Reklama

Wywiady

Odsłony nowego ateizmu

O współczesnych wyzwaniach dla Kościoła i ludzkiego sumienia, o szacunku dla życia i odsłonach nowego ateizmu z abp. Markiem Jędraszewskim – metropolitą łódzkim – rozmawia Anna Cichobłazińska

Niedziela Ogólnopolska 30/2014, str. 24

[ TEMATY ]

wywiad

abp Marek Jędraszewski

Archiwum

ANNA CICHOBŁAZIŃSKA: – Księże Arcybiskupie, Episkopat Polski zajmuje zdecydowane stanowisko wobec postępującego ateizmu. Wydaje się, że bardziej niż kiedyś jego wypowiedzi są podstawą w toczących się medialnych dyskusjach.

ABP MAREK JĘDRASZEWSKI: – Kościół w Polsce nie milczał i nie milczy. Jest tylko problem, na ile jego głos dociera do społeczeństwa, a jeżeli dociera, to na ile jest słuchany. Niedawno gościł w Łodzi arcybiskup Albi (Francja) Jean Marie Henri Legrez OP, który powiedział, że bardzo dziękuje Episkopatowi Polski za odwagę poruszenia sprawy gender. „Byliście pierwsi, którzy powiedzieli, co Europie zagraża” – mówił. Można odnieść wrażenie, że głos polskiego Episkopatu jest bardziej słuchany na zewnątrz niż u nas. Wrzawa medialna, która powstała po liście biskupów na święto Świętej Rodziny z końca 2013 r., pozwala jednak przyjąć, że list ten do społeczeństwa dotarł, a wielu zwolenników gender po prostu zabolał.

– Stanowisko biskupów na temat zagrożeń, jakie niesie gender, pojawiło się w momencie, w którym o tym zjawisku niewiele wiedziano. Rozpoczęła się narodowa dyskusja na ten temat. Można powiedzieć, że głos biskupów powstrzymał marsz gender w Polsce...

– Oby tak było. Na pewno jakiś efekt społeczny po tym liście nastąpił. Myślę również, że po ostatnim komunikacie z 365. plenarnego posiedzenia Konferencji Episkopatu Polski padł wyraźny sygnał o ochronie sumienia lekarzy i o ich Deklaracji Wiary. Reakcja biskupów sprawiła, że naraz ludzie zaczęli się zastanawiać, czym jest ich sumienie, jaka jest jego wartość, jaka musi być jego nadrzędność wobec prawa stanowionego, choćby po to, by móc zachować własną wolność.

– Także od osób sprawujących ważne funkcje w państwie oczekujemy, by pracowały dla dobra wspólnego, kierowały się sumieniem właśnie...

– Głos Kościoła to w jakiejś mierze głos prorocki, mówiący, jak należy żyć. Wyrażający zdecydowany sprzeciw wobec zła, które jest. Jakże znamienne jest to, co pisał kard. Karol Wojtyła w 1974 r. w poemacie „Myśląc Ojczyzna...”, gdy stawiał pytanie, czy historia może płynąć przeciw prądowi sumień. Historia to nie jest coś abstrakcyjnego. Historia to pewna wypadkowa określonych decyzji ludzi w skali makro. Jest coś takiego jak prąd sumienia, czyli pewna siła wyrastająca z ludzkich sumień. Pisząc poemat „Myśląc Ojczyzna...”, kard. Wojtyła zdawał sobie sprawę z tego, że w ówczesnej Polsce istnieje prąd sumień, choćby ten skupiony wokół kard. Wyszyńskiego i wokół Episkopatu. To był bardzo silny prąd. Potrafił jednoczyć naród. Widzieliśmy to m.in. podczas obchodów tysiąclecia chrztu Polski. Ale była też – z drugiej strony – historia PRL-u i innych krajów, którym narzucono wizję komunistycznego raju. Tak wówczas tworzono historię: poprzez ideologiczne założenia o charakterze marksistowskim, poprzez wszechwładną propagandę, administracyjnie, poprzez przemoc wobec Kościoła i ludzi, którzy chcieli żyć zgodnie z sumieniem. I okazało się, że tak tworzona historia nie wytrzymała naporu sumień. Ten napór zaczął błyskawicznie rosnąć w chwili wyboru kard. Wojtyły na papieża i podczas jego pobytu w Polsce w 1979 r., a rok później zaowocował pierwszą „Solidarnością”. Ogromny sukces Sierpnia ’80 wyrastał z przekonania, że właśnie my mamy rację, ponieważ jesteśmy po stronie dobra. To był zryw ludzi, którzy uwierzyli w to, że trzeba iść za głosem własnego sumienia, gdyż daje to poczucie wolności i osobistej godności.
Dziś wiemy, że zmarnowaliśmy bardzo wiele szans. O ich właściwe wykorzystanie upominał się Jan Paweł II, zwłaszcza w 1991 r., kiedy cała jego pielgrzymka przebiegała szlakiem Dekalogu. To był i ciągle pozostaje aktualny program dla Polski. Program budowany na odpowiedzialności osobistej wszystkich ludzi, na odpowiedzialności przede wszystkim rządzących. Tę fundamentalną sprawę dla Polski dzisiaj się zazwyczaj przemilcza, bo są to sprawy bardzo trudne dla tych, którzy trzymają ster rządów. Ale myślę, że są one trudne także dla ludzi, którzy tworzą społeczeństwo, bo wymagają od nich osobistego, niekiedy bardzo trudnego wyboru...

– O tym, że w Polsce dokonuje się aborcji chorego dziecka w piątym miesiącu ciąży, dowiedzieliśmy się dzięki postawie lekarza – prof. Bogdana Chazana, który odmówił zabicia tego dziecka, powołując się na klauzulę sumienia.

– Dzięki niemu i trzem tysiącom lekarzy, którzy podpisali Deklarację Wiary. Mam nadzieję, że do tych trzech tysięcy formalnie czy nieformalnie dołączą inni. Byłby to wyraźny głos sumienia dla innych środowisk, które nie chcą o tym słyszeć lub też tylko z daleka kibicują, ale brak im osobistej jednoznaczności. Taką postawą lekarze wzbudzają wiele pozytywnych refleksji. Ale nie chciałbym wpadać w euforię. Ciągle jeszcze brakuje tych, którzy mają wprawdzie wszelkie możliwości, by takimi się stać, ale się nimi nie stają. I myślę tu o bardzo konkretnych osobach.

– Podjęta dyskusja otwiera jednak oczy wielu...

– Owszem, tylko ta dyskusja trwa od 1991 r., gdy uchwalano prawo o ochronie życia ludzkiego... To jest ten sam proces, tym razem wyrażany w odsłonie, w której centrum znajduje się problem wyższości sumienia nad prawem stanowionym. Reakcja na Deklarację Wiary wskazuje, że środowiska liberalne, ateistyczne, proaborcyjne i proeutanazyjne stały się jeszcze bardziej agresywne i bardziej zaciekłe. To pokazuje też skalę problemu, przed którym stoimy. Na progu XXI wieku powstało zjawisko określane mianem nowego ateizmu – niezwykle agresywnego, mającego swoich „apostołów” w różnych dziedzinach życia społecznego.
Dzisiaj stawia się zagadnienie obrony życia na poziomie dużo bardziej fundamentalnym niż na początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. Wtedy mówiono o wolności kobiety i o jej prawie do siebie samej (nie chcąc brać pod uwagę tego, że dziecko w jej łonie nie jest już nią samą), natomiast teraz pytamy: kim jest człowiek i jaka jest rola sumienia. Jest to zatem debata na poziomie antropologicznym, dotycząca samej istoty tego, kim jesteśmy jako ludzie i czym powinniśmy się jako ludzie kierować. Głosy środowisk liberalno-lewicowych, wskazujące, że pójście za sumieniem jest przejawem fanatyzmu i fundamentalizmu, to coś nowego w debacie publicznej. Równocześnie głosy te podważają konstytucję, która każdemu obywatelowi RP gwarantuje wolność sumienia. Podkopuje się zatem fundamenty aksjologiczne, na których wznosi się gmach naszego państwa. To, co się obecnie dzieje, może być niezwykle brzemienne w skutkach. Mogą być one pozytywne, jeżeli jako społeczeństwo wygramy batalię o człowieka. Będą negatywne, jeżeli tę batalię przegramy. Wracają tu słowa Jana Pawła II wygłoszone w Skoczowie w 1995 r.: „Czas próby polskich sumień trwa! Musicie być mocni w wierze! Dzisiaj, kiedy zmagacie się o przyszły kształt życia społecznego i państwowego, pamiętajcie, że zależy on przede wszystkim od tego, jaki będzie człowiek – jakie będzie jego sumienie”.

2014-07-22 12:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

3. rocznica kanonicznego objęcia archidiecezji krakowskiej przez abp. Marka Jędraszewskiego

2020-01-28 12:30

[ TEMATY ]

abp Marek Jędraszewski

Dziś mijają dokładnie trzy lata od kanonicznego objęcia Archidiecezji Krakowskiej przez abp. Marka Jędraszewskiego. 28 stycznia 2017 r. w katedrze na Wawelu odbył się ingres nowego metropolity krakowskiego.

Po odczytaniu bulli papieskiej, abp Salvatore Pennacchio wraz z kard. Stanisławem Dziwiszem przekazali abp. Markowi Jędraszewskiemu pastorał. Następnie nuncjusz papieski odprowadził nowego metropolitę do katedry, która jest symbolem urzędu biskupa diecezjalnego.

W uroczystej liturgii wzięli udział m.in. prezydent Rzeczpospolitej Andrzej Duda oraz premier Beata Szydło, a także liczni przedstawiciele świata polityki i kultury, a także wierni archidiecezji krakowskiej i archidiecezji łódzkiej. W katedrze wawelskiej obecni byli także polscy i zagraniczni kardynałowie, arcybiskupi i biskupi, m.in. kard. Zenon Grocholewski, kard. Kazimierz Nycz, abp Stanisław Gądecki, abp Wojciech Polak oraz nuncjusz apostolski abp Salvatore Pennacchio.

W czasie homilii, do wszystkich zebranych w katedrze i tworzących Kościół krakowski, abp Marek Jędraszewski apelował:

Proszę Was z całego serca: podejmijcie wraz ze mną radosny trud głoszenia współczesnemu światu Chrystusa, jedynego Odkupiciela człowieka; ukazujcie prawdę o Chrystusie Królu, przejmująco wyrażoną przez św. Brata Alberta w obrazie Ecce Homo, gdzie korona naszego Pana mówi o Jego niezmiernym cierpieniu, a Jego obolałe oblicze nakazuje kierować nasze serce ku każdemu biednemu, cierpiącemu i skrzywdzonemu człowiekowi; idźcie z nadzieją na spotkanie młodych, którzy tak niedawno podczas Światowych Dni Młodzieży zachwycili nas czystością swojego spojrzenia i entuzjazmem wiary. Stańmy się wszyscy świadomymi uczestnikami wspaniałej „liturgii dziejów” w tym czasie i w tym miejscu, które wyznaczył nam Pan. Pamiętajmy o słowach świętego Pasterza Jana Pawła II Wielkiego, który jak nikt inny czuwał nad polską ziemią: „ucząc się nowej nadziei, idziemy poprzez ten czas ku ziemi nowej. I wznosimy ciebie, ziemio dawna, jak owoc miłości pokoleń”.

CZYTAJ DALEJ

Dziecko Auschwitz

Niedziela kielecka 21/2019, str. 4-5

[ TEMATY ]

Auschwitz

TD

Janusz Rudnicki. Dzisiaj na stałe mieszka w Sędziszowie

Nie miał dziesięciu lat, gdy z ogarniętej wojną Warszawy trafił do obozu koncentracyjnego Auschwitz, potem do Mauthausen. Rozdzielony z rodzicami, więcej już ich nie ujrzał

W idealnie wysprzątanym mieszkanku w Sędziszowie, gdzie Janusz Rudnicki, dzisiaj 85-letni, mieszka po śmierci żony, znalazło pomieszczenie niewielkie mauzoleum: proporzec, fotografie, urna z ziemią z obozu koncentracyjnego, z prochem z ciał jego rodziców, który wmieszał się w prochy niezliczonych ofiar. – To ziemia z Auschwitz. Niedługo będziemy razem – mówi pan Janusz, patrząc na zdjęcie żony, na garstkę ziemi w urnie.

Chłopak z Leszna

Z warszawskich wojennych wspomnień sporo w jego pamięci przetrwało: walki powstańcze, przesiedlanie Żydów do getta, stawianie muru wokół „dzielnicy żydowskiej”, przemycanie jedzenia dla żydowskich kolegów, roznoszenie ulotek przed wybuchem powstania, ukrywanie się po całych dniach w piwnicach, łapanki, gdy Niemcy kazali im, dzieciom, patrzeć na schwytanych, patrzeć i pamiętać. – Wybuch wojny też pamiętam, jak cztery bomby spadały na zabudowania na Lesznie, gdzie mieszkaliśmy, tylko oficyna została – wspomina. Janusz Rudnicki urodził się 17 listopada 1934 r., ojciec Paweł (1906) był dozorcą przy ul. Leszno 113. – Któregoś dnia ojciec i wujek przywieźli skądś dwie beczki benzyny, do pracy stanęła cała rodzina. Ojciec i wujek nalewali benzynę do półlitrowych flaszek, a ja drutem w korkach robiłem otwory, natomiast siostry przez te otwory przeciągały knoty i korkowały te butelki. Tak powstawały prymitywne, ale groźne dla Niemców pociski, które Polacy zrzucali z dachów na transporty niemieckie – przywołuje jeden z obrazków wojennych p. Janusz.

6 sierpnia 1944 r. Niemcy wyprowadzili ich z piwnic, dali 20 minut na zabranie podstawowych rzeczy. Zapakowali w wagony bydlęce, przewieźli do Pruszkowa („w takie, wie pani, krowiaki, z zakratowanymi okienkami, dwie doby byliśmy bez jedzenia i picia, potrzeby fizjologiczne załatwiało się pod siebie”), potem znowu bydlęcym składem – przez Częstochowę, do Oświęcimia.

Auschwitz Birkenau

Jest noc z 11 na 12 sierpnia 1944 r. Z łomotem otwierane drzwi wagonów, krzyki, szczekanie psów, dymy, jakiś przerażający odór, swąd… (nie wiedzieli jeszcze, że to palone ludzkie zwłoki). Ustawili ich rodzinami, kosztowności – do „depozytu”, bagaże – na rampę. Dzieci z matkami osobno, mężczyźni osobno, golenie na łyso, komenda: do łaźni! – To było przerażające, ogień buchał, my wszyscy nago, z kobietami…, potem pasiaki, drewniaki i na łagier kobiecy, ale już po trzech dniach zabrali nas od matek, nigdy więcej nie widziałem ani taty, ani mamy... Miała na imię Stefania. Obydwoje zginęli w 1944 w obozie, dlatego mam stamtąd ziemię w urnie, ich prochy zmieszały się ze wszystkimi innym spalonymi w krematoriach – mówi.

Numer obozowy? – Od 1944 r. Niemcy nie tatuowali więźniów, zbyt wielkie przepełnienie było w obozach, nie nadążali… Numer ma tylko zapisany w dokumentacji, i w pamięci, już na zawsze: 192687.

Najgorsze wszy i apele

Po rozłące z matkami przepędzili ich truchtem, ok. 200 chłopców, na męski łagier, za każdy krzyk, jęk, było bicie. Łagier A, 16 baraków i pierwsze „lekcje” do odrobienia – nauka obozowej dyscypliny: padnij, powstań, czapki z głów, czołgać się, skakanie żabką. Za kilka tygodni – łagier B, 32 baraki, wokół wszędzie druty kolczaste.

Mycie poranne? Jakie tam mycie, koryta k. latryn, cieknąca z rurki cuchnąca woda. Między godz. 6 a 22 do baraku nie można było wejść, ani w latrynie też nie można było chwilki posiedzieć. – Najlepiej jeszcze było wyjść do roboty, w pole do pielenia, znalazło się kawałek liścia czy marchewki, po kryjomu zjadło. Głód to coś nieludzkiego, ssie się palce... Dostawaliśmy kawę, ale czy to kawa była? Jakieś pomyje, nie widomo z czego. W obozie trawa była wyjedzona do gołej ziemi… Apel wieczorny był postrachem, a najgorzej jak nie zgadzał się stan ludzi, nawet trupy zbierało się z pola, żeby liczba była taka, jak przy wyjściu. No i wszy. Po całych nocach się nie spało, biliśmy te wszy na sobie, chodziło się z tym na skórze. W nocy szczury nic a nic się nie bały, śmigały po nas, trzeba się było oganiać. Zwłoki to bez przerwy obgryzały – tak obozowy horror zapamiętał Rudnicki, tak pamiętają obóz inni ówcześni chłopcy. Janusz Rudnicki nie zapomni nigdy, jak jego kolega spłonął razem z matką, gdy dotknęli się przez druty kolczaste, jak topiono cygańskie dzieci w basenie, jak bił „czarny diabeł” (esesman), jak więźniarki wleczono na „eksperymenty medyczne”.

W nocy upchnięci na pryczach, gryzieni przez wszy i szczury, nie mogli utrzymać moczu („sikaliśmy we śnie, to wszystko leciało na tych, co spali na dole”), ale żaden poranek nie przynosił zmiany na lepsze.

Blokowy i straszne zimy

Zimy w czasie II wojny światowej były bardzo surowe, śnieżne, mroźne („nie to, co dzisiaj”), do obozu wciąż przychodziły transporty Żydów, Cyganów; od razu oni, mali więźniowie wiedzieli, czy to transport do gazu, czy do obozu, nieomylnie rozpoznawali symptomy – Niemcy w maskach i kaskach, huk zatrzaskiwanych hermetycznych drzwi. Zimą 44/45 roku Niemcy ustawili choinkę w bloku na Boże Narodzenie, kazali im śpiewać kolędy, bo Niemcy bardzo lubili śpiew...

Stoją w szeregu, ciemny poranek, może minus 25 stopni, zjedli po kromce czarnego gliniastego „chleba”, na obiad będzie zupa, ale nie wiadomo z czego, bo w lecie to przynajmniej z zielska, co rosło w rowach za obozem. Wpatrują się w blokowego.

Blokowy był dobry. Mówił, jak chronić ręce (długie płaszcze po zamordowanych) czy stopy (worki papierowe) – ale to dopiero tuż przed likwidacją obozu przynosił im z magazynów ubrania, to było już po przeniesieniu na łagier F, ostatni naprzeciw krematorium, w 1945 r. Te ubrania trochę ratowały, chłopcy mieli tyfus, biegunkę, notoryczne odwodnienie. Na dwa dni przed opuszczeniem obozu wstrząsnął nimi huk – Niemcy wysadzili krematoria. Myśleli, że to koniec świata.

Pod koniec stycznia, gdy chłopców przeniesiono na łagier C, Niemcy rozpalili wielkie ogniska; płoną obozowe dokumenty, a zaraz potem nocna pobudka, ustawienie piątkami, wokół esesmani z karabinami. Czyli koniec. A tu dostali po dwa bochenki chleba i po kostce margaryny, blokowy zapowiada, żeby trzymać się razem, nie ustawać, bo zastrzelą.

Mauthausen i wyzwolenie

Wychodzą z obozu w nocy, słychać artylerię, brną przez śniegi, wokół ani domu, ani żywego ducha, Niemcy jadą samochodami, rowerami, furmankami, kto ustaje – zabijają. Na jakiejś stacji kolejowej załadowali małych więźniów na węglarki, którymi „gdzieś” (do Austrii) dojechali, piechotą dotarli do obozu Mauthausen/Komando Melk. Nieduży obóz, kilka murowanych bloków, no ale o ile łatwiej, lepiej. To nic, że gorączka i biegunka, bo nie było już codziennego apelu, była tylko pobudka. Chłopcy mieli swoje zadanie: w gigantycznym silosie strugali ziemniaki, blaszkami, bo noży nie dostawali, a trzeba było cienko obierać no i nie poszło się spać, póki silos nie był pełen. Ale rano dostawali herbatę, kawałek chleba, na obiad ugotowane obierki z ziemniaków, i to już pozwalało nabierać sił.

Mróz i śnieg dokuczał, wtedy w lutym, w Mauthausen, ale stopniowo poprawiało się, Niemcy mniej prześladowali, krematorium nie kopciło. Dostał tam nowy numer obozowy: 118257.

W maju pojawiły się amerykańskie samoloty, widać było walki toczące się w mieście na dole. 5 maja do obozu wjechał amerykański czołg, Niemcy złożyli broń. – Orkiestra grała, była wielka radość między więźniami, pojawiały się różne flagi narodowe, bo była tam nas zbieranina, ale zaraz zaczęła się kolejna tragedia: przeżyliśmy obóz, ale zaczęliśmy umierać od jedzenia. Ci, co próbowali normalnie jeść umierali, żołądki w obozie pracują inaczej, dobre jedzenie zabija więźnia – mówi Janusz Rudnicki.

Blokowy im mówił: żadnego jedzenia. Dostali suchary, prawdziwe – słodkawe i suche, że tylko ustępowały pod młotkiem, ssali je jak cukierki, oswajali układ trawienny, to ich ratowało. – Ale nawet jak tu gryźć, tylko się mamlało, każdy miał szkorbut, zębów nie mieliśmy, nadal nie trzymało się moczu, pomimo amerykańskich witamin. Ale nic nie było tak dobre, jak te suchary – zamyśla się Rudnicki.

Droga do domu

Guma do żucia, od żołnierzy amerykańskich, to był cud, no ale połykali ją, bo skąd mieli wiedzieć, do czego służy? Mijał maj, czerwiec, więźniowie powoli stawali na nogi. Na początku lipca Janusz zgłosił się, że chce wracać do Polski. Mógł jechać na Zachód, albo do jakiegoś prewentorium, ale uparł się na tę Warszawę, marzył o domu, o swoich, o sąsiadach. Dostał ubranie, plecak z jedzeniem (jeszcze dzisiaj pamięta, w co był ubrany, wyruszając na poszukiwanie bliskich), wojskowe samochody przewiozły chętnych do wyjazdu na teren Czechosłowacji, a potem po wielu perypetiach znaleźli się – pięciu chłopców z obozu – w Katowicach w punkcie repatriacyjnym. Do Warszawy wędrował już sam, z biletem, który zarazem stanowił dokument tożsamości i prawo do noclegu czy nabycia jedzenia. Tydzień w obróconej w ruinę stolicy przygnębił małego ekswięźnia jeszcze bardziej, bo nie znalazł nic ani nikogo, co mogłoby go zatrzymać. – Na ul. Leszno 113 wpadłem do zburzonej kamienicy. Na środku naszej izby usypany był kopiec z cegieł i kamieni, spod których wystawały nogi małej dziewczynki. Uciekłem na dworzec – opowiada.

Wrócił więc do Katowic, gdzie zapamiętał kilka życzliwych osób. Gdzieś, o kogoś trzeba było przecież się wesprzeć.

Szczęście do ludzi

Swoich nie znalazł, ale to obcy przygarnęli go, jak kogoś bliskiego, drogiego. Z domu dziecka trafił do rodziny państwa Krzyżanowskich, którzy w Czechowicach-Dziedzicach prowadzili aptekę i mieli dwóch synów. Jego potraktowali jak trzeciego, ale Rudnicki nie zmienił nazwiska. Dobrze pamięta te lata, jak chorował na nerki, na pęcherz, jak leczyli go przybrani rodzice, pamięta okoliczności pierwszej komunii św. (1948 r.). W 1953 r. uzyskał maturę. Pracował kolejno w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach, w Krakowie przy hucie Lenina, w kopalni Sosnowiec, w kieleckim Społem, wreszcie – za pracą trafił do Sędziszowa, gdzie organizowano fabrykę kotłów.

Założył szczęśliwą rodzinę, ma trzy najlepsze córki, mieszka z nim ukochana wnuczka. Od 1999 r. wiedzie spokojne życie emeryta. Jest pogodnym człowiekiem, obdarzonym doskonałą pamięcią i darem narracji. Za ocalenie dziękował Bogu tysiące razy, specjalnie pielgrzymował do Matki Bożej Fatimskiej. Chciałby tylko, aby taka historia, jak jego, wtedy małego chłopca, była przestrogą przed wszelką agresją, dominacją, poczuciem wyższości, w imię których sankcjonuje się i dokonuje zbrodni na milionach.

CZYTAJ DALEJ

Oświadczenie świdnickiej kurii: ksiądz oskarżany o sprowokowanie bójki ma status pokrzywdzonego

2020-01-28 20:53

[ TEMATY ]

kapłan

kapłan

wikipedia.org

W nawiązaniu do informacji medialnych nt. bójki z udziałem ks. Andrzeja A. na terenie Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maryja Śnieżna” na Górze Iglicznej świdnicka kuria podkreśla, że w związku z wydarzeniem toczy się postępowanie karne, w którym ksiądz ma statut pokrzywdzonego. W oświadczeniu przesłanym KAI kuria wyraża też ubolewanie, że w licznych relacjach medialnych dotyczących sprawy przedstawia się jej przebieg w sposób odmienny, niż został ustalony przez organy ścigania, usiłując przypisać winę księdzu kustoszowi.

Publikujemy oświadczenie Świdnickiej Kurii Biskupiej:

Oświadczenie Świdnickiej Kurii Biskupiej ws. toczącego się postępowania karnego wobec czynów dokonanych w sanktuarium na Górze Iglicznej.

Świdnicka Kuria Biskupia oświadcza, że przed Sądem Rejonowym w Kłodzku toczy się postępowanie karne w sprawie sygn. akt II K 521/19 przeciwko Bartoszowi H. o czyn z art. 157 § 2 k.k. Akt oskarżenia w tej sprawie wniosła Prokuratura Rejonowa w Bystrzycy Kłodzkiej.

Zarzucany oskarżonemu czyn obejmuje spowodowanie w dniu 25 grudnia 2016 r., po zakończonej Mszy Świętej, na terenie Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maria Śnieżna” na Górze Iglicznej obrażeń ciała u księdza kustosza. Ksiądz ten ma w ww. sprawie status pokrzywdzonego i korzysta z uprawnień procesowych takich, jakie przepisy prawa przewidują dla wszystkich obywateli Rzeczpospolitej Polskiej.

Do Sądu Rejonowego w Kłodzku Prokuratura Rejonowa w Bystrzycy Kłodzkiej skierowała też akt oskarżenia obejmujący zarzut obrazy uczuć religijnych w trakcie wspomnianego zajścia z 25 grudnia 2016 r. Według informacji Kurii, przewód sądowy w tej sprawie nie został jeszcze otwarty.

Kuria Biskupia z ubolewaniem przyjmuje przy tym liczne relacje medialne dotyczące tych spraw, w których przedstawia się przebieg zajścia w sposób odmienny niż został ustalony przez organy ścigania, i w których winę za spowodowanie zajścia usiłuje się przypisać księdzu kustoszowi sanktuarium na Górze Iglicznej.

Kuria w Świdnicy liczy na to, że obie wyżej wskazane sprawy zostaną wyjaśnione przez Sąd i oświadcza, że nie będzie ich w żaden sposób komentowała.

Ks. dr Daniel Marcinkiewicz rzecznik prasowy Świdnickiej Kurii Biskupiej

---

Przypomnijmy, że bójka z udziałem ks. kustosza Andrzeja A. na terenie Sanktuarium Matki Bożej Przyczyny Naszej Radości „Maryja Śnieżna” na Górze Iglicznej miała miejsce po pasterce 2016 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję