Reklama

Śladami Polaków w Norwegii

Przemysław Zagierski
Niedziela Ogólnopolska 12/2009, str. 32

W Norwegii nie było wielu Polaków. Zdarzały się polskie nazwiska (Zimowski, Koryciński, Poleszyński), ale tylko nazwiska, gdyż ludzie ci języka polskiego nie znają, nigdy w Polsce nie byli, zazwyczaj są potomkami emigrantów z okresu powstania listopadowego. W okresie międzywojennym były w Norwegii siostry zakonne - elżbietanki i józefitki.
Mieliśmy jednak w przeszłości i inne wspólne kontakty, o których dzisiaj niewielu Polaków czy Norwegów pamięta. Można tu przypomnieć wielką miłość pięknej Norweżki i Polaka - Dagny Juel i Stanisława Przybyszewskiego, którzy poznali się w Berlinie. Po kilku miesiącach znajomości pobrali się. Mieli dwoje dzieci.
Młodszą generacją są Polacy z okresu II wojny światowej, którym mimo nacisków rządu norweskiego, aby wyjechali, udało się tu zostać. (Spośród krajów skandynawskich najszybciej dokonano repatriacji z Norwegii). Byli tu przecież Polacy wywiezieni na przymusowe roboty, przeważnie do budowy dróg. Było tu też ok. 2,5 tys. polskich jeńców z kampanii wrześniowej 1939 r. W latach 1943-44 przywożono tu Polaków z Generalnej Guberni do budowy schronów dla łodzi podwodnych, torów kolejowych, lotnisk oraz do pracy przy produkcji aluminium i magnezu. Inną grupą byli mieszkańcy Śląska, Gdańska czy Poznania, zatem terenów włączonych do III Rzeszy. Zostali oni wcieleni do niemieckiego wojska, które okupowało m.in. Norwegię. Wielu z nich spoczywa na niemieckich cmentarzach wojskowych w Norwegii, a ci, którzy przeżyli wojnę, nie mieli dokąd wracać: Do Niemiec nie chcieli, a w Polsce jako byłym żołnierzom Wehrmachtu nic dobrego im nie wróżono.
Wojenne losy Polaków w Norwegii otwierają walki Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich pod dowództwem gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza w kwietniu i maju 1940 r. pod Narwikiem. Zginęło wówczas 97 żołnierzy. Ponadto poległo 59 członków załogi polskiego niszczyciela ORP „Grom”, trafionego 4 maja 1940 r. przez niemiecką bombę k. Narwiku. Ci, którzy przeżyli, pozostali w Norwegii.
Po wojnie Polska miała niewiele wspólnych interesów z Norwegią, ale prowadzona była jakaś niewielka budowa we Wrocławiu, budowa mleczarni pod Warszawą czy budowa statków dla Norwegii - i w efekcie zawartych zostało kilkanaście małżeństw norwesko-polskich. Ponadto kilku marynarzy z polskich statków osiedliło się w Norwegii.
Największa liczba Polaków, bo aż 200 rodzin, przybyła do 4,5-milionowej Norwegii w kontyngencie ONZ z obozu przejściowego w Wiedniu w okresie powstawania w Polsce „Solidarności”. Wielu z nich powróciło do kraju.
Następną, niezbyt liczną grupą byli ci, którzy mieli paszport tylko w jedną stronę, czyli skazani na banicję. To wspaniali ludzie, którzy swoją postawą i pracą dobrze reprezentują Polskę.
W Norwegii, w porównaniu z innymi krajami, grupa Polaków jest nieliczna i nie mamy żadnej dużej wspólnej organizacji. W okresie PRL-u byliśmy podzieleni na trzy grupy: pierwsza - Polonia oficjalna, stworzona dla potrzeb ambasady; druga - nieoficjalna, pomagająca koordynatorom konspiracyjnej pracy na rzecz niepodległości Polski; trzecia - zupełnie neutralna, która w nic się nie angażowała. Dziś trudno jest z tych grup stworzyć jedną organizację skupiającą Polaków. Są więc teraz w kilku miastach różne kluby, towarzystwa, związki i zespoły. W Oslo np. najbardziej aktywne było Polsko-Norweskie Towarzystwo Kulturalne „Kultura”, stworzone przez Polaków, którzy w najtrudniejszych czasach polskich przemian w różny sposób przesyłali lekarstwa i odzież dla dzieci w ojczyźnie. Jest Polska Szkoła Sobotnia, jest Fundacja Charytatywna na Rzecz Polski, która wysłała do kraju ponad 130 tirów z darami. Są też pojedyncze osoby, które wykazują dużą aktywność zarówno w pomocy, jak i w promocji naszego kraju.
W 1987 r. powstało polskie czasopismo „Kronika”, które miało odbiorców i prenumeratorów nie tylko w Norwegii, ale także w Polsce, Danii, Niemczech, Szwecji i we Francji. „Kronika” dobrze służyła polskiemu Kościołowi oraz poświęcała wiele miejsca polskim i polsko-norweskim stowarzyszeniom. Pismo to na bieżąco informowało o wydarzeniach kulturalnych w Norwegii i o ważnych wydarzeniach w Polsce. Co miesiąc, przybliżając nam nasz kraj, zaspokajało prawie wszystkie nasze potrzeby. Nie wyobrażaliśmy sobie życia w Norwegii bez „Kroniki”. Ale trzy lata temu przestano ją wydawać. Mimo upływu lat jest wielu ludzi, którzy nie zapomnieli, kim są, i nadal noszą Polskę w sercach, zawsze gotowi uczynić coś dla niej.
W Norwegii głową Kościoła luterańskiego jest król. Księża są pracownikami państwowymi. Pracują od godz. 8 do 15. Po tym czasie nie różnią się od innych, świeckich, mają rodziny, dzieci. Są również kościoły katolickie, choć jest ich niewiele. W tych kościołach oprócz księży norweskich są księża polscy, holenderscy, wietnamscy, hiszpańscy, chorwaccy i inni. Polscy księża są obecni w kilku norweskich miastach. W Oslo mamy ich chyba najwięcej, toteż w każdą niedzielę odprawiane są cztery Msze św. w języku polskim. W kilku miastach mają placówki siostry elżbietanki - przełożoną ich prowincji norweskiej jest Polka. W dalekim Tromsř, za kołem polarnym, jest klasztor Karmelitanek Bosych, w większości są tam Polki, które budowały ten klasztor niemal własnymi rękami. Siostry karmelitanki wydały płytę CD z polskimi kolędami i z pięknie opracowanym ich tłumaczeniem na język norweski. Kolędy były tu przed świętami Bożego Narodzenia przebojem. Grano je w wielu publicznych miejscach, m.in. nawet na lotnisku w Oslo.
W latach 80. i 90. polscy lekarze, architekci, inżynierowie czy pracownicy naukowi byli postrzegani jako wybitni specjaliści i zajmowali wysokie stanowiska. W latach 90., kiedy otrzymanie paszportu nie było już problemem, przyjeżdżało tu wielu Polaków do pracy, ale często pracowali „na czarno”. Po wstąpieniu Polski do Unii Polacy mogą już w Norwegii pracować legalnie, można więc ich tu łatwo spotkać. Również na drogach norweskich jeździ wiele aut z polską rejestracją. Niestety, przybywa Polaków także w aresztach - za przemyt narkotyków, papierosów, alkoholu czy za zwykłe kradzieże. Nie jest to jednak na taką skalę, żeby zepsuło nam opinię. Polacy postrzegani są jako konkurencyjni w cenie, świetni fachowcy np. w branży budowlanej. Wyremontowali wiele starych domów i mieszkań, wybudowali również dużo nowych. Wielu z przybyłych sprowadza tu swoje rodziny i próbuje osiedlać się na stałe. Znajomi Norwegowie powiadają, że już na ulicy rozpoznają wielu naszych rodaków. Mężczyźni są dobrze zbudowani, mają ostrzyżone włosy na kilkumilimetrowego jeżyka. Kobiety zaś robią sobie balayage albo farbują włosy na rudo.
W 2004 r. powstał Klub Dyskusyjny Polaków w Norwegii, w którym na interesujące spotkania zbierają się Polacy o różnej orientacji politycznej i religijnej. A od lutego 2007 r. zaczęło się ukazywać nowe polskie czasopismo - „Przegląd”.
Obecnie w Norwegii pracuje tak wielu Polaków, że w niektórych urzędach są wywieszane informacje po polsku, odnośnie np. do pobytu, podatków, dodatków rodzinnych, używania polskich samochodów itp. Niektórzy żartują, że niedługo Norwegowie będą się uczyć języka polskiego, żeby łatwiej się z nami porozumiewać.

Reklama

Siła modlitwy

2019-10-01 13:55

Beata Pieczykura
Niedziela Ogólnopolska 40/2019, str. 10-11

Ma moc większą od bomby atomowej. Jest najpotężniejszą bronią znaną ludziom wszystkich czasów, także w XXI wieku. To nie slogan – mówią ci, którzy doświadczyli siły modlitwy różańcowej. Dzięki niej niektórzy wciąż żyją

stock.adobe.com

Chwycili za różaniec, a sam Bóg uczynił cud we właściwym czasie. Zaufali, są pewni, że On wie, co robi. Wojownicy Maryi opowiadają o cudownej ingerencji Boga w swoim życiu.

Ocalony i nawrócony

Wielkiej siły modlitwy różańcowej, która ratuje od samobójstwa i kompletnie zmienia życie, doświadczył Marcin. Przez 15 lat pił i zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Któregoś dnia, w 1. rocznicę śmierci swojej ukochanej babci, postanowił pójść trzeźwy na jej grób. Pamiętał, że babcia przez całe życie odmawiała Różaniec, głównie w jego intencji, więc zabrał ze sobą ten sznurek paciorków.

– W drodze na cmentarz próbowałem odmawiać Różaniec, choć właściwie nie wiedziałem jak, bo zapomniałem po I Komunii św. – opowiada Marcin. – Miałem omamy, jakbym widział diabła, który namawiał mnie, żebym się powiesił. W tym amoku zwątpiłem we wszystko i poszedłem na pole. Wiedziałem, że tam jest takie miejsce, gdzie są schowane sznury. Szukałem gorączkowo powroza, ale nie mogłem go znaleźć. To mi uświadomiło, że ta modlitwa ma wielką moc. Jestem pewny, że dzięki Różańcowi nie odebrałem sobie życia. Oszołomiony wróciłem na cmentarz i modliłem się, jak umiałem. Wtedy postanowiłem świadomie i dobrowolnie iść na terapię odwykową. Najpierw przez 3 miesiące byłem na oddziale detoksykacyjnym, a potem na oddziale odwykowym. Tam, po 15 latach, przystąpiłem do spowiedzi generalnej. Spowiednik powiedział mi, jak odmawiać Różaniec. Po powrocie do normalnego życia było mi ciężko, ale najważniejsze było to, aby „nie popłynąć”. Moją siłą i pomocą stał się Różaniec. Tak pozostało do dziś. Otrzymałem tyle łask – nie piję już 10 lat, a od 2 lat odmawiam Nowennę Pompejańską, jedną za drugą, zwłaszcza za kapłanów. Wierzę, że we współczesnym świecie najskuteczniejszą bronią jest Różaniec.

54 dni do szczęścia

Niełatwe życie odebrało jej radość i pokój serca, wszystko przestało mieć sens. Pracowała po 12 godzin dziennie, także w soboty i niedziele. Zaczęło jej szwankować zdrowie, pojawiły się konflikty w niedawno zawartym małżeństwie. Nie miała czasu dla przyjaciół, więc powoli ich traciła. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji, a z całego serca pragnęła zmiany. – Wtedy przyjaciółka powiedziała mi, że Różaniec ma moc zmienić to wszystko – wspomina Magdalena. – Pomyślałam sobie: czemu nie, i postanowiłam spróbować. Byłam tak zdesperowana, że zdecydowałam się odmawiać Nowennę Pompejańską – każdego dnia przez 54 dni nie rozstawałam się z różańcem. Walczyłam ze sobą, z czasem, ze zniechęceniem. Wytrwałam. Dziś wiem jedno – niezależnie od tego, co by się działo, Bóg zawsze wyciągnie rękę, bo nie odmawia Matce Jezusa. Jestem szczęśliwa, wszystko powoli wraca do normy. Różaniec totalnie odmienił moje życie.

Potężniejszy od kul

Zenon różaniec otrzymał w dniu I Komunii św. i nie rozstaje się z nim do dziś. Od wielu lat modli się na nim codziennie. O trudnych dniach i modlitwie wbrew nadziei tak dziś mówi:

– Pamiętam, jak wiosną 1945 r. pijany radziecki żołnierz chciał rozstrzelać mojego ojca Jana. Mama klęczała na podwórku, na śniegu, przy ul. Paderewskiego w Grudziądzu, płakała i głośno odmawiała Różaniec, a my, dzieci, razem z nią. Baliśmy się. Po chwili przyszedł pułkownik, przełożony żołnierza, który trzymał ojca pod bronią, i zażądał dokumentów. Wtedy okazało się, że ojciec nie jest Niemcem. Pułkownik oddał ojcu dokumenty i powiedział mu, że jest niewinny. Potem znowu rosyjscy żołnierze zabrali ojca na przesłuchanie i uwięzili w piwnicach jednego z domów w Owczarkach k. Grudziądza. Długo nie wracał. Mama i ja poszliśmy tam. Cudownym trafem ojca właśnie zwolnili. Po wyzwoleniu Grudziądza całą rodziną wróciliśmy do domu – był zniszczony, ale stał. Jestem pewny, że codzienna modlitwa różańcowa naszej wieloosobowej rodziny ocaliła ojca od czerwonego zniewolenia i śmierci. Dlatego pytam młodych: Czy odmówiłeś Różaniec choć jeden raz? Może teraz weźmiesz go do ręki i będziesz się na nim modlić... To piękna przygoda spotkać Boga w tajemnicach rozważanych we wspólnocie Kościoła lub osobiście w domu, szpitalu, drodze, gdziekolwiek jesteście...

* * *

Powiedzieli o Różańcu

„Czepił się chłop Różańca jak tonący liny. Ale czegóż dzisiaj uchwycić się można, kiedy wszystko tak szybko się zmienia, przemija? Czegóż uchwycić się można w tym świecie, gdzie tempo przemian i zmian oszałamia, onieśmiela, ogłupia? Różańca babci, matki, swojego Różańca. Tego samego Różańca, co wczoraj, dziś i jutro. Najprostszego, jak prosta jest miłość. Uchwycić jego rytm, wejść w ten rytm, żyć tym rytmem – to uratować i ocalić siebie” – o. Jan Góra OP

„Nie ma w życiu problemu, którego by nie można rozwiązać z pomocą Różańca” – s. Łucja z Fatimy

„Różaniec jest modlitwą maluczkich i pokornych, ale też modlitwą najwznioślejszych duchów w Kościele; jest modlitwą teologów, doktorów, myślicieli i świętych” – kard. Stefan Wyszyński

„Jesteśmy szczęściarzami. Bo mamy Różaniec. Bo się możemy uczepić tajemnic, które dokonały największych rewolucji w dziejach świata. Bo się możemy dać wciągnąć w te tajemnice. Zresztą, czy nie są to też nasze tajemnice? Pełne radości i bólu, światła i chwały. Może dlatego modlitwa różańcem staje się wciąż, tak jak niegdyś, początkiem wielu rewolucji, w naszym życiu i życiu całej ludzkości” – ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

„Różaniec to nie wypracowanie teologiczne. Odmawiany w chorobie, w trudnej podróży, w oczekiwaniu na wyniki badań, przed drzwiami egzaminatora – jest najmądrzejszą modlitwą” – anonim z internetu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Wieluń: Czarownice z Salem – premiera

2019-10-18 15:03

Zofia Białas

17 października na scenie Wieluńskiego Domu Kultury wystąpił teatr „wpół do czwartej”. W wykonaniu artystów teatru działającego w Miejskiej i Gminnej Bibliotece Publicznej widzowie zobaczyli „Czarownice z Salem”. Scenariusz spektaklu na podstawie fragmentów sztuki Arthura Millera (powstała w 1953 roku) przygotowała Maria Wardęga. W spektaklu wystąpili:

Zofia Białas

Marek Berger – Danforth, zastępca gubernatora

Ewa Głogowska - pastor Hale

Krystyna Stępień – Tituba

Natalia dziedzic –Abigail Williams

Błażej Stasiak –John Proctor

Jakub Nakiela – pastor Parris

Anita Kuś – Elizabeth Proctor

Bogumiła Gońda – Ann Putnam

Eugeniusz Gońda – Thomas Putnam

Natalia Michałczyk –Ruth Putnam

Dorota Jama – Mary Warren

Patryk Gaj – Francis Nurse

Gabriela Czerwińska – Mercy Lewis i Susanna Walcott

Kinga Kubonik – Betty Parris i Sara Good

Maria Sieczka, Natalia Michałczyk – śpiew

Weronika Szczukiecka, Aleksandra Heidt, Wiktoria Urban, Weronika Walczak, Gabriela Czerwińska, Natalia Dziedzic, Julia Ostrycharz, Julia Lefler – taniec

Iwona Janecka – przygotowanie układu tanecznego

Dariusz Szymanek – przygotowanie dźwięku

Słowo wstępne do widzów – studentów Uniwersytetu III Wieku - skierowała Iwona Podeszwa dyrektor Miejskiej i Gminnej Biblioteki Publicznej. Zachętą do obejrzenia spektaklu były zacytowane słowa:

„Purytańskie i spokojne miasteczko zmieni swoje oblicze na zawsze. Wszystko rozpocznie niewinna zabawa grupki dziewcząt. Taniec, dzięki któremu przez chwilę czują się wyzwolone od surowego wychowania, rozpocznie jeden z najgłośniejszych procesów o czary. Strach przed karą wywołuje zbiorową histerię. Prawda ginie w morzu niekończących się oskarżeń. Zbrodnie stają się porządkiem dziennym a posądzanie o kontakty z diabłem, wyrównuje sąsiedzkie porachunki i jest zemstą za złamane serce. Nierówna walka rozpięta między fanatyzmem a polityką to pretekst do dyskusji o współczesnym świecie, w którym strach może okazać się śmiertelnym narzędziem manipulacji.”

Akcja sztuki Arthura Millera rozgrywa się w siedemnastowiecznej Ameryce, w mieście Salem, gdzie w roku 1692 odbył się głośny proces czarownic, w którym o czary oskarżono łącznie 200 osób, aresztowano 150, na śmierć skazano 19, 1 zmiażdżono za odmowę zeznań, 4 oczekiwały w celi na powieszenie, a wszystko przez manipulację zakochanej nastolatki, hipokryzję i zachłanność pastora Parrisa, żerującego na zabobonności wiernych. Tu każdy brak racjonalnego wyjaśnienia zdarzeń, każde słowo zrozumiane było opacznie i wystarczyło do oskarżenia i skazania. Rację miał sąd. Oskarżony z góry był osądzony. Sąd nie przyjmował wyjaśnień, wymuszał zeznania… Sąd w dramacie Millera budzi przerażenie, tu nie chodziło o prawdę ani o sprawiedliwość.

Sztuka Arthura Millera była odpowiedzią na swoiste „polowanie na czarownice” i krytyką antykomunistycznej nagonki rozpętanej w Stanach Zjednoczonych przez senatora McCarthy’ego. Jej treść, choć historyczna, jest wciąż aktualna. Ukazuje arogancję władzy i mechanizmy manipulowania ludźmi dla własnych celów we współczesnych społeczeństwach … Pokazuje jak łatwo osadza się innych…

Widzowie zapamiętają słowa wypowiedziane przez Johna Proctora - pierwszoplanowego bohatera dramatu walczącego o samego siebie:

„Bo to jest moje imię!. Ponieważ nie mogę mieć innego w moim życiu! Ponieważ kłamię i podpisuję się na kłamstwie! Ponieważ nie jestem warty kurzu na nogi tych, których powieszają. Jak mogę żyć bez mojego imienia? Dałem wam duszę moją, zostawcie moje imię”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem