integralności czcigodnego wizerunku nie może być tolerowane. Tym bardziej to, którego dokonano w Płocku, a następnie w Warszawie, zastępując nimb świętości symbolem grzechu.

Nie sposób nie pamiętać, że nawet okupant wojenny, mimo masowego niszczenia świątyń i przedmiotów czci sakralnej, nie tknął jasnogórskiego wizerunku. Wyrażamy swój ból spowodowany czynem bluźnierczym i kryminalnym, naruszającym art. 196 Kodeksu Karnego. Ból tym większy, że sam czyn naruszenia integralności wizerunku jasnogórskiego został – przez znaną z imienia i nazwiska sprawczynię – „przedłużony” rozlepianiem i używaniem sprofanowanego wizerunku w miejscach i na obiektach uwłaczających powadze nie tylko obrazu sakralnego. Również bolesne są dla nas wypowiedzi osób publicznych, w tym środowisk uważających się za katolickie, nie dostrzegające w tych haniebnych czynach niczego złego.

Zobowiązując się do osobistej modlitwy wynagradzającej i o nawrócenie sprawców tej profanacji oraz prosząc o takową wiernych diecezji, oczekujemy jednocześnie od właściwych organów Rzeczypospolitej stosownych, przewidzianych prawem, działań wobec osób odpowiedzialnych za sprofanowanie czcigodnego wizerunku maryjnego, a w przyszłości – niedopuszczania do realizowania zamiarów profanacji przedmiotów czci sakralnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem