Reklama

Ten marsz się zbliża...

2018-11-21 10:42

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 47/2018, str. 26

Archiwum Witolda Gadowskiego
W Iranie zrozumiałem, że diabłem Bliskiego Wschodu jest Arabia Saudyjska – mówi Witold Gadowski

Z katolickiej Polski wyjdzie ogromny marsz, który pokojowo, w modlitwie i skupieniu przejdzie przez całą Europę, aż dojdzie do relikwii św. Jakuba

Wielka pielgrzymka z Częstochowy do Santiago de Compostela – sen, który nawiedził mnie wiele tygodni temu. Ponoć takie rzeczy zdarzają się każdemu, ale nie każdy o tym mówi. Powoli z mgły intuicji zaczyna się wyłaniać jakiś kształt. Nie ja jestem tu ważny, bo taka myśl – idea mogła przyjść do głowy każdemu. Pielgrzymce „in spe” zaczyna jednak towarzyszyć coraz większe zainteresowanie. To jeden ze sposobów wyjścia poza oblężoną twierdzę dzisiejszej Polski. Uderzają na nas wszelkie możliwe przeciwieństwa, a jednak trwamy – jesteśmy podobni do naszych dziadów i pradziadów. Ostaliśmy się już tylko my, tacy, na Starym Kontynencie. Czy zatem jesteśmy skazani na wyginięcie albo przynajmniej na drastyczne zmiany wokół nas? A może właśnie przez ten zbieg wypadków jesteśmy...wskazani! Pokrzyżujemy szyki tym, którzy z nienawiścią traktują takie pojęcia jak „naród” i „katolicyzm”. Chcą wyginięcia narodów.

Zwolennicy „komunoeuropeizacji” powiedzą: Tak, to proces nieuchronny, cały świat zmierza już w tym kierunku. Musimy nadrobić zacofanie i z radością pogrążyć się w ogólnoeuropejskiej homogenizacji. Według nich, zjawisko „narodów” wywołało wojny światowe i teraz nadszedł czas na to, aby ludzkość weszła w nową epokę – szczęśliwe rozmydlenie się wszystkiego, zanik narodów i miejscowych specyfik.

Nas, zdroworozsądkowych wolnościowców, taka wizja przyszłości przyprawia o zimny dreszcz na plecach. My wiemy, że wszelkie marksistowskie i postmarksistowskie utopie zawsze kończą się nieszczęściem i morzem przelanej krwi. Coś jednak sprawia, że ciągle w świecie roi się od jego radykalnych naprawiaczy, od tych, którzy – nie potrafiąc prywatnie żyć – chcą ulepszać życie wszystkim wokół. Przekleństwem każdych czasów są Prometeusze oraz podążający za nimi psychopaci i wilkołaki. Tak więc, chcąc nie chcąc, staliśmy się obrońcami Miasta i Królestwa Bez Kresu. Zostaliśmy zamknięci w naszej Twierdzy i zewsząd uderzają w nas podmuchy totalnej wizji przyszłości.

Reklama

Możemy jeszcze długo tkwić w tej zorganizowanej obronie, jednak szeregi będą nam się kruszyć, zaraza będzie się podstępnie wkradała w mózgi całych grup, będziemy zdradziecko atakowani od tyłu. Możemy, oczywiście – po herbertowsku – trwać do ostatniego obrońcy, który opuszczając Twierdzę, poniesie w sobie Miasto – on będzie Miasto. Po co jednak czekać na taki kres, skoro mamy w sobie jeszcze tyle sił witalnych, skoro mamy w sobie tyle nowych, chrześcijańskich pędów?! Musimy wyjść poza mury naszej Twierdzy, wynieść święte obrazy, obrzędy i krzyże i ponieść je przez trwającą za murami zawieruchę. Wielu padnie, wielu straci ducha, ale ci, którzy przejdą szlak, pokażą drogę innym. Idea Wielkiego Marszu przez dzisiejszą Europę pojawiła się jednocześnie w kilku środowiskach.

Jestem zbyt małym człowiekiem, aby rościć sobie jakiekolwiek pretensje do jej autorstwa, chciałbym jednak napisać o kilku zasadach, które – jeśli zostaną spełnione – przyniosą wydarzenia niesłychanej wagi.

Po pierwsze – Wielki Marsz, swoistą katolicką Krucjatę Wyzwolenia Europy, mogą zapoczątkować tylko ludzie wielcy duchem, prawdziwi mocarze i wizjonerzy. Wśród Polaków są tacy ludzie, tylko jeszcze ich nie rozpoznaliśmy. Jak możemy ich znaleźć, rozpoznać, zobaczyć?

Tylko przez modlitwę, która będzie zdolna przekonać Pana, aby powierzył Polakom ten niesamowicie wielki zaszczyt i obowiązek. Historia właśnie na nas wskazała, jednak tylko wydarzenia cudowne mogą doprowadzić do tego, że naraz z Częstochowy wyjdzie wielotysięczny tłum wiernych, niosący ze sobą krzyże, feretrony i rycerskie sztandary katolicyzmu. Na jego czele pójdą ludzie o mężnych umysłach i sercach, wizjonerzy i wodzowie. Czas już na was, Rycerze! Zbierzcie nas i ruszajmy! – chciałoby się zawołać. Jestem przekonany, że takie piękne i heroiczne kierownictwo możemy wymodlić.

Po drugie – nie będziemy się zbytnio troszczyć o materialne aspekty Wielkiego Marszu. Tu konieczne jest zaufanie w moc Stwórcy i przesłanie Jezusa Chrystusa. Musimy odrzucić pokusę „wielkiego eventu”, „wydarzenia medialnego”. Ten marsz musi być wielki przez czystość intencji oraz determinację serc i dusz. To nie będzie wydarzenie kreujące celebrytów – to będzie wielki bój, który wskaże kontynentowi prawdziwych odnowicieli.

Po trzecie – determinacja uczestników musi być równie wielka jak tych sprzed wieków, którzy ruszali odbijać Ziemię Świętą. Już najwyższy czas, aby ruszyć na Drogę Jakubową, musimy zdążyć, zanim świeckie władze Hiszpanii stworzą z niej „kulturowy szlak turystyki pieszej”, na którym nie będzie się mówiło o krzyżu i św. Jakubie. Na ten szlak muszą teraz wstąpić Polacy.

Po czwarte – wyobraźcie sobie ten marsz, wstęgę ludzi wijącą się od bram jasnogórskiego klasztoru aż po rogatki miasta. Przemówienie do tych współczesnych rycerzy wygłaszają polscy biskupi, którzy ich błogosławią i posyłają w duchowy bój.

Wyobraźnia i duchowa siła to najbardziej potrzebne cechy tych, którzy zdecydują się zostawić wszystko i ruszyć w ten straceńczy i skazany na wyśmianie i drwiny marsz. Po drodze będą wyszydzani, znajdą się w aresztach „za naruszanie świeckości przestrzeni publicznej”, zostaną zaatakowani przez kolonizujących kontynent muzułmanów, będą pokazywani w mediach jak kiedyś „baba z brodą” na jarmarkach. (Dziś brzmi to cokolwiek znajomo i nie budzi, niestety, egzotycznych skojarzeń).

W każdym kraju, regionie, przez który przejdzie marsz, wzbudzi on jednak prawdziwe poruszenie. Będzie dużo agresji, represji, ale także wielu ludzi przystanie i zastanowi się nad istotą tego zdarzenia. Ludzie, którzy do tego momentu ukrywali swoje przekonania, myśleli, że są wymierającym gatunkiem, nagle zobaczą, że nie są sami. To będzie prawdziwy europejski szok.

Już widzę, jak w kierunku marszu zaczynają płynąć ludzkie strumienie. Zrazu nieśmiało, pojedynczo, a potem coraz bardziej masowo. Ludzie będą maszerować z podniesionymi głowami, a wśród maszerujących słychać będzie coraz więcej europejskich języków...

Jeżeli to ma się wydarzyć w rzeczywistości, to właśnie taki będzie miało przebieg. Z katolickiej Polski wyjdzie ogromny marsz, który pokojowo, w modlitwie i skupieniu przejdzie przez całą Europę, aż dojdzie do relikwii św. Jakuba.

Tagi:
marsz

Reklama

Tłumy na Marszu Niepodległości w Warszawie

2019-11-11 17:08

mk/red/wpolityce.pl

101 lat temu Rada Regencyjna przekazała naczelne dowództwo wojsk polskich Józefowi Piłsudskiemu; w 1937 r. Sejm RP ustanowił w dniu 11 listopada państwowe obchody Święta Niepodległości. W całym kraju organizowane są patriotyczne uroczystości. W Warszawie ruszył Marsz Niepodległości.

TV TRWAM

O godz. 15.00 z Ronda Dmowskiego w Warszawie wyruszył X Marsz Niepodległości. Tegorocznemu marszowi towarzyszy hasło „Miej w opiece Naród cały!”. Marsz rozpoczął się modlitwą różańcową.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Mastalski o związkach niesakramentalnych: nie znaczy, że gorsi

2019-12-09 21:33

BPAK / Kraków (KAI)

Nawet jeśli nie żyjemy w związku sakramentalnym, to nie znaczy, że jesteśmy gorsi, że nie jesteśmy przyjaciółmi Jezusa. To nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z podążania za Nim – mówił bp Janusz Mastalski podczas adwentowego dnia skupienia Duszpasterstwa Niesakramentalnych Związków Małżeńskich w archidiecezji krakowskiej.

Joanna Adamik

Spotkanie adwentowe odbyło się 7 grudnia w kościele pw. Miłosierdzia Bożego na Wzgórzach Krzesławickich. Rozpoczęło się Mszą św., której przewodniczył bp Janusz Mastalski. W homilii wyjaśnił, iż zawarte w Ewangelii polecenie Jezusa „Idźcie i głoście” jest skierowane do każdego z nas. – Nawet jeśli jesteśmy ludźmi, którzy nie mają do końca łączności z Jezusem, ponieważ nie mogą przystępować do komunii św., nawet jeśli gdzieś te nasze drogi się poplątały, często nie z własnej winy, to na pewno nadal możemy być świadkami i pokazywać, ze Bóg, Kościół jest dla mnie ważny – powiedział biskup i zaznaczył, że powyższe słowa Jezusa są wskazaniem, jak być świadkiem.

Jak tłumaczył, słowo „idźcie” zawiera w sobie trzy konkretne elementy: kierunek, cel oraz wysiłek. – To, że nie przystąpię do komunii św., lecz do komunii duchowej, nie oznacza, że nie idę za Jezusem. To nie oznacza, że On nie jest dla mnie ważny. Znać kierunek, to znaczy iść za Jezusem, a nie obok albo przed Nim. Znać kierunek, to likwidować wszystko, co przysłania Jezusa – wymieniał. – Dzielenie się doświadczeniem wiary, głoszenie Ewangelii jest poleceniem, które Pan daje całemu Kościołowi, także tobie. Jest to nakaz, który nie wynika jednak z woli panowania czy władzy, ale z miłości, z faktu, że Jezus pierwszy przyszedł do nas i dał nam całego siebie. Jezus nie traktuje nas jako niewolników, lecz ludzi wolnych, przyjaciół, braci. Nawet jeśli nie żyjemy w związku sakramentalnym, to nie znaczy że jesteśmy gorsi, że nie jesteśmy przyjaciółmi Jezusa. To nie oznacza, że jesteśmy zwolnieni z podążania za Nim – podkreślił bp Mastalski.

Następnie wskazał, że do celu, jakim jest zbawienie, świadectwo i realizacja powołania prowadzi angażowanie się w duszpasterstwo, a poprzez to coraz większe przybliżanie się do Boga i drugiego człowieka, a także pokazywanie Go innym, gdyż „Pan poszukuje wszystkich, pragnie, aby wszyscy poczuli ciepło Jego miłosierdzia i Jego miłości”.

Decyzja o wyruszeniu w konkretnym kierunku i do określonego celu wiąże się także z wysiłkiem. Bycie dobrym mężem, dobrą żoną, dobrym rodzicem, to zgoda na ofiarę. – To zgoda na to, aby walczyć, kiedy już nie mam siły. Jak ważne jest to, żebyście poprzez swoją miłość ciągle zapraszali Jezusa do swojej rodziny i do swojego domu. I mówili: „Panie, może nie mogę przyjąć komunii, ale mogę się modlić, przekraczać siebie, bo Cię kocham, bo jestem zdecydowany na ofiarę” – mówił biskup. Na koniec przytoczył wypowiedź papieża Franciszka, która zawiera zapewnienie Jezusa, iż On „nigdy nikogo nie zostawia samym, zawsze nam towarzyszy”.

Po komunii św. została odczytana modlitwa komunii duchowej, zaś później nastąpiło indywidulane błogosławieństwo. Po Eucharystii wszyscy zebrani udali się do salki na konferencję dotyczącą małżeństwa. Bp Mastalski podzielił się dziewięcioma zasadami, które odgrywają ważną rolę w małżeństwie, związku i rodzinie.

Jedną z nich jest zasada przebaczenia. Zakłada ona dawanie drugiej szansy, ale również świadomość doznanych krzywd. Przebaczenie wymaga dojrzałości, która umożliwia pokonanie siebie i zachowanie dystansu, by móc powiedzieć „Wybaczam, ale im częściej będzie się to zdarzało, tym trudniej będzie ci przebaczyć”. – Nie ma normalnego związku bez zasady przebaczenia. To jest wpisane w naszą wiarę, bo przecież Bóg jest przebaczający, miłosierny, a nie taki, który chodzi i się mści. Może właśnie w Adwencie warto zastanowić się nad tym, czego jeszcze nie przebaczyłem albo komu nie przebaczyłem – zachęcał biskup.

– Ale to, że trudno przebaczyć nie oznacza, że łatwo powiedzieć „przepraszam”. I tutaj jest kolejna kwestia, ponieważ „przepraszam” oznacza: pomyliłem się albo zrobiłem coś z premedytacją, albo nie wiedziałem, że to tak wyjdzie. Ale zawsze będzie to przekaz „Tak, skrzywdziłem cię”. Dlatego nie jest łatwo powiedzieć „przepraszam”, szczególnie kiedy ma się dogmat o nieomylności i generalnie zawsze ma się rację. Jaki jest piękny człowiek, kiedy potrafi powiedzieć „przepraszam”. To słowo ma weryfikować moje postępowanie. Nie chodzi o takie „dla świętego spokoju”; to „przepraszam” nic nie da, nie o takie nam chodzi – podkreślił bp Mastalski.

Duszpasterstwo Niesakramentalnych Związków Małżeńskich zostało założone przez ks. dr. Jana Abrahamowicza w 2000 r. przy kościele św. Krzyża w Krakowie. Od 2010 r. działa ono w parafii Miłosierdzia Bożego. Jego celem jest towarzyszenie osobom, które żyją w niesakramentalnych związkach małżeńskich, w dorastaniu do dojrzałej wiary i w szukaniu dróg do Jezusa. – Przyznam się, że początkową trudnością, na jaką uskarżali się przychodzący na spotkania, było to, że czuli się odrzucani przez Kościół. A tymczasem słyszą tutaj, że są w Kościele, więcej - jako ochrzczeni mają określone obowiązki i możliwości. Owszem, nie mogą korzystać ze wszystkich sakramentów, ale klucz do problemu leży w ich rękach. Można tak pokierować swoim życiem, żeby to, co dziś niemożliwe, w końcu stało się możliwe – wyjaśniał ks. Abrahamowicz. – Niektórzy z duszpasterstwa mogą już przyjmować komunię św. sakramentalną; spełnili wszystkie warunki, które są konieczne i uznali Chrystusa za wartość najważniejszą – dodał duszpasterz. Spotkania odbywają się w trzeci piątek miesiąca o godz. 18. Na formację składają się również wyjazdy, które umożliwiają wspólne przeżywanie wiary i doświadczenie wspólnoty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Olga Tokarczuk odebrała dyplom i medal noblowski z rąk króla Szwecji

2019-12-10 20:13

wpolityce.pl

Laureatka Literackiej Nagrody Nobla za rok 2018, Olga Tokarczuk, odebrała dyplom i medal noblowski z rąk króla Karola XVI Gustawa. Ceremonia noblowska odbywa się we wtorek w filharmonii sztokholmskiej.

wikipedia.org

Laureaci Nagrody Nobla dostają złote medale z wygrawerowanym wizerunkiem fundatora Alfreda Nobla oraz łacińską inskrypcją „Inventas vitam iuvat excoluisse per artes”. Są one wykonane ręcznie z 18-karatowego złota i ważą 175 gramów. Dyplomy są wykonane ręcznie przez artystów, jest na nich zdjęcie, imię i nazwisko laureata oraz cytat z uzasadnienia przyznania Nagrody Nobla.

Olga Tokarczuk została poproszona o odebranie wyróżnienia przez Pera Waesterberga z Akademii Szwedzkiej, który wcześniej wygłosił laudację na cześć noblistki.

Pani Tokarczuk, Akademia Szwedzka gratuluje wam. Proszę o odebranie Literackiej Nagrody Nobla z rąk jego królewskiej mości króla Szwecji — powiedział Waesterberg po polsku.

Polska pisarka - ubrana w czarną, aksamitną suknię do ziemi - wyszła na scenę sztokholmskiej filharmonii jako dziesiąty noblista. Ceremoniał ma związek z kolejnością dziedzin nagrody zapisanych w testamencie Nobla.

Podczas odbierania przez polską noblistkę medalu i dyplomu wszystko przebiegło zgodnie z planem, także zapisany w protokole trzykrotny ukłon, który nie udał się w 1996 r. Wisławie Szymborskiej. Poetka w tym właśnie momencie ceremonii pomyliła się. Olga Tokarczuk swoje trzy ukłony wykonała bez pomyłek.

Polska literatura błyszczy w Europie – ma w swoim dorobku już kilka Nagród Nobla, a teraz przyszła pora na kolejną, tym razem dla pisarki o światowej renomie i niezwykle rozległym wachlarzu zainteresowań, łączącej w swej twórczości elementy poezji i humoru. Polska, rozdroże Europy, być może nawet jej serce – Olga Tokarczuk odkrywa historię Polski jako kraju będącego ofiarą spustoszenia dokonanego przez wielkie siły, lecz również posiadającego swoją własną historię kolonializmu i antysemityzmu. Olga Tokarczuk nie ucieka od niewygodnej prawdy, nawet pod groźbą śmierci — mówił Per Waesterberg z Akademii Szwedzkiej w laudacji na cześć Olgi Tokarczuk.

Jego zdaniem twórczość Tokarczuk cechuje „połączenie twardej rzeczywistości z ulotną nierealnością, wnikliwa obserwacja i zafascynowanie mitologią”. Cechy te „czynią z niej jednego z najbardziej oryginalnych prozaików naszych czasów, postrzegających rzeczywistość na nowe sposoby”.

Olga Tokarczuk jest wirtuozem w kreowaniu postaci, potrafi uchwycić je w momencie ich ucieczki od codziennego życia. Pisze o tym, o czym nie pisze nikt inny: „o nieznośnej i ogromnej osobliwości tego świata” — wyjaśnił Waesterberg.

Jej powieść „Bieguni” to niezwykle różnorodny opis podróży, poruszania się po pasażerskich poczekalniach i hotelach, to spotkanie z bohaterami, o których wiemy bardzo niewiele, a także zbiór pojęć ze słowników, baśni i dokumentów. Tokarczuk wzajemnie przeciwstawia naturę i kulturę, rozum i szaleństwo, męskość i kobiecość, z prędkością sprintera przekracza społecznie i kulturowo wytworzone granice — podkreślił.

Jej mocna i bogata w idee proza to nomadyczna wędrówka przez około 15 książek. Wioski będące w nich miejscem akcji stają się centrum wszechświata, miejscem, w którym losy poszczególnych bohaterów wplatane są w wątki baśniowe i mitologiczne. Żyjemy i umieramy w opowieściach innych osób, gdzie na przykład Katyń raz może być zwykłym lasem, a raz miejscem masakry — ocenił Waesterberg.

„Księgi Jakubowe” laudator nazwał „największym dziełem” pisarki. Dodał, że „z podtekstu utworu przebija się żydowskie pochodzenie Tokarczuk oraz jej nadzieja na Europę bez granic”.

Przyszłe pokolenia będą sięgać po owe tysiącstronicowe arcydzieło autorstwa Tokarczuk i odkrywać w nim nowe bogactwo, którego dziś jeszcze wystarczająco nie dostrzegamy. Widzę, jak Alfred Nobel kiwa z uznaniem głową w swoim niebie — podsumował Per Waesterberg.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem