Reklama

Adopcja Serca

2013-05-21 15:29

Z o. Zdzisławem Gradem rozmawia Joanna Szubstarska
Edycja legnicka 21/2013, str. 6-7

Archiwum misjonarza

JOANNA SZUBSTARSKA: - W 2006 r. zainicjował Ojciec projekt Duchowa Adopcja Serca, co to za inicjatywa?

O. ZDZISŁAW GRAD: - Nasza inicjatywa opieki nad dziećmi z Madagaskaru ma już swój mały jubileusz, blisko siedem lat. Przyjęliśmy nazwę Misyjnej Adopcji Serca - Missio Misericordiae. Była to odważna próba zrobienia czegoś konkretnego dla potrzebujących dzieci na dalekiej czerwonej wyspie i równocześnie próba włączenia się w misyjną działalność Kościoła. Misja głoszenia Dobrej Nowiny nierozłącznie jest związana z posługą miłości caritas. Nazwa stowarzyszenia mówi wiele za siebie i jednoznacznie określa nasze działanie. Jako inicjator stowarzyszenia odczuwam radość i satysfakcję, że dzięki dobrej woli mieszkańców Grodziska Dolnego i Chałupek Dębniańskich udało się pobudzić i ożywić cały region, otworzyć oczy na misyjny daleki świat. To, że dzieło w ogóle przetrwało, zawdzięczamy ogromnemu wsparciu ks. Jana z parafii z Chałupek, który jest duchowym opiekunem tego dzieła. Projekt się rozwija i nabrał skrzydeł. Kolejny kongres stowarzyszenia w minionym roku w Grodzisku Dolnym, w którym osobiście brałem udział, przebywając na urlopie, na nowo utwierdził mnie i odpowiedzialnych za stowarzyszenie, że warto kontynuować dzieło, bo owoce tej inicjatywy są widoczne zarówno na Madagaskarze, jak i w Polsce. Myślę, że trzeba mówić o tym dwutorowym rozwoju naszego stowarzyszenia. Początkowo - na Madagaskarze. Kilka lat temu rozpoczęliśmy wspieranie pierwszej grupy dzieci malgaskich z diecezji Mananjary na południowo-wschodnim wybrzeżu Madagaskaru, który należy do najbiedniejszych w kraju. Część dzieci pochodziła z miasteczka Mananjary, a część z głębokiego buszu, wiosek i dystryktów, w których pracują misjonarze werbiści. Mam na myśli dystrykt Pangalana, Mahavoky i Vohilava. Niektórym dzieciom nasza pomoc umożliwiła rozpoczęcie kształcenia już od najniższych klas. Dla innych było to wsparcie rodzinnego budżetu, aby dzieci mogły kontynuować naukę. Nasza pomoc nie obejmuje wszystkich wydatków związanych z kształceniem najmłodszych. Towarzyszymy dziecku w jego edukacyjnym rozwoju, ale rodzice też są zobowiązani do partycypacji w tych wydatkach. Po krótkim czasie nasza idea adopcyjna spotkała się z życzliwym odbiorem w innych regionach Polski, także za granicą. Dzięki internetowej stronie www.misje.grodzisko.com wielu zainteresowanych zdobyło informacje i podjęło adopcję konkretnego dziecka. Dziś nasza adopcja obejmuje około tysiąca dzieci z Madagaskaru z diecezji: Mananjary, Antananarivo, Miarinarivo i Ambatondrazaka. Od niedawna mamy także sporą grupę dzieci z Papui-Nowej Gwinei.

- Kto zgłasza się najczęściej do takiej adopcji misyjnej?

- Nasza inicjatywa zainspirowała innych. Wkrótce obok Missio Misericordiae narodziło się nowe Stowarzyszenie „Człowiek Człowiekowi” z okolic Poznania, które jest z nami związane. Oni również, obok celów charytatywnych w Polsce, podjęli się adopcji kilkudziesięciu dzieci z Madagaskaru, nad którymi sprawuję pieczę. Osoby indywidualne stanowią najliczniejszą grupę rodziców adopcyjnych w naszym stowarzyszeniu. Ale mamy też przypadki, że konkretne grupy związanych ze sobą ludzi podejmują taką pomoc. Mam tu na myśli niektóre szkoły oraz grupy misyjne dzieci czy młodzieży z Polski, a nawet parafie.

- Czy nawiązują się kontakty między osobami i wspólnotami adoptującymi, a konkretnymi dziećmi i szkołami?

- Pomoc, jaką ofiarujemy naszym adoptowanym dzieciom, jest najpierw duchowa, a później materialna. Mamy przykłady ogromnej miłości dziecka adoptowanego i rodziny adopcyjnej. Rodzice adopcyjni czują się z dziećmi bardzo związani i traktują nowo przyjęte dziecko, jak nowego członka rodziny. Adopcja dziecka, choćby w wymiarze duchowym, ogromnie otwiera daną osobę czy rodzinę i wnosi namacalne błogosławieństwo. Takich świadectw zebrałem wiele od naszego stowarzyszenia. Zazwyczaj zachęcamy rodziców adopcyjnych do modlitwy, aby rozwojowi dziecka towarzyszyło Boże błogosławieństwo w każdej dziedzinie. Duchowa łączność jest odwzajemniana. Jako odpowiedzialny za adopcję na Madagaskarze, odwiedzam grupy dzieci raz w roku i wówczas organizujemy tzw. święto adopcji, które zakłada wspólną modlitwę dziękczynienia za rodziców adopcyjnych. Przypominamy dzieciom o modlitwie za swoich dobrodziejów. Istnieje realna więź między dziećmi a rodzicami adopcyjnymi. Każdy rodzic ma fotografię konkretnego dziecka. Przynajmniej dwa razy w roku każde dziecko jest zobowiązane do napisania listu do swoich rodziców w Polsce, informując o swoich postępach w nauce. I nie ma znaczenia, że jest on pisany w języku malgaskim czy francuskim. Ten gest wdzięczności i łączności jest wymagany. Chodzi o fakt wychowywania do poczucia wdzięczności. Odnośnie odwiedzin dzieci, to jest to nowa propozycja i jestem na nią otwarty. Każdy, kogo stać na taką podróż, jest mile widziany na Madagaskarze, żeby odwiedzić swoją pociechę na miejscu. Byłoby to piękne spotkanie. Jako stowarzyszenie myślimy nawet o pewnego rodzaju doświadczeniu misyjnym dla młodych, żeby rodzice przyjechali na kilka tygodni lub miesięcy i poznali świat, w którym żyją nasze dzieci. Jak na razie tylko trzy osoby z Grodziska, będące członkami stowarzyszenia, odwiedziły Madagaskar, i oczywiście, dzieci przygotowały dla nich wspaniałe przyjęcie w miasteczku Mananjary.

- Jakie są efekty akcji adopcyjnej? Czy można mówić o owocach akcji także w wymiarze duchowym?

- Nasza działalność adopcyjna obejmuje głównie najmłodsze dzieci, aż do zdobycia matury. Dzisiaj, gdyby rodzice adopcyjni zobaczyli nasze dzieci, to byliby bardzo szczęśliwi, widząc jak urosły po kilku latach, jak się zmieniły, a co najważniejsze - ukończyły szkołę. Matura jest na Madagaskarze wielkim sukcesem. Jeśli rodzice na miejscu są gotowi, to i nasze stowarzyszenie jest gotowe towarzyszyć dziecku, aż do pełnoletności. Mamy wiele dzieci po maturze - to nasz sukces i duma. Zwykle nie podejmujemy się adopcji studentów, z małymi wyjątkami. Zależy to od konkretnego dobrodzieja, czy jest w stanie ofiarować większą kwotę miesięcznie. Dla naszych dzieci taka kwota wynosi minimalnie dwadzieścia złotych miesięcznie. Dla studentów wynosi to od stu złotych w górę. Jeśli będą chętni, to potrzebujących jest wielu. Jak na razie tylko jedna rodzina objęła adopcją dziewczynę, która uczy się pielęgniarstwa. W Antananarivo, gdzie pracuję w parafii, mam pod adopcyjną opieką osiemdziesięcioro dzieci. Od czterech lat widzę, jak te dzieci się zmieniają, jak kwitną. Po pierwsze nie ograniczam się tutaj na miejscu jedynie do szkolnej pomocy. Biedne dzieci z tej dzielnicy, kiedy przygotowują się do sakramentów, są wspomagane przez nas - przy okazji I Komunii św., chrztu św. czy bierzmowania. Pomagamy w zorganizowaniu małego święta, w zakupie stroju, czasami nawet sami aranżujemy dodatkowe spotkania katechetyczne. Widzę, jak ten kontakt dzieci ze mną, z misją, wnosi nową jakość w ich życie, nie tylko intelektualną, ale i duchową. Nasze dzieci są ministrantami i ministrantkami, włączają się także do różnych grup pastoralnych. Inna forma naszej adopcji to wspomaganie rodzinnych powołań do życia zakonnego czy kapłańskiego. Jest to raczej pomoc sporadyczna, ale wspominam o niej, bowiem dzięki naszej pomocy kilkoro dziewcząt i chłopców mogło podjąć się tej drogi życiowej. Mamy już pierwsze nowicjuszki i kleryków malgaskich. Tutaj, na Madagaskarze, nie działam sam. Pomaga mi grupa dorosłych, którzy chętnie podejmują się tej działalności. Ich praca jest pracą wychowawczą. Dzieci podzielone są na grupy i konkretny wychowawca czuwa nad postępem dziecka, informuje nas o problemach konkretnej rodziny. Każde dziecko gromadzi się w swojej grupie. Widać to szczególnie przy okazji naszych corocznych spotkań oraz konkursów pieśni i tańca malgaskiego, tzw. kilalao. To też ważne elementy jednoczące i umacniające dzieci - tzn. udział w zgromadzeniach społecznych. Moimi współpracownikami są trzy siostry misyjne oraz około dziesięciu osób świeckich. To dzięki ich pośrednictwu docieram do najbardziej potrzebujących dzieci serca. Pragnę podziękować wszystkim dobrodziejom, rodzicom adopcyjnym za dar serca okazany naszym malgaskim i nowogwinejskim dzieciom. Serce okazane powraca do nas, choćby po latach. Bóg zapłać!

* * *

O. Zdzisław Grad
werbista, od lat pracuje jako misjonarz na Madagaskarze. Jest autorem audycji misyjnych dla Radia Watykańskiego, także współautorem dwóch filmów o misjach na Madagaskarze. Prowadzi także internetową stronę misyjną

Więcej informacji na ten temat: www.grad.svd-mad.org/index.php

Tagi:
misje adopcja

Reklama

Sama miłość nie wystarczy

2019-02-27 11:01

Anna Skopińska
Edycja łódzka 9/2019, str. V

Z Magdaleną Lesiak, dyrektorem Archidiecezjalnego Ośrodka Adopcyjno-Opiekuńczego, pierwszej i najdłużej działającej katolickiej placówki adopcyjnej w Polsce, rozmawia Anna Skopińska

Ks. Paweł Kłys
Magdalena Lesiak

Anna Skopińska: – Jubileusz 30-lecia ośrodka adopcyjnego to konkretna liczba szczęśliwych dzieci. Ile ich jest?

Magdalena Lesiak: – Przeszło 1840 dzieci ma nowy dom i rodzinę.

– Wiadomo faktycznie, że te dzieci są szczęśliwe, że trafiły do dobrych rodzin, czy to jest jedynie statystyka?

– Mamy nadzieję, że trafiły do dobrych rodzin, ale nie ze wszystkimi mamy kontakt, więc trudno powiedzieć, że we wszystkich rodzinach jest dobrze.

– A rodziny utrzymują kontakt z ośrodkiem?

– Mamy kontakt z tymi, którzy przyjeżdżają na coroczne zjazdy rodzin adopcyjnych (w tym roku odbędzie się dwudziesty taki zjazd), z tymi, co od czasu do czasu zadzwonią, czy napiszą. Tu wiemy, że jest w porządku, albo że przeżywają jakieś trudności i dlatego kontaktują się z nami, bo szukają wsparcia. Są też takie rodziny, których dzieci, już w tej chwili dorosłe, powracają do nas, szukając własnych korzeni. Ogromną radością dla nas jest widzieć wspierających rodziców, pomagających przejść dziecku przez trudny moment szukania własnych korzeni czy pierwsze spotkania z biologiczną rodziną, którzy rozumieją tę potrzebę dziecka i rozumieją trudne emocje z tym związane. Ale wiemy też, że zdarzają się trudności w rodzinach adopcyjnych. Że np. małżeństwa się rozwodziły i dzieci musiały decydować, z kim będą. A to dla dzieci porzuconych powtórna trauma i powtórne odrzucenie.

– One też stwarzają problemy?

– Czasami rodziny mają problemy wychowawcze z dzieckiem, które są skutkiem zaburzonych więzi z dzieciństwa, czasami są poważne problemy zdrowotne dziecka. To są jednak nieliczne przypadki. Czasami są po prostu takie problemy, jak w innych rodzinach – biologicznych. Generalnie jest dobrze.

– Teraz jest lepiej z adopcją niż 30 lat temu? Łatwiej znaleźć rodziny? Mniej jest dzieci, które potrzebują rodziny?

– Ogólnie jest mniej adopcji, bo jest mniej dzieci do adopcji. Jeszcze 15 lat temu adopcji było około 70-80 rocznie, teraz ok. 30. Liczba kandydatów na rodziny adopcyjne również spadła, bo były lata w historii ośrodka, że procedurę przechodziło 120 par! Teraz, od kilku lat, utrzymuje się stała liczba kandydatów: adopcją interesuje się ok. 80-90 małżeństw, a procedurę rozpoczyna ok. 50.

– Skąd się biorą dzieci do adopcji?

– Dzieci do adopcji mogą być z dwóch sytuacji życiowych: albo rodzice biologiczni – zwłaszcza samotne mamy – wyrażają zgodę na adopcję i to nazywa się potocznie zrzeczenie, albo rodzice źle się zajmują swoimi dziećmi – zaniedbują, stosują przemoc i wówczas są pozbawiani władzy rodzicielskiej. Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat widać, że jest znacznie mniej sytuacji, w których kobiety same decydują się na oddanie dziecka do adopcji.

– To dobrze?

- Myślę, że dobrze, bo dziecko powinno wychowywać się w kochającej rodzinie biologicznej – rodzina zastępcza i adopcja powinny być wyjątkowymi sytuacjami. W ostatnich latach widać, że poprawiła się sytuacja ekonomiczna – mamy mają „kosiniakowe” i 500+. A wcześniej mieliśmy takie lata, że było 30 noworodków ze zrzeczenia do adopcji, a w ubiegłym roku było tylko 5 zgłoszeń ze szpitala. To ogromna różnica. Dla oczekujących kandydatów również – bo muszą dłużej czekać na swoje dziecko.

– A jak długo się czeka?

– To zależy... od otwartości kandydatów – jakie dziecko są gotowi przyjąć i od tego, ile i jakie dzieci są do nas zgłaszane. Kiedyś cała procedura – od złożenia dokumentów do przyjęcia dziecka – trwała 9 miesięcy. Teraz niestety dłużej – procedura ok. roku, a później czekanie na TEN telefon. Ale to czas potrzebny na przygotowanie się do roli rodzica adopcyjnego. Mniej dzieci jest zgłaszanych, ale są to dzieci trudniejsze zdrowotnie. Często, ponieważ ich mamy piły w ciąży alkohol, są dotknięte zespołem poalkoholowym – FAS. A kandydaci na rodziców z jednej strony mają większą wiedzę, bo jest większy niż kiedyś do niej dostęp – przez Internet i liczne pozycje książkowe, ale z kolei przez to, że wiedzą więcej, więcej też się boją. Jako ośrodek kwalifikujący dziecko do przysposobienia, przekazując kandydatom informacje o dziecku, musimy wszystko dokładnie opowiedzieć – jaki jest stan zdrowia dziecka, jego sytuacja rodzinna, jaką ma historię życia. Czasami to bardzo trudne, dramatyczne czy smutne historie…, ale to temat na osobny artykuł. Kandydaci na rodziców muszą być naprawdę odważni, by podjąć się opieki nad takim dzieckiem. Ale również otwarci na szukanie wsparcia i pomocy, jeśli będzie trzeba.

– Dużo takich odważnych się zgłasza?

– Tak. I dla większości dzieci udaje się znaleźć rodziców w naszym ośrodku. Te dzieci, dla których wciąż szukamy rodziny, to dzieci bardzo chore, liczne rodzeństwa, albo naprawdę starsze dzieci – powyżej 12. roku życia, chociaż 4 lata temu powierzyliśmy do adopcji zagranicznej nawet 15-latkę.

– Zagraniczne adopcje są dobre?

– Każde dziecko ma prawo wychowywać się w rodzinie, a nie w placówce. Jeżeli nie ma innego wyjścia, bo nie może być z własną biologiczną rodziną, nie ma odpowiedniej rodziny adopcyjnej czy zastępczej w Polsce, a dziecko bardzo pragnie mieć mamę i tatę, to myślę, że adopcja zagraniczna to jest duża szansa. Za granicą jest bardzo rozbudowany system wsparcia rodzin adopcyjnych system diagnozy i terapii dzieci. Ale obecnie nie ma adopcji zagranicznych. Zmieniły się przepisy, ministerstwo zaostrzyło kwalifikację i nakazuje szukać rodzin przede wszystkim w Polsce. Natomiast jeśli dzieci są chore, z jakimiś trudnościami, dolegliwościami czy orzeczeniami o niepełnosprawności, to w Polsce rodziny tak szybko nie znajdziemy. Nasze społeczeństwo nie jest tak bogate, by było je stać na prywatne leczenie czy diagnozowanie. Przydałoby się wzmacniać system rodzin zastępczych specjalistycznych, ale kandydatów na taką formę rodzicielstwa też niestety cały czas jest mało…

– To z jednej strony zaostrzone przepisy, a z drugiej w mediach pełno przypadków patologii wśród rodzin zastępczych...

– To pojedyncze przypadki. Margines. Ale niestety o takich złych rzeczach mówi się i to rzuca cień na te wszystkie rodziny zastępcze, które dobrze sprawują swoją funkcję. Owszem, nam też zdarzyło się, że mieliśmy rodzinę zastępczą, która źle się zajmowała dziećmi i potem one wychodziły stamtąd z chorobą sierocą. Ale inne rodziny, większość, dobrze zajmują się dziećmi.

– Z jakich powodów ludzie decydują się na adopcję?

– Większość małżeństw, które do nas trafia, to takie, które nie mogą mieć biologicznych dzieci. I adopcja, po latach diagnozowania i leczenia, to ich ostatnia „deska ratunku”. Wiemy, że gdyby mieli własne dzieci, nie byłoby ich tutaj.... Przyznają nam rację, więc ta decyzja, by komuś pomóc, jest drugim powodem. Ale taka motywacja jest naturalna – chcą być rodzicami. Nie mogą w biologiczny sposób, więc chcą tak. Ale w czasie szkolenia musimy im pokazać ten kawałek adopcyjny związany z dzieckiem – z jego potrzebami, z tym, że w swojej motywacji muszą przesunąć się bardziej w stronę dziecka. Że to nie jest tak, że oni tu przyjdą i my im poszukamy dziecka. Tylko odwrotnie. Mamy dzieci zgłaszane do adopcji i wśród zakwalifikowanych kandydatów szukamy takich, którzy będą najlepsi dla tego konkretnego dziecka, którzy go zaakceptują. I nas nie interesuje, kiedy ci rodzice się zgłosili – chcemy w tym miejscu obalić mit o kolejce adopcyjnej. W czasie kwalifikacji kandydatów do adopcji wiele czynników branych jest pod uwagę – oczekiwania kandydatów, ich możliwości, ale przede wszystkim potrzeby dziecka. To, jakich rodziców ono potrzebuje. Jak np. mam dziecko, które jest bardzo chorowite i wymaga intensywnego leczenia, to też musimy popatrzeć na zasobność portfela tych ludzi, czy dadzą radę finansowo, czy mają samochód, by w razie czego dojechać do szpitala. W „dobieraniu rodziny do dziecka” musimy wziąć pod uwagę również ich gotowość i otwartość, np. na inną rasę, na problemy rodziców biologicznych – czy byliby gotowi adoptować dziecko, którego rodzice są upośledzeni, chorzy psychicznie, czy są nosicielami chorób zakaźnych, np. HIV. Czy byliby gotowi adoptować kilkoro dzieci, czy przyjmą dziecko z okienka życia i wiele, wiele innych.

– Długo trwa taka kwalifikacja?

– Kandydaci przychodzą do nas na pierwsze spotkanie, które jest zawsze niezobowiązujące. Opowiadamy im wtedy, jak będzie wyglądała procedura, jakie są potrzebne dokumenty, jakie mamy oczekiwania co do kandydatów. Często mówimy: Cieszymy się, że wybieracie nasz ośrodek, jak wam się tu podoba, to zostańcie, ale ponieważ jest to ważna życiowa sprawa, to jeszcze idźcie na rozmowę do innych ośrodków, zobaczcie, jak jest tam i wybierzcie ten, w którym będziecie się czuć najlepiej, do którego będziecie mieć zaufanie.

– I tak robią, czy od razu podejmują decyzję, że tu?

– Czasami nas miło zaskakują, bo idą tam i wracają. Ale po pierwszym spotkaniu, mogą już więcej do nas nie wrócić – jak mówiłam wcześniej: to informacyjne i niezobowiązujące spotkanie. Ale jak się już zdecydują, to rozpoczyna się diagnoza pedagogiczna, potem jest spotkanie z psychologiem, spotkanie w domu, bo chcemy zobaczyć, jak funkcjonują na co dzień. To koniec części formalnej. Jeśli kandydaci spełniają wszystkie wymogi w ustawie, to otrzymują kwalifikację wstępną do szkolenia. W ośrodku założyliśmy, że ta wstępna kwalifikacja nie powinna trwać dłuższej niż pół roku. Ten czas świadczy też o ich motywacji, o tym, czy są gotowi, czy nie. Jeśli jakaś para nie dzwoni przez kilka tygodni czy miesięcy, to my dzwonimy i pytamy: Czy coś się wydarzyło ważnego w waszym życiu, że się nie kontaktujecie? I czasami jest tak, że ktoś mówi – jestem w ciąży, a czasami – jednak nie jesteśmy gotowi na adopcję.

– Jeśli dostaną kwalifikację, zaczynają szkolenie?

– Tak. Szkolenie to warsztaty w grupie sześciu par małżeńskich raz w tygodniu; na każdym spotkaniu jest inny temat. Zaczynamy od motywacji – kiedy jest prawidłowa, a kiedy nie, i jak to zrobić, by bardziej patrzeć na potrzeby dziecka. Mówimy też o tym, skąd się biorą dzieci do adopcji – jaka jest ich sytuacja prawna, rodzinna, zdrowotna. Pary poznają historie dzieci i mówią, czy byliby w stanie przyjąć takie dziecko. Mówią też o tym, czego się boją. Jest też spotkanie nt. prawnej strony adopcji, jawności adopcji, by wiedzieć, kiedy i jak powiedzieć dziecku, jak przygotować na jego pojawienie się otoczenie. Jest też mowa o tożsamości dziecka, o tym, jak ważne jest szukanie własnych korzeni i pamiątki, z którymi dziecko, zwłaszcza kilkuletnie, przychodzi do rodziny – co z tym zrobić, jak traktować, jak rozmawiać o tych różnych, czasem trudnych, rzeczach, które dziecko ma za sobą. Są spotkania wychowawcze – takie dotycząc postaw rodzicielskich, budowania bliskiej relacji z dzieckiem. Pary spotykają się też z rodzinami, które już adoptowały dziecko, i piszą bajkę dla swojego dziecka. Po takim cyklu szkoleń następuje podsumowanie i kwalifikacja. Kiedy widzimy, że ludzie mają jakieś problemy i powierzenie im teraz, w tym momencie, życia dziecka nie będzie dobrym pomysłem, to mówimy – teraz nie, idźcie na terapię, zmieńcie coś w swoim życiu, albo w ogóle nie – nie możemy powierzyć wam dziecka.

– Godzą się na to?

– Różnie to bywa. Godzą się osoby, które są dojrzałe, współpracujące, które rozumieją, dlaczego tak mówimy. Jutro mamy komisję kwalifikacyjną, na której będziemy omawiać parę, która w ubiegłym roku nie dostała kwalifikacji, bo warunkiem była psychoterapia pani dotycząca jej doświadczeń z dzieciństwa. Odbyła terapię, przyszła, powiedział o tym, co jej to dało i myślimy, że w tej chwili jest już gotowa. Natomiast niektórzy nie przyjmują tego i obrażają się na nas. Ale naprawdę sama miłość i chęć nie wystarczy. Trzeba mieć naprawdę poukładane różne rzeczy i emocjonalnie być osobą dosyć stabilną, dojrzałą, bo jak przyjdzie dziecko, które jest po wielkiej krzywdzie, to kto je ukoi i da poczucie bezpieczeństwa? Kiedy rodzice są już zakwalifikowani, czekają tylko na „ten telefon” – z propozycją i zaczyna się etap poznawania dziecka.

– W Łodzi działają trzy ośrodki adopcyjne. Na jakiej zasadzie rozdzielane są dzieci?

– Kiedyś były tylko dwa ośrodki. W 2012 r. powstał nowy – publiczny, regionalny i teraz „dzielimy dzieci” na trzy. Jesteśmy podzieleni szpitalami, placówkami i powiatami.

– Ale jeśli jakaś kobieta spod Łodzi podlega pod inny ośrodek, ale o tym nie wie, a do was przyjedzie i powie, że chce do was oddać dziecko, to tu zostaje?

– Tak. Każda kobieta, bez względu na to, w jakim szpitalu rodzi, a powie, że chce oddać dziecko do adopcji przez nasz ośrodek, to szpital musi zgłosić dziecko do nas, a gdy kobieta nic nie powie, powinien poinformować mamę, że są trzy ośrodki i może wybrać, a jeśli kobieta nie chce podjąć takiej decyzji – szpital zgłasza dziecko zgodnie z podziałem.

– A dzieci, które są z interwencji?

– Trafiają do placówki. Zajmujemy się dziećmi w momencie, gdy ich sytuacja prawna pozwala na adopcję. Wcześniej zajmuje się tym piecza zastępcza – instytucjonalna bądź rodzinna.

– Jakim rodzicem łatwiej być – biologicznym czy adopcyjnym?

– Tu nie ma różnicy. Biologicznym trafiają się trudne sytuacje i adopcyjnym też. Mają inne zadania. Zadaniami rodziny adopcyjnej jest akceptacja historii dziecka, pomoc mu w zrozumieniu tej historii, w szukaniu tych korzeni i budowaniu tożsamości, zintegrowanie tej tożsamości biologiczno-adopcyjnej.

– Czyli może trochę trudniej...

– Jak są gotowi, traktują to jak normalność. Gorzej, jak nie wiedzą, jak to zrobić i kiedy zrobić.

– Wspieracie te rodziny?

– Przez to, że organizujemy zjazdy adopcyjne i przyjeżdżają tu pary, które np. od czternastu lat są co roku, to my wiemy, co się u nich dzieje. Natomiast nie mamy takiego obowiązku ani takiej prawnej możliwości, by w tę rodzinę ingerować. Jeśli ona sama do nas nie przyjdzie po pomoc. Ze swojej strony oferujemy – poradnictwo pedagogiczno-psychologiczne, grupę wsparcia, a jeśli trzeba – kierujemy do innych specjalistów.

– Zdarzały się sytuacje, że adoptowane dzieci były oddawane?

– Zdarzały się. Ale to nie było raczej związane z dziećmi, a np. z rozwodem rodziców.

– To dla was porażka?

– Myślę, że nie jesteśmy w stanie do końca wszystkiego przewidzieć, myślę, że sytuacja życiowa rodziny na przestrzeni lat też się zmienia. Ludzie, podejmując się przyjęcia osieroconego dziecka, muszą sobie zdawać sprawę, o co chodzi. Po to są szkolenia i przygotowanie. A potem to ich odpowiedzialność za to, co się będzie działo. Myślę, że mówimy o tym cały czas na szkoleniu. Jak coś się dzieje, to trzeba umieć wziąć za telefon i zadzwonić do nas po wsparcie. Mają prawo nie wiedzieć wszystkiego, bo to ich pierwsze dziecko.

– Ośrodek archidiecezjalny jest potrzebny?

– Myślę, że jest potrzebny. Ludzie wybierają go też z tego względu, że jest archidiecezjalny, mówią, że dlatego go wybrali, bo są wierzący. Ludzie muszą mieć wybór. Oprócz tego, że obowiązują nas takie same przepisy prawne jak inne ośrodki, to my staramy się zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt – duchowy, np. przed spotkaniem szkoleniowym modlimy się wspólnie. Jak są zjazdy rodzin adopcyjnych czy kończymy szkolenie, jest Msza św. Pytamy też, jak oni rozeznawali to, że mają być rodzicami adopcyjnymi, ale naszym zadaniem nie jest ocenianie głębokości ich wiary. Chcemy, by dzieci trafiły do rodzin, które będą wychowywać je w wierze.

– Czego życzyć z okazji 30-lecia działalności na kolejne lata? Żeby nie było adopcji?

– To byłoby najlepsze! Ale nie jest możliwe. Adopcje zawsze będą. Ale może więcej otwartych rodzin gotowych przyjąć każde dziecko? Mniej biurokracji? Lepszej sytuacji finansowej, żebyśmy mogli zatrudnić więcej specjalistów i rozbudować pomoc postadopcyjną? Przede wszystkim prosimy o modlitwę za dzieło adopcji i za wszystkie rodziny, no i dzieci, które jeszcze czekają na nowy dom.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Komandosi w habitach

2019-01-23 11:27

Iwona Flisikowska
Niedziela Ogólnopolska 4/2019, str. 16-18

Niedawno zaskoczył wszystkich fakt brutalnego aresztowania czterech Szarych Braci z Bronksu za... wręczanie czerwonych róż kobietom przed kliniką aborcyjną Planned Parenthood w Trenton w stanie New Jersey, z prośbą, aby nie zabijały swoich dzieci, tylko je urodziły. „Nowe życie, jakkolwiek maleńkie, przynosi obietnicę niepowtarzalnej radości” – można było przeczytać na karteczce dołączonej do każdej róży

Jeffrey Bruno
Na ulicach Nowego Jorku z Matką Bożą z Guadalupe

W czasie cichego protestu zakonników jedna z par, która wypełniała dokumenty przed zaplanowaną aborcją, po rozmowie z braćmi opuściła budynek. – To było dla nas zwycięstwo. Nie wiemy, czy wrócą. Wszystko, co możemy powiedzieć, to to, że bardzo nas to zachęciło do dalszych protestów. Gdyby nas tam nie było, to dziecko pewnie już by nie żyło – powiedział aresztowany br. Fidelis Moscinski, którego dziadek był Polakiem. Kiedy policja zażądała, aby protestujący opuścili teren kliniki, bracia oznajmili, że nie mogą odejść. Powiedzieli: – Niewinne nienarodzone dzieci zaraz umrą, a my postanowiliśmy zostać razem z nimi.

Akcja „Czerwona Róża Ratuje” została rozpoczęta przez środowiska pro-life w 2017 r. Nie pierwszy raz członkowie tego zgromadzenia opuszczają siedzibę aborcyjnego molocha w policyjnych kajdankach. Inicjatywa ruchów pro-life od początku ma wsparcie „Braci z Bronksu”. W oficjalnym oświadczeniu przełożeni zakonu potwierdzili, że „(...) bracia nie wahają się uczestniczyć w aktach sprzeciwu sumienia wobec działań, które są wymierzone w nienaruszalność ludzkiego życia i niszczą wspólną więź ludzkiej solidarności”.

Nie dziwi więc fakt, że patronką Franciszkanów Odnowy jest Matka Boża z Guadalupe, opiekunka i patronka nienarodzonych.

Opowieść o Szarych Braciach

Pod tak swojsko brzmiącą nazwą bracia są znani w Polsce, zwłaszcza po ukazaniu się książki Luca Adriana pt. „Bracia z Bronksu”. Pełna nazwa zgromadzenia Szarych Braci to: Wspólnota Franciszkańskich Braci Odnowy (Community of the Franciscan Friars of the Renewal). Zostało ono założone w latach 80. ubiegłego wieku w Nowym Jorku. Bracia mieszkają m.in. w dzielnicach Harlem i Bronx i przebywają wśród najuboższych z ubogich – wyrzuconych, jak się często krzywdząco mówi, na „margines życia społecznego i nic więcej”.

O niezwykłych franciszkanach opowiada Roman Zięba, który razem z Wojtkiem Jakowcem przez pół roku pielgrzymował pieszo w misji „aCross America” przez Stany Zjednoczone:

– Nowojorscy (szarzy) Franciszkanie Odnowy gościli nas w swoim klasztorze na Manhattanie, gdzie kończyliśmy półroczną pielgrzymkę „Krzyż Ameryki”. Bracia zaczynają dzień o 5 rano od godzinnej adoracji, potem w planie dnia mają: Jutrznię, Mszę św., śniadanie i wyruszają na miasto, aby służyć bezdomnym. Byliśmy świadkami, jak przyprowadzili do klasztoru osobę o takim zapachu i w tak złym stanie, że wymagała pilnej interwencji medycznej. Od razu się o tego człowieka zatroszczyli...

Szarzy Bracia w swojej duchowości – kontynuuje Roman Zięba – odwołują się bezpośrednio do naszych współczesnych świętych: Matki Teresy z Kalkuty i Jana Pawła II. W większości nie mają prywatnych maili (posługują się zbiorczym) i korzystają z tradycyjnej centrali telefonicznej. Wielu zdobyczy cywilizacyjnych nie mają, ale za to są ciągle uśmiechnięci i mają drzwi cały czas otwarte dla potrzebujących. Jeżeli gdzieś w 6-miesięcznej pieszej drodze przez USA widziałem żywy Kościół Chrystusowy, to właśnie tam, na Manhattanie, w Harlemie. Nie mówią o reformach, oni są żywą reformą – opowiada Zięba.

Z wielką sympatią mówi też o Braciach z Bronksu ks. Piotr Wiśniowski, dyrektor EWTN Polska:

– Z Szarymi Braćmi z nowojorskiego Bronksu miałem okazję się spotkać w gościnnej parafii św. Bernadetty na Brooklynie. To było opatrznościowe spotkanie z prawdziwymi „Komandosami Pana Boga”, a wśród nich także z Polakiem, br. Sebastianem Marią Kajko, który jest praprawnukiem legendarnego Bartosza Głowackiego spod Racławic... Warto wiedzieć, że Szarzy Bracia z wielkim oddaniem zajmują się ludźmi będącymi w bardzo trudnych warunkach życiowych, materialnych czy moralnych. Pamiętajmy o nich w modlitwie i opowiadajmy o tych fantastycznych ludziach, powiedziałbym – Szarych Aniołach.

Stan Fortuna, rapujący Szary Brat

Wielu z nas na pewno słyszało niezwykle charyzmatycznego rapera Stana Fortunę – rodem z nowojorskiego Harlemu, gdzie powstał pierwszy klasztor Szarych Braci – i jego chyba najbardziej znany teledysk „Everybody Got 2 Suffer”. Miłą dla mnie niespodzianką w czasie przygotowywania tego artykułu była wiadomość, że br. Stan bardzo polubił Polskę i choć w swoim muzycznym grafiku ma mnóstwo spotkań i koncertów ewangelizacyjnych na całym świecie, to stara się do nas, a zwłaszcza do Częstochowy, przynajmniej dwa razy w roku przylecieć. Ostatnio gościł w Polsce jesienią – zaproszony przez znanego muzyka Marcina Pospieszalskiego brał udział m.in. w koncercie z okazji 40-lecia pontyfikatu św. Jana Pawła II w Rzeszowie i w koncercie promującym płytę „Dekalog” w Gdyni.

– Po raz pierwszy o niezwykłym rapującym franciszkaninie usłyszałem ponad 10 lat temu od braci Tadeusza i Macieja Syków, którzy mieli możliwość usłyszeć i zobaczyć br. Stana w czasie Światowych Dni Młodzieży w Toronto w 2002 r. – mówi dominikanin o. Andrzej Bujnowski, duszpasterzujący muzykom w Polsce, który od 27 lat tworzy Strefa Chwały Festiwal i współtworzy Song of Songs Festival oraz legendarny Magazyn Muzyczny „RUaH”. – Tadeusz i Maciej w tak entuzjastyczny sposób opowiadali o niezwykłym rapującym franciszkaninie, że kilka lat temu namówiłem dyrektora Song of Songs Festival, żeby zaprosić Stana do Polski. I tak się stało. Miłym akcentem dla naszego zespołu Deus Meus było to, że w jednym z utworów w czasie festiwalowego koncertu wystąpił gościnnie z nami „raper w habicie”, czyli Stan Fortuna! – wspomina o. Andrzej. Wśród Szarych Braci jest też br. Luis, który kiedyś był saksofonistą w zespole Bruce’a Springsteena i mimo że materialnie „miał świat u stóp”, porzucił swoje życie milionera i stał się ubogim wśród ubogich. Niebywałe, ale w szeregach Szarych Braci są także byli menadżerowie firm czy też osoby, które zajmowały się modą. To, co mnie najbardziej urzekło w tej niezwykłej opowieści o Komandosach z Harlemu i Bronksu, to wyjątkowość, a zarazem prostota ich życia, entuzjazm i szczery, niewymuszony uśmiech na twarzy w codzienności.

Specjalne podziękowania kieruję do Jeffreya Bruno – nowojorskiego fotografika, który towarzyszy Szarym Braciom i zapisuje ich życie obrazem.

Iwona Flisikowska
Dziennikarka, współpracuje z Aleteia i Catholic Journalists Association. Z zamiłowania fotograf, autorka wystaw zdjęć, m.in. „Dzieci z Betlejem” i „Shalom Salam. Pokój w oczach dziecka”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zaproszenie na pielgrzymkę

2019-06-26 23:44

Anna Majowicz

W ostatnią sobotę sierpnia odbędzie się jubileuszowa, 10. Pielgrzymka Osób Niepełnosprawnych, ich Rodzin i Przyjaciół do Henrykowa.

mat. prasowe

Każdego roku do Opactwa Cystersów przybywa ok. tysiąca pątników. Pielgrzymka umożliwia integrację osób starszych i niepełnosprawnych, zwłaszcza tych przebywających na co dzień w Warsztatach Terapii Zajęciowej, Domach Pomocy Społecznej, ośrodkach Caritas i szkołach integracyjnych. Podobnie jak w latach ubiegłych w trakcie pikniku po Mszy św. na scenie wystąpią niepełnosprawni artyści oraz zespoły muzyczne i teatralne. Występy przed licznym gronem uczestników są zawsze dla artystów powodem do dumy oraz okazją do wspólnej zabawy, jednocześnie przypominając wszystkim, jak produktywne może być życie mimo choroby. Podobne wydarzenia są organizowane również w innych diecezjach, ale jedynie w Archidiecezji Wrocławskiej chęć udział zgłasza ponad setka wolontariuszy z Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, która dzieli się uśmiechem i radością z uczestnikami pielgrzymki. 

Serdecznie zachęcamy do uczestnictwa w jubileuszowej 10. Pielgrzymce Osób Niepełnosprawnych, ich Rodzin i Przyjaciół do Henrykowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem