Mamy ostatnio do czynienia w mediach z wielką kampanią na rzecz " prawa" transseksualistów do zmiany płci. W Polityce nr 40 z 2 października 1999 r. ukazał się na ten temat artykuł Pawła Walewskiego pt. Obce ciało. "... lekarze (...) do tej pory w państwowych szpitalach wykonywali zabiegi korygujące płeć - pisze autor. - W łódzkiej Klinice Chirurgii Plastycznej zawsze było kilkoro pacjentów przygotowywanych do operacji. W tym roku przeprowadzono ich tylko sześć, ponieważ wraz z reformą systemu ochrony zdrowia zmieniły się zasady finansowania tych niezwykle specjalistycznych zabiegów. Pacjenci muszą za nie płacić z własnej kieszeni - blisko sto tysięcy złotych, nie licząc kosztów badań, leków, konsultacji i pobytu w szpitalu. To uniemożliwia wielu chętnym poddanie się radykalnej zmianie płci". Aby nie było wątpliwości, jakich "pacjentów przygotowuje się do operacji", mamy obok wielką fotografię mężczyzny w staniku, który chce przez operację zostać kobietą, a "po zakończeniu kuracji marzy o znalezieniu sobie ukochanej kobiety", ponieważ - jak twierdzi "jest lesbijką transseksualną". Oczywiście, to wszystko bez słowa komentarza i jakiegokolwiek znaku zapytania. Wszystko bowiem jest bajecznie proste w wersji Polityki. Jurek "o możliwości zmiany płci dowiedział się z gazety. W jednej chwili podjął decyzję". A więc w tak ważnych sprawach, jak totalna ingerencja we własny organizm przy pomocy "psychologów, seksuologów, chirurgów, hormonów" - decyduje jedna chwila? Czy autor artykułu, słuchając takich zwierzeń, wyłączył zmysł krytyczny? A może coś innego każe mu zrezygnować z etyki dziennikarskiej i tendencyjnie naświetlić kwestię? Polityka nie tylko przedstawia sprawę jednostronnie, ale - według moich informacji - przynajmniej w jednym przypadku usunęła z wypowiedzi to, co nie przystawało do "słodkiego" obrazu całości. Polityki nie stać na choćby dotknięcie dramatu przedstawionych osób. Mamy zamiast tego informacje techniczne, kryptoreklamę "klubów gejowskich", rozważania o problemach proceduralno-sądowych i finansach publicznych, słowem, mamy... "politykę". Oto bowiem możemy przeczytać, że byłoby lepiej, gdyby nie polski ciemnogród. Seksuolog Stanisław Dulko, który przyczynił się do przeprowadzenia wielu operacyjnych zmian płci, oskarża nie tylko "konserwatyzm polskiej medycyny", ale również władze sądownicze, które - jego zdaniem - utrudniają decyzję o podjęciu operacji zmiany płci. Autor artykułu - Paweł Walewski dodaje: "Wciąż brakuje jasnych regulacji prawnych (...). Lekarze niechętnie godzą się na chirurgiczną zmianę płci przed sądową korektą aktu urodzenia, ponieważ nie wolno im usuwać macicy zdrowym kobietom ani prącia i jąder zdrowym mężczyznom. Z kolei sądy stoją na stanowisku, że najpierw powinien odbyć się zabieg operacyjny, a potem zmiana metryki. W większości krajów cała ta procedura przebiega szybciej w trybie administracyjnym, zaś u nas wymaga trybu procesowego". No proszę, jak daleko nam do obozu postępu! St. Dulko, abyśmy "nie musieli już wyważać otwartych drzwi", za przykład podaje Sąd Najwyższy w Wielkiej Brytanii, który " niedawno oficjalnie uznał transseksualizm za ciężkie schorzenie". No i czego nie chwytają się zwolennicy skalpela! Dotąd przecież uświadamiano nas w mediach, że te zachowania, które przez konserwatystów nazywane są dewiacjami, tak naprawdę są całkiem normalne, nie są chorobą ani żadnym zboczeniem. No tak, ale zapominamy, że gdy w grę wchodzą pieniądze, łatwo można zmienić poglądy. Trzeba elastycznie stosować argumenty, pozyskać najpierw (na nowo) uświadomione społeczeństwo, a później, zwiększając naciski na Ministerstwo Zdrowia oraz Sąd Najwyższy, osiągnąć swoje. Operacyjna zmiana płci nie jest u nas finansowana ani dofinansowywana z budżetu państwa. Ministerstwo Zdrowia uważa, iż są to zabiegi plastyczne. Stąd tyle artykułów na ten temat i programów w radiu i telewizji. W środkach przekazu od lat uprawiana jest zaciekła propaganda na temat przyczyn homoseksualizmu, który ponoć determinowany jest biologicznie. Pamiętajmy, że są też naukowcy, według których złodziej kradnie, ponieważ determinują to geny. W 1991 r. jako rewelację podano wykrycie pewnych szczególnych cech w obrębie mózgu u mężczyzn homoseksualnych. W 1993 r. rozeszła się pogłoska o odkryciu "genu homoseksualizmu". Żadna z tych wiadomości nie została poddana głębszej analizie. Tymczasem wyniki najnowszych badań z coraz większą stanowczością odrzucają tezę o wrodzonym homoseksualizmie. Jest w tej kwestii dużo książek opublikowanych przez wydawnictwa katolickie. Osoby zainteresowane prawdą i szczerą chęcią pomocy ludziom dotkniętym problemem transseksualizmu odsyłam do książki Gerarda Van den Aardwega Homoseksualizm i nadzieja, opublikowanej ostatnio przez Frondę. Holenderski psycholog, który wskazuje na podłoże nerwicowe takich zachowań, proponuje ich leczenie za pomocą odpowiedniej terapii. A to jest zdecydowanie ciężka praca, czasami wieloletnia. Taka terapia, ukierunkowana na osobę (personalistyczna), wymaga poważnego zaangażowania czasu i energii terapeuty i pacjenta, a szczególnie cierpliwości i ciężkiej pracy nad sobą ze strony człowieka dotkniętego problemem homoseksualizmu. Tymczasem współczesny człowiek nie lubi niczego, co związane jest z długim oczekiwaniem, pracą nad sobą i cierpieniem. Dlatego artykuł w Polityce trafia na podatny grunt. Pełno tu określeń-wytrychów, np. "płeć mózgu". Od razu prowadzi to do skojarzenia o cechach wrodzonych. Nie ma żadnego naukowego potwierdzenia tych teorii. Inaczej mówiąc, są to tylko teorie, a coś, co istnieje tylko w teorii, nikogo nie uprawomocnia do drastycznego (bo chirurgicznego) ingerowania w organizm człowieka. Powodowanie za pomocą skalpela nieodwracalnych zmian w człowieku nie ma nic wspólnego z leczeniem jako takim. Jakby manipulacji było w Polityce za mało, osoby dotknięte problemem transseksualizmu są traktowane przedmiotowo - przedstawia się je niemal jako gwiazdy Hollywoodu. Specjalnie narusza się ich anonimowość. Dlaczego? Znów chodzi nie o tych, którzy dali się sfotografować (konsekwencje tego odsłonięcia już ponoszą w swym środowisku i miejscu pracy); artykuł ma "przesłanie" niesienia tzw. pomocy innym. To eksperymentowanie już się opłaciło: Darek, mając 21 lat, swojej matce (która szyła mu kostiumy cyganek i baletnic, pozwalała się bawić lalkami "chyba z nie do końca uświadomionej chęci posiadania córeczki") pokazał w gazecie "reportaż o losach mężczyzny, który podobnie jak on nie mógł pogodzić się z męską figurą. - "Przeczytałam ten artykuł z wypiekami na twarzy, bo był jakby o mnie" - mówi Monika jedenaście lat później". Czy więc i ten tendencyjny artykuł w Polityce ma spowodować u kogoś podobne "wypieki na twarzy" i podobną decyzję? Jak wielką odpowiedzialność ponoszą media! Nikt nie zamierza ostrzegać czytelników o tym, że po takich operacjach w dalszym ciągu trwa proces adaptacji, akceptacji "nowego" siebie, oraz że nie wiadomo, kiedy i jak się skończy. Człowiekowi trudno jest żyć po utracie palca, ręki, oka, a co dopiero po realizacji takiego "marzenia". Ale w artykule wszystko jest proste, bo to "obce ciało". Więc wymiana "obcego" ciała na nowe, bardziej "swoje", ma smak szczęścia. "Gdy Dorota otrzymała w sądzie nowy akt urodzenia i dowód osobisty z żeńskim imieniem i nazwiskiem, była najszczęśliwszą osobą na świecie". Każdy ma już od poczęcia swoje biologiczne ciało i choć psychicznie może go nie akceptować, to czy wyjściem jest przeprowadzenie operacji, gwałtownie wykraczającej poza ingerencję plastyczną i kosmetyczną? Jestem psychologiem i wiele osób przychodzących do mnie ma do swego ciała duże zastrzeżenia. Czy idąc za autorami medialnej kampanii, powinnam zalecać im korygowanie kształtu nóg czy figury za pomocą ciężkich operacji chirurgicznych? Inną manipulacją jest wmawianie, że na zmianę płci trzeba decydować się natychmiast. Komu zależy na szybkiej, nieprzemyślanej do końca decyzji młodego, a tym samym ubogiego w doświadczenia życiowe człowieka, którego nikt nie uświadamia o tendencyjności mediów? Nikt mu nie mówi o trudnościach spowodowanych nie tylko odrzuceniem przez rodzinę i środowisko, w którym do tej pory funkcjonował, ale nawet nie wspomina o koszmarze braku akceptacji dla swojego wyglądu po tzw. zabiegu. A co z tymi osobami, które zachęca się do tej decyzji, a które mają już rodziny: dzieci, żony? Jak dzieci mają nazywać swojego ojca, który stał się kobietą? Jak się do niego zwracać? Co ma zrobić jego żona? Co ma zrobić mąż, któremu "dopiero po ślubie powiedziałam całą prawdę o sobie, bo choć regularnie współżyliśmy, nie miał prawa się zorientować, że byłam kiedyś chłopcem"? Są to ofiary egzekucji. Ale nikt odważnie o tym nie mówi i nie pisze. I jeszcze jedna manipulacja. Czy rzeczywiście wystarczy nowy akt urodzenia, nowy dowód osobisty, to samo ciało, tylko okaleczone? A co z przeszłością? Wszak w życiu dorosłym często wracamy do dzieciństwa i do lat szkolnych, nawet jeśli nie są najszczęśliwsze. Autor artykułu znów podaje prostą receptę, pisząc o osobach operowanych: "Nie zamierzają roztrząsać własnych przeżyć z dzieciństwa i młodości. Zamknięta karta i na szczęście powrotu do niej nie ma". A przecież nikt z nas nie potrafi zapomnieć swojej przeszłości, całkowicie się od niej odciąć. Jeśli więc nie liczy się prawda i lojalność wobec tych, którzy już poddali się operacji, czyż nie chodzi tylko pozyskanie rynku dla tych, którzy na całym procederze chcą zarobić? Smutny to obraz mediów i smutny obraz tych, którzy chcą... "pomóc innym".
Pomóż w rozwoju naszego portalu
