Reklama

Rok Wiary

Iść w świetle łaski

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Rozmawiamy po zakończonych właśnie rekolekcjach Episkopatu Polski na Jasnej Górze, a jednocześnie po zakończonym Roku Wiary. Prosimy o kilka refleksji związanych z tym czasem.

ABP WACŁAW DEPO: – Powróciliśmy na Jasną Górę, bo w ubiegłym roku byliśmy razem w Księżówce w Zakopanem, z racji jubileuszu 100-lecia tamtego miejsca. Rok Wiary pozwolił nam powrócić do początku naszego polskiego zawierzenia Bogu przez pośrednictwo Maryi. Przeżywałem ten rok, czerpiąc z daru, jakim był list papieża Benedykta XVI „Porta fidei”. Jak z niego wynika, drzwi wiary są dla nas szeroko otwarte, a towarzyszą temu dwa cele: nowe przylgnięcie do Osoby Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawiciela oraz „metanoia”, czyli proces wewnętrznej przemiany. Przyznajemy się do takiego czy innego ludzkiego błędu po to, by tym bardziej w Chrystusie zobaczyć swojego Zbawiciela, a nie tylko wzór człowieczeństwa. Pozwolę sobie przytoczyć tu niezrozumiałą tezę pewnej pani profesor z Warszawy, że Jezus Chrystus był pierwszym genderystą. To jest przykład odejścia od porządku nie tylko Ewangelii, ale i kultury chrześcijańskiej, a nawet kultury w ogóle, kiedy tak się próbuje manipulować Jezusem i włączać Go do takiego czy innego kręgu osób, które są przeciwko Ewangelii, przeciwko Kościołowi.
Rok Wiary, który przeżywaliśmy we wspólnotach, miał bardzo konkretne zadania, żebyśmy na nowo przemyśleli sprawę swojego osobistego kontaktu i więzi z Chrystusem jako naszym Panem i Zbawicielem. W tym roku trzeba wyróżnić również bardzo trudne zadanie, jakim była ufna modlitwa o pokój, kiedy Ojciec Święty Franciszek zadał nam nie tylko modlitwę, ale i post, i adorację, po to, by uratować pokój dla świata, którego każdy z nas oczekuje i który chce realizować. Wspominamy również przeżyte czuwanie maryjne, podczas którego wśród innych sanktuariów świata Ojciec Święty wyznaczył Jasną Górę jako miejsce zawierzenia i ufnej modlitwy.

– Pojawia się zatem problem tożsamości naszej wiary...

– Wspomnę o trzech podstawowych redukcjach, które są nam niezmiennie od lat proponowane. Pierwsza to zwątpienie w oryginalność Jezusa, nieuznawanie w Nim objawionego Syna Bożego. Pan Jezus traktowany jest tylko w kategoriach humanizmu. Świat patrzy na Niego jak na jednego z twórców religijnych świata. Druga redukcja polega na odłączeniu wartości chrześcijańskich – takich jak prawda, wolność, miłość, sprawiedliwość i to, co jest związane chociażby ze światem rad ewangelicznych, a więc czystość, posłuszeństwo, ubóstwo – od Chrystusa. Chodzi o moralność, odłączoną od osobowej więzi z Chrystusem jako Tym, który przyszedł i naprawił utracony porządek.
I trzecia redukcja, bardzo groźna, która już występuje na Zachodzie od wielu lat, a w Polsce również daje dziś o sobie znać – to traktowanie Kościoła jako instytucji czysto ludzkiej. Spychanie funkcjonowania Kościoła tylko do kategorii działalności charytatywnej jest wielką niesprawiedliwością.

– Rok Wiary nie polegał tylko na działaniach, wykładach i wyjątkowych inicjatywach. Wiara sama w sobie jest czymś o wiele głębszym...

– Ksiądz Infułat zwrócił uwagę na bardzo ważny element powiązania nauki i religii, nauki i rozumu, w tym przypadku chodzi o „rozum plus wiara”. Pojawił się bardzo niebezpieczny prąd, który został nam zasygnalizowany chociażby przy rekonstrukcji rządu. Pani minister wspomniała o oddzieleniu nauki od religii. Tymczasem konieczne jest integralne połączenie tych dwóch skrzydeł, jak nas uczył bł. Jan Paweł II. Dopiero to pokazuje nam całą prawdę i o Bogu, i o człowieku, i o świecie. Te trzy elementy powiązane ze sobą muszą być zawsze w naszym polu widzenia, a dopiero wtedy możemy mówić o jakimś rozwoju naszego człowieczeństwa i dojrzałości wiary. Wiara zawsze musi być pojmowana nie tylko w kategorii informacji czy wiedzy, ale także więzi osobowej z Jezusem Chrystusem jako naszym Panem i Zbawicielem.

– Obok spraw doktryny czy osobistej więzi człowieka z Bogiem w Roku Wiary duszpasterze musieli się zmierzyć z wyzwaniami pastoralnymi. Jak Ksiądz Arcybiskup ocenia ten aspekt pracy Kościoła na podstawie odwiedzin parafii i wielu inicjatyw ewangelizacyjnych?

– Bardzo się cieszę takimi spotkaniami, które rodziły się nie tylko z inicjatywy duszpasterzy, ale i mieszkańców miasta, okręgu czy regionu. Mam tu też na myśli marsze dla życia, festiwale czy spotkania ewangelizacyjne. Pewnym szczytem dla naszego środowiska było Rio w Częstochowie. Odbywało się ono w łączności duchowej i modlitewnej z papieżem Franciszkiem w Rio de Janeiro w Brazylii. Przez pięć dni trwaliśmy na spotkaniach zarówno studyjnych, jak i modlitewnych czy adoracyjnych, połączonych z przyjęciem sakramentu pokuty. Przyznam, że było to wydarzenie nie tylko na skalę regionalną czy ogólnopolską, ale też europejską.

– Z tego, co mi wiadomo, spotkania pod kierunkiem Księdza Arcybiskupa bardzo dobrze zapisały Rok Wiary w świadomości młodych ludzi...

– Nie zapomnę, kiedy podczas spotkania ewangelizacyjnego w czerwcu br. „Poczuj smak prawdy” prowadzący ze mną rozmowę aktorzy na błoniach ogrodu seminaryjnego zaprosili wszystkich uczestników do zadawania mi pytań. Pierwsze pytanie pochodziło od 8-letniej dziewczynki: – Do kogo podobny jest Pan Bóg? Zamurowało mnie. Pochwaliłem ją, że zadała tak trudne pytanie, na które teraz muszę szukać odpowiedzi z pomocą Ducha Świętego. Powiedziałem, że Pan Bóg przybliżył się do nas poprzez swojego Syna, a On ma ludzką twarz, ma ludzkie serce, które nas kocha. On wychodzi naprzeciw różnym naszym potrzebom. I zapytałem, czy ta moja wypowiedź jest wystarczająca. Dziewczynka podziękowała mi za ukazanie tego podobieństwa. Od teraz, gdy będzie patrzeć na krzyż, na obraz Jezusa Miłosiernego czy statuę z Rio de Janeiro, będzie widzieć Chrystusa, który przybliża nam Boga, który jest dla nas kimś wyjątkowym – jedynym Zbawicielem.

– Jak Ksiądz Arcybiskup osobiście w Roku Wiary poszukiwał Boga i człowieka?

– Niedawno, prowadząc rekolekcje, miałem okazję łączyć te dwie przestrzenie: moją osobistą łączność z Bogiem i z konkretnymi ludźmi. Spotykałem się z najmłodszymi dziećmi, młodzieżą i dorosłymi...
W tym roku sprawą, która dotknęła mnie bardzo osobiście, była operacja strun głosowych. I wtedy, po raz pierwszy w mojej posłudze biskupiej, z okna szpitalnego, na podobieństwo Jana Pawła II, błogosławiłem o godz. 21 ojczyźnie i wszystkim poddanym mojej trosce duszpasterskiej. Stwierdziłem, że Pan Bóg po coś przeprowadza nas przez takie doświadczenia. I kiedy stanąłem już po operacji wobec Obrazu Matki Bożej w Kaplicy Jasnogórskiej, powiedziałem, że teraz weryfikuje się to, na ile jesteśmy ludźmi zawierzenia, na ile zawierzamy siebie bez reszty Panu Bogu. Operacja miała trwać ok. 20 minut, a trwała 1,5 godz., czyli nie była taka łatwa, jak się wydawało. Dziękuję Bogu za to, że jestem dzisiaj z Wami i mogę Wam służyć. Uprzedzająca łaska wyszła mi naprzeciw, a ja dalej idę w jej świetle.

– Wiara to także doświadczenie cierpienia. Jak wyglądały spotkania Księdza Arcybiskupa z ludźmi cierpienia?

– Pogłębienie wiary przez doświadczenie cierpienia to bardzo trudna sztuka. Uczył nas jej bł. Jan Paweł II nie tylko wtedy, kiedy sam cierpiał i umierał. Kiedy był jeszcze bardzo młody, prężny i apostolsko bardzo czynny, w swoją posługę wpisywał spotkania z ludźmi chorymi. Podkreślał, że oni są skarbem w Kościele, że poprzez modlitewną obecność i cierpienie przyczyniają się do wzrostu Kościoła, do dzieł, które w nim podejmuje papież czy cały Kościół. Jestem świadomy tego, że odwoływanie się do ludzi chorych i cierpiących rzeczywiście jest nam bardzo potrzebne i nigdy chyba do końca nie wywdzięczymy się im za to, co czynią.
Tu znów odwołam się do swojego doświadczenia. Kiedy po 10 latach mojej pracy w seminarium duchownym spotkałem się z osobą sparaliżowaną i wszedłem do jej domu, usłyszałem słowa: – Ja ojca znam. – Ale ja jestem u państwa po raz pierwszy – powiedziałem. I wtedy pani poprosiła, żebym zajrzał do jej książeczki do nabożeństwa. Był tam obrazek z moich prymicji. – Ja codziennie się za ojca modlę – powiedziała chora. Rozpłakałem się. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że moja posługa jest od lat wspomagana nie tylko modlitwą, ale i cierpieniem...

– Zakończył się Rok Wiary. I co teraz? Jaka będzie jego kontynuacja duszpasterska?

– Przypomnę z pamięci krótki fragment wiersza ks. Jana Twardowskiego: „Pochwalono chrześcijaństwo, że tak długo rosło (...), a ono wspięło się Matce Bożej na kolana i powiedziało, że tak na dobre jeszcze się nie zaczęło”. Ten wiersz dobrze pokazuje naszą drogę. Bo my jesteśmy ciągle w drodze, nie tylko jako pielgrzymi – „homo viator” – ale jesteśmy w drodze zawierzenia Bogu do końca i we wszystkim. W ciągu Roku Wiary wielokrotnie przytaczałem wypowiedź papieża Benedykta XVI, który podczas audiencji dla Polaków na początek roku powiedział ważne słowa: „Życzę wam nowego pragnienia zawierzenia Bogu we wszystkim. A więc nowe pragnienie i zawierzenie we wszystkim. Takie dwie linie, dwie płaszczyzny. Kiedy 9 grudnia 2012 r. przeżywaliśmy profanację Obrazu naszej Jasnogórskiej Matki i Królowej, trzeba było znów na nowo zawierzyć Bogu we wszystkim, co nas spotyka. Nawet w tych uderzeniach, które są bolesne z powodu pewnej dyskryminacji wiary czy różnych odcinków naszego życia społeczno-politycznego. Teraz, w Roku Zawierzenia, jaki zainicjowaliśmy w archidiecezji częstochowskiej, musimy uchwycić się na nowo Matki Bożej, uczącej nas bardzo osobistej odpowiedzi we wszystkim Bogu, który przychodzi nam z pomocą swojej łaski. I dlatego nie wolno nam zapomnieć, że cokolwiek my zrobimy, to już nas łaska Boża uprzedza. Inicjatywa w każdym dobrym dziele i w każdym doświadczeniu należy do Boga.

– W archidiecezji częstochowskiej Ksiądz Arcybiskup wraca do ksiąg zawierzenia...

–...bo uważam, że te księgi naszych zawierzeń będą nam wypraszać potrzebną siłę dla przyszłości. Nie tylko będą świadectwem wiary przeżywanej dzisiaj, ale będą wypraszać siłę na przyszłość. Poprzednie księgi zawierzenia, w liczbie ok. 10 tys., rozeszły się do wszystkich parafii polskich, zainicjowane przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Mamy prawo sądzić, że wyprosiły nam dar nie tylko dobrego i pogłębionego przeżywania Milenium, ale przygotowały nas do niezwykłego daru, jakim był wybór Papieża Polaka i jego pielgrzymki do Polski, które umocniły nas na drodze trzeciego tysiąclecia wiary.

– Te księgi zawierzenia będą nas zatem wiodły do kanonizacji bł. Jana Pawła II...

–...i mają być bezpośrednim przygotowaniem poprzez wspólnoty parafialne i rodzinne, ale i osobistym przygotowaniem się do tego daru. Nie możemy go tylko przyjąć. Skoro Bóg nam go daje, to jaka jest moja osobista odpowiedź zaangażowania na różnych odcinkach wiary i jakie jest świadectwo wiary?

– W przygotowywaniu do daru kanonizacji towarzyszy Ekscelencji, jak również wszystkim rodakom, także „Niedziela”...

– Dlatego bardzo się cieszę i dziękuję za wszelkie inicjatywy, które „Niedziela” podejmuje, i za wszystkie inspiracje z Ducha Świętego i z pomocą Maryi jako naszej szczególnej Patronki. To m.in. materiały roratnie oraz te, które będą bezpośrednio czerpały z dziedzictwa Jana Pawła II na Wielki Post i Wielkanoc. Kiedy przeżyjemy samą kanonizację, już dzisiaj zapraszam na wzgórze jasnogórskie 3 maja 2014 r. na dziękczynną Eucharystię. Będzie to pierwsze ogólnopolskie dziękczynienie za dar kanonizacji Jana Pawła II. Drugim będzie Skałka w Krakowie – w dniu 11 maja, a następnym, 1 czerwca, Świątynia Opatrzności Bożej w Warszawie. Te trzy miejsca mają jednoczyć Polaków w akcie dziękczynienia za kanonizację, oczywiście, nie odmawiając poszczególnym diecezjom ich własnego charakteru w tej modlitwie.

– Radujemy się spotkaniem na Jasnej Górze, u Matki Bożej Królowej Polski staniemy wszyscy razem.

– Z radością wszystkich zapraszam i tę nadzieję dzielę.

2013-12-10 13:35

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Anna Rastawicka: kard. Stefan Wyszyński widział w każdym człowieku dziecko Boże

2020-07-07 12:01

[ TEMATY ]

wywiad

kardynał

śmierć

człowiek

ARCHIWUM

W każdym człowieku, również w tym odnoszącym się do Kościoła z nienawiścią, kard. Stefan Wyszyński widział Boże dziecko.

Miał przekonanie, że często ludzie, którym się wydaje, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś Jego fałszywym obrazem a prawdziwego Boga zupełnie nie znają – mówi Anna Rastawicka, jedna z najbliższych współpracownic Prymasa Wyszyńskiego. Jak podkreśla w rozmowie z KAI, Prymas Polski był głosicielem Boga Miłosierdzia.

Maria Czerska (KAI): Wybrała Pani życie konsekrowane w instytucie świeckim. Czy postać Prymasa Wyszyńskiego miała wpływ na wybór tej drogi?

- Tak. Poznałam Księdza Prymasa jako dziecko – 14 września 1952 w kościele Matki Bożej Zwycięskiej na Kamionku udzielił mi sakramentu bierzmowania. Miałam 8 lat, gdyż w tym czasie do bierzmowania przystępowało się zaraz po pierwszej komunii świętej, a ja przyjęłam Pana Jezusa mając 7 lat. Przed bierzmowaniem baliśmy się, że Ksiądz Prymas będzie nas pytał z katechizmu. Ale on pytał tylko o imię jakie sobie wybraliśmy i tak przechodził od jednego dziecka do drugiego. Pamiętam jego wysoką, ciepłą postać. I ten majestat – to mi pozostało w sercu do dzisiejszego dnia.
Gdy miałam 13 lat zaczęłam uczestniczyć w młodzieżowych spotkaniach ruchu Rodzina Rodzin. Ruch prowadziła członkini Instytutu – ciocia Lila, czyli p. Maria Wantowska. Przychodziliśmy czasem do Księdza Prymasa na opłatek, czy „jajko”. Po maturze, miałam 18 lat, gdy p. Wantowska zabrała nas do Niepokalanowa na zakończenie roku pracy formacyjnej Rodziny Rodzin. Pamiętam, odtworzyła nam wtedy nagranie kazania kard. Wyszyńskiego z 1962 r. do lekarzy. Mówił, o potrzebie obrony Kościoła przez ludzi świeckich. Zapamiętałam taką myśl – Kiedyś chciano ukamienować Chrystusa a teraz lecą kamienie na Kościół. I nie ma kto by stanął i osłonił. Pomyślałam wtedy: „czy mogłabym coś lepszego zrobić z moim życiem, niż stanąć i próbować chociaż trochę osłonić?”. I tak podjęłam decyzję o wstąpieniu do Instytutu Świeckiego Pomocnic Maryi Jasnogórskiej, Matki Kościoła (obecnie Instytut Prymasa Wyszyńskiego).

- To był dopiero początek współpracy z kard. Wyszyńskim.

Już jako członkini Instytutu, po studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim zaczęłam pracować w Sekretariacie Prymasa Polski na Miodowej. Oprócz mnie zatrudnione tam były jeszcze 4 osoby z Instytutu. Początkowo przygotowywałam dary dla grup, które przychodziły do Księdza Prymasa na audiencje. Nie było możliwości druku, więc organizowałyśmy przepisywanie tekstów kard. Wyszyńskiego, które wręczałyśmy uczestnikom wraz ze zdjęciami Prymasa. Protestował – „Dzieci, nie róbcie tego, nie dawajcie moich zdjęć…” – „Ale Ojcze, ludzie o to proszą”. Ostatecznie pozwolił.
Po kilku latach zaczęłam pomagać naszej założycielce, p. Marii Okońskiej, w opracowywaniu redakcyjnym kazań Księdza Prymasa. Maria Okońska miała głębokie przekonanie, że każde słowo kard. Wyszyńskiego trzeba ocalić, gdyż to jest mądrość nie na jedne pokolenie. Tymczasem on mówił zawsze z głowy, nigdy nie pisał kazań, chyba, że najważniejsze cytaty. Początkowo nagrywaniem zajmowały się członkinie Instytutu, później poproszono o to księdza kapelana, który wszędzie towarzyszył Księdzu Prymasowi. Te nagrania były spisywane a następnie – właśnie przez nas – opracowywane językowo. Dzięki temu mamy 67 autoryzowanych tomów maszynopisu. Każdy po kilkaset stron.
Jeśli chodzi o nagrania, część z nich znajduje się w Polskim Radiu, które pomagało nam utrwalić je cyfrowo. We własnym archiwum mamy ok. tysiąca nagranych kazań. Posiadamy też archiwum fotograficzne z tysiącami zdjęć robionych przez m.in. br. Cypriana Grodzkiego – franciszkanina z Niepokalanowa i innych fotografów, którzy towarzyszyli Księdzu Prymasowi podczas rozmaitych uroczystości.
Natomiast fotografie prywatne, w tym również fotografie z czasu uwięzienia, wszystkie poza małymi wyjątkami, zrobiła p. Maria Okońska. Kiedy dostała przepustkę i pierwszy raz jechała do Komańczy do uwięzionego Księdza Prymasa, właśnie br. Cyprian przyniósł jej na dworzec aparat i pokazał, jak ma go obsługiwać. I chociaż uważała, że jest człowiekiem a-technicznym i rzeczywiście nie miała talentu do tych spraw, otrzymała jakąś szczególną łaskę do tego zadania. Zrobiła ich ok. 10 tys. Są w zbiorach Instytutu.
Na początku lat 90. wspomniane autoryzowane kazania kard. Wyszyńskiego zaczęły ukazywać się w edycji „Dzieła zebrane kard. Wyszyńskiego”. Do tej pory wydane zostało 20 tomów. Teksty uporządkowane są chronologicznie. Zostało jeszcze wiele do zrobienia, gdyż jesteśmy dopiero w 1967 roku.

Powiedziała Pani w jednej z rozmów: „Pamięć o kard. Wyszyńskim wydaje mi się bardzo okaleczona”. Co okalecza pamięć o kard. Wyszyńskim? - Prymas w społecznej świadomości najczęściej kojarzony jest jako bohater drugiego planu z filmów o Janie Pawle II. Stojąca w tle monumentalna, pomnikowa postać, trochę przywodząca na myśl Inkwizycję. Nieustraszony obrońca Kościoła, pancerny kardynał gromiący swoim pastorałem komunistów. Tymczasem to był człowiek wielkiej dobroci, niezwykłej wrażliwości, który na swoich nieprzyjaciół potrafił patrzeć z miłością i wyrozumiałością, bo - jak mówił - tak właśnie patrzy na nas Bóg. To był człowiek, który z takim samym szacunkiem odnosił się do najniżej i najwyżej stojących w hierarchii społecznej ludzi. Ze współczuciem potrafił dostrzec z ambony, że płacze dziecko, bo wypadł mu z ręki miś. Kard. Wyszyński zwyciężał miłością. Był jednym z najpiękniejszych duchowo ludzi, jakich spotkałam. Niestety i on sam jako człowiek i jego nauczanie są bardzo mało znane. KAI: Jakie elementy tego nauczania zostały najbardziej zapomniane?

- Przede wszystkim szacunek dla o wielkiej godności każdego człowieka. „Dziwisz się, że Bóg ciebie miłuje, bo nie znajdujesz w sobie nic, co by było dla Niego do miłowania. Ale on znajduje. Bo on widzi w Tobie swoje dziecko” - tak nauczał. I takimi właśnie oczami starał się patrzeć na innych ludzi. Widział w nich Dzieci Boże.
Jeszcze jako kleryk, przed święceniami zapisał sobie postanowienie: „Miłosierdzie Boże na wieki wysławiał będę”. Prawda o Bogu Miłosierdziu była czymś bardzo mu bliskim, choć nie łączył tego z nabożeństwem polecanym przez św. siostrę Faustynę (trzeba pamiętać, że w czasach, gdy kierował Kościołem w Polsce Stolica Apostolska zakazała tego kultu).
Pewnego razu Ksiądz Prymas mówił konferencję o miłości nieprzyjaciół. Pamiętam - często o tym opowiadam, bo mnie to szczególnie urzekło - nie mogłam zrozumieć tego jak można kochać nieprzyjaciół. Był to czas, gdy Pierwszym Sekretarzem PZPR był pan Gomułka i rzeczywiście wiele zła wyrządził Kościołowi i samemu Księdzu Prymasowi. Może krzywdy bym mu nie zrobiła, ale kochać takiego człowieka? Po konferencji zebrałam się na odwagę i zapytałam – „Ojcze, a tego Gomułkę to ty też kochasz?”. Odpowiedział: - “Aniu, przecież Bóg go kocha. To co ja mam do powiedzenia?”.
Z komunistami rozmawiał z ogromną cierpliwością. Jedna z rozmów z Gomułką i Cyrankiewiczem trwała 11 godzin. Kiedy miał odejść Gierek, Ksiądz Prymas spotkał się z nim. Pojechał nawet do niego do domu, do Klarysewa. Potem Gierek to wspominał – „On ze mną rozmawiał, jak z człowiekiem”.
Nie wszyscy rozumieli sens Porozumienia rządem w 1950 r. Przecież komuniści byli obłożeni ekskomuniką. W Watykanie, w Sekretariacie Stanu pytano ze zdumieniem - Czy Prymas z diabłem rozmawia? Odpowiadał: „Z diabłem nie, ale z ludźmi będę rozmawiał”. Miał też głębokie przekonanie, że często ludzie, którym wydaje się, że walczą z Bogiem, w istocie walczą z jakimś fałszywym obrazem Boga, z wytworzonym przez siebie majakiem, „monstrum”, którego się boją, a które z prawdziwym Bogiem nie ma nic wspólnego. Prawdziwego Boga, który jest Miłością - nie znają. Uważał, że wciąż mają szansę - bo przecież w istocie nie odrzucają Boga, tylko Jego fałszywy obraz.
Zawsze z podziwem patrzyłam na jego umiejętność łączenia miłości i prawdy. Nie zamazywał jej, nie był ugodowy, łatwy dla swoich rozmówców. Widział błędy, piętnował je ale potrafił oddzielić błąd od człowieka. Prymas - o tym się bardzo mało mówi – zawsze podkreślał, że cały ład społeczny powinien opierać się o szacunek dla człowieka. Sam ustrój, forma rządów jest w gruncie rzeczy czymś wtórnym. Zwracał na to uwagę i po wojnie, gdy zaczynał się socjalizm i w roku 1980, gdy zdawało nam się wszystkim, że koniec socjalizmu jest już bliski i że to co po nim nastąpi będzie rajem na ziemi. Podkreślał, że istotą zmiany jest wewnętrzna przemiana człowieka. Bo nie chodzi o to, by pieniądze z kasy państwowej przeszły z rąk jednych złodziei w ręce drugich złodziei, a krążąca butelka wódki z rąk jednych pijaków w ręce drugich pijaków, tylko żeby przyszło „nowych ludzi plemię”. Żyjemy już 30 lat w wolnym kraju i wciąż przekonujemy się o prawdzie tych słów.

- Prymas Wyszyński w swoim nauczaniu społecznym bardzo podkreślał też wartość codziennej pracy. W jaki sposób on sam pracował?

- Miał wielką umiejętność pracy, co wiązało się też z umiejętnością dobrego wykorzystywania czasu. O tym też pisał w swoich postanowieniach przed święceniami - trzeba cenić każdą chwilę, bo każda chwila jest w życiu ważna. Fakt, że podołał tak ogromnej pracy, jaką miał do wykonania – wydaje się cudem. Był arcybiskupem Gniezna i Warszawy. To jest obecnie 5 diecezji: warszawska, warszawsko – praska, łowicka, gnieźnieńska i bydgoska. Oprócz tego był administratorem apostolskim Ziem Odzyskanych. Wszędzie tam bierzmował, udzielał święceń. Gdy się czyta „Pro Memoria” łatwo zobaczyć jak jego dzień był wypełniony co do minuty. Przechodził od jednego zajęcia do drugiego z ogromną sprawnością.
Rano na jego biurku leżał zawsze stos korespondencji. Po godzinie - wszystko było uporządkowane. Odpisywał zawsze na każdy list, nawet dziecku. Kiedy miał napisać np. list pasterski - po prostu siadał i pisał, wiedział, co ma napisać. Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, w których wymknęła mu się uwaga: „O, tak bym poszedł na spacer, a muszę coś pisać...”. To, czego mu naprawdę brakowało, to czasu na spokojną adorację Eucharystyczną. Pamiętam, kiedyś zatrzymał się przy mnie w kaplicy i powiedział: “Jesteś szczęśliwa, że możesz się modlić. A ja muszę gonić od jednych ludzi do drugich…” Ofiarowywał to Bogu - “To dla Ciebie, Boże, idę do tych ludzi”.
Praca była jego modlitwą, służbą Bogu poprzez służbę bliźnim. Na tej służbie był cały czas. To było jego życie, które kochał. W czasie uwięzienia największym jego bólem było to, że nie może być w czynnej służbie - w głoszeniu Słowa, w katedrze, między kapłanami. Gdy był chory i nie mógł gdzieś pojechać - był bardzo nieszczęśliwy. Zwłaszcza, gdy nie mógł pojechać na Jasną Górę. Kiedyś - pamiętam - nie mógł uczestniczyć w jakiejś uroczystość Matki Bożej i żartobliwie narzekał - “Nie chciała mnie, nie chciała. Teraz będę siedział pod murkiem...”.
Kard. Wyszyński właściwie nie miał prywatnego życia. Sam mi kiedyś powiedział: “Wiesz, ja chyba naprawdę nie mam już nic swojego”. Odpoczywał 20 minut po obiedzie. Wtedy też zresztą najczęściej przeglądał prasę i czytał.

- Jakie książki czytał?

- Czytał bardzo dużo, jednocześnie kilka książek - coś z teologii, coś z socjologii, coś z literatury. To była cała jego rozrywka - nie chodził przecież do teatru, nie oglądał telewizji. Jego ulubione książki to „Trylogia” Sienkiewicza, ale bardzo lubił też Makuszyńskiego, Tołstoja, „Chłopów” Reymonta. Po śmierci kard. Wyszyńskiego uczestniczyłam w spotkaniu z Ojcem Świętym w Rzymie. W pewnym momencie papież się zamyślił i powiedział: „Prymas to odchodził jak Boryna…”

- Kard. Wyszyński mówił o szacunku i miłości do drugiego człowieka. W jaki sposób okazywał to w życiu codziennym?

- Np. przy stole. Ksiądz Prymas nie zajmował się tylko własnym talerzem, ale rozglądał się, czy komuś czegoś nie podać. Zachęcał do jedzenia. Był uważny. Potrafił dostrzec, że ktoś jest zmęczony, że źle się czuje. Martwił się tym. W sytuacji złego samopoczucia trzeba było się naprawdę dobrze maskować, żeby go nie niepokoić. Choć czasem przeciwnie - to mogła być szansa na wyciągnięcie Księdza Prymasa na wspólny spacer i chwilę odpoczynku. Ludzie pisali do niego z prośbą o pomoc w załatwieniu zagranicznych lekarstw - pomagał, gdy tylko mógł. Dzieci prosiły o znaczki watykańskie - gdy tylko znał adres dziecka, zawsze odpisywał. Do ludzi odwiedzających go odnosił się z taką samą uwagą i szacunkiem - czy to był prosty chłop czy ważny ambasador.
Znana jest opowieść człowieka, który kiedyś, jako młody chłopak odwiedził kard. Wyszyńskiego z grupą polonijną. Był najmłodszy z tego grona. Wszyscy zajęli miejsca a dla niego akurat zabrakło krzesła. Prymas to dostrzegł, poszedł do drugiego pokoju i przyniósł krzesło. Po latach ten chłopiec ufundował pomnik kard. Wyszyńskiego u stóp Jasnej Góry.

- Dobrze znany jest szacunek kard. Wyszyńskiego do kobiet, otwartość na kobiety w Kościele oraz troska o duchowość i duszpasterstwo kobiet. Jakie elementy nauczania i postawy Prymasa wobec kobiet są do odkrycia na nowo w Kościele w Polsce?

- Przede wszystkim Ksiądz Prymas patrzył na kobietę w perspektywie planu Boga. Uważał, że i kobieta i mężczyzna mają przed sobą zadania równie ważne, choć inne. Uważał, że mają być dla siebie pomocą, co nie umniejsza znaczenia żadnego z nich. Nie chodzi o to, by ze sobą konkurowali poprzez jakieś formy feminizmu czy maskulinizmu - lecz by się dopełniali.
Kard. Wyszyński patrzył na kobietę całościowo, z szacunkiem dla wszystkich wymiarów jej powołania. Bardzo doceniał duchowe i intelektualne możliwości kobiet. Był przekonany, że Bóg je bardzo hojnie wyposażył i należy z tego korzystać. Nigdy nie dyskwalifikował kobiet, nie sprowadzał ich roli jedynie do zadań domowych. Widział wartość tego, co wnoszą w życie społeczne i życie Kościoła. Miał też świadomość wagi duszpasterstwa kobiet i szczególnych potrzeb duchowych. Powtarzał, że odejście mężczyzn od Kościoła nie jest jeszcze największym dramatem, ale odejście kobiet – jest ostateczną katastrofą.
Warto przypomnieć, że Ksiądz Prymas miał też ciekawe i konkretne propozycje rozwiązań społecznych doceniających rolę kobiety. Był przekonany, że kobieta, która wychowuje dzieci powinna otrzymywać uposażenie porównywalne do tego, jakie można uzyskać pracując zawodowo, gdyż wypełnia najważniejsze zadanie dla narodu – przedłuża jego życie. Postulował stworzenie elastycznych rozwiązań, które umożliwiałyby połączenie macierzyństwa z pracą zawodową. Zawsze stawał po stronie kobiet i w obronie kobiet. Światłem na tej drodze była dla niego Matka Boża.
Myślę, że swój naturalny, prosty stosunek do kobiet wyniósł z domu rodzinnego. Bardzo kochał swoją matkę, miał trzy siostry rodzone i jedną przyrodnią. Wszystkie okazywały mu wielkie serce. Szczególnie bliski kontakt miał ze swoją siostrą Stanisławą. To z nią pojechał na Mszę świętą prymicyjną na Jasną Górę. Ostatnią Mszę świętą przed śmiercią odprawił też dla swoich sióstr, które odwiedziły go w rocznicę sakry biskupiej, 12 maja 1981 r.

- Czy w codzienności kard. Wyszyńskiego była Pani świadkiem szczególnych ingerencji Opatrzności?

- To, co było cudem – to pokój serca, który zachował mimo wszystkich trudnych okoliczności życia. I to, że podołał tej wielkiej pracy. Jako młody człowiek, podczas własnych święceń kapłańskich marzył o tym, aby litania do Wszystkich Świętych trwała jak najdłużej. Leżąc krzyżem na posadzce bał się, że gdy wstanie, to nie utrzyma się na nogach. Zakrystianin powiedział mu wtedy – „księże, z takim zdrowiem, to lepiej od razu na cmentarz…”. Ale już następnego dnia pojechał z siostrą na Jasną Górę, na prymicję – prywatną, bez żadnych uroczystości. Mówił – pojechałem, żeby mieć Matkę, żeby stanęła przy każdej mojej Mszy świętej.

- Jak na obecną sytuację w Kościele w Polsce należałoby patrzeć z perspektywy nauczania kard. Wyszyńskiego?

- Przede wszystkim – z nadzieją. Prymas zawsze ją miał. Mówił – nie ma kryzysu Kościoła, choć może być kryzys w Kościele. Uczył, że Kościół to żyjący Chrystus a Chrystus nie umiera i nie podlega kryzysom. Kiedy pytano z niepokojem – Eminencjo co teraz będzie? Odpowiadał: „Tylko Bóg na pewno będzie, a my w Nim”

CZYTAJ DALEJ

Carlo Acutis, przyszły błogosławiony nastolatek: Eucharystia to moja autostrada do nieba

2020-07-09 08:17

[ TEMATY ]

duchowość

Eucharystia

błogosławieni

vaticannews.va

W centrum duchowości Carla Acutis, nastolatka który w październiku ma być ogłoszony błogosławionym, było codzienne spotkanie z Panem w Eucharystii, która dla niego „była Jezusem realnie obecnym na świecie, tak jak w czasach apostołów uczniowie mogli oglądać Jego, Człowieka z krwi i kości, kiedy przechodził ulicami Jerozolimy”.

Często mawiał: „Eucharystia to moja autostrada do nieba!”. I powiedzenie to stanowi syntezę jego duchowości i trzon jego egzystencji przeżywanej w przyjaźni z Bogiem. Kiedy Carlo był jeszcze bardzo mały, mama podarowała mu pluszowego baranka o białym runie. To był jego pierwszy prezent. Chłopiec często się nim bawił i bardzo dbał o tę swoją zabawkę. Wydaje się, że ten baranek symbolizuje wielkie nabożeństwo do Jezusa Eucharystycznego.

Jak już powiedzieliśmy, Carlo, umierając, ofiarował swoje cierpienia w intencji papieża oraz za Kościół, zjednoczony z Chrystusem, który w trakcie każdej Mszy poświęca siebie samego w ofierze dla zbawienia ludzi. Życie tego chłopca stało się niczym Msza Święta, niczym życie niepokalanych baranków przeznaczonych na ofiarę podczas paschalnych uroczystości.

Eucharystia stała się najważniejszym punktem jego duchowości, jego Słońcem, które kontemplował pełen zachwytu, Słońcem jaśniejącym na mistycznym nieboskłonie, do którego postanowił wejść za wszelką cenę. Carlo mawiał: „Matka Boża jest jedyną kobietą w moim życiu!” i nigdy nie opuszczał „najzaszczytniejszego spotkania dnia”, czyli modlitwy na różańcu.

Carlo wiedział, że gdy się adoruje Przenajświętszy Sakrament przynajmniej przez pół godziny lub odmawia różaniec święty bądź w kościele, bądź w rodzinie, bądź też we wspólnocie, otrzymuje się odpust zupełny według warunków określonych przez Kościół.

To także z tego powodu często zatrzymywał się w kościele na adoracji, aby móc uzyskać odpust dla najbardziej potrzebujących dusz w czyśćcu. Mawiał: „Według mnie wielu ludzi nie pojmuje prawdziwie i dogłębnie znaczenia Mszy Świętej. Gdyby wszyscy zdawali sobie sprawę, jakim ogromnym szczęściem obdarzył nas Pan, dając nam pokarm, czyli Hostię Świętą, chodziliby do kościoła codziennie, aby uczestniczyć w spożywaniu owoców odprawianej Ofiary, a nie zajmowali się tyloma niepotrzebnymi sprawami!”.

Po Pierwszej Komunii Świętej Carlo, za zgodą swego przewodnika duchowego, który wiedział, jak wielkie jest jego nabożeństwo do Eucharystii, zaczął codziennie uczestniczyć we Mszy Świętej. Często powtarzał, że „dzięki owocom codziennej Eucharystii dusze ludzkie uświęcają się w sposób wręcz niezwykły i nie ryzykują, że znajdą się w jakimś niebezpieczeństwie, które mogłoby zaszkodzić ich zbawieniu”.

Naśladując pastuszków z Fatimy, podejmuje drobne wyrzeczenia w intencji tych, którzy nie kochają Pana Jezusa w Eucharystii. Ojciec duchowy chłopca o jego wielkim nabożeństwie do Eucharystii i szacunku do kapłanów tak pisze: „Carlo był obdarzony szczególną wrażliwością i zawsze wyczuwał, czy księża pobożnie celebrują Mszę Świętą, a kiedy orientował się, że nie angażują się wystarczająco, był zasmucony. Wiele razy mi mówił, że księża, «trzymając w dłoniach Chrystusa, powinni świadczyć o Panu z entuzjazmem i być pełnym światłości Jego odbiciem, a nie osobami, które mechanicznie, bez zaangażowania serca, powtarzają rytuał liturgiczny. Wtedy nie emanuje z nich wiara w Boga».

Carlo oddawał się także adoracji eucharystycznej przed lub po Mszy Świętej, aby «podziękować Jezusowi za wielki dar dla ludzi, jakim jest Jego żywa obecność w sakramencie Eucharystii». Nieraz prosił mnie o radę, jak przekonać do uczestniczenia w niedzielnej Mszy Świętej tych, którzy tego nie czynią. Powiedział mi też, że kiedy mówił o cudzie eucharystycznym z Lanciano i ukazaniu się pastuszkom z Fatimy anioła trzymającego Eucharystię, ludzie zdawali się doznawać natchnienia. Ja zawsze zachęcałem go do głoszenia słowa Bożego przy każdej nadarzającej się okazji. Byłem bardzo zadowolony, widząc jego wielki zapał apostolski, i żywiłem ogromną nadzieję, że pewnego dnia Carlo wybierze drogę kapłaństwa”.

Za każdym razem, kiedy Carlo przyjmował Jezusa Eucharystycznego, modlił się: „Jezu, rozgość się w moim sercu! Potraktuj je jako swój dom!”, często też powtarzał: „Ci, którzy każdego dnia przyjmują Eucharystię, pójdą prosto do nieba!”.

Carlo wielokrotnie powtarzał też te słowa: „Jezus postępuje bardzo oryginalnie, ponieważ chowa się w malutkim kawałeczku Chleba. Tylko Bóg może zrobić coś tak niewiarygodnego!”.

______________________________

Zapowiedziana na październik br. w Asyżu beatyfikacja młodego Włocha Carlo Acutisa już teraz budzi duże zainteresowanie medialne w Stanach Zjednoczonych. Stacja telewizyjna NBC i szereg innych środków przekazu w tym kraju przedstawiły programy poświęcone temu 15-latkowi, zmarłemu w 2006 na białaczkę, który ofiarował swe cierpienia w intencji Kościoła i papieża. Wielu uważa go za „geniusza internetu” i widzi w nim przyszłego patrona tej międzynarodowej sieci.

W artykule zawarte są fragmenty z książki: „Eucharystia. Moja autostrada do nieba”, wyd. eSPe. Sprawdź więcej: Zobacz

eSPe

CZYTAJ DALEJ

Sąd: jest wyrok ws. kierowcy seicento, który zderzył się z rządową kolumną w 2017r.

2020-07-09 15:49

[ TEMATY ]

rząd

wypadek

wypadek

Adobe Stock

Oświęcimski sąd rejonowy uznał w czwartek, że kierowca fiata seicento jest winien nieumyślnego spowodowania wypadku w 2017 r. w Oświęcimiu, w którym poszkodowana została m.in. Beata Szydło. Zarazem warunkowo umorzył postępowanie na rok. Sąd uznał, że także kierowca BOR złamał przepisy.

Kierowca seicento musi zapłacić po 1 tys. zł. nawiązki poszkodowanym w wypadku – byłej premier Beacie Szydło oraz funkcjonariuszowi BOR.

Wyrok, który zapadł w obecności kierowcy seicento Sebastiana Kościelnika (zezwolił na podanie nazwiska – PAP), jest nieprawomocny.

Sędzia Agnieszka Pawłowska wskazała w uzasadnieniu, że Kościelnik nie zachował wystarczającej ostrożności na drodze. Przepuścił pierwszy samochód rządowy i rozpoczął manewr skrętu.

Sędzia zaznaczyła, że także kierowca BOR złamał przepisy. Zdaniem sądu trzy rządowe auta nie stanowiły kolumny uprzywilejowanej, gdyż używały tylko sygnalizacji świetlnej. Nie było sygnalizacji dźwiękowej. Kierowca samochodu, w którym jechała była premier, został obarczony winą za wyprzedzanie na podwójnej ciągłej linii. Sąd postanowił poinformować o tym prokuraturę.

Mecenas Władysław Pociej, obrońca kierowcy, tuż po wyjściu z sali rozpraw zapowiedział złożenie apelacji. "W żaden sposób nie można Sebastiana Kościelnika uznać za winnego tego wypadku. (…) Bijemy się o zasadę. Nie może być tak, żeby kierowcy pojazdów nieuprzywilejowanych taranowali inne samochody na drodze (…)" – mówił.

Prokurator okręgowy z Krakowa Rafał Babiński powiedział, że śledczy zapoznają się z uzasadnieniem wyroku na piśmie. "W ustnym uzasadnieniu nie znalazłem odpowiedzi na kluczowe pytania postawione przez prokuraturę. Przede wszystkim sąd użył formuły, że rządowy samochód wyprzedał, a nie mijał fiata. To zmienia spojrzenie na rolę poszczególnych osób" – powiedział. (PAP)

Autor: Marek Szafrański

szf/ robs/

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wspierają nas

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję