Reklama

Wiadomości

Musimy przestać być kalekami

O walce z przeciwnościami losu, o Bogu, który w chorobie może być wsparciem, o bezprecedensowej wyprawie na biegun i o znaczeniu ludzkiej miłości z Jaśkiem Melą rozmawia ks. Marek Łuczak

KS. MAREK ŁUCZAK: – Mam takie doświadczenie duszpasterskie, że ludzie dotknięci przez cierpienie w stosunku do Pana Boga zwykle przyjmują postawę buntu. Ty w kontekście swojego wypadku mówiłeś, że w najtrudniejszych momentach wsparciem była rodzina i Bóg...

JASIEK MELA: – W życiu każdego człowieka różne traumatyczne wydarzenia wywołują w psychice pewną falę następujących po sobie reakcji i przemyśleń. Ta sytuacja dotyczy prawie każdego z nas. A zatem u niemal każdego na początku pojawia się bunt – i to jest naturalne. Powstaje jednak pytanie: czy uda nam się po kolei przebrnąć przez wszystkie etapy, czy też na którymś się zatrzymamy. Dla niektórych – tak było w mojej sytuacji – trudne doświadczenia są jakimiś lekcjami i staram się widzieć w nich cenne rzeczy. Staram się w pewnych stratach, fizycznych czy psychicznych, dostrzegać pewien dar. Uważam, że ilekroć Bóg nam coś zabiera, to nigdy nie pozostawia nas „dziurawymi”, to wybrakowane miejsce zapełnia czymś innym. Problem jednak polega na tym, że my jako ludzie boimy się nieznanego, wolimy to, co już znamy. A często się okazuje, że to nowe – nieznane jest dużo lepsze niż to, co było wcześniej. Przekonujemy się o tym, kiedy potrafimy na to spojrzeć z dystansu. Niektórzy zatrzymują się na etapie buntu i wmawiają sobie, że Bóg jest niesprawiedliwy. Mówią, że Boga nie ma, a jeżeli jest – to jest dziwny i zły. Wtedy bolesne doświadczenia, które ich spotykają, są dla nich potwierdzeniem tezy, że Bóg jest zły oraz że ludzie są źli. Jednak te same doświadczenia mogą nas utwierdzić w przekonaniu, że odwrotnie – Bóg jest dobry, bo przecież mogę się cieszyć tysiącem innych Jego darów.

– Czy mogę zaryzykować twierdzenie, że ci ludzie nie potrafią odróżnić tego, co jest Bożą wolą, od tego, co jest tylko Bożym dopustem? W Twoim przypadku jestem przekonany, że to nie jest tak, iż Pan Bóg chciał, żebyś dotknął transformatora i doznał tych wszystkich cierpień. Na pewno Bóg tego nie chciał, natomiast z całą pewnością dopuścił do tego, być może dlatego, że wiedział, iż dasz radę ten krzyż nieść przez życie.

– Nie chcę kłócić się o analizę, czy zapisane są konkretne doświadczenia, czy też nie, ale wydaje mi się, że gdzieś z góry są ustalone pewne sytuacje, które mają się wydarzyć. Chodzi o coś, co nami wstrząśnie. Jeśli np. ktoś ma trudniejszy charakter – żeby nim wstrząsnąć, trzeba doświadczyć go nieco mocniej. Innym wystarczyłoby lżejsze doświadczenie. Prawdopodobnie jest tak, że na mnie takie doświadczenie by nie podziałało. Nie pozwoliłoby mi dostrzec rzeczy ważniejszych. Stąd myślę, że skala doświadczeń, które nas z góry spotykają, jest bardzo różna. W każdym z nich można dostrzec coś dobrego, jeżeli tego chcemy i gdy umiemy wykorzystać to w dobry sposób.

– Jednym z dobrych owoców tego, co się stało, jeśli można tak powiedzieć, jest to, co mówisz światu na temat kalectwa i niepełnosprawności. W wywiadach z Tobą spotkałem bardzo mądre rozróżnienie tego, czym jest kalectwo, od tego, czym jest niepełnosprawność. Mógłbyś to rozwinąć?

– Rzeczywiście, to dla mnie jest dosyć ważne. Mój tata nauczył mnie dostrzegania różnicy między tym, na co mamy wpływ, a tym, na co wpływu nie mamy. Niepełnosprawność jest dla mnie czymś, co można wymienić obok innych rzeczy, które nas charakteryzują: skąd pochodzimy czy jaki jest nasz stan zdrowia, na który często nie mamy wpływu. W moim przypadku ręka i noga nie odrosną. Tak więc zastanawianie się nad tym, co by było gdyby – gdyby życie inaczej się potoczyło – jest marnowaniem energii. Nie można wiecznie rozpamiętywać przeszłości, trzeba uczyć się na doświadczeniach i iść do przodu. Kalectwo zaś jest dla mnie raczej symbolem naszych intencji, rzeczy, które możemy zmienić, naszego starania się, naszej pracy. Jeżeli nam się czegoś nie chce, zawsze możemy uznać, że jest to np. niemożliwe. To zdejmuje z nas odpowiedzialność.

– Mam wrażenie, że my wszyscy jesteśmy trochę niepełnosprawni – każdy na swój sposób, oczywiście. Ja np. nie gram na skrzypcach, komuś brakuje innych zdolności. Kalectwo więc – jak powiedziałeś w jednym z wywiadów – to jest pewien stan umysłu, świadomość, jakby człowiek był wybrakowany, a jednak wszyscy jesteśmy wartościowi.

– Tak. Przyglądam się różnym ludziom, których spotykam, bo od dobrych paru lat jednym z elementów mojej pracy jest praca motywatora. Obserwuję więc ludzi – dzieciaki, młodzież, dorosłych – w różnych miejscowościach, czasem na rekolekcjach, na spotkaniach w szkołach, w domach dziecka, w hospicjach, szpitalach, w ośrodkach dla narkomanów czy w więzieniach. Patrzę na ludzi, którzy są naprawdę wartościowi, a często oceniają siebie jako beznadziejnych. Nieraz stawiam sobie pytanie, co jest źródłem takiej sytuacji. Być może część winy za to ponoszą media. Zwykle przedstawiają świat piękny i kolorowy, lecz nie uczą rozwiązywania problemów, a rzeczywistość nie nadąża za iluzją. Z tego powodu wydaje nam się, że w życiu mamy mnóstwo problemów, a ludzie wokół nas są zadowoleni i szczęśliwi.

– Takie pytanie zadawano Ci pewnie tysiące razy, ale czynię to w interesie naszych czytelników, bo nie wszyscy może mają dobrą wiedzę i orientację. Otóż wszędzie na Twój temat można przeczytać, że jesteś jak dotąd najmłodszym człowiekiem, który w ciągu roku zdobył dwa bieguny i jedynym niepełnosprawnym, który tego dokonał. Jakie znaczenie ma dla Ciebie ten wyczyn?

– Na dzień dzisiejszy w 100 proc. symboliczne. Jak powiedziałem, w życiu trzeba iść do przodu i nie zastanawiać się nad wszystkim przesadnie. Bo łatwo jest siąść, spocząć na laurach, a ja staram się wszystkie doświadczenia pozostawić za sobą. W wyprawach z Markiem Kamińskim i Wojtkiem Ostrowskim oraz Wojtkiem Moskalem, w drodze na biegun – było tak, że już w czasie drogi, ale też dużo wcześniej, w okresie przygotowań do wyprawy, dochodziło do zawahania, zastanowienia się: warto czy nie warto? To był jednak dla mnie dowód na to, że można zmieniać znaczenie słowa „niemożliwe”. Jeżeli chcemy osiągnąć jakiś cel w życiu, to musimy przestać się oszukiwać, przestać być kalekami. Kiedy jest się osobą bardziej wrażliwą, to się mocno dostaje „po tyłku”. Myślę, że to jest jednak warte intensywności życia, które można za to wygrać.

– Powiedziałeś, że to ma znaczenie symboliczne, ale mam wrażenie, że także praktyczne, bo przecież założyłeś fundację i to jest jakieś wyzwanie. To, że zdobyłeś bieguny, daje Ci siły, żeby tego dzieła dokonać. Opowiesz coś o fundacji?

– Na pewno tak jest, bo każde doświadczenie jest elementem układanki domina. Wystarczyłoby jeden z klocków po drodze wyjąć, i to, co się wydarzyło w naszym życiu, wyglądałoby odmiennie – klocki rozsypałyby się inaczej, coś by się zatrzymało. Sens istnienia fundacji wziął się z tego, że zauważyłem, ile jest potrzeb wokół nas. Miałem okazję i możliwość spotkania konkretnych ludzi, chociażby Marka Kamińskiego, dzięki którego inicjatywie było mi łatwiej ukierunkować energię, siłę. Zobaczyłem, że jest bardzo wiele potrzeb, i to zarówno wśród ludzi niepełnosprawnych, którzy potrzebują protez, wśród niepełnosprawnych, którzy mają protezy, ale potrzebują nadziei, jak i wśród zupełnie zdrowych, którym teoretycznie nic nie dolega, a są okropnymi kalekami. Fundacja jest odpowiedzią na te potrzeby, które widzimy wokół nas – postanowiliśmy założyć fundację, która pomoże przy zakupie czy dofinansowaniu protez dla osób po amputacji. W Polsce jest to kiepska nisza, państwo dofinansowuje protezy w naprawdę bardzo cząstkowym procencie. A dobre protezy mogłyby umożliwić aktywne życie społeczne, zawodowe, jakiekolwiek. Często ci ludzie wpadają w błędne koło typu: nie mam protezy, bo nie mam pieniędzy; nie mam pieniędzy, bo nie mam pracy; a pracy nie znajdę, bo nie mam protezy i nie mam na czym pójść do pracy. Drugim elementem pracy fundacji jest motywacja do działania, organizacja wypraw integracyjnych, różne spotkania i motywowanie ludzi do tego, żeby nieśli dobrą energię dalej i pomagali innym osobom zauważać sens życia.

– Ostatnio w telewizji mówiłeś, że jesteś na etapie fascynacji drugą osobą. Wyglądałeś – takie odniosłem wrażenie – na zakochanego i mówiłeś, że Twoim celem jest założenie rodziny. Jak wyobrażasz sobie idealną rodzinę?

– Wydaje mi się, że zmierzę się z tym wszystkim, kiedy przyjdzie na to odpowiedni moment i dobra sposobność. Myślę, że idealny rodzic to osoba – może brzmi to przewrotnie – bardzo nieidealna. Mnie np. było dużo łatwiej – i teraz jest łatwiej – odnajdywać się w życiu, wiedząc, jak mnóstwo wad mają moi rodzice, a jednocześnie jak są w tym wszystkim bardzo prawdziwi. Nauczyli mnie szczerości i umiejętności rozmawiania na trudne tematy, dlatego nie pozostaję z tymi tematami sam. Jest tak, że mamy wokół siebie mnóstwo ludzi, a w rzeczywistości żyjemy trochę tak, jakbyśmy byli na pustyni, na bezludnej wyspie. To jest coś bardzo cennego. Nie mam żadnej wizji, jak taka rodzina powinna wyglądać, ale na pewno chcielibyśmy dziecku dać wszystko, co mamy, uchronić je od wszelkich trudnych i bolesnych doświadczeń, które sami nagromadziliśmy w życiu. Jest to wielka trudność obserwować swoje dziecko, które popełnia błędy, kiedy przewidujemy, że się niechybnie sparzy, ale musimy mu dać możliwość przekonania się o tym, że mieliśmy rację. Myślę, że w ten sposób buduje się wzajemne zaufanie.

2014-07-22 12:47

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Powierzchowna duchowość Polaków – rozmowa z Krzysztofem Pendereckim (przypomnienie)

2020-03-29 11:24

[ TEMATY ]

wywiad

Krzysztof Penderecki

PAP/EPA/ELONARDO MUNOZ

Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna – oceniał Krzysztof Penderecki w rozmowie z KAI z okazji swoich 75. urodzin i 55-lecia pracy twórczej. „Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności” – oceniał wybitny kompozytor i dyrygent. Mówił też o swoim rozumieniu polskości, sukcesach i porażkach artystycznych, muzyce w polskich kościołach i Janie Pawle II. Artysta zmarł dziś rano w Krakowie w wieku 86 lat.

Krzysztof Tomasik (KAI): Podwójny jubileusz: 75. urodzin i 55-lecie pracy twórczej to dobra okazja do podsumowań. Co Pan Profesor uważa za swój największy sukces, a co za największą porażkę?

Krzysztof Penderecki: – Bez porażek nie ma sukcesów. Na niepowodzeniach człowiek się najlepiej uczy. W przypadku dyrygenta do najbardziej bolesnych należy bez wątpienia brak publiczności na koncercie. Zdarzyło mi się to między innymi podczas tournée po Włoszech z orkiestrą La Fenice z Wenecji. Pojechaliśmy do pewnego miasteczka, gdzie na koncert do dużej sali przyszło jedynie 12 osób. Musieliśmy ich przeprosić i odwołać koncert. Zapamiętałem to, ponieważ moja siedmioletnia wówczas córeczka bardzo płakała z tego powodu. Później okazało się, że w tym samym czasie odbywał się festyn ludowy.

Przeczytaj także: Penderecki: współczesny człowiek przeżywa kryzys sensu

- A sukces?

- – Było ich wiele. Najbardziej przeżyłem prawykonanie Pasji wg św. Łukasza w Münster w 1966 r.

- Jednym z Pańskich zamierzeń twórczych oprócz Pasji św. Jana i XI Symfonii jest opera dla dzieci. Czy to dzieło zainspirowało jakieś wydarzenie z dzieciństwa? Co z tego okresu pozostawiło w Panu najtrwalszy ślad?

- – Z jednej strony było cudownie. Miałem wspaniałą, kochającą się rodzinę. Ale to, co najlepiej pamiętam z tamtego okresu, to niestety czasy wojny i okupacji, kiedy co raz odchodził niespodziewanie i w dramatycznych okolicznościach ktoś z rodziny. Jednego z wujków zamordowano, z innymi członkami rodziny traciło się kontakt i nic nie wiadomo było o ich losie. Temat śmierci był stale obecny w czasie rodzinnych rozmów. Doznania z wczesnego dzieciństwa pozostawiły we mnie głębokie ślady. Dlatego może i moja muzyka powraca do tematyki przemijania i śmierci. Te wielkie tematy są stale obecne w mojej twórczości. Nie zajmuję się sprawami błahymi i nieważnymi.

- Pochodzi Pan z rodziny wielokulturowej i wielowyznaniowej. Dziadek był z pochodzenia Niemcem, babka Ormianką, ojciec został ochrzczony w Cerkwi greckokatolickiej. Czy to ma także wpływ na Pana twórczość?

- – Bez wątpienia tak. Rodzina mojego ojca pochodziła spod Stanisławowa, z dzisiejszej Ukrainy. Stąd może jest w mojej twórczości trochę tej fantazji i otwartości na inne kultury. Tato został ochrzczony w cerkwi greckokatolickiej i stąd też moje ciągoty do obrządku bizantyjskiego. Napisałem kilka utworów inspirowanych liturgią prawosławną m. in.: „Jutrznię”, „Hymn do św. Daniła”, „Pieśń cherubinów”. Nie napisałem natomiast żadnych utworów odwołujących się do tradycji ormiańskiej, ale mam zamiar to zrobić. W tym roku odbył się pięciodniowy festiwal mojej muzyki w Armenii, w Erywaniu. Niektóre koncerty zaszczycał swoją obecnością najwyższy patriarcha i katolikos wszystkich Ormian Garegin II. Obiecałem publicznie, że napiszę utwór inspirowany ormiańską kulturą. Będzie to utwór a cappella do tekstu ormiańskiego.

- Jest Pan Profesor obywatelem świata. Pańskie utwory wykonywane są w wielu krajach, kalendarz koncertowy wypełniony na kilka lat naprzód. Z drugiej strony Krzysztof Penderecki niejednokrotnie deklaruje swoją polskość i katolickość. Co znaczy dla Pana bycie katolikiem?

- – Katolickość to przede wszystkim przynależność do pewnej kultury i do konkretnego miejsca, jakim jest Polska. Nasz katolicyzm jest inny od np. niemieckiego czy hiszpańskiego. Ponadto wychowałem się w głęboko wierzącej rodzinie katolickiej; szczególnie ujmująca była religijność mojej babci, mamy i dziadka. Nawiasem mówiąc, moja rodzina była tak ortodoksyjnie katolicka, że w domu nie piło się alkoholu, uważając to za grzech. Do dzisiaj mam przed oczyma moje niedzielne Msze św. Przez pewien czas nawet kalikowałem, czyli naciskałem drągi miechów organowych w kościele podczas gry na organach. Wszystko to, co chłonąłem jako dziecko, cała obrzędowość religijna, wywarły na mnie niezatarte piętno. Ponadto najważniejszą księgą w domu, a mieliśmy bardzo dużą bibliotekę, było Pismo Święte. To wszystko oddziaływało na stale poszerzany krąg moich zainteresowań muzyką sakralną. Oczywiście, nie wychowywałem się na muzyce sakralnej, gdyż w Dębicy, poza kościołem z kiepskim organistą, nie było miejsc, gdzie wykonywano by ten typ muzyki. Potem, w czasach komunistycznych, deklaracja, że jest się katolikiem było opowiedzeniem się po określonej stronie barykady. Muzyka religijna poza kościołem była praktycznie zabroniona. Jeśli orkiestra państwowa chciała wykonać utwór religijny w świątyni, musiała otrzymać pozwolenie. I oczywiście nie uzyskiwała go. Moje skomponowane w 1957 r. „Psalmy Dawida” czy „Stabat Mater” długo nie były wykonywane.

- Nie przeżywał Pan religijnego „nieba w płomieniach”?

- – Myślę, że chyba każdy coś takiego przeżywa. Miałem takie chwile zwątpienia: jak możliwy jest Bóg… świat…

- A co znaczy dla Pana bycie Polakiem?

- – Jestem Polakiem m. in. dlatego, że członkowie mojej rodziny w czasie wojny ponieśli ofiary z życia tylko dlatego, że byli Polakami. Mój dziadek Robert, który był niemieckiego pochodzenia, nigdy nie wyparł się swojej polskości. Był wśród nas chyba największym polskim patriotą. Niemcy chcieli, aby podpisał niemieckie papiery, tzw. Reichsdeutschliste. Nie zrobił tego. Na szczęście miał ponad 70 lat i zostawiono go w spokoju. Wszyscy moi wujowie byli w legionach Piłsudskiego. Jeden z nich zginął na Pawiaku w Warszawie. Ci, którzy przeżyli, działali później w Armii Krajowej. Jeszcze inny wuj został zamordowany w Katyniu. Dlatego też, gdy Andrzej Wajda powiedział mi, że zamierza kręcić film o Katyniu, to powiedziałem mu, że ma do niego użyć mojej muzyki.

- Chrześcijaństwo, religia, sacrum stale inspiruje pańską muzykę.

- – Nie tylko. To jest oczywiście główny nurt mojej muzyki. Obracam się głównie w sferze sacrum, a nie profanum. Boga można chwalić nie tylko pisząc muzykę religijną. Na przykład Bóg jest we wszystkich tekstach użytych w VIII Symfonii. Obecność Stwórcy w tym utworze jest niezwykle ważna i namacalna. Nie trzeba pisać tylko „Stabat Mater”, aby pozostać w sferze sacrum.

- Czy Kościół potrzebuje muzyki Pendereckiego?

- – Niemiecki – tak, polski już nie bardzo. Na początku nikt z polskiego Kościoła nie interesował się moją twórczością. Chyba dlatego, że moja muzyka była za trudna. W Polsce Kościół jest raczej zainteresowany muzyką popularną, której ja w świątyni nie uznaję. Nie ma większego zainteresowania muzyką artystycznie ambitną. Historycznie rzecz ujmując, najwięksi kompozytorzy komponowali wielką muzykę religijną, a ci, którzy przede wszystkim zamawiali u nich napisanie utworów, to byli papieże, kardynałowie i biskupi. Muzyka w Kościele prezentowała najwyższy poziom. Teraz muzyka w naszych świątyniach „zludowiała” i nie ma już w nich miejsca na ambitną muzykę poważną.

- Ale i współcześni kompozytorzy nie garną się do muzyki religijnej...

- – Nie garną się, gdyż taka muzyka w Kościele jest niepotrzebna. Nie piszę muzyki dla liturgii. Komponuję muzykę sakralną, ale jest ona przede wszystkim wykonywana w salach koncertowych, choć bardzo często w Niemczech jest ona prezentowana w świątyniach. W polskich kościołach jest raczej nieobecna.

- Czy Kościół powinien nadal być mecenasem artystów, jak to miało miejsce przed wiekami?

- – Wiele się zmieniło. Kiedyś biskup dysponował olbrzymimi pieniędzmi i mógł sobie pozwolić na finansowanie artystów. Obecnie jest to już raczej niemożliwe.

- Artyści nie powinni narzekać na ostatnich papieży. Mieliśmy poetę – Jana Pawła II, teraz mamy muzyka – Benedykta XVI.

- – Kard. Joseph Ratzinger nawet w jakiejś wypowiedzi mówił o mojej muzyce.

- W jednej ze swych homilii kard. Ratzinger odniósł się do Pańskiej Pasji wg. św. Łukasza.

- – Benedykt XVI na pewno nie jest zwolennikiem wprowadzenia gitar do Kościoła. W świątyniach powinno się prezentować najwyższą sztukę, a nie kicz.

- Nie zwracał się nikt do Pana Profesora z prośbą o napisanie utworu dla Kościoła?

- – Mam problem, gdyż jestem rozwiedziony. Czasami czuje się przez polski Kościół odtrącony. Nie odczuwam tego, gdy jestem za granicą, szczególnie w Niemczech czy we Francji. Moja osobista sytuacja nikogo tam nie interesuje. Myślę, że polski Kościół pozbył się wielu wierzących przez kostyczne podejście do osób rozwiedzionych. Czy nie jest to błąd? Jako rozwiedzeni nie mamy prawa być ani świadkami na ślubie, ani rodzicami chrzestnymi.

- Kim był dla Pana Jan Paweł II? Po jego śmierci poświęcił mu pan utwór „Chaconne – in memoria Giovanni Paolo II”. Czy należycie szanujemy dziedzictwo Papieża Polaka?

- – Polacy oczywiście otaczają kultem jego osobę!

- Ale czy właściwie? Czy nasz kult Jana Pawła II nie jest powierzchowny? Stawiamy mu pomniki, celebrujemy „akademie ku czci”, a nie sięgamy głębiej do istoty jego nauczania.

- – Nasz naród jest w ogóle trochę skażony powierzchownością. Umiemy bardzo pięknie lamentować i to jest nasza specjalność. Chyba żaden papież nie cieszył się taką atencją, o czym świadczy pogrzeb Jana Pawła II, podczas którego hołd oddał mu cały świat. Wcześniej coś takiego się nie zdarzyło. Dla Polaków sprawy głębsze, duchowe nie są najważniejsze. Najważniejsze jest to, że był Polakiem i został papieżem. Pierwszy raz w historii doczekaliśmy się papieża Polaka, zresztą zasłużenie, bo od wieków, bardziej może niż inne kraje, wiernie stoimy przy rzymskim Kościele. Taka postawa jest zgodna z naszą mentalnością. Weźmy pierwszy lepszy przykład. Gdy np. Kubica wygrywa w wyścigach Formuły I, to nie jest to wybitny zawodnik o nazwisku Robert Kubica, lecz Polak. To Polak wygrywa, a nie Kubica! Jest to niestety bardzo powierzchowne.

- W czym tkwił fenomen Jana Pawła II?

- – W umiejętności dotarcia do każdego człowieka. Jan Paweł II zszedł z lektyki na ziemię i otworzył się na świat i ludzi. Miał niezwykłą charyzmę nawiązywania kontaktu z każdym, bez względu na stan i pochodzenie.

- Pitagorejska teoria harmonii kosmicznej – harmonia mundi – była przez wieki wielkim tematem sztuki, szczególnie muzyki, znajdowała swój wyraz w gregoriańskich chorałach, w polifonicznych utworach renesansowych, w klasycyzmie, w baroku. W romantyzmie temat kosmosu jakby zanika na rzecz spraw człowieka. Obecnie temat ten powraca w muzyce. Na ile jest on obecny w Pana twórczości?

- – Muzyka jest próbą zbliżenia się do Boga przez abstrakcję. Podobnie jak matematyka jest ona w pewnym sensie czymś absolutnym. Ład istniejący w muzyce, w który ja bardzo wierzę, utwierdza nas w przekonaniu, że istnieją pewne reguły, od których nie można odejść. Tak samo chyba jest w mojej muzyce, która stara się wyrazić Absolut i odzwierciedlić harmonia mundi.

- Współczesna muzyka wysoka stara się w jakimś sensie wyrazić dramat naszych czasów, przekazać jakąś prawdę o czasach, w jakich żyjemy, a z drugiej strony człowiekowi współczesnemu trudno się w niej odnaleźć. Nie daje ukojenia, jak muzyka Mozarta, Bacha, Beethovena. Dlaczego?

- – Właściwie współczesny człowiek nie zna tej muzyki, mimo że jest ona powszechnie dostępna na płytach. Ludzie się nią nie interesują. Przypomnijmy, że muzyka Mozarta była muzyką ulicy; ją się śpiewało i tańczyło. Była to muzyka genialna, ale właściwie ludowa. Sztuka współczesna jest jednak bardziej skomplikowana i dlatego tak trudno dotrzeć z nią do przeciętnego odbiorcy.

- Czy w czasach opresji komunistycznej twórca nie czuł się bardziej wolnym, był bardziej słuchany i zrozumiany, niż teraz, gdy wszystko wolno?

- – Jeśli ktoś, tak jak ja, pisał muzykę sakralną, to była to forma protestu, np. wobec estetyki żdanowowskiej, która była propagowana. To, że pisałem muzykę inspirowaną religijnie, bardzo pomogło mi w mojej karierze, co nie znaczy, że powodem pisania tego rodzaju muzyki była kontestacja. Sam fakt, że będąc obywatelem kraju komunistycznego, pisałem muzykę sakralną, było wówczas czymś nadzwyczajnym. Paradoksalnie, rządzący nami komuniści mieli duży szacunek dla ludzi sztuki i nauki. Wielu artystom, szczególnie muzykom, nie przeszkadzano, wręcz odwrotnie, pomagano. W czasach komunistycznych byliśmy świadkami rozwoju muzyki, teatru, filmu. Powstało wiele wspaniałych dzieł i to za państwowe pieniądze, mimo że nie współpracowaliśmy z władzami. Może była to świadoma propaganda mająca pokazać Zachodowi, że w Polsce artyści cieszą się wolnością. Wielu ludziom sztuki taka sytuacja bardzo pomogła w ich rozwoju.

- Jakie jest artystyczne credo Pana Profesora?

- – Może skomponowane przed 10 laty „Credo”. Nie bez powodu na swoje 70. urodziny napisałem właśnie ten utwór. „Wyznanie wiary” jest tekstem, z którym miałem zawsze problemy, gdyż jest on bardzo sztywny i scholastyczny. Nie można go zmienić, w przeciwieństwie do innych tekstów liturgicznych, z których można wybierać. Myślę, że 70-letni człowiek piszący „Credo” nie może być osobą niewierzącą. Część „Crucyfixus” w „Credo” jest jedną z najważniejszych w całej muzyce, jaką napisałem.

- Czy jest jakaś podstawowa prawda, którą pragnie Pan przekazać swoją sztuką?

- – Staram się przekazywać tylko prawdę. Największym chyba błędem współczesnych artystów jest właśnie to, że nie mówią prawdy, tylko starają się iść z prądem, poddawać modzie. Boją się krytyki i chcą być tylko wychwalani. Często ich sztuka nie jest szczera, tylko właśnie jakoś wewnętrznie pokręcona. Podobnie jak nasze życie polityczne, któremu brak prostolinijności. Prawda jest najważniejsza, bez niej nie ma przyszłości.

- Nie przeraża Pana Profesora ubóstwo współczesnej kultury masowej?

- – Oczywiście, że mnie przeraża, dlatego staram się dać jakąś inną pożywkę. Czasami mam wrażenie, że jest to raczej wołanie na puszczy. Ale z drugiej strony – moja muzyka znajduje słuchaczy! Niedawno jeździłem z chórem Polskiego Radia po małych miejscowościach, gdzie zazwyczaj koncertowaliśmy w świątyniach. Na nasze występy przychodzili ludzie, którzy po raz pierwszy byli na koncercie muzyki poważnej. Dyrygowałem m.in. swoimi religijnymi utworami a cappella, i znalazłem wspaniałą publiczność, właśnie w małych miasteczkach. Spotkałem ludzi, którzy pierwszy raz przyszli na koncert i z przejęciem chłonęli muzykę. Po tych doświadczeniach zupełnie zmieniłem opinię na temat Polaków, którzy są uważani za naród głuchy na muzykę.
Ponadto doświadczyłem, jak bardzo ludzie potrzebują sztuki wysokiej. Przekonałem się, że to ona właśnie jest ważna dla człowieka i dlatego Kościołowi nie wolno schodzić do poziomu przeciętnego odbiorcy. Należy narzucać pewien wysoki poziom twórczości i wykonawstwa, a wtedy inni będą uczyć się oraz starać się dorównywać ambitnym dziełom.

- Jak ocenia Pan Profesor duchową kondycję Polaków na progu XXI wieku?

- – Duchowość większości Polaków jest bardzo powierzchowna. Jesteśmy niewolnikami przywiązania do tradycji, celebrujemy śluby, chrzty, pogrzeby, biesiadujemy... Potrzeba nam więcej duchowej głębi i autentyczności.

- Nie traktujemy siebie poważnie jako społeczeństwo, które ma jakiś ambitne cele, nie myślimy o przyszłych pokoleniach?

- – Patrzę krytycznie na to, co dzieje się w Polsce. Z drugiej strony, jak powiedziałem, są ludzie w małych miejscowościach, którzy napawają wielkim optymizmem, choćby przez swoją otwartość i wrażliwość. Chyba nie jest tak źle z nami.

- Które ze swoich dzieł lubi Pan Profesor najbardziej i chciałby, aby było wykonywane za 100 lat?

- – Mam bardzo dużo utworów, które lubię. Ostatnio często wykonuję „Siedem bram Jerozolimy”. Jest to obecnie chyba najbardziej popularny mój utwór na świecie. Przedtem była to „Pasja św. Łukasza”. Myślę, że „Credo” jest także takim bliskim mi utworem.

- Zamierza Pan skomponować „Pasję wg św. Jana”.

- – Już zacząłem, ale na razie odłożyłem jej komponowanie, gdyż zawsze tak robię. Tworzę zarys utworu, potem przerywam pracę, aby móc spojrzeć na niego z pewnego dystansu. Utwór musi dojrzeć. Pomysł skomponowania „Pasji św. Jana” zrodził się spontanicznie. Chciałem ją napisać na otwarcie Frauenkirche w Dreźnie, ale na rok przed otwarciem świątyni zrezygnowałem, gdyż wiedziałem, że nie jestem w stanie napisać tego utworu w tak krótkim czasie. „Pasja” jest formą, która wymaga czasu i dojrzewania. Ponadto nie skompletowałem do niej jeszcze wszystkich tekstów.

- Czego sobie życzy Krzysztof Penderecki na następne 75 lat?

- – Więcej spokoju, czasu dla moich drzew, mojej wnuczki, dla rodziny. W tym roku cały czas jestem w drodze – setki prób i kilkadziesiąt koncertów. Z drugiej strony – jestem zadowolony. Był to piękny rok. Na świecie wykonano przeszło 70 proc. moich utworów, od Japonii po obie Ameryki. Tradycyjnie rachunek sumienia robię w Wigilię. Tego dnia piszę fragmenty utworów, które będę starał się skomponować następnego roku. Ponadto muszę nauczyć się mówić „nie”, gdy ktoś prosi mnie o napisanie nowego utworu albo o występ. To jest duża sztuka, którą nie zawsze inni rozumieją. Czasem trzeba przeczytać książkę, zamiast komponować nowy utwór.

- Plurimos annos, Panie Profesorze!

CZYTAJ DALEJ

Niezwykle świadectwo. Szturmowali niebo, wymodlili cud narodzin

Prosili o wstawiennictwo św. Stanisława Papczyńskiego, św. Dominika, św. Jana Pawła II i Dzieci Fatimskie. Pisali też listy do św. Józefa i zawierzyli się Matce Bożej Brzemiennej w Skępem. Dziś Karolina i Piotr cieszą się prawie trzymiesięczną Łucją, która jest dla nich małym cudem


Małżeństwem są od pięciu lat. Początkowo odkładali starania o dziecko. Potem okazało się, że nie mogą zajść w ciążę. Trafili do Instytutu Rodziny, gdzie za pomocą naprotechnologii leczy się niepłodność. Międzyczasie rozpoczęli modlitewny szturm do nieba.

Wstawiennictwo Matki Bożej i patrona dzieci nienarodzonych

Po zawarciu związku małżeńskiego mieszkali na odległość. Wspólnie zamieszkali dopiero na drugą rocznicę ślubu. - Wtedy bardzo zapragnęliśmy, aby w naszej rodzinie pojawiło się dziecko - opowiadają "Niedzieli"  Karolina i Piotr. Starania okazywały się bezskuteczne. Postanowili modlić się o dar potomstwa w Sanktuarium Matki Bożej Brzemiennej w Skępem. Tam przed słynącą łaskami figurą zanosili swoje prośby za wstawiennictwem Maryi. Zamawiali również Msze święte w tej intencji.

W Skępem uczestniczyli także w Eucharystii dla małżeństw pragnących potomstwa. W podobnym nabożeństwie brali udział również w Górze Kalwarii, gdzie od roku w drugą sobotę miesiąca małżeństwa modlą się za wstawiennictwem św. Stanisława Papczyńskiego o dar dzieci. To właśnie ten święty stał się jednym z kilku orędowników Karoliny i Piotra. Codziennie modlili się za jego wstawiennictwem o cud narodzin.

Naprotechnologia zamiast in vitro

W swojej parafii w podwarszawskim Międzyborowie poprosili księdza Rafała Woronowskiego o odprawienie dla nich Mszy świętych z nowenną do Matki Bożej Skępskiej we wspomnianej intencji. - Modliliśmy się również o dobrego lekarza, który poprowadziłby nas w leczeniu zgodnie z nauką Kościoła. Zamiast trafić do klinki in vitro, chcieliśmy stosować naprotechnologię - opowiadają małżonkowie. O dar dzieci prosili także Dzieci Fatimskie, św. Hiacyntę i św. Franciszka, których relikwie peregrynowały po diecezji łowickiej. Na dobę nawiedziły również ich dom.

Po roku starań trafili do Instytutu Rodziny, do doktora Radosława Maksyma, który zajmuje się diagnostyką i leczeniem niepłodności małżeńskiej. Jednym z etapów leczenia miała być laparoskopia. Karolina choć dostała skierowanie na zabieg, bała się operacji - Modliłam się, żeby do niej nie doszło - opowiada.

Wtedy małżonkowie postanowili ponownie poprosić księdza z Międzyborowa, aby odprawił przez dziewięć dni Msze święte z nowenną do Matki Bożej Skępskiej w ich intencji. Nowenna rozpoczęła się tuż przed Wielkim Postem. - Po Wielkanocy okazało się, że jestem w ciąży - relacjonuje Karolina, tuląc do swoich piersi maleńką Łucję. Laparoskopia okazał się niepotrzebna.

Karolina zanim zaszła w ciążę, zaczęła nosić pasek św. Dominika, na którym widnieje krótka modlitwa do patrona niepłodnych niewiast. Pasek wspomnianego świętego z tą modlitwą towarzyszył małżeństwu na sali porodowej. Na szpitalnym stoliku stała także figurka Matki Bożej Skępskiej. Łucja przyszła na świat 5 stycznia, w wigilię uroczystości Objawienia Pańskiego.

Rozważali adopcję

Karolina przez dziewięć miesięcy oddawała Łucję opiece Anioła Stróża dziecka poczętego. Gdy była w ciąży, zwróciła się również do parafii Chrystusa Króla w Rawie Mazowieckiej, aby relikwie Dzieci Fatimskich ponownie nawiedziły ich dom. Proboszcz się zgodził, a małżonkowie mogli ponownie cieszyć się pastuszkami. Swojej córeczce postanowili nadać imię jednego z Dzieci Fatimskich. Choć czas oczekiwania na ciążę przeżywali z wiarą, nie brakowało kryzysów. - Przeżywałam różne chwile. Rozważaliśmy adopcję - opowiada Karolina. - Miałem świadomość, że oczekiwanie na potomstwo może przedłużać się. Niektóre pary czekają na dzieci nawet kilka lat. Była we mnie głęboka ufność, że będziemy mieć kiedyś dzieci. Byliśmy zaskoczeni, że tak szybko - dodaje z uśmiechem Piotr.

W sypialni Karoliny i Piotra stoi figurka Matki Bożej Skępskiej. Obok niej od pewnego czasu obecne są relikwie Dzieci Fatimskich, św. Hiacynty i św. Franciszka, na przeciwko których znajduje się kołyska Łucji. - Jesteśmy wdzięczni Bogu za ten mały cud w naszej rodzinie, którym jest nasza córeczka. Ważne, żeby małżeństwa borykające się z niepłodnością nie poddawały się i zaufały Bożej Opatrzności - mówią małżonkowie. 

Magdalena Wojtak

CZYTAJ DALEJ

Polscy lekarze rozpoczynają arcytrudną misję we Włoszech

2020-03-30 12:26

[ TEMATY ]

lekarz

PAP

15-osobowy zespół polskich lekarzy wylatuje w poniedziałek do Włoch. Przez dziesięć dni będą pracowali we włoskim mieście Brescia w Lombardii, gdzie sytuacja w związku z epidemią koronawirusa jest najtrudniejsza.

Misję we Włoszech prowadzić będą lekarze z Wojskowego Instytutu Medycznego z Warszawy oraz medycy z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Prezes PCPM Wojciech Wilk powiedział w rozmowie z Polskim Radiem, że polski zespół zostanie przetransportowany na miejsce wojskowym samolotem i spędzi tam dziesięć dni.

Polscy lekarze i ratownicy medyczni lecą na dziesięć dni do Brescii w północnych Włoszech, aby tam wesprzeć pracę jednego ze szpitali polowych, zbudowanych do leczenia osób zakażonych koronawirusem. Mam nadzieję, że misja polskich lekarzy będzie wyrazem solidarności, jak i konkretną pomocą dla zmagającego się z epidemią koronawirusa włoskiego systemu ochrony zdrowia — mówił Wojciech Wilk.

Wszyscy jadący na misję do Włoch lekarze zostali przebadani na obecność koronawirusa i wynik testów był ujemny, są zatem zdrowi. Do Włoch jadą wyposażeni w dodatkowy sprzęt ochronny. Po powrocie do kraju spędzą dwa tygodnie w kwarantannie.

CZYTAJ DALEJ
E-wydanie
Czytaj Niedzielę z domu

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję