Reklama

„Czekając, pokazujemy, że potrafimy być wierni”

2013-08-13 12:39

Ze snajperem wśród wodzirejów, ojcem trójki dzieci Sylwestrem Laskowskim, o czystości przedmałżeńskiej i jej owocach rozmawia Małgorzata Godzisz
Edycja zamojsko-lubaczowska 33/2013, str. 6-7

Archiwum Exodusu Młodych

MAŁGORZATA GODZISZ: - Seks jest zbyt fajny, żeby uprawiać go przed ślubem. Dlaczego warto czekać?

SYLWESTER LASKOWSKI: - Z kilku powodów. Te powody podzieliłbym na osobiste: osobie, która czeka, opłaca się czekać i powody poza tą osobą, czyli innym się opłaca to, że ja czekam. Dlaczego mi się opłaca czekać? Po pierwsze, zachowuję swoją dziewiczość do ślubu, a ogromną wartością dziewiczości jest m.in. to, że nie ma się doświadczeń, którymi nie będziemy się mogli potem podzielić z przyszłą żoną/mężem. Przyszła żona na pewno się nie zmartwi, gdy się dowie, że jej mąż jest dziewiczy, że nigdy wcześniej nie współżył z inną kobietą, że jest dla niego po prostu pierwsza, że na nią czekał. I na odwrót - brak takiej dziewiczości bywa bolesny, nierzadko bardzo bolesny. Po drugie, czekając, gwarantujemy sobie, że nie zarazimy się żadną chorobą przenoszoną drogą płciową. A nie jest ich wcale mało. I nie są one zastrzeżone dla prostytutek, narkomanów czy niesfornych turystów w egzotycznych krajach. Czekanie czyni nas też osobami wiarygodnymi. Czekając pokazujemy, że potrafimy być wierni, czyli że potrafimy czekać, że potrafimy odmówić pokusie. W szczególności, pokazujemy to tej osobie, z którą właśnie jesteśmy. Jeśli dziewczyna widzi, że chłopak mimo pragnienia współżycia z nią potrafi się opanować, to jej zaufanie do niego radykalnie wzrośnie. Czekanie uczy nas też panowania nad sobą. Ten, kto nad sobą w sferze seksualnej nie panuje, najprawdopodobniej zdradzi swojego współmałżonka. A jeśli tego nie zrobi, to tylko dlatego, że nie będzie ku temu okazji. A jeśli nasz małżonek zobaczy, że nad sobą nie panujemy, to na pewno bardzo się postara o to, by okazji nie było i wówczas nie mniej często niż w czułych ramionach będziemy się znajdowali w szponach zazdrości. Czekając, też czynimy się bohaterami (przynajmniej w tej dziedzinie) dla swoich przyszłych dzieci. Wiadomość, że ojciec przed ślubem współżył z jakąś inną kobietą, nigdy dla dziecka nie jest miła. Wręcz przeciwnie, będzie to dla niego ciężarem. Jego wierność ich matce, nawet przed ślubem, nawet zanim ją poznał - jest dla nich przyczyną radości, wzbudza szacunek i wdzięczność w ich oczach. Czekając też ułatwiamy sobie tworzenie przyjacielskich relacji z innymi osobami - zarówno płci przeciwnej jak i tej samej. Przyjaźń osób płci przeciwnej wymaga niezwykłego porządku i przejrzystości w sferze seksualnej. Czekanie bardzo temu sprzyja. Nasze czekanie i związana z tym rosnąca w oczach innych nasza wiarygodność ułatwia i umacnia również relacje pomiędzy osobami tej samej płci. Jeśli dobrze będę traktował dziewczynę czy żonę mojego kumpla, z pewnością skorzysta na tym moja relacja z nim. Dotyczy to nie tylko tego, jak traktuję ją teraz, gdy jest jego dziewczyną, czy żoną, ale również tego, jak traktowałem ją, zanim zaczęli być razem. Nie bez znaczenia jest też to, jak traktowałem wówczas i inne dziewczęta, czyli krótko mówiąc, jaki obraz swojego podejścia do kobiet kształtowałem w jego oczach. I wreszcie, warto czekać ze względu na sam seks w małżeństwie. Czekanie, z racji na związane z nim budowane zaufanie, również z racji na brak innych doświadczeń seksualnych, które utrudniałyby późniejszą całkowitą otwartość i przejrzystość w małżeństwie, jak również z racji na rozpoczęcie współżycia w czasie, gdy nieco przycichły pierwsze romantyczne, niezwykle silne i z tego powodu zgubne emocje, czyli jednym słowem, już po ślubie - to właśnie czekanie bardzo sprzyja temu, żeby seks już po ślubie był po prostu fajny i budujący trwałą jedność pomiędzy małżonkami. Wstrzemięźliwość seksualna przed ślubem to dobry fundament dla fajnego seksu po ślubie.

- W trwaniu w czystości pomaga grupa katolicka?

- Jak najbardziej. Bliskość ludzi, dobre, przyjacielskie relacje uspokajają naszą niecierpliwą seksualność. W tym sensie każda wspólnota, nie tylko katolicka, która będzie sprzyjała tworzeniu takich relacji, będzie ułatwiała czekanie. Oczywiście będzie ułatwiała tym mocniej, im bardziej jej członkowie będą sprzymierzeńcami czekania. Bliskość innych osób jest lekarstwem na naszą samotność - jest lekarstwem skutecznym i pozbawionym skutków ubocznych. Czasem seks jawi nam się również jako takie lekarstwo. Wydaje nam się, że na drodze aktywności seksualnej wyrwiemy się z tej samotności, że zapełnimy pustkę. Stać się jednak tak może wyłącznie wtedy, gdy relacja z osobą, z którą współżyjemy, jest trwała i głęboka. Wówczas współżycie jest jakąś kropką nad „i”, dopełnieniem owej pustki w nas, którą jest samotność. Dopełnienie zaś z definicji zakłada, że czegoś (bliskości, więzi) było dużo, a teraz tylko dopełniamy. Z samych kropek nad „i” jednak takiej więzi i takiej bliskości - takiej pełni - nie da się raczej stworzyć. I boleśnie przekonują się o tym ci, którzy mimo wszystko próbują tego spróbować.

- Czy mężczyznom nie grozi zniewieściałość poprzez przebywanie w grupach, gdzie przeważa liczba kobiet, np. we wspólnotach kościelnych?

- Na pewno nie jest to komfortowe środowisko, do rozwoju cech typowo męskich. Paradoks bowiem polega na tym, że komfortowym środowiskiem do rozwoju takich cech jest środowisko pozbawione właśnie owego komfortu, który zapewnia nam mężczyznom obecność kobiet. Oczywiście, błędem byłoby twierdzenie, że w takim razie mężczyzna, by się dobrze rozwijać potrzebuje unikać kobiet. Wręcz przeciwnie. Ważne jednak jest, jak sądzę, by zachowana była zdrowa proporcja, by prócz silnej obecności kobiet chłopak odczuwał również silną obecność innych mężczyzn (silnych, męskich mężczyzn), którzy mogliby być dla niego istotnym punktem odniesienia, motywacją do rozwoju (męskiego rozwoju), by przez swoje naturalne cechy zdobywcy i upodobanie do rywalizacji, kształtowali siłę jego charakteru. Problemem chłopaków, którym brak takich odniesień, którzy radykalną większość swojego czasu spędzają w gronie żeńskim, bywa to, że mają oni ogromne upodobanie jedynie w szlachetności swojego charakteru ze szkodą dla rozwoju jego siły. Pewna „szorstkość” jest zdrowym przejawem męskiego charakteru. Środowisko kobiece zaś jest jednym z ostatnich miejsc, gdzie chłopak znajdzie dobry grunt do rozwoju tej cechy (na braku której w ostateczności cierpią i kobiety). Dla lepszego zrozumienia dodam, że nie jest moim celem zniechęcanie chłopaków do bycia w takich wspólnotach. Raczej chciałbym ich zachęcić, do szukania jednocześnie dobrej i silnej przeciwwagi - męskiej drużyny, z którą narobicie trochę zamieszania w świecie.

- Jesteś w Ruchu Światło-Życie ze swoją małżonką i dziećmi. W jaki sposób ta wspólnota pomogła Ci zrozumieć wierność i trwać w czystości przed ślubem i teraz w małżeństwie żyć tą miłością?

- Moje zainteresowanie tematem związanym z seksualnością i odkrywanie na tej drodze wartości czekania odbywało się niejako obok formacji oazowej. Rzecz jasna ta formacja potwierdzała treści, które odkrywałem na drodze osobistych refleksji i studiów literaturowych, nie mniej zasadnicze „odkrycia” i zrodzone z tego przekonania pojawiły się we mnie niejako przy innej okazji. W osobistym czekaniu bardzo mi pomógł fakt, że w którymś momencie zacząłem publicznie (w pierwszej kolejności i ostatecznie najczęściej w kręgach oazowych) mówić, że postanowiłem czekać ze współżyciem do ślubu. Taka publiczna deklaracja bardzo wzmacnia osobiste postanowienie.

- Zraniona miłość. Są wśród nas osoby, które doświadczyły takiej miłości. Zostały zranione. Jak takiemu człowiekowi powiedzieć, że to nie koniec, że jeszcze dużo przed nim i że miłość czeka?

- Wiem, że w tym temacie nie ma prostych recept. Ogromnie dużo zależy od charakteru skrzywdzenia i głębokości rany, jaka została zadana. Znam osobiście ludzi tak mocno zranionych, że przez wiele lat nie potrafią sobie poradzić z kłopotami wynikającymi z jakiejś wcześniejszej krzywdy w dziedzinie seksualnej. Całkiem niedawno przeczytałem książkę Anny Salter „Trauma” o dorosłych ludziach wykorzystanych seksualnie w dzieciństwie. Po przeczytaniu tej książki czuję, że lepiej zrobię jak w tym temacie będę milczał, niż wysuwał jakieś rady zrodzone z moich domysłów czy teoretycznych rozważań. Krzywdy bywają naprawdę duże, a rany przez wiele lat nie chcą się goić. Kto wie - może nigdy się nie zagoją, a jedyne, co będzie można zrobić, to zminimalizować ból i negatywne konsekwencje doznanej krzywdy. Bardzo chciałbym uniknąć jakiegoś taniego pocieszania w stylu: „Alleluja! Bóg Cię kocha i ma dla Ciebie wspaniały plan!”. To wszystko jest prawda, nie mniej powiedzieć to osobie, która właśnie cierpi, która nie potrafi stanąć na nogi, samemu jednocześnie mając się świetnie - byłoby chyba wyrazem całkowitego braku zrozumienia dla jej sytuacji i samopoczucia. To prawda i wierzę w to, że Bóg ma dla nas (wszystkich bez wyjątku) wspaniały plan. Miał go i dla Jezusa. Nie mniej mówienie do niego w chwili konania na krzyżu: „Alleluja!” z pewnością byłoby nie na miejscu.

- Prowadzisz portal „Jaś i Małgosia”. Do kogo jest skierowany?

- Do zakochanych, kochających i czekających na miłość.

- I kurs „Jak wygrać miłość i frajdę dnia i nocy”. Jak z niego skorzystać i realizować w życiu codziennym?

- Na kurs można się zapisać na stronie: www.jim.org.pl Dzielę się w nim swoimi przemyśleniami zrodzonymi (i niejednokrotnie spisanymi) jeszcze przed moim ślubem. Zasadniczym jego celem jest zachęta do czekania ze współżyciem do ślubu. Staram się po prostu na różnorakie sposoby wykazać, że to się po prostu opłaca.

* * *

Sylwester Laskowski, mąż i ojciec trójki dzieci, inżynier telekomunikacji, muzyk i wodzirej. Gość III Exodusu Młodych - spotkania młodzieży diecezji zamojsko-lubaczowskiej w Zwierzyńcu.

Więcej o tegorocznej edycji 4.0 pod hasłem „Nowe Życie” na www.exodusmlodych.pl

* * *

Drodzy uczestnicy tegorocznego „Exodusu Młodych”!

Publikując na łamach naszej „Niedzieli” zaproszenie do wzięcia udziału w niezwykłym spotkaniu młodych naszej diecezji, tak jak przed rokiem, zachęcamy Was do podzielenia się z nami swoimi wrażeniami z „Exodusu” na stronach naszego tygodnika.

Czekamy na Wasze świadectwa pisemne (wszystkie gatunki wypowiedzi dziennikarskiej dozwolone) oraz fotografie. Z radością je opublikujemy, a ich autorzy otrzymają od nas upominek-niespodziankę.

Reklama

Czekamy do końca sierpnia na wypowiedzi o objętości do 3 tys. znaków (1 strona komputerowego wydruku), zarejestrowane w formie elektronicznej lub pisane ręcznie.

Prace, opatrzone danymi, z adresem i numerem telefonu, prosimy przesyłać drogą mailową (niedziela_zamojska@pro.onet.pl), lub na adres redakcji:
Redakcja Niedzieli Zamojsko-Lubaczowskiej
ul. Zamoyskiego 1
22-400 Zamość

Red.

Reklama

Inżynieria świętości – św. Rafał Kalinowski

O. Marian Zawada OCD
Niedziela Ogólnopolska 46/2007, str. 12-13

Archiwum

Spowiadaj się często, a spowiadaj się dobrze. Chcesz sercem wspaniałomyślnym wykonywać twe obowiązki, nieraz zbyt uciążliwe i twemu usposobieniu przeciwne? Chcesz posiadać męstwo, aby nie upadać na duchu, gdy cię jaka boleść dosięgnie? Spowiadaj się często, ale spowiadaj się dobrze! Czy chcesz na koniec zostać świętym i na pewno iść drogą do nieba - spowiadaj się często, lecz spowiadaj się dobrze!
Św. Rafał Kalinowski OCD

Jego osoba i życie jednoznacznie wskazują, jak bardzo na drogi duchowe ma wpływ historia, szczególnie ta trudna: w upokorzonym narodzie bez państwa. Ale dzięki temu sylwetka św. Rafała jawi się czysta, jej zarys klarowniejszy. Kalinowski miał wiele twarzy, które uświęcił: przeżył wiele czasów łączonych w jedno życie.

Twarz w Nią wpatrzona

Pochodził z Wilna, dano mu imię Józef i można powiedzieć, że jego życie jest przepasane obecnością Maryi - Tej z Ostrej Bramy. Urodził się w 1835 r., niemal pod Jej okiem, by ostatecznie wstąpić do zakonu Jej poświęconego - Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. To pierwsza, ważna lekcja jego życiorysu - opasać się obecnością Maryi, Tej, która wpatrzona jest z miłością w Chrystusa.

Twarz relacji poszukująca

Po ukończeniu gimnazjum (1850) wybrał Mikołajewską Akademię Inżynierii Wojennej w Petersburgu. Po jej ukończeniu (1857) budował arterie kolejowe i mosty na trasie Odessa - Kursk. To ważny trop. Budował mosty, a zatem to, co łączy. W sensie duchowym można stwierdzić, że budował to, co łączy ludzi, co im pozwala się spotkać, zmierzać ku sobie, wymieniać dobra. W rzeczywistości każdy powinien być takim inżynierem ducha. Z głębi stepów, które Józef pokonywał i wiązał nicią żelazną, płynie pytanie o naszą inżynierię duchową, o zdolność i wytrwałość w budowaniu pomostów, tych zwykłych, codziennych, i tych niezwykłych - modlitewnych. A modlitwa jest najważniejszym spoiwem ludzkiego losu.
Józef, kończąc Akademię Petersburską, jednocześnie został żołnierzem. Wojsko to przede wszystkim dyscyplina i męstwo. Tę dyscyplinę możemy rozciągnąć na dyscyplinę naszego czasu i dyscyplinę słów czy wreszcie dyscyplinę miłości. Ale możemy się w tym doszukać jeszcze więcej - starego ideału rycerskiego, w którym wierność (fidelitas) i męstwo (virtus) odgrywają zasadniczą rolę. Tym wartościom zepsuty świat przeciwstawia swą dyscyplinę znieprawienia, rozkładu, odciągania od Boga. To na pewno w Józefie się spierało, zmagało, bo w Petersburgu wpadł w straszny kryzys wiary, który trwał wiele lat.

Twarz prawdę odnajdująca

W życiu Józefa Kalinowskiego bardzo ważny był wątek ojczyźniany. Powstanie styczniowe, do którego przyłączył się w czerwcu 1863 r., przejmując jako naczelnik powstania dowództwo na Litwie, zadecydowało o jego życiu. Przyłączenie się do upadającego i niemal dogorywającego powstania przejawia jego heroizm patriotyczny, umiejętność podejmowania odpowiedzialności za trudne sprawy. Narażał się na bezwzględne represje, pochwycony, został skazany na śmierć, którą za interwencją rodziny zamieniono na dziesięć lat katorgi. Można to przełożyć na współczesną sytuację ojczyźnianą, kiedy nie tylko totalitaryzm komunistyczny gnębił i pozbawiał praw środowiska narodowe i katolickie, ale obserwujemy też, jak ludzie, którzy nie mają twarzy, chcą, by wszystko było bez wyrazu, bez kształtu... Po powrocie z zesłania Józef odnalazł dla siebie prawdę: nie krwi, ale potu ojczyźnie potrzeba, i podjął później moralny i duchowy wysiłek odnowy społeczeństwa - jako kapłan i zakonnik w Karmelu.

Twarz piękno kontemplująca

Kolejnym ważnym „epizodem” w jego życiu było wychowanie. Po powrocie do Ojczyzny (1874) przyjął ofertę rodziny Czartoryskich, by sprawować opiekę nad młodym Augustem. Trafił do słynnego Hotelu Lambert w Paryżu. W licznych podróżach, związanych ze słabym zdrowiem Gucia, przebywał w Mentonie na pograniczu Francji i Włoch, w szwajcarskich Alpach i polskiej Sieniawie. Przy okazji odwiedzin w Krakowie ciotki Augusta, karmelitanki bosej Ksawery Czartoryskiej, doszło do ważnego dla niego spotkania. W połowie 1877 r. Kalinowski zdecydował się wstąpić do zakonu. Legenda polskiego stycznia ukryła się za klauzurą. Przybrał imię Rafał, tzn. Bóg uzdrawia. Szybko doprowadził do odnowienia polskich karmelitów bosych, budował klasztory i niższe seminarium, co pomogło wzmocnić liczebną obecność w Galicji. Umarł w 1907 r. w Wadowicach.

Twarz świętością tryskająca

Co można „uzdrowić”, wpatrując się w historię tego dzielnego człowieka o imieniu „Bóg uzdrawia”? Na pewno naszą nadzieję, nasze męstwo, bo dzięki niemu widzimy, że nawet najtrudniejszy i najdramatyczniejszy czas nie zwalnia człowieka z moralnych wyborów i po części służy jego wielkości. Dostrzegamy też, że to, co robimy, trzeba robić solidnie. Jeżeli Rafał budował mosty, one stoją i służą do dziś; jeżeli wychowywał, spod jego „ręki” wychodzili święci; a gdy sam stanął w szranki ze świętością, tchnął nowego ducha w wymierającą społeczność i doczekał się chwały ołtarzy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek zachęcił wyznawców niechrześcijańskich religii Tajlandii do promowania braterstwa

2019-11-21 08:03

st, kg, tom (KAI) / Bangkok

Wobec istniejących różnic i podziałów ważne jest, aby religie ukazywały się coraz bardziej jako światło nadziei, będąc promotorami i gwarantami braterstwa - powiedział papież w buddyjskiej świątyni Wat Ratchabophit Sathit Maha Simaram w Bagkoku. Religię tę wyznaje 93 proc. mieszkańców Tajlandii.

Vatican News

O godzinie 10.00 czasu lokalnego Ojciec Święty przybył do świątyni Wat Ratchabophit Sathit Maha Simaram -siedziby mnichów buddyjskich i ich najwyższego patriarchy - Somdet Phra Ariyavongsagatanana.

Franciszka powitał przy wejściu do kompleksu sekretarz Patriarchy, a następnie razem udali się do świątyni. Wchodząc do świątyni Ojciec Święty oraz towarzyszące mu osoby zdjęły buty.

Witając papieża 92-letni mnich, będący 20. z kolei najwyższym przywódcą buddyjskim swego kraju, przypomniał w swym przemówieniu, że 35 lat temu w tej samej świątyni w Bangkoku jego poprzednik podejmował Jana Pawła II, który jako pierwszy zwierzchnik Kościoła katolickiego odwiedził najwyższego patriarchę Tajlandii. Podkreślił, że towarzyszyła temu atmosfera wzajemnego szacunku, ciepłego dialogu a obie strony okazały wzajemną gościnność, "dając w ten sposób świadectwo, że są ludźmi dobrymi i świętymi przywódcami".

Patriarcha oświadczył następnie, że pod posągiem głównego Pana Buddy Angkiros w tej pagodzie znajdują się relikwie króla Chulalongkorna Ramy V, którego w 1897 (według ery buddyjskiej w roku 2440) przyjął na audiencji prywatnej w Watykanie Leon XIII. Nieco dalej spoczywają prochy innych monarchów, również przyjętych przez papieży: Ramy VII i jego małżonki – przez Piusa XI w 1934 (2477) oraz Ramy IX – przez Jana XXIII w 1960 (2503); ten drugi władca podejmował później Jana Pawła II w Bangkoku w 1984 (2527).

Relikwie "naszych umiłowanych poprzedników, spoczywające tutaj, czynią to miejsce świętym dla naszego spotkania, które jest żywym świadectwem mocnej i twórczej przyjaźni między naszymi dwiema religiami a nasi przodkowie w wierze cieszyliby się na nasz widok i widząc postęp w naszej głębokiej i trwałej przyjaźni" – powiedział zwierzchnik buddystów.

Podkreślił, że jest to wizyta nie kogoś nowego, ale "prawdziwego i wypróbowanego przyjaciela naszego narodu", a odległość nie stanowi przeszkody dla naszych bliskich stosunków. Podziękował Ojcu Świętemu, że mimo zmęczenia długą podróżą zechciał go odwiedzić "z sercem pełnym szczerej przyjaźni".

Swe przemówienie sędziwy patriarcha zakończył słowami Buddy: "Ci, którzy nie czynią źle swym przyjaciołom, są szanowani w każdym miejscu".

Z kolei Ojciec Święty w swoim wystąpieniu przypomniał, że większość Tajów wyznaje buddyzm i przepoiła nim swój sposób oddawania czci życiu i swoim przodkom, prowadzenia wstrzemięźliwego stylu życia opartego na kontemplacji, oderwaniu od świata, ciężkiej pracy i dyscypliny, a szczególnym znakiem buddysty jest uśmiech.

Papież przypomniał wkład w dialog katolicki swoich poprzedników, Pawła VI, który prawie 50 lat temu przyjął w Watykanie 17. Najwyższego Patriarchę Somdej Phra Wanarata (Pun Punnasiri) wraz z grupą mnichów buddyjskich oraz Jana Pawła II, który odwiedził w tej samej świątyni, 35 lat temu, Najwyższego Patriarchę Somdej Phra Ariyavongsagatanana (Vasana Vasano). Zwrócił też uwagę, że sam niedawno przyjął osobiście delegację mnichów ze świątyni Wat Pho. "Są to małe kroki, które pomagają świadczyć nie tylko w naszych wspólnotach, ale także w naszym świecie, tak bardzo pobudzającym do propagowania i generowania podziałów i wykluczeń, że możliwa jest kultura spotkania" - zaznaczył Franciszek.

Ojciec Święty wskazał, że wobec istniejących różnic i podziałów ważne jest, aby religie ukazywały się coraz bardziej jako światło nadziei, będąc promotorami i gwarantami braterstwa.

Podziękował tajskiemu ludowi za to, że przybyli cztery i pół wieku temu katolicy korzystają w Tajlandii z wolności w praktykach religijnych i od lat żyją w zgodzie z wyznawcami buddyzmu.

Papież zapewnił o swym osobistym zaangażowaniu i całego Kościoła katolickiego, "na rzecz umocnienia otwartego i nacechowanego szacunkiem dialogu w służbie pokoju i dobrobytu tego narodu".

Franciszek wskazał na wagę we wzajemnych relacjach wymian akademickich pozwalających na lepsze wzajemne zrozumienie, szczególnie w podejmowaniu kontemplacji, miłosierdzia i rozeznania oraz promocję nowych projektów miłosierdzia szczególnie wobec najuboższych. "W ten sposób przyczyniamy się do budowania kultury współczucia, braterstwa i spotkania zarówno tutaj, jak i w innych częściach świata" - zaznaczył Franciszek i na zakończenie zapewnił Najwyższego Patriarchę Buddyjskiego o swojej modlitwie.

Po papieskim przemówieniu nastąpiła wymiana darów. Ojciec Święty wręczył patriarsze Somdet Phra Ariyavongsagatananie między innymi podpisany w lutym b.r. w Abu Zabi Dokument o Ludzkim Braterstwie. Skomentował go słowami: „musimy wspólnie pracować, aby ludzkość była bardziej braterska”. Zauważył, że proces braterstwa polega także na wymianie darów. Papież odbył ponadto krótką rozmowę ze zwierzchnikiem tajskiego buddyzmu i wpisał się do Księgi Honorowej. "Ponawiam moje modlitewne dobre życzenia, aby cenna tradycja wzajemnego zrozumienia między buddystami a katolikami nadal wzrastała i przynosiła obfite owoce pokoju dla ukochanego narodu tajskiego" - napisał Franciszek.

Spotkanie zakończyło się zrobieniem zdjęć oficjalnych z Najwyższym Patriarchą, a następnie na centralnym dziedzińcu zdjęciem grupowym z 35 mnichami z klasztoru Wat Pho.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem