Reklama

Zaangażowana obecność

2019-02-13 07:44

Ks. Tomasz Podlewski
Niedziela Ogólnopolska 7/2019, str. 54-56

©opticaltech - stock.adobe.com

Smutek to jeszcze nie depresja. Żal, niechęć czy przemęczenie zdarza się odczuwać raczej wszystkim. Mówimy czasem: „deprecha mnie łapie”. I najczęściej myślimy wtedy o jakimś przejściowym stanie wyczerpania. Z taką „deprechą” można sobie poradzić samemu. Bo jak szybko złapała, tak szybko puści. Wyzwaniem okazuje się jednak prawdziwa depresja. Z nią nie pójdzie tak łatwo. I na pewno nie da się jej pokonać w pojedynkę

Depressus” to po łacinie „niski”, „zaniżony”, „poniżony”. W geografii depresją nazywamy teren poniżej poziomu morza. Tak samo można nazwać jakieś zapadlisko, które powstało w skorupie ziemskiej przez ruchy tektoniczne. Mniej więcej to dzieje się z człowiekiem. Coś się w nim obniża, zapada. Schodzi do poziomu, w którym nie jest już w stanie żyć w pełni. I nie umie się sam stamtąd wydostać. Depresja jest chorobą. I bardzo boli. To coś gorszego niż chandra czy utrzymująca się migrena. Dobrze się dzieje, że o problemie jest coraz głośniej. W Polsce już drugą dekadę obchodzi się Dzień Walki z Depresją. Nie bez powodu. Bardzo nieodpowiedzialne byłoby ignorowanie jej obecności czy objawów. Zwłaszcza w kręgu najbliższych. Naszą uwagę powinny przykuwać utrzymujące się długo i połączone ze sobą: utrata zapału do życia, narastające poczucie winy, coraz częstsze rozdrażnienie i coraz niższy próg odporności na stres. Utrata wiary we własne siły i w to, że człowiek będzie w stanie zrobić w życiu coś wartościowego. Coraz trudniej wstać z łóżka. I choć się nie zna przyczyny – czasem się płacze. „Zapadająca się” osoba przestaje zabiegać o relacje. Izolacja i niechęć do wychodzenia na zewnątrz to już poważny znak. Pojawia się widoczna na zewnątrz dezorganizacja życia. Człowiek po prostu gaśnie. I często sam nie wie, dlaczego. Milcząco wyje z bólu. Depresja często wiąże się z utratą sensu życia. Dlatego w skrajnych przypadkach może prowadzić do uzależnień, a nawet samobójstw. Wspomniana chandra poturbuje człowieka maksymalnie kilkanaście godzin. Jeśli jednak taki stan utrzymuje się przez kilkanaście dni, najprawdopodobniej mamy do czynienia z depresją. I tutaj koniecznie trzeba pomocy.

Skąd się to bierze?

Przyczyny są wciąż badane. Doprecyzowywane. Depresja jest pod tym kątem dość niejednorodna. W jakimś sensie wiąże się z właściwą każdemu człowiekowi wrażliwością, którą u każdego można nadwyrężyć w inny sposób. Najczęściej przyczyny wskazuje się po prostu na konkretnych przykładach. Wspomniane wyżej objawy depresji pojawiają się np. u ludzi samotnych, zwłaszcza świeżo po utracie bliskiej osoby. Stan żałoby nieraz przeradza się w stan depresyjny. Podobnie z rozwodem. Do depresji może doprowadzić nagła utrata pracy czy jakiś silny wstrząs emocjonalny. Zdarza się, że depresja dotyka osoby przepracowane. Gdy człowiek chwyta się najróżniejszych zajęć i żyje w biegu, nie fundując swojemu wnętrzu czasu na odpoczynek i ciszę, jest to dużym zagrożeniem dla poczucia sensu życia. Tutaj trzeba zwrócić uwagę także na osoby konsekrowane i kapłanów. Zabieganie i prowadzące nieraz do wyczerpania psychofizycznego usprawiedliwianie go „duchem służby” stały się niestety przyczyną niejednego wypalenia. Nierozpoznana depresja potrafi złamać powołanie. Podobnie z młodymi pracownikami „na dorobku”. Trzeba tutaj szczególnej troski otoczenia i uświadamiania, jakie są grupy ryzyka.

Depresja się czai. Często przychodzi niespodziewana. Po cichu. I uderza nawet w tych, którzy zazwyczaj „kipią energią”. Z depresją można się spotkać u ludzi, którzy doświadczyli poważnego wzgardzenia czy ataku na poziomie własnej wartości. Mówi się dziś wiele o hejcie czy mowie nienawiści. To wcale nie przewałkowany temat. Niejedna osoba „zgasła” właśnie z powodu pozornie niewinnego niszczenia jej przez innych. Trzeba także wspomnieć o osobach, które znalazły się w stanie depresji przy wychodzeniu z uzależnień czy sekt. Czy to możliwe? Czy osoba „uwolniona” nie powinna raczej odczuwać radości z odmiany życia? Tak. Ale jednocześnie odczuwa ogromny żal spowodowany poczuciem „zmarnowanych lat” czy bycia wykorzystaną. Depresja może wreszcie dotyczyć ludzi borykających się z poważnymi kompleksami czy niepowodzeniami. Na końcu warto zadać pytanie: co łączy wszystkie te osoby? Każdą z nich możesz spotkać. I każdą z nich możesz być ty sam.

Reklama

Psycholog? Proszę mnie nie obrażać!

Wciąż niestety są osoby, które na słowo „psycholog” reagują z lekką drwiną. Tym bardziej, gdy miałoby ono dotyczyć ich samych bądź ich bliskich. Zdarza się, że ktoś powie: „E tam! Po co mi psycholog?” albo: „Moim psychologiem jest Pan Jezus. Innych nie potrzebuję”. Takie podejście może się okazać bardzo płytkie. A czasem pyszne. Gdy boli ząb, nikt nie mówi: „Moim dentystą jest Pan Jezus”. Albo nie radzi choremu: „Słuchaj, po prostu się módl” lub: „Nie przejmuj się. I tak nie masz najgorzej. Inni to w ogóle nie mają zębów”. Nie! Jak boli, to idę do lekarza, bo ból potrafi sparaliżować życie, pracę, a także modlitwę. Jak bolą zęby, to idę po pomoc do dentysty. Jak boli ręka, to idę do ortopedy, bo pracować się nie da. Jeśli więc z takim bólem udaję się po pomoc, to o ile bardziej na specjalistyczną pomoc zasługuje psychika. Bez której przecież nawet ząb i ręka na nic się zdadzą. Czy dobry stan psychiczny nie jest równie ważny i godny tego samego? Nie wolno lekceważyć choroby ludzkiego wnętrza, a nią właśnie jest depresja. Niebezpiecznie jest odmawiać pomocy sobie bądź bliskim albo spodziewać się rozwiązania wszystkich problemów „na spowiedzi”. Najlepszą pomocą dla chorego na depresję jest terapia połączona z przyjaźnią. Podwójne i kompleksowe wsparcie. Jak dla dziecka ojciec i matka, tak dla „zgaszonej” osoby – specjalista i bliscy.

Jak towarzyszyć i jak nie pocieszać?

Z depresją można się zetknąć w rodzinie, w pracy, w duszpasterstwie. Zresztą to się dzieje często. Po pierwsze – ważne jest rozeznanie. Odróżnienie stanu przejściowego od choroby. Gdy sygnały są na tyle niepokojące, że można podejrzewać depresję, przede wszystkim nie wolno panikować i wystraszyć chorego. Drugą skrajnością byłoby lekceważenie tego stanu. Szczera rozmowa i nastawienie się raczej na słuchanie – to fundament dojrzałego towarzyszenia. Osoba chora na depresję boryka się z poczuciem winy: myśli, że jest ciężarem; że zawraca głowę; że jej niemoc wynika z lenistwa, o które coraz bardziej się oskarża. Porównuje się z innymi i widzi siebie jako nieudacznika. Wyrzuty są wielkie. I nie wolno choremu ich dokładać. Dlatego błędem byłoby pocieszanie go czyimś cierpieniem, np.: „Inni mają gorzej”, „Wcale nie masz powodów do smutku” etc. Niewłaściwa jest także skrajna mobilizacja: „Weź się w garść!”, „Ogarnij się!”, „Nie przejmuj się!”. Chory na depresję oddałby przecież wszystko, by się ogarnąć, i marzy o tym, by się nie przejmować! Ale nie potrafi. I to jest właśnie jego problem. Przytoczone wypowiedzi mogą zatem obciążać go jeszcze bardziej i potęgować w nim smutek. Interpretuje je wówczas jako wyrzuty: „Nie umiesz być wdzięczny za to, co masz”, „Jesteś nieogarnięty”. Jean Vanier w swojej książce „Jak pokonać depresję?” pisze: „Osoba pogrążona w depresji musi odczuć, że jest kochana i akceptowana”. To jest to. Taka osoba bardziej potrzebuje doświadczyć bycia przyjętą niż pouczaną. Bardziej kochaną niż znoszoną. Takie doświadczenie odblokowuje w niej obraz siebie jako godnej miłości, a więc atrakcyjnej i wartościowej.

Przyjaciele Hioba

W psalmach jest takie piękne zdanie: „Pan go pokrzepi na łożu boleści. W czasie choroby poprawi mu posłanie” (Ps 41, 4). To jest chyba ten właściwy kierunek. Bóg, który nie przyspiesza, nie pogania. Cierpliwie towarzyszy. Nie mówi: „Wstawaj już!”, ale czuwa przy chorym i poprawia posłanie, aby wygodniej mu się chorowało. To esencja towarzyszenia osobie w depresji.

Ks. Bogusław Szpakowski w książce pt. „Bliskość, która leczy” nazywa taką postawę „zaangażowaną obecnością”. Taka obecność niesie wsparcie. Ma w sobie coś z przyjaciół Hioba, którzy „siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, a nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu” (Hi 2, 13). Podobnie rolę przyjaciela w czasie depresji opisuje Parker Palmer, amerykański pisarz, nauczyciel i aktywista. W swojej książce „Na sam dół: depresja i duchowa podróż” wspomina, że w jego chorobie odwiedzało go wielu bliskich. Przeważnie czuł się wtedy samotny i odcięty od przyjaciół: oni mówili wiele, a on trwał uwięziony w bólu, do którego oni nie umieli dotrzeć albo którego nie chcieli zrozumieć. Przychodził jednak jeszcze jeden przyjaciel. Odwiedzał go sam, na kwadrans, tylko po to, by mu zrobić masaż. Prawie nic nie mówił. Pewnego dnia powiedział tylko jedno zdanie: „Palmer, widzę, że dziś chyba jesteś trochę silniejszy”. Autor wspomina, że te słowa, wypowiedziane z serca i po głębokim namyśle, dały mu najwięcej otuchy. Warto się więc wystrzegać zagadania osoby chorej i serwowania jej wielu szybkich i płytkich pociech. Przyjaciele są po to, aby towarzyszyć osobie pogrążonej w ciemności.

Depresja to nie bożek

Niedobrze byłoby oczywiście w czasie choroby czynić z depresji centrum świata. Warto, by życie toczyło się względnie normalnie. Trzeba oczywiście „skontrolować”, delikatnie dopytać chorego o myśli samobójcze czy uzależnienia. Najważniejsze to ukierunkowywać spojrzenie na to, co w nim dobre i piękne. Stawiać przed oczy dobre czasy, które wrócą, oraz wszystko to, co uda się osiągnąć w przyszłości. Osoby z depresją, odpowiednio zachęcone, nieraz znajdują pociechę w różnorodnych pasjach. Ważne, by w przeżywaniu choroby nie wyręczać ani osoby chorej, ani terapeuty. Przyjaciel czy wspierający chorego duszpasterz to jasno określona rola: towarzysz drogi. Cierpliwy i oddany brat. „Spokojnie, każdy ma różne słabości. Ciebie akurat dotknęła depresja. Ale to minie. Zobaczysz. A póki trwa – wcale nie przestaję być z tobą” – takie słowa mogą naprawdę koić. Jeśli stan depresyjny jest na tyle poważny, że obok rozmów z psychologiem (a czasem spotkań z psychiatrą) zalecone zostało także leczenie farmakologiczne, przyjaciel powinien zachęcać do wierności metodzie leczenia.

Modlitwa i duchowość w depresji

Aaron Kheriaty i John Cihak są autorami „Katolickiego przewodnika po depresji”. To nieocenione źródło inspiracji i pomocy w przeżywaniu depresji zarówno od strony chorego, towarzysza, duszpasterza, jak i terapeuty. Dotyka ono bardzo ważnego tematu: modlitwy i w ogóle sfery duchowej w czasie depresji. Zdarza się, że osoba chora nie jest w stanie modlić się tak jak dawniej i przeżywa z tego powodu wiele bólu oraz poczucia winy. Czuje, że oddala się od Boga; że jest Bogu niemiła. Stan depresji to czas, gdy w chorym może się dokonać uzdrowienie obrazu Boga. Modlitwa jest utrudniona, ale nie jest niemożliwa. W przestrzeń bólu warto wlewać balsam prawdy o Jezusie, który nie odtrąca, ale przygarnia: zwłaszcza „tych, którzy się źle mają” (Łk 5, 31).

Samą modlitwę warto ukazywać nie tylko jako rozmowę, ale bardziej jako spotkanie z Bogiem. Taka modlitwa może nauczyć człowieka przychodzenia do Jezusa w całej prawdzie o sobie samym. Modlitwa w depresji może poszerzyć spojrzenie na Boga, na siebie samego oraz na samą modlitwę. We wspomnianym „Przewodniku” autorzy cytują słowa przywołanego wcześniej Parkera Palmera, który stwierdza, że depresja może być uświęcająca. Wydobywa bowiem człowieka z iluzji na temat własnej niezniszczalności. A przecież każde odejście od iluzji tym bardziej zbliża nas do prawdy. Poza tym, gdy osoba w depresji doświadcza cierpliwej obecności przyjaciół, troski terapeuty oraz miłości nieznudzonego jej chorobą Boga, jest w stanie głębiej kontemplować istotę dobra, którego bezinteresownie doświadcza. To z kolei rodzi wdzięczność, a po wyjściu z depresji zostaje w pamięci na zawsze. I uczy bycia takim samym wobec innych.

Exit

Człowiek, który przeżył depresję, staje się głębszy. Jego wrażliwość, nadszarpnięta i zraniona, wydaje jeszcze większe owoce. Wzrasta wewnętrzna siła. „Depresja pokazała mi, że jest we mnie coś głębszego, mocniejszego i prawdziwszego niż moje ego, niż moje emocje, niż mój intelekt i moja wola” – pisze Palmer. W perspektywie depresji bardziej widać, że życie jest darem. Gdy depresja ustępuje, rodzi się przeogromna wdzięczność za ten dar. Wyjście z depresji to nie tylko powrót do formy. To uzdrowienie jakiejś rany. Vanier nazywa depresję „kryzysem wyzwalającym”, który, jeśli jest przeżyty z terapeutą i w obecności przyjaciół, jest w stanie jeszcze bardziej rozwinąć piękne człowieczeństwo. Jednak by wyjść z depresji, sam chory również musi tego chcieć. Warto zatem nie tylko zachęcać, ale wiernie omadlać oddając Bogu w modlitwie osobę chorą i jej wolę.

Tagi:
depresja

Reklama

Wnieść iskierkę nadziei

2019-02-13 07:44

Monika Kanabrodzka
Edycja podlaska 7/2019, str. IV

Bezsilność, brak poczucia swojej wartości, pustka, postrzeganie świata w szarych barwach, ciągły lęk o jutro, to sygnały, że zaczyna dziać się coś niedobrego z nami, bądź kimś z naszego otoczenia. Depresja nie omija także mieszkańców naszego regionu

Graziako

W rzeczywistości na pozór beznadziejnej, szukamy nadziei, która rozproszy mrok choroby, przygnębienia. Wniesienie odrobiny radości w życie osoby potrzebującej – przez wolontariat, wspólnoty diecezjalne – dowodzi, że szczęście należy do wymiaru ducha, a nie posiadania.

Czarno to widzę

Jesteśmy świadkami gwałtownych przemian na płaszczyźnie polityczno-społeczno-kulturowej. Począwszy od nowinek technologicznych aż po m.in. rozwój różnych dziedzin medycyny, nauki, sztuki. O ile w porównaniu do przeszłości możemy znacznie skrócić czas dojazdu z jednego do drugiego miejsca, porozumiewać się za pomocą przeróżnych komunikatorów, to wobec częstszych przypadków osób dotkniętych depresją, jesteśmy poniekąd bezradni. No bo jak pomóc osobie, która nie upomina się o nią, a zachowane może świadczyć o próbie zwrócenia na siebie uwagę?

Według Światowej Organizacji Zdrowia depresja, czyli czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie, dotyka nierzadko ludzi aktywnych zawodowo, ustabilizowanych materialnie, zaradnych, odnoszących sukcesy zawodowe i osobiste. Nieuzasadniony smutek przed dłuższy czas, brak sensu życia, postrzeganie świata w szarych barwach, pesymistyczne nastawienie, zaburzenia snu, to symptomy, które powinny skłonić do podjęcia konkretnych kroków. Obchodzony 23 lutego Światowy Dzień Walki z Depresją jest okazją do zwrócenia uwagi na chorobę wynikającą z przyczyn zewnętrznych (dramatyczne zdarzenia, utrata kogoś bliskiego), bądź predyspozycji genetycznych czy zaburzeń psychicznych. Spłycanie problemu i próba jego zbagatelizowania może nieść poważne konsekwencje. Bez uświadomienia sobie wagi występującego problemu i zagrożenia nie jesteśmy w stanie podjąć realnych działań, które mogłyby w odpowiednim momencie przeciwdziałać bolesnym doświadczeniom.

Mylne rozumienie szczęścia

Szczęście, jako suma pragnień, wpisane jest w ludzką naturę. Człowiek, stworzony na obraz i podobieństwo Boga, pragnie miłości, potrzebuje bezpieczeństwa. Pułapką dzisiejszego świata jest mylne definiowanie szczęścia. – Źle sformułowane cele w naszym życiu, wygórowane ambicje dotyczące pracy zawodowej, czy obrazu rodziny, powodują, że człowiek, nie realizując ich, może popaść w depresję – mówi ks. Tomasz Żukowski, wykładowca Wyższego Seminarium Duchownego w Drohiczynie. Nie możemy mówić o szczęściu, jako celu samym w sobie. Naszym dążeniem powinno być twórcze i odpowiedzialne życie w prawdzie, która w myśl Arystostotelowskiej koncepcji jest niczym innym jak zgodnością poznania z rzeczywistością. Coraz bardziej lansowana przez postępowych tego świata potrzeba nieustannego, chorego rywalizowania i samokształcenia, zaburza ład psychiczny. Napędzona machina pozoranctwa pragnie zmieść z drogi sferę ducha. Tymczasem Psalm 123 „Nie dbam o rzeczy wielkie, a ani o to, co przerasta moje siły” jasno mówi, że mamy realizować swoje powołanie na miarę swoich sił.

Pozorne znieczulacze

Nietrudno zauważyć kreowany sposób życia „na już”. W tej chwili chcemy mieć mieszkanie, dobrą, stabilną pracę, szczęśliwą rodzinę, przy okazji dobry samochód, a w okresie wakacji wjazd, najlepiej do jakiegoś ciepłego kraju. W świecie konsumpcjonizmu, nastawionym na „mieć” nie ma miejsca na słabości i rozwój ducha. I dziwimy się, że na świecie, gdzie żyje prawie 8 mld ludzi, a w Polsce ok. 38 mln, coraz więcej osób skarży się na samotność. Pomimo przeróżnych narzędzi umożliwiających komunikowanie się, brakuje nam obecności drugiego człowieka. Ból wynikający z samotności, pasma porażek, uśmierzamy pozornymi znieczulaczami, takimi jak: alkohol, hazard, narkotyki. Wymierne korzyści i chęć zaspokajania ciągłych potrzeb okazuje się ułudą, w momencie pojawiania się niepowodzeń. Do przewartościowania życia dochodzi najczęściej w chwili osobistego zetknięcia się z osamotnieniem, cierpieniem czy chorobą.

Wypłyń na głębię

Wiara jest relacją miłości i poznania Pana Boga. Jest to relacja duchowa, transcendentna.

– Człowiek może być szczęśliwy w modlitwie, bo spotyka się z Kimś największym, z Kimś kogo wybrał, dla którego chce żyć – podkreśla ks. Piotr Arbaszewski, diecezjalny duszpasterz rodzin. Najwyższych wartości, takich jak miłość i wiara, jak mówił Jan Paweł II, trzeba doświadczyć. Szczęście możemy dopiero właściwie rozpatrywać w kategoriach psychoduchowych, w relacji, zaufaniu, przebywaniu ze sobą. Trudno znaleźć szczęście w czymś płytkim i powierzchownym. Miłość i wiara domaga się wejścia w głębie. Prośba Jezusa do Szymona: „Wypłyń na głębię” jest zaproszeniem każdego z nas do autentycznego życia, przepełnionego sensem i nadzieją. Jeżeli nie chcemy popaść w marazm, musimy wyjść ze sfery komfortu, podjąć ryzyko, przełamać swoje przyzwyczajenia. Potrzeba wielkiej odwagi i zawierzenia w Bożą opatrzność, by nie zatracić istoty naszego ziemskiego pielgrzymowania i w chwilach próby nie poddać się. Płycizna relacji, brak zaangażowania się i odpowiedzialności dotyka ludzi niezależnie od wieku, czy wykonywanego zawodu. Przerażające dane o tendencji wzrostowej liczby rozwodów skłania do refleksji. – Dzisiaj niektórzy budują nietrwałe związki dlatego, że ich relacje przedmałżeńskie nie były głęboko osobowe, poznanie było bardzo powierzchowne – podkreśla ks. Piotr Arbaszewski. Cała kultura nie sprzyja wychowaniu młodego człowieka do czegoś, co jest trwałe. Bo łatwiej jest założyć maskę i udawać. Próba stanięcia w prawdzie z samym sobą, ze swoimi słabościami, niedomaganiami wymaga wysiłku i odwagi. I dlatego powierzchowność, zawsze prowadzi do depresji, zamknięcia się.

Bogactwo wspólnoty

Wobec narzuconego indywidualistycznego spojrzenia na świat, powinniśmy budować pewien alternatywny front. Możemy uczynić to przez aktywny udział w życiu różnych wspólnot. Na terenie naszej diecezji każdy z nas znajdzie coś dla siebie. Osoby młode mogą wstąpić w szeregi Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i żyć w duchu chrześcijańskich wartości. Z pewnością będzie to czas bogaty w modlitwę, nowe znajomości, przeróżne inicjatywy, czy ciekawe formy spędzania wolnego czasu. Osoby starsze mogą rozważyć formację chrześcijańską w Akcji Katolickiej czy Ruchu Światło-Życie. Oprócz przeżyć duchowych, uczestnictwo w życiu wspólnoty niesie szereg innych korzyści, takich jak: możliwość poznania osób o podobnym przekonaniach i systemie wartości, czy udział w różnych przedsięwzięciach. Caritas Diecezji Drohiczyńskiej również stwarza możliwość zaangażowania się na rzecz krzewienia dobra czy to w parafialnych, czy w szkolnych Kołach Caritas. Bycie wolontariuszem, utwierdza w przekonaniu, iż pomagając innym, pomagamy sobie. Bezinteresowna forma pomocy uszlachetnia daną osobę, przez ofiarowaną cząstkę siebie drugiej sobie.

Zaprezentowane wspólnoty, pozwalają z różnej perspektywy spojrzeć na poruszany problem depresji, wykluczeń, samotności. Otóż wielu z nas w swoim kręgu, czy to w rodzinie, sąsiedztwie, wśród znajomych zna osoby, które faktycznie potrzebują pomocy. A krzyk osób odczuwających głęboki smutek, najczęściej bywa niesłyszalny. Tłumiony wewnętrznie problem różnej natury, prowadzi w rezultacie do poważnych konsekwencji. – Troska o naszych bliskich, znajomych, to gest człowieczeństwa – zauważenia ks. Tomasz Żukowski. Czasami wystarczy mały gest, krótka rozmowa, okazanie zainteresowania, by w życie drugiej osoby wnieść iskierkę nadziei.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Chodzenie do kościoła wydłuża życie

2016-06-15 21:52

Artur Stelmasiak

Trwające aż 16 lat badania Uniwersytetu Harvarda wskazują, że chodzenie do Kościoła i uczestniczenie w uroczystościach religijnych wydłuża życie aż o 33 proc. Wyniki badań zostały opublikowane przez jedno z najbardziej prestiżowych pism medycznych na świecie.

Małgorzata Młynarska
Uroczystości jubileuszowe w jarosławskiej świątyni pw. Trójcy Przenajświętszej

Naukowcy z Uniwersytetu Harvarda przeanalizowali dane na temat stylu życia 74 534 kobiet, które w latach 1992-2012 brały udział w Nurses' Health Studies. Wszystkie badane kobiety były w roku 1992 wolne od chorób krążenia i nowotworów. Uczestniczki odpowiadały na pytania dotyczące diety i zdrowia, a także dotyczące uczestnictwa w obrzędach religijnych. Okazało się, że u kobiet, które brały udział w obrzędach religijnych, stwierdzono o 33 procent mniejsze ryzyko zgonu.

- Jak się okazuje, największym propagatorem zdrowego trybu życia jest prosty proboszcz parafii, który swoich parafian zachęca do relacji z Jezusem i udziału w nabożeństwach – twierdzi ks. Sławomir Abramowski, proboszcz parafii św. Jana Pawła II w Warszawie, który jest z wykształcenia także lekarzem.

Wynika badań jednoznacznie wskazują, że w ciągu 16 lat trwania badania stwierdzono o 33 procent mniejsze ryzyko zgonu u kobiety uczestniczące w nabożeństwach, w porównaniu z tymi, które do kościoła nie chodziły. Kobiety religijne o wiele rzadziej umierały na choroby układu krążenia i nowotworowe. Badanie pokazało też większy optymizm kobiet uczestniczących w nabożeństwach i mniejszą podatność na depresję.

- Do tej pory wszyscy myśleli, że zachęcając do chodzenia do kościoła zachęcam tylko do życia wiecznego. Teraz jest już medycznie udowodnione, że jestem również po prostu propagatorem zdrowego stylu życia – pisze na profilu facebookowym parafii ks. Abramowski. - Który z lekarzy, moich kolegów po fachu może się pochwalić taką skutecznością w profilaktyce poważnych schorzeń układu krążenia i nowotworów.

To jedne z największych badań tego typu. Spośród 74 534 kobiet w przeciągu 16 lat odnotowano 13 537 zgonów, w tym 2721 zgonów z powodu sercowo-naczyniowych i 4479 zgonów z powodu raka. Po wielu zmiennych i uwzględnieniu głównych czynników ryzyka okazało się, że kobiety uczestniczące w nabożeństwach częściej niż raz w tygodniu wykazały o 33 proc. mniejszą śmiertelność.

Wyniki badań prowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Harvarda zostały opublikowane w jednym z najbardziej prestiżowych pism medycznych na świecie JAMA Internal Medicine. „Religia i duchowość może być niedoceniana przez medycynę czynnikiem w tym, aby lekarze mogli odpowiednio diagnozować swoich pacjentów” - piszą autorzy badania na stronie The Jama Network.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zamiast muzycznej kariery wybrał kapłaństwo

2019-06-26 18:39

Piotr Kołodziejski / Szczecin (KAI)

"Jestem przekonany, że spełniam wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica" - mówi diakon Maciej Czaczyk, który wraz z dwójką innych kandydatów przyjmie święcenia prezbiteratu w szczecińskiej katedrze. W 2011 roku 17-letni wówczas licealista z Gryfina wygrał telewizyjne "Must be the music". Potem jednak wybrał inną drogę życiową.

Screenshot/www.youtube.com

Maciej Czaczyk: - Nie żałuję. To po prostu mega duża przygoda, potężna otwierająca życie. Szczęśliwe życie. Także nie sposób żałować.

KAI: Pamiętam moment, kiedy ogłosiłeś, że wstępujesz do seminarium. W mediach była duża konsternacja. Czy docierały do Ciebie komentarze w stylu "Co ty robisz człowieku?"

- Nie czytałem tych komentarzy, ale przyznam, że w prywatnych wiadomościach docierały do mnie głosy niezrozumienia. Niektórzy krytykowali bardzo mocno i czuli się zawiedzeni. Poniekąd ja sam byłem zaskoczony tą decyzją.

- W jednym z wywiadów powiedziałeś, że „realizacja pasji dla pasji jest pusta”. Co to oznacza?

- Myślę, że na każdym etapie trochę inaczej to rozumiałem. Dziś myślę po prostu, że sam dla siebie nie jestem celem. Moje realizowanie siebie, choć jest piękne i potrzebne, żeby się rozwijać i realizować swoje pasje, jest bardzo potrzebne, ale to nie jest w stanie zaspokoić człowieka. Bo człowiek jest kimś więcej i potrzebuje relacji do drugiego człowieka i miłości do drugiej osoby, żeby dawać z siebie. A nie tylko dziś każdy bardziej realizuje siebie, dla siebie, do siebie. Żeby jednak odbić w drugą stronę. Nie w stronę pasji i realizacji siebie, ale bardziej w stronę bycia dla innych. Jeśli pasja jest tak rozwijana, to jak najbardziej, ale ona wtedy nie staje się celem.

- Mówiłeś też, że jako dziecko chciałeś być księdzem, a więc u Ciebie to chyba nie był taki strzał, że nagle po sukcesie medialnym w konkursie telewizyjnym zdecydowałeś się zostać księdzem, tylko to w Tobie dojrzewało.

- Tak i to od malucha. Nim poszedłem do I Komunii Świętej i bliżej podszedłem do ołtarza, to już były zabawy w księdza. Bawiłem się w moim życiu i to pragnienie było. Tak jak dzieci bawią się w różne zawody. To była jedna z takich zabaw, ale okazuje się, że potem coraz bardziej chciałem iść w tę stronę.

- W tych zabawach bardziej skupiałeś się na głoszeniu kazań, czy to już były pierwsze próby grania na gitarze?

- Nie. Grania na gitarze wtedy nie było. Nie pamiętam czy wygłaszałem wtedy kazania. Pamiętam, że było „przeistoczenie”. Była taka śnieżnobiała cieniutka gąbeczka, materiał okrągły pod różańcem, który miałem. To był taki różaniec z Częstochowy. Spod różańca wyciągnąłem to i to pięknie wyglądało jak hostia. Było takie śnieżnobiałe i wyglądało jak hostia. Pamiętam podnosiłem się to do góry w tej zabawie.

- Wygrywasz konkurs, nagrywasz płytę. Czym dla Ciebie było wtedy szczęście, a czym jest teraz?

- Czułem wtedy na pewno radość. Było wiele emocji, stresu, a szczęście to nie emocje, bo te emocje później opadły, zaczęła się kariera i okazuje się, że to było jakieś puste głębiej. To opierało się tylko na doznaniach, emocjach, które ulatywały. Żyłem od fajerwerków do fajerwerków, od wywiadu do wywiadu, od koncertu do koncertu, żeby zapewnić sobie kolejne radochy życia, od imprezy do imprezy, a szczęście było cały czas niedostępne, nieosiągalne. No i zacząłem szukać.

- Powiedziałeś, że była w pewnym momencie doświadczyłeś pustki. Nie żałujesz więc tego doświadczenia na scenie. Czy ono było potrzebne w twoim życiu?

- Bardzo potrzebne i jestem wdzięczny najpierw Panu Bogu, a potem tym innym, których spotkałem. Wiele mnie nauczyli i to było bardzo cenne. Dziękuję im, że mogłem tego doświadczyć. To było wspaniałe doświadczenie.

- Czy to może być wskazówką dla tych młodych, którzy dziś poszukują swojej drogi i chcieliby jeszcze czegoś spróbować zanim podejmą ostateczną decyzję?

- Zdecydowanie tak. Myślę, że warto rozwijać swoje pasje, talenty i też iść za tym, co w jakiś sposób odkrywamy w swoim życiu i czego pragniemy. Pan Bóg też często w tym jest. Często podsuwa takie pragnienia. Jeśli to są rzeczy, które nas prowadzą do dobrego, to trzeba za tym iść. Na pewno trzeba rozwijać talent i szukać szczęścia, ale polecam to robić z Panem Bogiem.

- Masz poczucie, że spełniasz Wolę Bożą na co dzień?

- Jestem przekonany, że spełniam Wolę Bożą. To mnie trzyma tak głęboko jak kotwica. Mimo różnych uczuć każdego dnia, bo przecież uczucia się zmieniają, mam szczęście i pokój, że bez względu na to, co będzie się działo na morzu, jaka burza przyjdzie, to ta kotwica jest zakotwiczona. To jest mega ważne w momencie wybierania swojej drogi życiowej, żeby zakotwiczyć i wybrać drogę swojego powołania.

- Jak się Ciebie słucha, można stwierdzić, że jesteś szczęśliwym człowiekiem. Skoro się tak spełniasz, to nigdy nie było kryzysów?

- Szczęście to też kryzysy. Uczucia są różne. Miałem kryzysy. Myślę, że będę miał jeszcze nie jeden i nie dwa w swoim życiu, ale w seminarium, jak miałem kryzysy, to po nich siłą rzeczy stawałem bardziej w prawdzie o rzeczywistości o mnie i stawałem w realnym świecie, stawałem się mocniejszy. Szczęście nie wyklucza się z kryzysem.

- Czasem grasz na gitarze i pojawiasz się na scenie. Czy jest coś w diakonie Macieju Czaczyku z tego Maćka, który wygrywał „Must be the music”?

- Na pewno jest sporo rzeczy w tym Maćku Czaczyku, bo to tak naprawdę ten sam Maciek Czaczyk, chociaż niedługo kompletnie duchowo zmieni się moje życie, bo Chrystus przejmie stery oficjalnie, ale moje cechy charakteru, moje życie i patrzenie na wiele spraw ciągle wymaga nawrócenia, ale też cennych rzeczy nie zabrał mi Pan Bóg, a myślę, że jeszcze je pomnożył i rozwinął. Takie mam przeświadczenie.

- Jakie, Twoim zdaniem, są dziś motywacje kandydatów na księży?

- Wydaje mi się, że mogą być bardzo różne. Ale po to jest seminarium, aby rozeznać. Seminarium to nie jest „szkoła na księdza” ale czas rozeznawania. Niektórzy stwierdzają, że to nie jest ta droga i odchodzą. I o to chodzi. Lepiej być dobrym mężem i ojcem niż złym księdzem.

- Jak postrzegani są dziś kapłani w obliczu prób dyskredytowania Kościoła i tworzenia wizerunku Kościoła będącego w kryzysie?

- To nie jest raczej pytanie do mnie ale do jakichś sondażowni. Ja wiem, kim powinien być kapłan i jakim chcę być kapłanem. Każdy z nas ma być alter Christus, drugim Chrystusem. Można powiedzieć, że kryzys wizerunkowy był w Kościele od początku. O Jezusie współcześni też źle mówili, że żarłok i pijak, że siada przy stole z celnikami i grzesznikami. Patrząc na historię Kościoła można rzec, że gdy nas za bardzo chwalą to nie jest dobrze, bo to znak, że ulegamy panu tego świata. Kościół ma nie tyle dbać o wizerunek, ale o świętość swoich członków. A wszelki grzech widzimy jako ranę na ciele Chrystusa i nie możemy obok niej przechodzić obojętnie.

- Widzisz młodych ludzi na co dzień, którzy szukają swojej drogi życiowej. Czy są zagubieni, boją się odkryć swoją drogę? Jak patrzysz na nich?

- Patrzę na nich trochę jak na swoich młodszych kolegów i koleżanki. Widzę w nich też siebie. Wydaje mi się, że świetnie ich rozumiem. Szczególnym darem dla mnie była rodzina i rodzice. Dziś to często jest źródłem problemu, że rodziny się sypią. W tych relacjach. I ciężko to potem czymkolwiek uzupełnić. Coś, co jest fundamentalnym brakiem. Widzę, że są zagubieni. Widzę, że szukają szczęścia i nadziei w życiu. Szukają miłości. Myślę, że to się nigdy nie wyczerpie. Każdy szuka tego samego. Ktokolwiek będzie chciał spotkać się ze mną i rozmawiać na ten temat, to będę dzielił się swoim życiem. Jeżeli komuś to pomoże, to chwała Bogu.

- Co Maciej Czaczyk powie komuś, kto coś usłyszy w swoim sercu, ale boi się pójść za tym głosem dalej?

- Co ja mogę powiedzieć? Nie bój się. Mogę nawet zaśpiewać. (tu Maciej Czaczyk śpiewa) Nie bój się, chodźmy tam. To mój pierwszy singiel i jest blisko ze mną. Moja pioseneczka. Nie bój się, że ktoś ci powie, że coś, że ktoś będzie o tobie gadał. To zawsze będzie. Po prostu rób to, co Pan Bóg w sercu ci podsuwa i do przodu.

- Dziękuję za rozmowę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem