Reklama

Notatki z Pielgrzymki

Białe skarpety dla Mamy

2018-08-01 10:33

Agnieszka Bugała
Edycja wrocławska 31/2018, str. V

Kamil Szyszka

– Dorota, jeśli nie będziesz dawała rady, to powiedz, przepakujemy twój plecak i ja poniosę część rzeczy. Wysoki chłopak o blond włosach i opalonych policzkach tłumaczy coś jeszcze dziewczynie. Chyba idą razem, ale jeszcze nic o nich nie wiem. Żółta spódnica Doroty kołysze się nad gorącym asfaltem drogi. Jeszcze nie ma południa, a słońce już mocno dało się we znaki

Wielki sprawdzian

To drugi dzień. Idę po raz pierwszy, wszystkiego się uczę. Powtarzam sobie, że „tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono”, ale też: „wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was”. Staram się sprawdzać siebie i przerzucać troski. Mam dobre, rozchodzone stare buty, koleżankę z dzieciństwa, która namówiła mnie na pielgrzymkę, i wiarę w to, że przecież intencja, którą Maryi niosę, jest tak ważna, że sama chcę ją powiedzieć, prosto do Jej ucha. I w związku z tym ze wszystkim dam sobie radę.

Pole nomadów

Miejsce na rozbicie namiotów wielkie jak okiem sięgnąć. Tropik przy tropiku. Małe domki wyrastają jeden obok drugiego. – Schowaj ten ręcznik, bo jak w nocy lunie, to wszystko sobie zmoczysz. – Nie będzie padać, zobacz, jakie jest niebo, nie ma ani chmury. Wyjmuję małą miskę i ruszam po wodę. Umycie stóp jest moim największym pragnieniem, ale kolejka jest długa. Każdy z miską w dłoni marzy o tym samym. Czekamy. Moja przyjaciółka z werwą tłumaczy coś innej siostrze. Wreszcie po półgodzinnych pogawędkach wędrujemy ostrożnie do naszego namiotu. Woda na wagę złota kołysze się w miskach. Siadamy. Będzie kąpiel.

– Ewuś, zobacz, takich stóp nie miałam nigdy w życiu! – zdejmuję sandały i podnoszę do góry stopy w paski. – E tam, dziś są tylko brudne, ale uważnie patrz na otarcia. Bo jak się będą powiększały, zedrzesz aż do krwi, a wtedy ciężko będzie iść. Wymocz dobrze i obłożymy sobie stopy maścią mojej mamy. A jutro pójdziesz w skarpetkach, żeby pięt nie odbić od asfaltu. Pogawędki nad miską, smarowanie stóp, kanapki z dżemem. W tle muzyka pielgrzymkowych zespołów. – Skończyłaś? To idziemy potańczyć.

Reklama

Zaskoczyć siebie

Gdyby ktoś mi powiedział, że po 28 km marszu będę miała ochotę na tańce, to popukałabym się w czoło. Tylko kąpiel i sen. Ale miałam! I nieźle mi szło!”Będę tańczyć przed Twoim tronem” – rozbrzmiewało po całej okolicy, a my wywijaliśmy na tych zmęczonych nogach wciąż i wciąż... Dorota od żółtej spódnicy, chłopak od opalonych policzków, który okazał się być Pawłem i całe rzesze ludzi, których trud wędrowania łączył jakoś dziwnie łatwo i od razu.

Ktoś kiedyś powiedział, że Kościół w tym najpełniej objawia swą moc, że ludzie, którzy wcześniej nigdy się nie znali, nagle stają się sobie bliscy. Tutaj to właśnie się działo. I ja tego doświadczałam.

Pędzel Wojtyły

Zwijanie namiotu nie jest moją najmocniejszą stroną, ale dziś moja kolej. Zwijam nasz „dom”, wciskam do wąskiego pokrowca. Uff, wszedł. Ludzie dookoła mnie wykonują takie same czynności. Zwijają śpiwory, polary, namioty... Na drzewie zawieszone małe lusterko, a przed nim starszy pan z pędzlem do golenia. Obrazek taki sam jak na słynnym papieskim zdjęciu drukowanym w tylu wydawnictwach: Wojtyła z twarzą w białym kremie. Kobiety czasem jednak mają lepiej, myślę.

Modlitwa palców

Modlitwa w drodze oplata mi palce. Palce, nie serce, bo idziemy w rytm różańcowych tajemnic. Drewniane paciorki między kciukiem a wskazującym palcem. „Zdrowaś, Maryjo” – pasek od sportowych sandałków obciera mi miejsce pod kostką. „Łaski pełna” – boli coraz bardziej. „Pan z Tobą...” – a Ewa mówiła, żeby założyć skarpetki. „Błogosławionaś Ty między niewiastami...”. – Nic się nie martw – słyszę głos przyjaciółki – założysz skarpetki na postoju. Dźwigamy po dwie butelki wody, bo słońce praży niemiłosiernie. Nakrycia głów we wszystkich kolorach przepływają mi przed oczami. Musimy pięknie wyglądać z góry.

Pytanie nieretoryczne

– A jeśli nie dojdę? Minęły zaledwie trzy dni, przed nami jeszcze sześć. Jeśli nie dam rady? Żółta spódnica Doroty dziś kołysze się nad wyschniętą trawą i żółtym piaskiem. Idziemy polnymi drogami, to taki odcinek, który podobno wspomina się najmocniej. Bezmiar pól zmusza człowieka do wędrowania w ciszy. Cały chce się w niej schować, jakby podejrzewał, że to właśnie tam jest komnata spotkania z Bogiem. Dziś zaprosił nas do kontemplacji, myślę. Przez głośnik dochodzi głos księdza. Konferencja o miłości. O spotkaniu, o poznaniu. Jesteś, żyjesz – wiesz, co to znaczy? Twoje bijące serce to wyznanie Miłości Boga. Najpiękniejsze. Jedyne. Nie zepsuj tego, żyj tak, jak On chce, byś żył.

Dylematy i skarpety

Ląduję w punkcie służby medycznej dzisiaj już po raz drugi. – To TCHP – pada diagnoza. – A co to takiego? – moje przerażenie rośnie, bo widzę tylko stopy z czerwonymi plamami, które lekko swędzą, a najbardziej wtedy, gdy idę. – Typowa choroba pielgrzymkowa – wyjaśnia siostra sanitariuszka. – Asfaltówka, coś jak uczulenie na asfalt, poradzimy.

– Ale czytałam, że alergia na asfalt nie istnieje – mądrzę się, nie wiadomo po co. Dziewczyny patrzą na siebie, a potem jedna z nich tłumaczy mi długo, że na pielgrzymce istnieją czasem rzeczy, które wykraczają poza podręczniki, a asfaltówka na odkrytych powierzchniach nóg rzeczywiście nie występuje, pojawia się tam, gdzie skóra ma albo miała kontakt ze skarpetami, pończochami, spodniami lub spódniczką, i może się pojawić także przez słabe spłukanie ze skóry resztek płynów do kąpieli. – Aby zapobiec asfaltówce, nie należy używać płynów ani płynnych mydeł do kąpieli, tylko normalnego mydła szarego albo oliwkowego – mówi spokojnie drobna szatynka. – Po kąpieli skórę należy bardzo dokładnie spłukać.

Teraz już wiem. Wszystko przez skarpety. Ale bez nich są otarcia. Co wybrać? Asfaltówkę w skarpetach czy otarcia bez skarpet? Stopy pielgrzyma – na szczęście tylko dwie. Stonogi, pielgrzymowanie nie dla was!

Święto dnia

Skulona siedzę pod drzewem. Nie wiem, może przesiąść się tam, gdzie świeci słońce, a zaprosić kogoś innego, żeby usiadł w cieniu? Cichy śpiew scholi, ludzie rozkładają karimaty. Teresa, starsza pani z siwym kokiem, sączy wodę z butelki. Ostatnie przygotowania. Ktoś jeszcze pyta o spowiedź. Czekamy na Eucharystię, świąteczny moment każdego dnia. – Jeśli nie dajesz rady iść, schowaj się w Eucharystii, wtul się w Nią – mówi moja przyjaciółka. Myślę, że na Golgotę wchodziło się trudniej.

Dojrzewanie serca

Znów ranek. Znów dżem. Znów zęby czyszczone w pośpiechu z kubkiem wody. I czesanie włosów, które są trochę obce, bo nieświeże. Już po półmetku, a ja dojrzewam w sercu do ważnej spowiedzi. Takiej porządkującej. Życie na wzór nomady oderwało mnie ode mnie. Błąd? Nie, ale chcę wrócić inna. Nieopalona, dumna z pokonanej trasy, z nowymi znajomościami – inna w środku. Chcę takiej spowiedzi dzisiaj. Czy starczy mi odwagi?

Uwaga, porządkowanie!

Biało-czerwona taśma od drzewa do drzewa. Pośrodku krzesło, a na nim skulony człowiek w brązowym habicie i białej czapce. Rozmawiałam z nim już, teraz czekam. Na taśmie kartka, którą wiatr kołysze, jak chce: Spowiedź. Widziałam to już na poprzednich postojach. Konfesjonał otoczony taką taśmą, jaką policja oznacza teren wypadku: Uważaj, tu coś się wydarzyło. W życiu są wypadki przy pracy. Czy grzech jest wypadkiem przy pracy?

All for pielgrzym

„Będę śpiewał Tobie, Mocy moja” – płynie ponad łąką. Kontemplujemy tajemnicę krzyża, tajemnicę umierania. Dżem, krzyż, miska z wodą. Asfaltówka, otarte do krwi pięty. Ustawiam sobie w głowie hasła – skróty. Przedzieram się do przodu. Patrzę, jak przedziera się Ewa. Dziś obydwu nam trudno i mało rozmawiamy. Kryzys przechodzą też chyba Ania z Tomkiem, młodzi rodzice. Pchają wózek z dwuletnią Anielką i dokonują cudów, aby mała była najedzona, z suchą pieluchą, wyspana i nieutrudzona tym wszystkim.

Kim bym była, gdybym nie poszła, gdybym nie dała się namówić? Coraz wyraźniej widzę, że to kluczowe doświadczenie i że za rok chcę pójść znowu. Stoimy w długiej kolejce po chleb. Jak oni to wszystko organizują, że tak dobrze działa? Wszystko na czas. Czy ludzie ze służby porządkowej i z zaopatrzenia w ogóle śpią? Przy ich pracy nasza wędrówka jest luksusem pielgrzymowania.

Deszcz i pasztet

Lunął deszcz. Nie, nie spadł – lunął. W butach chlupie mi woda. Plecaki schowałyśmy do worków na śmieci, na wszelki wypadek zawiązując je od dołu. Mamy parasole, ale po kilku godzinach marszu ręka drętwieje od trzymania. Przenośny głośnik też w niebieskim worku. Dziwne, bo mimo pogody w grupie radośnie. Anielka śpi słodkim snem nieświadomego dziecka. Dziś znów przydał się wózek, łatwiej w nim schować małą przed deszczem. W słoneczne dni Tomek niósł małą w specjalnym nosidełku na plecach.

Asia z Michałem trzymają się za ręce. Już wiem, że wzięli ślub dwa tygodnie temu, a ta pielgrzymka to ich podróż poślubna. W Częstochowie mają zamiar ubrać się w swoje ślubne stroje i w białej sukni i garniturze wejść pod Jasnogórski Szczyt. Czy zrozumieliby to szaleństwo ludzie odwiedzający strony: www.modnyslub.pl? – Czy ma ktoś kawę w termosie? – Wojtek rozmarzył się na postoju. Ktoś wyciąga rękę z kubkiem. Muzyczni grają rzewnie do bułek z pasztetem. Nie leje, nie pada, nawet nie kropi. Ale nie wyrzucamy worków. Podsuszamy na słońcu i przypinamy zwinięte do plecaków. Oby nie były potrzebne.

Eliksir z wiadra

Idę, idę, idę. Mam na głowie wianek z kłosów żyta i chabrów. Ewa uwiła na postoju dwa: dla mnie i dla siebie. Jesteśmy siostry owsianki i robimy sobie zdjęcia w nowych nakryciach. Dopojone kompotem z jeżyn, uśmiechamy się obie. Szliśmy przez wioskę, w której miejscowi ludzie ustawili przy drodze stoliki z wiadrami kompotu. Wtykali nam kubki do rąk, niektóre z pań ocierały łzy i kazały pamiętać o sobie u Maryi. Intencje od jeżyn – myślę o tych ludziach i o ich sercach. Co musi być w człowieku, że kłuje się najpierw w jeżynowych zaroślach, gotuje potem hektolitry kompotu, żeby wynieść przed dom, bo przyjdą pielgrzymi? Wzruszenie to zbyt mało pojemne słowo, by pomieścić to wszystko.

Smak finiszu

Czujemy już smak finiszu, jeden dzień to mało, ale dla owiniętych bandażem nóg to cała wieczność. Idę w adidasach. Ewa też. Każdy z naszej grupy choć przez krótki czas niósł dziś na plecach Anielkę w nosidełku. Chcieliśmy pomóc rodzicom, to taki pomysł grupy. A po cichu chyba trochę rodzaj pokuty. Bo wtedy jest trudniej, ciężej. Przypomniała mi się historia, znana, zasłyszana nie wiem gdzie, jak ktoś miał pretensje do Jezusa, że obiecał, iż zawsze będzie szedł obok, krok w krok, a na piachu były ślady tylko jednych stóp. – Gdzie wtedy byłeś, Panie? Zostawiłeś mnie? Miałeś być zawsze! – Wtedy niosłem cię na moich ramionach – odpowiedział Jezus. Być choć trochę jak On, aby spłacić dług. Niosę Anielkę. Na początku nieźle, ale potem z każdym metrem jakby ważyła tonę. Czy ja też ważę tonę, gdy zwlekam ze spowiedzią?

Już niczego nie chcę

Majaczy. Majaczy na horyzoncie. Jak fatamorgana. Jest tumult bębnów, gitar, ludzkich głosów. Machają do nas ludzie – z okien i chodników. Wchodzimy. Wchodzimy. Wchodzimy! Nie dociera do mnie. Jeszcze nie rozumiem. Widzę smukłą wieżę w pełnym słońcu, między dwoma pasami zielonego parku. Mocniej ściskam rękę Ewy. Ona prawie zgniata mi palce! Nie umiem wykrztusić słowa. Nie wierzę. Po dziewięciu dniach wędrówki jest Jasna Góra. Wszystkie moje zmagania, bandaże, plastry, zmoczone buty, namiot, miska, Eucharystie, Apele, Różańce, nawiedzone po drodze kaplice są za mną. Przede mną tylko Ona! Podchodzimy pod Szczyt, nasza kolej. Cichnie tumult, trzymamy się za ręce. Wszyscy jak porażeni klękają, niektórzy kładą się twarzą na ziemi. Plecami Teresy targa szloch. Już nic nie widzę. Już niczego nie chcę. Już wszystko mam. Jest Mama. I nagle poraża mnie myśl, że Ona tu na nas czekała, że robiła wszystko przez te dni, abyśmy doszli! Że szliśmy do Niej, ale z Nią. Powiewają flagi. Zdejmuję buty i siadam na wytartej trawie. Ewa robi to samo i uderza nas znany dobrze zapach schodzonych skarpetek i maści. Zakładamy czyste, białe jak śnieg.

Wiążemy buty i ruszamy do Kaplicy. – Nie wypada witać się z Mamą w brudnych – tłumaczyła mi wiele dni temu Ewa. – Zachowaj jedne, wyjątkowe, na tę szczególną chwilę. Zachowałam. Mam białe skarpety, serce po spowiedzi. Mogę się witać. Idziemy.

Tagi:
Jasna Góra pielgrzymka

Reklama

Zielona Niedziela w parafii Najświętszego Zbawiciela

2019-07-15 12:54

Kamil Krasowski

Otwarci na Ducha Świętego” – pod takim hasłem odbędzie się 37. Piesza Pielgrzymka Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej z Zielonej Góry na Jasną Górę (2 – 12 sierpnia). Do uczestnictwa w pielgrzymowaniu w niedzielę 14 lipca zachęcano po każdej Mszy św. w parafii pw. Najświętszego Zbawiciela w ramach tzw. Zielonej Niedzieli.

Karolina Krasowska
Do uczestnictwa w pielgrzymce zachęcano 14 lipca po każdej Mszy św. w parafii pw. Najświętszego Zbawiciela
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Francja: kapłani powracają do sutanny

2019-07-13 17:18

vaticannews.va / Paryż (KAI)

Francuscy księża ponownie przekonują się do sutanny – donosi stołeczny dziennik „Le Parisien”. Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się, że sutanna zniknęła na dobre z francuskiego Kościoła i pozostaje zarezerwowana wyłącznie dla tradycjonalistów, dziś chętnie powraca do niej nowe pokolenie kapłanów. To nie jest kwestia nostalgii, lecz przynależności – wyznaje 44-letni paryski proboszcz ks. Simon Chouanard.

Archiwum autora

Nową tendencję potwierdza zarówno rektor paryskiego seminarium, jak i krawcy. Choć liczba księży maleje, sutann sprzedaje się coraz więcej. Zdaniem cytowanego przez „Le Parisien” historyka religii ta nowa tendencja wśród duchowieństwa jest przywróceniem wymiaru wertykalnego w kapłaństwie i reakcją na proces, który miał miejsce pod koniec ubiegłego wieku, począwszy od lat 70., kiedy to kapłani byli nastawieni na asymilację i upodobnienie się do reszty społeczeństwa. Zdejmowano sutannę, aby okazać solidarność z innymi ludźmi, mieć z nimi bardziej bezpośrednie relacje – mówi François Colosimo. Sutanna tymczasem wytycza jasną granicę między Kościołem i światem. Jest ona wyraźnym świadectwem radykalnego wyboru.

Rektor paryskiego seminarium przyznaje, że powrót do sutanny dotyczy przede wszystkim księży młodych. W społeczeństwie zsekularyzowanym, bardziej potrzebne są znaki jasno określające naszą tożsamość. Strój duchowny może być pomocny, wyraża kim jesteśmy i kim mamy być – dodaje ks. Stéphane Duteurter.

28-letni ks. Stanislas Briard, katecheta w sutannie uczący w szkole średniej uważa, że jego ubiór jest po prostu narzędziem ewangelizacji. To najprostszy sposób, by nawiązać z ludźmi relacje. Zaczepiają mnie na ulicy, niekiedy rodzi się okazja do całkiem głębokiej rozmowy, niektórzy proszą nawet o spowiedź – opowiada paryski kapłan.

Podobne doświadczenia ma również ks. Simon Chouanard. - Mówi się, że sutanna zamyka drzwi. W moim wypadku jest wręcz odwrotnie. To po prostu „ubranie służbowe”, dzięki temu ludzie łatwiej się otwierają. Kiedy chcę mieść spokój, na przykład w podróży, chowam sutannę do walizki – dodaje ks. Chouanard.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czemu nie uwierzyć w siebie?

2019-07-15 21:42

Anna Majowicz

O przyczajonych tygrysach, dwóch stronach medalu i mocnej relacji z Bogiem – Sylwia Jaśkowiec poruszyła serca uczestników 26. Salwatoriańskiego Forum Młodych w Dobroszycach.

Anna Majowicz
Sylwia Jaśkowiec

- Od szkolnych lat uprawiam sport, a moją wiodącą dyscypliną są biegi narciarskie. W 2010 roku pojechałam na swoje pierwsze Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Vancouver. One otworzyły mi drzwi do świata sportu. Miałam potencjał, ludzie mówili o dużym talencie, uzyskiwałam dobre wyniki sportowe. I nagle w moim życiu wydarzyło się coś niesamowitego. Po powrocie z sezonu zimowego do akademika w Katowicach, gdzie studiowałam na Akademii Wychowania Fizycznego, przydzielono mi pokój z dziewczynami, które na co dzień formowały się we Wspólnocie Przymierza Rodzin ,,Mamre”. Dziewczyny namówiły mnie na wyjazd na Mszę św. o uzdrowienie do Częstochowy. I tu muszę wspomnieć, że po powrocie z igrzysk miałam dobry moment sportowy, ale psychicznie czułam, że coś się kończyło, bo dążyłam do tego, aby zakończyć współpracę z trenerem, z którym bardzo dużo osiągnęłam. Wiedziałam, że nasza dalsza współpraca nie podniesie mojego sportowego poziomu, że mnie nie rozwinie. Człowiek miał w sobie ogromne sportowe ambicje, a przede wszystkim marzył nie tylko o igrzyskach, ale i o medalu mistrzostw świata i medalu olimpijskim. Te moje marzenia powodowały, że muszę iść dalej, wziąć sprawy w swoje ręce. Na tej Mszy św. stało się coś niesamowitego - pierwszy raz w życiu doświadczyłam żywego Pana Boga. Ten żywy Bóg powiedział mi ostre słowa.

Mała retrospekcja z dzieciństwa. W mojej rodzinie nie działo się dobrze. Nie doświadczyłam ojcowskiej miłości, tata nadużywał alkoholu. Moje serce było podziurawione, poranione, a braki miłości odcisnęły na mnie piętno. Byłam pogubiona, wrażliwa i nie potrafiłam poradzić sobie z emocjami. Dzisiaj mówimy o tym, czemu nie uwierzyć w siebie? Ja tej pewności siebie, wysokiej samooceny i poczucia własnej wartości nie zdobyłam w domu. Ale dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Bóg dał mi sport jako narzędzie, w którym rozpoczęłam budowanie swojej samooceny.

Mój sportowy potencjał objawił się we wczesnych latach szkoły podstawowej. Chwała Bogu za człowieka, którego postawił na mej drodze – wuefistę Stanisława Gubałę. To był człowiek ogromnej pasji, ogromnego serca, a przede wszystkim ogromnej miłości. Od pierwszych zawodów do kolejnych okazało się, że jestem dobrą biegaczką i potrafię dobrze grać w zespołach drużynowych. Moje serce podbiły biegi narciarskie. Ten sport faktycznie dawał mi poczucie spełnienia, ale przede wszystkim motywował mnie do tego, że jest to moja szansa w życiu na bycie kimś, żeby uwierzyć w siebie, swoje możliwości i na wydobycie z siebie tego, co we mnie najlepsze. Wymagało to ode mnie ciężkiej pracy, wytrwałości, niezłomności, częstych upadków, ale i powstawania z tych upadków. Sport stał się dla mnie najważniejszą rzeczą w życiu. Niestety, przez emocjonalne braki w miłości rzuciłam się całkowicie w wir pracy. To był mój mechanizm obronny. To było kosztem wielu wyrzeczeń, ale i też niestety kosztem niezdrowej ambicji sportowej. Doszłam do poziomu, gdzie zaczęłam gardzić słabszymi ode mnie. Wygrywałam z rówieśnikami z dużą przewagą, co powodowało, że rosła we mnie wartość samej siebie. Wiedziałam, że dochodzę do tego własną pracą, własną siłą, własnym psychicznym zaangażowaniem, upartością i niezłomnością. Jak możecie zauważyć nie było w tym wszystkim Boga, bo byłam ja. Moje budowanie wartości opierało się tylko i wyłącznie na tym, że to jest efekt mojej ciężkiej pracy. To było coś, co później Pan Bóg w sposób sobie właściwy wyciągnął, uświadomił mi, że moje serce było przepełnione pychą i egoizmem.

Kiedy dochodzi się do szczytu sportu wyczynowego, kiedy startuje się w mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich, to ma się świadomość, że jest się obserwowanym, ale i ty cały czas obserwujesz to, jak wygląda konkurencja, jaki poziom prezentuje, jak się odżywia, itd. Cały czas byliśmy jak takie przyczajone tygrysy, obserwujące się nawzajem. To prowadziło do skrajności. Bo w sporcie niestety występuje doping, anoreksja, bulimia – tylko dlatego, by być doskonałym w tym co się robi. To ciemne strony sportu, ale tak to już jest w życiu, że są dwie strony medalu. Wybór należy do nas. Ja niestety, w tym pierwszym okresie dążenia do perfekcji wycięłam z życia Pana Boga.

Punktem zwrotnym w moim życiu był wyjazd do Częstochowy. Pojechałam na Mszę św. i moje serce zostało zalane Bożą miłością. Usłyszałam, że może nie było ze mną ziemskiego ojca, ale Pan Bóg był cały czas obecny w moim życiu, że Jego obecność była nieustanna i On się cały czas o mnie troszczył. Usłyszałam od Boga, że wszyscy mogą o mnie zapomnieć, ale nie On, bo oddał za mnie życie na krzyżu.

Przyjęłam do swojego życia Pana i Zbawiciela i to jest cudowne. To był najważniejszy wybór w moim życiu. Wybór, który obrócił moje życie do góry nogami!

Posłuchaj całego wystąpienia:

https://drive.google.com/file/d/1Q333Es_IerOrY9adtMYx4V-A89ww6hMN/view?usp=sharing

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem